Od zeszłego poniedziałku trwa u mnie hipomania o różnym nasileniu. To oznacza, że 1) mało śpię, 2) bez przerwy myślę o seksie (to się robi naprawdę męczące, osoby nieobeznane z tematem mogą sobie chichotać, ale jeśli człowiek nie może się skupić na NICZYM innym, pojawia się problem), 3) mało jem (nigdy mi się to wcześniej nie zdarzyło) oraz 4) zdarza mi się pisać i mówić rzeczy, które są niewłaściwe w danej sytuacji. I wiem, że mówię rzeczy niewłaściwe, ale nie wiem, które i kiedy. Tak więc reszta notki za paywallem, znaczy, po kliknięciu.

Czytaj dalej

Jest sobie taki pan, nazywa się Eric i zdaniem własnegowujka był skazany na pójście do piekła już w dniu chrztu. (Na końcu powód.)

W związku z tym, że zacząłem pisać inną książkę, prowadzę dość szczegółowy research na temat Asatru. W języku polskim, o ile wiem, nie ma różnicy między „heathen” i „pagan”, więc będę czasami używać słowa „poganie” w sensie „heathen”. Poszukuję obiektywnych książek i artykułów. Odkrycie Ameryki w konserwach sprowadza się do tego, że jest ich bardzo mało. Nawet jeśli pominąć to, że prawie nie ma czego analizować, zdecydowana większość autorów wymyśla sobie tezę, a potem dopasowuje nieliczne znane nam fakty i mity do tego, co sobie wymyślili.

Jak na razie, najlepszą książką, jaką znalazłem jest „The Problem of Loki” Jana de Vries. Książka z 1933 roku napisana przez sympatyka nazistów jest akademickim traktatem, w którym de Vries streszcza jak najwięcej niezgodnych ze sobą pism innych autorów, a potem podaje, co na ten temat myśli – jak na razie (jestem na stronie 50 z ok. 300) kompletnie pomijając własne poglądy. Jego opinie opierają się na analizie językowej, porównaniach i koniecznym filtrze – jeśli opowieści zostały zapisane przez chrześcijan 300 lat później, istnieje pewna możliwość, że w międzyczasie nieco się zmieniły.

Czytaj dalej

Wczoraj z przyjacielem ze snu (spotkaliśmy się! żyje! warto było mieć sen!) roztrząsaliśmy problem serii zdarzeń.

Zapewne już o tym opowiadałem, ale powtórzę. Otóż grafikiem zostałem dlatego, że moja przyjaciółka zjadła babeczkę z innej cukierni, niż zwykle. Dostała od tego wysypki i nie przyszła na zajęcia. Miałem dwie godziny wolne, które zwykle spędzaliśmy razem, zamiast tego poszliśmy do Empiku i kupiłem singiel Suzanne Vega. Pochwaliłem się nim na liście dyskusyjnej i okazało się, że singiel ukazał się TYLKO w Polsce. Godzinę później miałem 36 maili z prośbami o nabycie przedmiotu, a jeden mail przyszedł od świetnego grafika, który zgadł, że to się wydarzy, zgadł, że student trzeciego roku matematyki nie ma góry pieniędzy i zaoferował mi pożyczkę (to było przed Paypalem). Poszedłem, zobaczyłem studio grafika zapchane książkami, dostałem wściku, zostałem zdecydowanie za długo, bo nie łapię hintów, że on chciałby iść do domu i powiedziałem mu, że zawsze chciałem być grafikiem. Tydzień później zadzwonił telefon i grafik spytał, czy chciałbym zostać asystentem kogoś innego. Ktoś inny okazał się być wykładowcą ASP. Zostałem grafikiem. Do tej pory zdawało mi się, że to cała historia.

Ale ta historia rozciąga się w obie strony, co zrozumiałem wczoraj. Gdyby anonimowa osoba w wytwórni nie zadecydowała, że singiel ukaże się tylko w Polsce; gdyby Suzanne Vega nie miała dwóch przebojów, „Luka” i „Tom’s Diner”, dzięki czemu nie ukazałoby się jej best of; gdyby postanowiła jednak zostać poetką, a nie śpiewać – nie byłbym zapewne grafikiem. Teraz w drugą stronę: gdybym nie był grafikiem, nie dostałbym świetnej pracy w Amsterdamie; gdyby nie ta praca, nie miałbym wypalenia zawodowego; gdyby nie to, nie dostałbym antydepresantów, które wywołały hipomanię; gdyby nie hipomania, nie zostałbym kowalem i nie poznał Josa; gdybym nie poznał Josa, nie zbliżałbym się do rocznicy ślubu.

Tym sposobem fakt, że Suzanne Vega nie została poetką spowodował, że zbliżam się do rocznicy ślubu.

Więcej o koncepcie ørlog w następnej notce. Powyżej piosenka, która jest winna temu, że wziąłem ślub z Josem.

M., A., Ray, Stacey Roca (Shell/Closer To Heaven)

Właśnie się obudziłem. Dokładnie 10 minut temu (gdy zaczynam wpis), bo najpierw poszedłem do toalety, kocham swoich czytelników, ale w hierarchii moich potrzeb pusty pęcherz jest najpierw i wcale się tego nie wstydzę. Co nie znaczy, że będę się tym chwalić na blo… ups…

W każdym razie, nie chodzi o toaletę, tylko o sen. Wiem, że cudze sny są potwornie nudne i nie obrażę się, jeśli pominiecie ten wpis.

Zanim przyjechałem do Holandii, moja najbliższa przyjaźń była podtrzymywana emailowo. Spotkaliśmy się kilka razy w ciągu 9 lat. Był to chłopak, z którym dzieliliśmy się każdą myślą, nową piosenką, odkryciem, wysyłaliśmy sobie kasety, tzn. on mnie, bo w Polsce dużej części muzyki po prostu nie było; on był głębokim, zakompleksionym introwertykiem w małym miasteczku na zadupiu Holandii, a ja byłem głębokim, zakompleksionym introwertykiem w Warszawie, małym miasteczku na zadupiu Europy (zwracam uwagę, że to było bardzo dawno temu, zaczęliśmy korespondencję, kiedy szczytem naszych marzeń było pewnego dnia przylecieć do Londynu i umrzeć, nawet na lotnisku, nie było jeszcze GUGLA, tak, były kiedyś czasy, kiedy nie było gugla). Odkrywaliśmy powolutku różne możliwości życiowe – aparat ortodontyczny; możliwość nabycia ubrania niewybranego przez mamę; nowy singiel Pet Shop Boys; podróżowanie. On ufarbował włosy i wyprostował zęby. Ja wyrzuciłem wszystkie nieokreślonego kształtu swetry i przestałem się ubierać w jasnoniebieskie koszule. Dzieliliśmy się opisami pierwszych pocałunków, nowego chłopaka/dziewczyny, problemów, które płyną z tego, że ma się 23 lata i nie jest się muzykiem w Londynie, o czym obaj marzyliśmy. Spotkaliśmy się w Amsterdamie, w Londynie, w Berlinie, znowu w Londynie, znowu w Amsterdamie… Przyjechałem do Holandii. I jakoś się tak zrobiło, że im bliżej byliśmy fizycznie, tym mniej mieliśmy kontaktu.

Czytaj dalej