O pięknie

Zaczęła Szprotest.

To znaczy, oczywiście nie zaczęła Szprotest, bo to nie ona wymyśliła, że kobieta ma ładnie wyglądać, a mężczyzna dobrze zarabiać. Ale Szprotest napisała posta „Nie ja rządzę moim ciałem”, w którym można przeczytać między innymi:

Spora część znajomych mi kobiet jest wychowywana w przeświadczeniu, że ich pierwszym i podstawowym obowiązkiem jest wyglądać atrakcyjnie (przy czym przez atrakcyjność rozumiemy tutaj przystawanie do aktualnie modnych standardów, mierzone kilogramami i jędrnością skóry), nawet jeśli odbywa się to ze szkodą dla zdrowia i samopoczucia psychicznego. […] Atrakcyjność obowiązuje do czasu, gdy kobieta staje się matką (mnie zatem będzie obowiązywać do śmierci): jak wiadomo, wówczas niewiastę winno cechować całkowite poświęcenie progeniturze. Zbyt wypiękniona matka to znak, że dzieckiem zajmuje się za mało, kto to bowiem widział martwić się czymkolwiek innym, może jeszcze własnym wyglądem: ZŁA MATKA.

Kilka dni temu temat podchwyciła Naima, która w swym poście „Lokatorzy bez prawa do remontów i wyburzeń” zawarła przegenialny passus o tatuażach:

Tymczasem przytrafiła nam się kultura i społeczeństwo, i oto (w gigantycznym skrócie) ciała zostały podzielone na te, które mają służyć zabijaniu i byciu zabijanymi oraz te, które mają służyć produkowaniu nowych ciał. […] Zaniedbujących swoje role i użytkujących ciała zgodnie z własnym widzimisię szykanowano w sposób formalny lub symboliczny. Spektrum kar wahało się od zwiększonych podatków dla bezdzietnych/singli, przez zakaz pełnienia niektórych zawodów przez mężczyzn z tatuażami (osoba, która modyfikuje własne ciało zgodnie ze zwoim gustem najwyraźniej wyłamała się z umowy dzierżawnej i nie nadaje się na mięso armatnie ni służbowe – jest w tym pewien piękny symbolizm, że ucieczką od munduru i ujednolicenia kamaszem było wypalenie własnych znamion na skórze, permanentne odróżnienie się od reszty rozebranych do naga ciał na targowisku komisji rekrutacyjnej) po ostracyzm i wyzwiska względem zniewieściałych, niemęskich, słabych czy hipsterów.

To, co napisała Naima, jest bardzo dobrą odpowiedzią na pytanie, dlaczego mam tatuaże, ale o tym za moment.

*

Spędziłem wczoraj wieczór z moim przyjacielem, który w pewnym momencie wsiadł na temat, który regularnie ujeżdża, dokarmia i podlewa: temat „jaki ja jestem gruby”. Przyjaciel waży 67 kilogramów i nosi dżinsy rozmiaru 28-29. Nie widzi sprzeczności między „jaki ja jestem gruby” i faktem, że nie może dostać spodni w swoim rozmiarze, bo Holendrzy generalnie zaczynają się od rozmiaru 30.

Ja noszę rozmiar 34 i na ogół nie cierpię przesadnie z tego powodu. Dzięki moim medykamentom przybyło mi na wadze 18 kg i zacząłem wyglądać jak kowal, a nie jak pływak, ale na ogół — znów — się tym nie przejmuję. A jednak po słuchaniu przez 15 minut wałkowanego z upodobaniem „oczywiście wyglądam już nieco lepiej niż pół roku temu, ale to ciągle nie jest to” przerwałem przyjacielowi dość brutalnie:

— Czy mógłbyś przestać? Bo Ty może nie masz anoreksji, ale ja zaczynam powoli jej dostawać.

Zaśmialiśmy się obaj i porzuciliśmy temat, ale tak naprawdę, oczywiście, ta dyskusja się nie zakończyła i nie zakończy jeszcze bardzo długo.

Chorobę ujawniającą się w różnych postaciach, jako anoreksja, manoreksja, bulimia czy też body dysmorphic disorder obserwujemy na ogół u kobiet i homoseksualnych mężczyzn. Jak napisał elegancko mały obrzydluszek, och! literówka! pan Ziomecki w cytowanym w poprzedniej notce artykule, „mężczyźni są wzrokowcami”. (Miss Olgu postanowiła naprawić ten niesprawiedliwy stan rzeczy czepiając się hipsterów za to, że są hipsterami, a pani Cieślik niewysokich za to, że nie urośli — i to jest właśnie ten sposób, w jaki możemy pozbyć się dyskryminacji wobec pewnych grup społecznych — zacząć dyskryminować kolejne!)

Tymczasem nie istnieje obiektywny wzorzec atrakcyjności. Poważnie. Nie ma czegoś takiego. Nie istnieje kobieta obiektywnie piękna. Nie istnieje mężczyzna o obiektywnie pięknym ciele. Nie istnieje obiektywnie odpowiedni wzrost, owłosienie czy ubiór. Najlepszym dowodem na to są eksperymenty z komputerowym uśrednianiem najpiękniejszych twarzy, rezultatem których są twarze idealnie… nudne. No owszem, nie ma na nich pryszczy, krzywych nosów, zeza czy zmarszczek. Nie ma na nich w ogóle niczego, na czym chciałoby się zawiesić wzrok dwa razy.

Powtarzam to moim przyjaciołom i przyjaciółkom, kiedy jęczą, że czują się grubi (są i tacy, którzy narzekają, że są zbyt chudzi, ale jest ich mniej). Nie istnieje idealny obwód ciała, do którego należy aspirować, a odstępstwo od niego będzie karane. Istnieje natomiast MAINSTREAMOWY obwód ciała, odstępstwo od którego będzie wytykane przez mainstream. Podobnie istnieje też mainstreamowa fryzura, mainstreamowy ubiór i mainstreamowa muzyka. I tutaj muszę się zgodzić. Jeśli Waszym celem jest bycie jak najbardziej średnim średniakiem, będziecie musieli nad tym popracować. Bo natura, Bóg czy też Potwór Spaghetti nie stworzyli nas wszystkich tak znowu na swoje podobieństwo (to dotyczy zwłaszcza Potwora Spaghetti) jak się nam wmawia. Jednych stworzyli wyższych, jednych — niższych, niektórzy z nas mają tendencję do tycia, inni do chudnięcia, jedni mają włosy proste, inni kręcone. I to jest właśnie fajne.

Nigdy nie narzekałem na brak zainteresowania płci tej samej. Moja przyjaciółka kilka razy wytknęła mi, że to dlatego, że ja jestem „przystojny facet”. Ale przecież to nie jest OBIEKTYWNA prawda. Owszem, jeśli lubimy dużych misiów pokrytych grubą warstwą tatuaży, jestem dramatycznie przystojny. Jeśli natomiast lubimy wątłych blondynków, jestem ohydny. W artykule na Gazecie (spędzam tam zdecydowanie za dużo czasu) na temat męskiego zarostu większość damskich komentarzy brzmi mniej więcej tak: „a fuj, zgolić to”. Nie dogadałbym się z tymi damami. A to jest naprawdę większość. Podobnie jest z gejowskim życiem Amsterdamu — naprawdę nie podobam się WIĘKSZOŚCI. Różnica między mną, a moim przyjacielem i moją przyjaciółką leży tak naprawdę nie w obwodzie, tylko w tym, że ja wcale nie chcę się podobać większości, bo uważam, że większość nie ma gustu i się nie zna.

Zdaję sobie sprawę z faktu istnienia „forum dla brzydkich ludzi”, ale nie do końca wierzę w to, że osoby piszące na tym forum są „brzydkie” — bo nie do końca wierzę w istnienie czegoś takiego, jak obiektywna brzydota. Brzydkie to są reklamy wieszane na zruinowanych budynkach na warszawskim Tarchominie oraz Comic Sans. Ludzie są co najwyżej mniej lub bardziej średni. Claudia Schiffer, supermodelka, jak dla mnie wygląda jak budyń z pianką. Większość modeli płci męskiej wzbudza we mnie rozpaczliwe ataki ziewania. David Beckham i jego żona kojarzą mi się z insektami. To są podobno ci „obiektywnie atrakcyjni” ludzie. Dla mnie tymczasem obiektywnie atrakcyjny jest pewien 60-letni rugbysta z Berlina, z którym kiedyś zrobiłem sobie zdjęcie, bo mnie zżerało pożądanie. Zrobię powtórkę ze zdjęcia, bo jestem pewien, że by mu to nie przeszkadzało.

Docinanie samemu sobie za to, że „jestem za gruba” albo „jestem za niski” (tu wstawić sto wariacji na ten sam temat) kojarzy mi się nieodparcie z syndromem sztokholmskim, w którym oprawcą są media, ale też my sami. 99% reklam dręczy nas różnymi wersjami państwa Beckham i ich kręgu znajomych żywiących się kostkami lodu i amfetaminą, a pozostałe 1% wmawia nam, że kobieta ubrana w rozmiar 0 jest „puszystą modelką”. Główny przekaz, jaki ja wynoszę z reklam jest taki, że muszę się ubierać wyłącznie w marki niereklamowane, ponieważ nie jestem targetem właściwie żadnej firmy. Nawet ostatnio modni brodaci modele wciąż mają figury patyczaków. Ja nie mam i nigdy nie będę w majtadasach Calvina Kleina wyglądać tak, jak modele Calvina Kleina. Czy mnie to boli? Nie. To powoduje wyłącznie, że nigdy nie przejdzie mi przez myśl zakup majtek Calvina Kleina. (Dzięki czemu zaoszczędzę masę pieniędzy, one są przerażająco drogie.) Ale przecież wiem, że to ja jestem w mniejszości. Reklamowane towary przecież ktoś kupuje, skądś firmy mają pieniądze do wydania na reklamy.

Owszem, dzięki moim tatuażom, fryzurom i innym modyfikacjom wyróżniam się z prawie dowolnego tłumu, w którym się znajdę. Jestem z tego bardzo zadowolony. Kiedyś wyglądałem tak, jak wyglądałem, bo byłem okropnie nieśmiały i nie chciałem, żeby ludzie się do mnie odzywali. Teraz traktuję swój wygląd jako artystyczną wypowiedź na temat stereotypów „piękna”. Moje prywatne piękno ma krzaczastą brodę, brzuszek, tunele w uszach i feniksa na plecach. Jeśli Ci się to nie podoba, zalecam spoglądanie w innym kierunku. Ta porada dotyczy zwłaszcza Fochów, Kafeterii, komentatorów internetowych, a w szczególności osób, które mają problem z istnieniem drag queens.

  • Ray, jako osoba od niepamiętnych czasów buksująca w tym mule pragnę jedynie zwrócić uwagę, iż człowiek bombardowany od młodego niemożliwymi do spełnienia wymaganiami z czasem cynicznieje. I mówi sobie pod nosem: „Więc tego chcecie, konformiści bez krzty wyobraźni, tak? Chudej suczy? No to proszę, macie tę chudą sucz. Gardzę wami.” Można dojść do takiego punktu, gdzie wewnętrzne przyzwolenie na Niebycie Mejnstrimem to jedno, a rzeczowy ogląd swoich szans na rynku towarzysko-romantycznym – to insza inszość. Gdyż chce się podobać. Nawet osobom beznadziejnie urobionym przez reklamy i przekaz podprogowy. Do diabła, komukolwiek.

    • Ray Grant

      Ja jednak uparcie twierdzę, podpierając się faktem istnienia siebie, że można po prostu odmówić bycia Mejnstrimem — i przypomnę, że przecież do bycia w związku wystarczy, że podobamy się JEDNEJ osobie.

  • @Ray:
    dzięki za cytat i linkę.
    Jednakże pozwól, że się nie zgodzę, że:

    Ja jednak uparcie twierdzę, podpierając się faktem istnienia siebie, że można po prostu odmówić bycia Mejnstrimem — i przypomnę, że przecież do bycia w związku wystarczy, że podobamy się JEDNEJ osobie.

    Do związku potrzeba, żeby podobać się osobie, która podoba się nam. A nie po prostu jednemu fanatykowi tej szczególnej egzotyki, którą reprezentujemy.

    Co do meritum – zgoda, media oczekują od konsumentów niemożliwego, ale za to sprzecznego (jedz nasze czekoladki! Spróbuj hamburgera z bitą śmietaną! Wyglądaj szczupło w dżinsach o rozmiarze ujemnym!) i wymuszają jakiś nierealistyczny standard piękna. Dobrze jest mieć dystans do medialnego wyobrażenia o pięknie i umieć siebie lubić ortogonalnie do tego, czy ten ideał się ucieleśnia. Dobrze jest też być w grupie towarzyskiej/społecznej, która pozwala wyglądać inaczej niż grupa zadecydowała (like, nie wszyscy muszą lubić rurki/wyciągnięte swetry/dredy/łyse czaszki/kolczyki/brak kolczyków/tatuaże/whatever uznane oznaki indywidualności). Ale do tego trzeba mieć zwykle więcej lat i dużo trudnych doświadczeń kształtujących osobowość, inaczej to wygląda w smarkatych latach, gdy presja grupy i mediów jest miażdżąca.

    • Ray Grant

      OK, przyłapałaś mnie na skrócie myślowym — podobamy się jednej osobie Z WZAJEMNOŚCIĄ. 🙂

      Co do lat smarkatych… W podstawówce byłem tym jednym dzieciakiem, na którym wyżywali się wszyscy, usiłowałem się dopasować, im bardziej się starałem, tym bardziej mi się obrywało. W liceum odkryłem, jakie to jest uczucie, kiedy nie jestem bez przerwy dręczony — i zacząłem powoli odróżniać się od reszty. Na studiach, że tak powiem, rozwijałem się, wyoutowałem się również przychodząc z chłopakiem na połowinki. Owszem, kilku kolegów z roku nie chciało mi potem już podać ręki, ale generalnie odkryłem coś, co wydało mi się nielogiczne: im bardziej olewałem próby dopasowania się do mainstreamu, tym bardziej byłem lubiany i pożądany. I nie jest to kwestia dobierania sobie grupy społecznej, która pozwala wyglądać inaczej, bo nie wybierałem sobie kolegów na studiach albo współpracowników (inna sprawa, że grafikowi wolno więcej, niż księgowemu). Raczej w kolejne lata żywota wchodzę z wypracowaną reputacją dziwaka 😉

      • mat

        jako wydziarana księgowa z niestandardowymi kolczykami i w glanach powiadam: ojtam ojtam.

  • O tym, czy mejnstrim w postaci współpracowników i szefa dobrze zniesie niekanonicznego człowieka w pracy, to można długo i z barwnymi przykładami.
    Odkrycie, że bycie sobą bardziej sprzyja nawiązywaniu głębszych relacji – prawda! – też wymaga jakiegoś ukształtowania wnętrza głowy doświadczeniem. Nikt tego nie ma w dzieciństwie, w dzieciństwie chcemy mieć kolegów/koleżanki i być tacy jak one/oni, i cierpimy, gdy to nie wychodzi. Dopiero po drodze dowiadujemy się, co sami lubimy, jacy jesteśmy i co byśmy chcieli, nie?

  • Mam za sobą sporo lat i kopę trudnych doświadczeń kształtujących osobowość. Jako wyalienowana spośród równieśnych podfruwajka byłam zaciekłą zwolenniczką Bycia Sobą, Choćby Nie Wiem Co. Doprawdy niewiele mi z tego przyszło.Na studiach walecznie kontynuowałam owo podejście w praktyce. Dziś pomału przestaję być młoda i towarzyszy mi obezwładniające poczucie, że kij z Bycia Sobą (rozumianego wąsko – jako trzymanie się przyrodzonego i naturalnego dla delikwenta typu urody, sylwetki itp.) gdy ceną za to jest zerowe zainteresowanie ze strony akurat tych osób, które wzbudzają w nas ognie. Zapewne mój kręgosłup uszkodził się od nadmiernego usztywniania. 🙁

  • Akara

    Ludziom podobają się różne rzeczy. Dobrze żeby dzieci o tym wiedziały. Jeśli chodzi o dorosłych to takie pocieszanie i nawet szczera ocena, że z kimś nie jest wcale źle może długo nic nie dać. Oczywiście te osoby chcą usłyszeć zaprzeczenie, bo zaprzeczenie wywoła krótką poprawę nastroju i chwilowy spokój, ale i tak nie uwierzą (są tacy, którzy uwierzą szybko, słowa im pomogą, ale wtedy ich problemy z akceptacją siebie nie są jeszcze aż tak wielkie). Kiedy ktoś wyrobi w swojej głowie przekonanie jak chciałby wyglądać to już nie będzie miało znaczenia, że jakiemuś X-sowi podoba się taki jaki jest teraz. On wie lepiej co dla niego jest ładne i jaki powinien być. Żeby osoby z kompleksami zaakceptowały siebie muszą przejść przez pewien dłuższy proces. Ewentualnie mogą dać sobie spokój z akceptacją i zacząć pracować nad sobą, jeśli dążą do czegoś sensownego co im przyniesie szczęście. Jeśli ktoś uzna, że nadwaga jest jego problemem i chce zmienić swoje nawyki (bo to oznacza już inne życie, może lepiej by było dla tej osoby jednak jeść co się chce, ile się chce, nie ruszać się sporo i pomimo nadwagi być z tym szczęśliwym, a życie po zmianie już takie fajne nie będzie). Jednak ze zmianą wyglądu niezadowolenie też może zniknąć (nie mówiąc tutaj o chorobach i o przypadkach ludzi, którzy przesadzają) , bo będą mieli to czego chcieli. Niektórzy woleliby może i operację niż akceptację. Czasem to działa, ale też wcale nie musi tak być. Kiedy głównym problemem w życiu jest np. krzywy nos to możliwe, że dzięki operacji nastanie później zadowolenie, bo nos już nie będzie krzywy.

  • Akara

    Nawet nie trzeba mówić, że każdemu co innego się podoba, ale też można twierdzić, że wygląd nie jest ważny. Spotkałam już się z próbami przekonywania do tego. Pojawiają się tacy, którzy powiedzą, że liczy się wnętrze i nawet jeśli uznasz, że ktoś jest brzydalem to należy dać szansę. Może coś w tym jest, czasem ktoś źle oceni kogoś po pozorach, a po bliższym poznaniu doceni, ktoś może sobie też nie patrzeć wcale na wygląd, ale nawet nie o to chodzi. Nie przekonuje mnie to, bo to często podstęp, a nie żadna wiara w takie słowa.

    Pięknem wewnętrznym często męczą obłudnicy. Oni wybierają po wyglądzie, a tylko oczekiwania wobec innych są takie żeby inny wybierali ich patrząc na piękno wewnętrzne, charakter, zaradność itp. Właśnie to mnie wkurza, że w temacie piękna często najwięcej mają do powiedzenia osoby, które chcą atrakcyjnego partnera/partnerkę, a sami są uważani są za nieatrakcyjnych (może nie przez wszystkich, ale przez tych którzy im się podobają, bo przecież to, że kocha się w nich ktoś brzydszy mało ich obchodzi, a przynajmniej nie na tyle obchodzi żeby sami bliżej poznali i związali się z kimś brzydszym). Piękna/piękny ich nie chce i wtedy zaczyna się użalanie nad tym jak to ludzie nie patrzą na wnętrze, bo wygląd najważniejszy. On sobie wybierze kandydatkę na dziewczynę patrząc na wygląd, ale ponieważ on się jej nie spodobał to będzie narzekanie i wywoływanie jakieś litości czy wyrzutów sumienia, że charakter ważniejszy niż wygląd, a na wygląd patrzą osoby puste.

    Zauważyłam też, że są niepełnosprawni, dla których nie do pomyślenia jest, że mieliby się związać z innym niepełnosprawnym (bo im się nie podoba, nie chodzi tutaj o to, że dwóch by sobie nie poradziło, niepełnosprawność też jest różna), ale za to do dziwienia się, że pełnosprawny nie chce z nim być to będzie pierwszy. W tym, że sam z innym niepełnosprawnym nawet nie chce spróbować, dać szansy na związek to problemu nie widzi.

  • i_am_keyser_soze

    Zawsze wstawałem z tłumu i ponad tłum bo byłem duży – nie będę kłamał, dzieciakiem będąc cierpiałem z tego powodu. Ale teraz, teraz jest fajnie. A jest fajnie bo jednak były osoby które i wtedy i teraz uważały że duże nie jest złe a resztę zacząłem olewać. I nie przeszkadza mi nawet gdy ktoś kto mi się podoba, mówi „Jesteś za duży” – ich strata. Ok, przyznam się, mam megalomańskie zapędy, lubię siebie i to bardzo. A, jeszcze jedno – uważam że jesteś przystojny 🙂

    • Ray Grant

      Ach, rumienię się 🙂

      Ja też siebie lubię (to chyba widać z treści posta) i uważam, że to jest zaleta, jeśli zatrzymamy się kilka kroków przed narcyzmem rzecz jasna.

  • arvata

    ech gusta i guściki
    wydawało mi się, że podobaja mi się typ południowca, ciemne włosy oczy itd., mieszkanie w niemczech i Turcy wyleczyli mnie z tej fascynacji, myślałam że nie lubię brodatych facetów, jak obecny mąż zgolił brodę bo był chory na ospę, myślałam że skonam ze śmiechu [tak, wiem, to było empatyczne z mojej strony i w ogóle się wykazałam] i więcej już brody nie zgolił

    ja też raczej byłam poza grupą, w podstawówce i w liceum, przy czym czas licealny był pod tym względem wyjątkowy – z klasą zasadniczo nie rozmawiałam, natomiast zhp dało mi niesamowitych przyjaciół – w szkole czułam się kompletnie niedoceniona i przez to bałam się że w zhp jestem przeceniania 😉
    i niestety zgadzam się że żeby dojść do oczywistych oczywistości to trzeba jednak mieć trochę więcej lat i doświadczenia niż to sie zazwyczaj ma na etapie edukacyjnym

    • Ray Grant

      Ale ja Turków też nie lubię w większości i nie wiem, czemu. W zasadzie kolorystycznie i brodato mi się powinni podobać, ale jakoś nie. Coś w kształcie twarzy. (Rosjanie, Czesi i Polacy też mi się nie podobają w większości i też ze względu na coś w kształcie twarzy.)

      No i myślałem, że lubię wyłącznie czarnoskórych, ewentualnie z braku czarnoskórego mogą być Latynosi, tymczasem Zbrojmistrz jest rudym, jasnoróżowym Holendrem 🙂

  • mat

    Co jest bardziej wkurzające od laski narzekającej, że jest gruba?
    Chuda laska narzekająca, że jest gruba.
    Rekordem jest kumpela studiująca psychologię, obiektywnie szczupła (wg niektórych aż za) tłumacząca mi i sobie, że jeśli schudnie to poprawi jej się samoocena i dzięki temu będzie odnosiła życiowe sukcesy.
    I strasznie strasznie mnie wkurza, że u kogośtam nie ma się szans bo osobnik/osobnica z racji wykonywanego zawodu obraca się w towarzystwie modelek/modeli/rugbystów/pływaków/muzyków rockowych i innego typu zajebistych osób, które jak wiemy znajdują się w czołówce światowej listy ludzi, a ludzie są uszeregowani według atrakcyjności fizycznej i wysokość na liście daje pierwszeństwo do pozyskania życiowego partnera i osiagania innych, pomniejszych sukcesów życiowych.

    • Mnie kiedyś drażniła jedna chuda laska narzekająca, że jest gruba, po czym poznałam ją lepiej i okazało się, że w tej szczuplutkiej pięknej kobiecie cały czas siedzi mała, gruba dziewczynka. Strasznie dużo rzeczy nam wchodzi do głow na temat własnego wyglądu w czasie dorastania i trudno się z tego wyzwolić.

    • Ray Grant

      O właśnie. Trzeba się zastanowić, czego szukamy w tym partnerze, którego rzekomo nie możemy znaleźć, bo mamy brzuszek/łysinę/metr siedemdziesiąt dziewięć wzrostu.

      Kiedyś mi się jeden znajomy skarżył, że umawia się na przygodny seks z kulturystami i oni mu mówią, że jest dla nich za gruby. Musiałem usiąść sobie na języku (nie myślcie o tym za długo), żeby mu nie powiedzieć „a czego się spodziewasz, jeśli umawiasz się z ludźmi, dla których wygląd w lustrze jest tak ważny?”

      I żeby nie było, ja się nie czepiam tego, że ktoś chce schudnąć, bo chce. Ja się czepiam tego, że ktoś chce schudnąć, bo sobie wbił w głowę, że musi, żeby go pokochano.

      • Akara

        „Ja się czepiam tego, że ktoś chce schudnąć, bo sobie wbił w głowę, że musi, żeby go pokochano”

        I to rozumiem. Też uważam, że nie musi. Ktoś mający nadwagę też może się spodobać. Może być pokochany pomimo wyglądu, bo ma inne zalety i również z powodu wyglądu, bo ludzi lubiących puszyste i puszystych też trochę jest (chociaż niektórzy wolą ukrywać swój gust i w życiu nie przyznaliby się przed kolegami, że to grube dziewczyny ich tak naprawdę kręcą). Jeśli ktoś myśli, że nie zostanie pokochany, że nie zasługuje na miłość, bo za dużo waży to się myli. To, że nie ma szans u każdego to już co innego. Nawet nie ma takiego, który by się wszystkim podobał.

        Wyznaczanie tego, kto będzie kochany, a kto nie powoli mnie bawi. Przestaje bawić, kiedy okazuje się, że ludzie w to wierzą i przez to cierpią. Nawet sobie kiedyś skopiowałam pewną wypowiedź, która miała podobne brzmienie (w sensie co robić żeby być kochanym):

        „Niech kobiety pozostaną kobietami. Niech mężczyźni pozostaną mężczyznami, bo właśnie takich ich pożądamy i za to ich kochamy”

        Już tam nie zaglądam, ale te dwa zdania zostały mi w pamięci (zresztą nie ona pierwsza pisała w ten sposób). Jakby autorka mówiła nie za wszystkich, ale za siebie to inaczej by to wyglądało. Jak chwaliła swoją stereotypową kobiecość i zachwycała się stereotypowymi mężczyznami to już jej wybór, niech sobie lubi co chce, niech kocha kogo chce, ale z tym, że inni też kochają za stereotypowość zgodzić się nie mogłam. Bo skąd ona wie, że niestereotypowi ludzie nie są kochani?

        • Akara

          Teraz tylko trochę żałuję, że nie zapytałam u niej na blogu, co znaczy określanie siebie słowami: „Pół człowiek, pół matka”, bo dalej nie wiem o co chodziło. Ale nie chciałam psuć jej wtedy humoru. Pewnie nawet nie pomyślała, że to brzmi tak jakby bycie matką odbierało połowę człowieczeństwa…

  • Ray

    Mat: pic or didn’t happen 😉

    • mat

      nie wiem jak na zdjęciu ująć księgowość 🙁

      • Ray Grant

        Arkusz Excela w tle 🙂

  • Oo, oo, mój temat. A nawet wczoraj był poruszany na spotkaniu towarzyskim, w którym uczestniczyłam. Generalnie postanowiłam mieć w dupie „obowiązujące” kanony sprzedawane przez okładki pism, jestem szczęśliwa jedząc co chcę. Nie zwracam uwagi na wygląd w takim stopniu, że mniej mnie obchodzi czyjaś figura, niż czyjś styl. Lubię osoby JAKIEŚ, a nie nijakie. A czy przy okazji są chude, grube, spiralne, czy wygięte w zgrabny łuczek nie ma dla mnie specjalnego znaczenia. (Dlatego cierpię, gdy mój chłopak preferuje ubiory szaro-zgniłe, no ale cóż. Tak ma :))
    Trochę mam dosyć tematów odchudzających – znaczna część moich znajomych jest szczupła i/lub bardzo się stara, żeby taką/takim być, w związku z czym bardzo często słyszę o poprawnym odżywianiu się, nowych formach wysiłku fizycznego i – co za tym idzie – tzw. suplach. Niemożebnie mnie to nudzi, uważam, że jest dużo zajebistszych rzeczy do rozmawiania, myślenia i robienia. No więc nie rozmawiam, trudno, na szczęście mam wielu znajomych.
    Panuje powszechne przekonanie, że być grubym to źle. Ja się z tym nie zgadzam – jest to jakaś tam cecha wyglądu, ani pozytywna, ani negatywna. Jednak ludzie uwielbiają uprawiać tzw. body shaming. Z pozoru niewinne uwagi – nawet głupie „Och, jak wspaniale schudłaś, świetnie wyglądasz!” – są formą nietolerancji i nieakceptacji. Kiedy mówię moim koleżankom, że jestem gruba (bo jestem), to one zaprzeczają, ale kiedy pytam się, co w tym złego, to milkną.
    Ostatnio przeżyłam zawód pewną osobą, blogerką, którą bardzo cenię za zainteresowania, styl pisania i bycia. Dziewczyna postanowiła schudnąć, przy czym poparła swoją decyzję kilkoma zdjęciami grubych kobiet i żarliwym wyznaniem, że nie wierzy w ich samoakceptację. Ubodło mnie to do żywej tkanki (tłuszczowej :D), bo sama jestem taką osobą.
    I nawet nie chodzi mi o to, że dziewczę chce się odchudzać – krzyżyk na drogę – tylko o stosowany przez nią język. Bo – co tu dużo mówić – jest to język nienawiści. Nawet chciałam jej zaproponować eksperyment, żeby w miejsce każdego „grubasa” wstawiła „lezbę” albo „pedała” (tematy LGBQT są jej bliskie), ale już nie było okazji ;]
    Od kilku miesięcy z zainteresowaniem śledzę stronę http://realbodyrevolution.tumblr.com/ – obrazki obrazkami, ale teksty, które tam się przewijają, bardzo często odpowiadają na pytania, które od lat kołatały mi się po łepetynie. I bardzo pomagają w pokochaniu siebie, co – wbrew pozorom – wymaga ODWAGI, jeśli ma się nadwagę 🙂

    • i_am_keyser_soze

      Mnie bardzo pomógł zawód który uprawiam. Nikt nie wie lepiej od grafika komputerowego jak bardzo kanony piękna w dzisiejszych czasach zależą od Photoshopa. Że nie wspomnę o pismach które się tym podpierają i z jednej strony jadą po celebrytach że się zapuszczają a gdy już ich zaszczują na tyle że zaczną się oni odchudzać (zwykle nie ma z czego) to zaczynają jazdy w odwrotnym kierunku, że celebryta taki to a taki na 100% cierpi na anoreksję i jak śmie dawać tak zły przykład młodzieży. Pasjami nienawidzę magazynów typu high fashion, które robią zdjęcia z modelami tylko po to żeby potem w Photoshopie przerobić ich na manekiny o niemożliwie gładkiej skórze. Nie można było od początku zrobić zdjęć plastikowym lalkom? Jestem złośliwym dupkiem i gdy ktoś próbuje mi wciskać ten kit o odchudzaniu z kości na ości albo jak mogę żyć mając nadwagę to z miejsca mówię „Nie marnuj mojego czasu, sernik kawowy w lodówce na mnie czeka. Nie będzie czekał wiecznie”.

      • Heh, wczoraj miałam zaliczenie z fotografii mody, więc TROCHĘ wiem, jak to działa. Szczególnie, że zajęcia prowadził gość, o całkowicie odmiennym od mojego poczuciu estetyki i najzwyczajniej w świecie pod wieloma względami się z nim nie zgadzałam.
        Kiedyś sobie roiłam, że będę się tym zajmować, ale nie nadaję się do tego środowiska, byłoby to z mojej strony hipokryzją. (Oraz polski rynek jest okropny pod tym względem..)
        Moda high fashion często mi się podoba, ale akurat z innych względów – dość powiedzieć, że oglądając namiętnie editoriale, nie chcę wyglądać jak bohaterki 🙂
        Od jakiegoś czasu już mi nikt nie mówi, że powinnam „coś ze sobą zrobić”, i trochę zastanawiam się, z czego to wynika, ale nie mam złudzeń – gdybym (znowu) schudła kilkanaście kg, to ludzie niemalże posyłaliby mi kwiaty z gratulacjami ;p

    • Ray Grant

      Ja z jednej strony kocham i akceptuję swoje ciało, z drugiej nie mogę się wyzbyć z głowy brzęczącego „ale mógłbym schudnąć”. Kiedyś ważyłem 67 kg i miałem tak suchy tyłek, że nie mogłem siedzieć na drewnianej ławce. Brzęczenie nigdzie sobie nie poszło, dalej mnie ta sama myśl męczyła. „Waga mentalna” nie ma wiele wspólnego z jakąkolwiek rzeczywistością. Jednak od kiedy utyłem 16 kg pod wpływem leków wyzbyłem się większości problemów z obrazem siebie widzianym w lustrze. Jestem zbudowany jak kowal, nie jak biegacz, trudno. Ktoś musi 🙂

      Ładny tumblr. Zwłaszcza http://31.media.tumblr.com/7ee8210710e8c81cabe4399d428df18c/tumblr_mr6twkNYLm1szdnrwo1_500.jpg 🙂

      • No właśnie od pewnego czasu w głowie jestem „szczuplejsza”, niż gdy byłam naprawdę szczupła. To chyba faktycznie przychodzi z wiekiem 🙂 Szkoda tylko, że młodzież musi tak strasznie cierpieć, bo pamiętam, że to była dla mnie prawdziwa udręka – być większą i cięższą, niż koleżanki (choć wciąż nie grubą).
        Brzęczenie u mnie ma wymiar bardziej praktyczny – gdybym była mniejsza, prawdopodobnie łatwiej ćwiczyłoby mi się capoeirę i być może zyskałabym na szybkości i zwinności – ale tak strasznie mi się NIE CHCE, myślenie bez przerwy o jedzeniu jest nudne 😀

      • i_am_keyser_soze

        LOL to moja waga mentalna oscyluje gdzieś w granicach wieloryba, bo myśl typu „mógłbym schudnąć” się nigdy nie pojawia. Może dlatego że choć duży to odżywiam się sensownie, ruchu nie unikam i wyniki badań mam świetne. Więc nic mi tego brzęczyka nie uruchamia.

        • Ray Grant

          Ale waga mentalna właśnie nic nie ma wspólnego z rzeczywistością. Ja też ruchu nie unikam i wyniki badań fizycznych mam w porządku (BMI nie, ale BMI nie przewiduje istnienia mięśni). Anorektyczki wyniki badań mają straszne, tylko nie w tę stronę, w którą im się wydaje. I tak dalej…

  • Z kanonu piękna skutecznie wyleczył mnie Umberto Eco i jego „Historia piękna” i „Historia brzydoty”. W środku jestem szczupła i piękna. Dlatego jak kupuję „na oko” spodnie to zwykle nosi je moja dwa numery szczuplejsza córka. Lustro mnie czasem nie lubi, ale ja w lustro nie wierzę. Ono naprawdę niewiele o mnie wie. Lepiej widzą mnie przyjaciele. I kochają. Rozum mówi, że zdrowie ważne:). Ale emocje czasem ponoszą. Ostatnio wysłałam przyjaciółce dramatyczny sms-sos „Jestem gruba!” i dostałam stoicką odpowiedź „przymierz większy rozmiar”.
    Nigdy nie narzekałam na brak zainteresowania i wierzcie mi w żaden sposób nie było to związane z atrakcyjnym wyglądem. Sprawdziłam. Wielokrotnie byłam w sytuacji kiedy „zrobiona na bóstwo” podpierałam ścianę. Symbolicznie oczywiście. Wielokrotnie też bywałam zaskakiwana, przy rąbaniu drewna, w ciuchach absolutnie nie wyjściowych, z włosami związanymi stara pończochą (dalsza część symbolu:) i musiałam się siekierą od zainteresowanych opędzać:). W moim przypadku chodzi o to, że jak jestem przyjaźnie do świata nastawiona to mogę być w worku pokutnym. Jak jestem „nieprzysiadalna”, to się nie podobam i już.

    • Ray Grant

      Chciałem tylko powiedzieć co do ostatnich zdań, że mam dokładnie to samo wrażenie. 🙂