1-0

To jest duży problem dla człowieka, któremu spierdzieliło się tak elegancko zaplanowane życie. Studia, check. Praca, check. Związek, check, zgrzyt, check check bzzt, check. Lepsza praca, jeszcze lepsza, check, check. Mieszkanie, check. Amsterdam, check. I nagle JAK NIE JEBŁO.

Nie planowałem dwubiegunówki, ale skoro już się wydarzyła, podszedłem do niej jak zwykle, jak do kolejnego wyzwania. Zwalczymy tę paskudę. Leki, terapia, pełne uznania stwierdzenie lekarza „jest pan bardzo wysoko funkcjonującym bipolarem”, rehabilitacja, próba powrotu do pracy… i nagle JAK NIE JEBŁO.

Do tej pory nie mogę się pozbierać po czerwcowej hospitalizacji. Nie mogę przyjąć do wiadomości faktu, że manię — tak, manię, zmieniono mi diagnozę na bipolar I — zwyczajnie przeoczyłem i zwróciłem na nią uwagę dopiero wtedy, kiedy było za późno na nieskrzywdzenie nikogo. Okropnie żre mnie fakt, że nie umiem sobie radzić ze stresem. Nie umiem i już. Efekty uboczne litu (helloł, mister Eugenides) są paskudne i uprzykrzają mi życie, a ja na dodatek nie do końca wiem, czy ten lit robi jakąś różnicę, czy nie, bo nie mam pod ręką drugiego Raya do sprawdzenia.

Nie umiem sobie poradzić z gwałtowną zmianą w moim życiu towarzyskim. Wczoraj miało miejsce główne wydarzenie Gay Pride, parada łodzi. Dwa lata temu byłem na łodzi drużyny rugby, w stanie przyjemnej hipomanii, ściskając się z najpiękniejszym z rugbystów. Dziś siedzę w domu, unikając starannie zetknięcia z kimkolwiek oprócz Zbrojmistrza, zbywając pytania znajomych i… „mojego” rugbysty, który przysyła mi SMSy i pyta, czy nie będę aby na mieście. Nie będę, chyba, że 750 tysięcy turystów i 500 tysięcy localsów padnie trupem, a on akurat przeżyje.

Brak mi pieniędzy. No cholera, brak mi, co ja poradzę. Nie mówię już o tym, że przywykłem do zarabiania dużo, bo przywykłem, ale ostatnie dwa lata nauczyły mnie redukowania wymagań, kupowania tańszego jedzenia, niekupowania nowych ubrań, niewychodzenia na miasto, niechodzenia do kina. Nauczyłem się, a ciężka to i bolesna lekcja, przyjmowania zaproszeń na kawę lub kanapkę i nieodwzajemniania ich. Lunch za 13 euro to dla mnie trzy obiady. A i tak wiem, że moje narzekanie jest niczym wobec życia emerytki z 1600 zł, że w Polsce dostałbym rentę wystarczającą na przysłowiowe waciki, tutaj zaś spłacam nadal swój trzydziestoletni kredyt. Już tylko 24 lata i będę mógł sprzedać mieszkanie, żeby spłacić resztę kredytu!

Próba powrotu do pracy miała mi oddać moje zwycięstwa. Miało się zacząć od małego — programowania dla non-profitu, a potem miał nastąpić powrót na drabinę sukcesu, “Jak pokonać życiowe trudności i wyjść na prostą, odczyt Raya Granta”, książka o chorobie, wywiady dla prasy… Natrząsam się, ale tylko troszkę. Bo naprawdę tak miało być. Tak było zawsze. Nigdy wcześniej nie trafiłem na trudności, z którymi nie umiałbym sobie poradzić sam. Dręczenie w dzieciństwie przetrwałem, z zewnątrz otrzymawszy wyłącznie przydatne rady typu “nie zwracaj na nich uwagę, to im się znudzi”. Na studia zdałem sam. Do pierwszej pracy mnie podesłano, ale na swoją pozycję zarobiłem sobie sam, w ciągu dwóch lat przeszedłszy drogę od jazdy na miotle do samodzielnego projektowania. Kolejne prace znalazłem sobie sam, tzn. w zasadzie tylko jedną, bo kolejne znalazły mnie. Za granicę wyjechałem bez pleców i znajomości. Mieszkanie kupiłem sam, bez wkładu rodziców, bo nie posiadam bogatej rodziny. I tak już miało zostać. Przez co chcę powiedzieć, że oczywiście miało być coraz lepiej.

Kuce zapatrzone w Krula zapominają, że i im może się przytrafić coś takiego, jak mnie; choroba, przy której nie da się funkcjonować bez wsparcia. Nie mamy pana płaszcza i co nam pan zrobi. Nic nie zrobię, choćbym się wytężał i zaciskał, nie wyzdrowieję już nigdy. A w tej chwili nie mam nawet światełka na horyzoncie. Moja duma przydaje mi się dokładnie do niczego, to znaczy, stanowi dla mnie niewyczerpane źródło stresu.

Tę chwilę wybrała sobie moja koleżanka Rita, aby zatagować mnie w fejsbukowej grze: oto przez pięć dni mam pisać o trzech pozytywnych rzeczach w moim życiu. Pierwszą reakcją było warknięcie “bah, humbug” z miną godną Grumpy Cata. Pozytywne my ass. Ale… przypomniałem sobie, że sam staram się nie otaczać ludźmi negatywnymi, tylko pozytywnymi; chcę mieć wśród swoich przyjaciół osoby, które ciągną mnie w górę, a nie w dół. Czy sam chcę być tym, który ciągnie w dół? Obciążnikiem? Wiecznym smutasem, ewentualnie dzielnie uśmiechającym się przez łzy i mamroczącym “nie martwcie się o mnie, jakoś sobie poradzę… zapewne”? Nie chcę. Natura zwycięzcy nie pozwala. Zapomniałem o niej, przytłoczony nadmiarem syfu — i zacząłem zachowywać się jak Polak, przekonany, że będzie albo źle, albo gorzej.

Przyznam, że piąty dzień gry był trudny, bo skończyły mi się pomysły z wierzchu kupki, ale jakoś sobie poradziłem. A wiele jest rzeczy, za które mogę być bogom wdzięczny. Zbrojmistrz; kuźnia; fakt, że żyję, a były takie chwile, kiedy ten stan mógł się zmienić; darmowe leki (ileż ja bym wagonów pieniędzy wydał na leki, gdybym mieszkał w Polsce…); fakt posiadania dachu nad głową; brak osobistych doświadczeń związanych z wojną; fakt, że mam dookoła siebie mnóstwo ludzi chętnych, by mi pomóc, czy to zapraszając na obiad, czy odwiedzając w szpitalu; muzyka, która uprzyjemnia mi życie nawet w chwili, gdy to piszę (Leftfield — Leftism — co za świetna płyta!); wiele talentów, które co prawda chwilowo są nieco stłamszone, ale przecież nie znikły; pizza — najwspanialszy wynalazek ludzkości; czytany przez setki ludzi blog; bycie gejem, które też w dużym stopniu uratowało mi cztery litery, bo o ileż ciężej było mi chorować, gdybym miał na utrzymaniu żonę i dwójkę dzieci; słoneczne lato, które w Amsterdamie jest prawdziwym cudem; bracia i mama; serial „Wikingowie”; mój tatuażysta; Twitter, dzięki któremu nawiązałem kontakt i współpracę z muzykami, którym niegodzienżem podeszew całować; książki, w których mogę zatonąć; siłownia, dzięki której mam bary niedźwiedzia, a nie tylko brzuch w kształcie arbuza (na lekach przytyłem już 30 kg); sympatyczni rugbyści i nie tylko… Moje życie jest tak wypchane pozytywami, że dziw bierze, że wszystkie mi się mieszczą. A przecież nie wymieniłem wszystkich, gdybym pomyślał dłużej, niż pięć minut, znalazłbym więcej.

Czasami, żeby zwyciężyć, trzeba po prostu przedefiniować zwycięstwo. Mój lekarz powiedział mi już przy jednej z pierwszych wizyt, że mogę nigdy nie wrócić do pracy. Pomyślałem wtedy ze zgorszeniem: co za negatywny typ. Dziś widzę bardzo wyraźnie, że miał rację. Ale widzę też, że to ważne wyłącznie w przypadku, gdy życiowy sukces definiuję jako wysoko płatną pracę. Nigdy nie oceniałem ludzi pod kątem ich zarobków, czemu miałbym tak oceniać siebie? Może zostanę rencistą, kującym w ramach terapii zajęciowej? Może wygram w totka? Może po prostu wezmę ze Zbrojmistrzem ślub, sprzedam mieszkanie i przestanę marzyć o nowych gadżetach Apple? Owszem, kiedyś miałem kasy jak lodu, wieczory spędzałem w barach lub samplując najnowsze kolumbijskie wyroby, ciuchy kupowałem po prostu dlatego, że mogłem, nie było takiej opcji, żeby mój telefon był starszy, niż dwa lata… Może to już nigdy nie wróci. Może to… gasp… nieważne?

  • Gronkowiec

    1. Dawniej trafiałem regularnie na ten blog przez odnośniki na innych blogach / fejsie, więc siłą rzeczy napotykałem raczej teksty ideowo-lajfstajlowe, a nie „autobiograficzne”. Teraz, gdy zaczałęm zaglądać tu regularnie, z premedytacją prawie nie przeglądam archiwum. Ciekawie więc przeczytać od samego Raya o tym „jaki był kiedyś” (jego zdaniem). Więc aż muszę spytać: czy gdy Ray wygrywał w wyścigu szczurów, miał kasę i wszystko „było ok”, to czy też miał takie lewicowo-liberalne poglądy jak teraz? Czy może bardziej w stronę Krula…? 😉

    2. No i właśnie to jest największy problem z „evidence-based medicine”, która się teraz pleni jak chwast dookoła: zupełnie nie daje ona odpowiedzi na to, czy akurat Rayowi lit pomoże… :/

    3. Ray, czy Ty może uczęszczasz na terapię poznawczo-behawioralną? Bo to by było świetne miejsce żeby krytycznym okiem popatrzeć na tą twoją „ambicję bycia zwycięzcą”… 🙂

    • Ray Grant

      ad 1. Ee, to by było psucie zabawy, odpowiadać Ci na to pytanie 🙂

      ad 2. Ja po prostu nie wiem, czy to już jest to, czego się powinienem spodziewać, czy jeszcze nie. Skąd mam wiedzieć? Może na lamictalu byłoby lepiej, a może nie. Jedyny sposób sprawdzenia, to… sprawdzenie…

      ad 3. Poznawczo-behawioralna to jest CBT? CBT nauczyło mnie właśnie ambicji bycia zwycięzcą, zamiast siedzenia w kątku grzecznie i czekania, aż mnie znajdą. Ale nie wykluczam, że powinienem teraz iść na drugą rundę :>

      • Gronkowiec

        ad.3 Tak, CBT 🙂 Ale sądząc po tym poście to może nie potrzeba – jak nizej napisał/a humanburrito, jeśli sam zauważasz że „czasami, żeby zwyciężyć, trzeba przedefiniować zwycięstwo” to widać sam potrafisz sobie z nowym stanem poradzić.

        Ja jestem chyba (nad)ambitny w pracy, bo zawsze muszę być najlepszy :/ Ale w życiu dochodzę powoli do wniosku, ze nie ważne jest bycie najlepszym, tylko bycie zrelaksowanym i zadowolonym z życia. Móc zajmować się swoją pasją, kochać i być kochanym i mieć dobrych przyjaciół. Więc jak widzę że masz kuźnię (!!!), Zbrojmistrza, przyjaciół a do tego jeszcze rugbystę to myślę że „Tak, o to właśnie w życiu chodzi.”

  • Karolina

    Pewnie, że nieważne. Ważne jest to, comwymieniałeś przez te pięć dni. Reszta to bzdury. Ludzie sa ważni. Miłość jest ważna. Przyjaciele. A tego wszystkiego masz mnóstwo…

  • humanburrito

    „czasami, żeby zwyciężyć, trzeba przedefiniować zwycięstwo” – dawno nie przeczytałam czegoś tak genialnie prostego. na różne sposoby próbowałam ująć podobne myśli, starając się przekonać samą siebie, że sukces nie ma jednej, uniwersalnej definicji i że krzywdzę się, uzależniając swoje poczucie spełnienia od miliona bzdur i starając się mieścić w jakiejś nieistniejącej normie. dzięki.

  • Alo! Rita wywolana do tablicy. 🙂

    Ciesze sie, ze moja Facebookowa gra, ktora sama uprawiam z uporem maniaczki (*o, pardon*), nie zepsula, a wzmocnila. Nota bene, ostatni miesiac byl jednym z trudniejszych jakie mi sie przytrafily, i nieraz wymyslalam przyklady do gry z zacisnietymi zebami – ale mi to pomagalo. Jedno, czego sie nauczylam, to to, ze mozg ciagnie w te strone, w ktora jest przyzwyczajony, wiec staram sie przyzwyczajac moj mozg w innym kierunku…. takim „niepolskim” kierunku moze….. Napisanie ludziom, ze jest dobrze w sposob szczery – nie: dla popisu pt. Och Facebook, jakie ja mam ZAJEBISTE zycie (granica jest moze cienka, ale istnieje), podzielenie sie wdziecznoscia z jakas spolecznoscia ma znaczenie. Jesli gest nie jest pusty, to dziala. Oczywiscie, ze to nie dla kazdego 😉 mozna pisac sobie na kartce. Ale mozg jak dorozkarski kon, idzie trasa, ktora zna….. 😀

  • Pieniądze i praca są ważne, poczucie bycia w czymś dobrym lub najlepszym jest ważne i jako taka kontrola nad własnym życiem, poczucie bezpieczeństwa, które daje ci twój zawód i twoje zarobki to też są rzeczy ważne, a ich stan przekłada się na życie emocjonalne, bycie z ludźmi i wśród nich, bycie z sobą, więc rozumiem frustrację, która czasami musisz przeżywać Ray, pewnie marna to pociecha, ale gdybyś tej frustracji w ogóle nie doświadczał byłby to sygnał słabego kontaktu z rzeczywistością, musiałeś zmienić swoje życie, nie we wszystkich rejonach jest to zmiana na lepsze, w niektórych jest to zmiana na cholernie gorsze, wkurza cię to, martwi, to zrozumiałe i jest to zdrowa reakcja, wiem, że to także gówniana pociecha…
    a przecież nadal jesteś kimś, kto wygrywa, bo zakładam, że tytułowe 1:0 oznacza twoją przewagę; dość jednoznacznie postrzegam cię też jako zwycięzcę i to nie dlatego, że tak pięknie odhaczałeś swoje dokonania kiedyś, ale dlatego, że nigdy się nie poddajesz teraz, prawdziwą porażką jest przecież tylko rezygnacja, a może nawet nie chodzi tylko o to? naprawdę podziwiam to jak umiesz sam sobie pomóc i zmienić kierunek swojego myślenia, jak umiesz być dla siebie dobry po prostu, większość ludzi potrzebuje lat terapii, żeby wyrobić sobie taką ocalającą samoświadomość jak Twoja i przecież nawet wówczas nie zawsze im się udaje; potrafisz powiedzieć, co się nie udaje, potrafisz pokazać swoje słabości i nie utknąć w nich, to jest niesamowite osiągnięcie, nie wydaje mi się,żebym ja sama umiała to robić tak twórczo i skutecznie;
    piękne mamy lato tego roku w NL, faktycznie; idę nad Maas porzucać kamykami, powodzenia Ray

  • manai

    „Nigdy nie oceniałem ludzi pod kątem ich zarobków, czemu miałbym tak oceniać siebie?” jest dokładnie zdaniem które trafia w mój czuły punkt.

    Własnie straciłam i nie mogę odzyskać dobrze płatnej/ciekawej/rozwijającej/etc pracy. szykuję się do emigracji. jestem starszą panią po 35 r. z. i muszę znów zaczynać od początku. wkurw pomieszany z żalem. płacz z poczuciem zmarnowanego życia. Po czym przyłażę tu i szanowny Pan, z właściwą sobie umiejętnością trafiania celnie w punkt, ustawia mnie do pionu.

    bardzo dziękuję za wpis. bo całą masę mam rzeczy, które są super i zajebiste w moim życiu.

  • i_am_keyser_soze

    Muszę przyznać że takie wpisy na twoim blogu sprawiają, że czuję się trochę bezradny. Nie bardzo wiem co mam wtedy napisać, zaczynam kwestionować własne podejście do wielu spraw. Pomyślałem że będę trochę egoistyczny dzisiaj i napiszę że cię lubię, chociaż cię nie znam i że to jest twoje zwycięstwo i że gdy cię czytam to dostrzegam na ilu małych i większych poletkach zwyciężyłeś i IMO wiele osób tutaj też to widzi. Możesz zawsze skorzystać z naszego spojrzenia.

  • A jesli nigdy nie wroci, to co?
    Tez mi czasem szkoda mojej zaj* płatnej pracy w branzy IT w Dolinie Krzemowej. I tego mieszkania, w ktore wlozylam mase pracy, urzadzilam je tak, jak chcialam. I tego samochodu, ktory uwielbialam. I tych wycieczek po swiecie, na ktore bylo mnie stac, i tych gadżetów, tak. To wszystko tak pieknie prezentuje sie na zdjeciach…

    Ale z drugiej strony, gdy zaglądam na swoje wlasne wpisy z tamtego czasu, to wcale nie bylam szczesliwa. Praca w corpo mimo wartkiego potoku kasy powodowala ciężki ból d* dnia kazdego, gdy trzeba sie bylo zderzyc z corporzeczywistoscia i calym jej debilizmem. Wytchnienie w pubie, odstresowanie.
    Ciagle martwienie sie o rzeczy, na kore wtedy faktycznie nie mialam wplywu. No i jednak samotnosc w tlumie, bo w USA jak sie czlowiek nie wpasuje w ktores koryto rzeczywistosci przyjete i uznane przez society, to ma wiecej niz przerąbane.

    Teraz fast forward 4 lata naprzód.
    Nie ma kupy szmalu, mieszkania, samochodu, gadzetow i wycieczek. Jest za to Ktos w moim zyciu, oraz jest święty spokój. I praca, która nie przyprawia mnie o trzęsionkę dnia każdego. I luz. I cieszenie sie najprostszymi rzeczami.

    Tak, jakies minimum finansowe jest niezbedne, zeby przetrwac i nie znalezc sie na ulicy. Zeby nie glodowac. Ale poza tym, to radosc do zycia wnosza ludzie, a nie rzeczy. Ludzie i relacje z nimi, a nie jakies tam wyimaginowane cywilizacyjnie i kulturowo „zwyciestwa”.

    Jestesmy ludzmi, a ludzie myslacy maja to do siebie, ze sami siebie definiuja i okreslaja, co dla nich jest zwyciestwem, a co nie.
    Ja osobiscie nie widze powodu dla ktorego wiekszym zwyciezcą mialby byc szef funduszu hedingowego zarabiajacy miliony, czy zloty medalista w trójboju a nie na przyklad matka, ktora wychowala trójkę dzieci na porządnych ludzi albo na przyklad czlowiek, ktory mimo nieuleczalnej choroby zyje dalej i zyciem sie cieszy…..

  • No właśnie, nie tyle trzeba przedefiniować zwycięstwo , co trzeba sie wyrwać z tej kultury sukcesu (no chyba że ktos chce w niej tkwić)
    No bo po pierwsze nie każdy sukces osiagnie, mało prawdopodobne jest też, że ja osiagnę poziom życia jak z reklamy czy modnego serialu, dlaczego mam za tym tęsknić i tego ma mi brakować?
    Jak są inne ważne rzeczy.
    najgorsze jest, że ludzie sami się zniewalają lub dają się zniewalać i żyją otoczeni różnymi niby ważnymi pojęciami i wartościami, które naprawdę są dla nich czesto mało ważne, ale oni za tym gonia, bo sąsiad, bo rodzina, bo żona, bo coach, bo psychoterapeuta, bo lekarz, bo ksiądz.
    każdy coś mówi i czegoś oczekuje, mówi, ze tak mam żyć a tak nie, że nie będę szczęścilwy i spełniony, gdy nie osiagnę sukcesu, gdy nie uporam się ze swoimi emocjami, gdy nie pojadę do tunezji, gdy nie będę pracował tam i zarabiał tyle, gdy nie znajdę drugiej osoby, gdy nie znajdę sensu, gdy nie zacznę się rozwijać itd itp

    Tyle że to nie tak działa

    Czasem w sumie zwycięstwem jest przeżycie kolejnego dnia, znalezienie dobrego tekstu w necie, uśmiech czy dobre słowo.
    Niekoniecznie sukce, kasa, samorozwój, korpo, coaching, religia czy psychoterapia.

  • zla.m

    Zaczęłam czytać i się szczerze przeraziłam, że rozstałeś się ze Zbrojmistrzem. A tu „tylko” ogólny dół, na pewno koszmarny, ale, to co najważniejsze – ludzie – nie zawodzi. I tego się trzymaj.

    A dodatkowo, jeśli chodzi o poczucie finansowego bezpieczeństwa – robisz sporo rzeczy – kuźnia, muzyka, nawet ten blog – które są szansą na dodatkową kasę, bez konieczności pracy od–do pod czułą opieką kerownika 😉 Więc będzie dobrze na wszystkich frontach, mówię Ci 😀

  • PB

    Dziękuję Ray.

  • sc

    Drogi Panie Rayu, bardzo wiele radości dostarcza mi ten blog. Zaczęłam czytać przypadkowo, od poradnika BDSM, ale mnie wciągnęło. Moje życie zasadniczo to pasmo kilku dób pod rząd w pracy, spore zarobki, kariera, stres, stres, stres, stres. Chyba ta sama branża, co Gronkowiec, sądząc po ksywie, jak również znajomości EBM. Generalnie permanentny brak czasu na życie osobiste i ostry zapieprz na spiętych pośladkach. Chciałam Ci pogratulować, Kolego, bo myślę, że pomimo choroby, a może pośrednio dzięki niej, doszedłeś do wniosków, które NAM, zapracowanym ludziom sukcesu, przychodzą do głowy, kiedy już jesteśmy na granicy wypalenia zawodowego i/lub załamania nerwowego. Także 1:0 dla Ciebie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!