50 odcieni szarości i 6 kolorów tęczy

W Polsce właśnie ma się ukazać „50 szmir Greya”, czyli wielki hicior rynków wydawniczych, opowiadający o (rzecz jasna) niewinnej i dziewiczej Anastasii Steele i o (rzecz jasna) zdeprawowanym, lecz jakże przystojnym (rzecz jasna) milionerze Christianie Greyu. Grey, jak to przystojni milionerowie, lubi seks z udziwnieniami, a Ana, jak to dziewice, usiłuje go skłonić, żeby zamiast tego robił to po ciemku i w pozycji misjonarskiej. Tu wstawić 600 stron, na każdej z których Ana przygryza wargę.

Ja zaś kupiłem sobie na Kindle książkę Jaya Wisemana „SM 101: A Realistic Introduction” i czytam z zainteresowaniem. Wiseman, eks-pracownik pogotowia ratunkowego, opowiada o swoich doświadczeniach z BDSM, a ma o czym opowiadać — 25 lat praktyki, założony przez siebie klub Gemini w połączeniu ze świadomością ryzyka niektórych praktyk dla zdrowia i życia oraz talentem pisarskim dają lekturę absolutnie fascynującą.

BDSM to coś, co część ludzi przeraża, u części wywołuje obrazę i oskarżenia o zboczone praktyki seksualne, a u części nerwowy chichocik. Ci, którzy się BDSM oddają, nader rzadko gotowi są się do tego przyznać, a jeśli już, to raczej z zawstydzeniem i mamrotaniem pod nosem, że oczywiście bardzo rzadko i wyłącznie gdy skłoni ich do tego przystojny milioner. Wiseman przemyślał sprawę dokładnie i uznał, że z uwagi na prowadzenie własnej działalności szef go nie zwolni, z uwagi na nieposiadanie żony ta się z nim nie rozwiedzie, dzieci i tak nie widuje więc prawa do ich widywania nie utraci, a opinia obcych ludzi mu zwisa i powiewa. Po czym opublikował książkę i podpisał ją swoim nazwiskiem.

Bardzo interesujące jest spojrzenie na zdjęcie Wisemana, który opisuje siebie jako dominującego heteroseksualistę, lubi zadawać ból, ale otrzymywać niekoniecznie, a najbardziej kręci go wiązanie:

Nie wygląda jak groźny brutalny psychopata, prawda? Może dlatego, że nim nie jest.

*

Wiseman dużo pisze o pytaniu, które regularnie zadają sobie osoby lubiące BDSM: dlaczego? Czy jest to efekt traumy z dzieciństwa? (Według autorki „50 szmir Greya” jest, według psychologów nie.) Kompensowanie czegoś? Jakieś uszkodzenie mózgu? Nie będę streszczać odpowiedzi Wisemana na te pytania, podam swoją.

Jakiś czas temu wybrałem się do terapeuty opowiadać mu o swoich problemach związkowych i konwersacja zjechała na moje zainteresowanie BDSM. Rozważałem dość długo kwestię odpowiedzi na pytanie „dlaczego?” aż terapeucie się znudziło i poinformował mnie, że odpowiedź na to pytanie jest nieistotna, natomiast istotne jest znalezienie odpowiedzi na pytanie o jeden stopień głębiej: dlaczego pytam dlaczego? Przecież nikogo nie krzywdzę wbrew woli tej osoby, nikt nie krzywdzi mnie wbrew mojej woli, nie cierpi wskutek moich upodobań nikt niezainteresowany. Dlaczego potrzebuję uzasadnienia?

Umilkłem, zastanowiłem się i uznałem, że istotnie w sumie aż tak mnie to nie ciekawi.

Zainteresowanie BDSM potrafi być źródłem pewnych problemów. Zarówno po stronie domów (aktywów), jak i subów (pasywów) trafiają się psychopaci. Jedni lubią torturować bezbronne ofiary nie bacząc na błagania o zaprzestanie „zabawy”, drudzy chcą po prostu cierpieć, nieważne, jak bardzo autodestruktywnie i nie cofając się przed niczym. Dla żadnej z tych grup nie ma granic, czy zainteresowania odczuciami drugiej osoby. Nie ma to nic wspólnego ze „zdrowym” BDSM, jedno i drugie jest oznaką poważnych zaburzeń psychicznych, ale dla osoby „z zewnątrz” różnica może być ciężka do zrozumienia. Nawet dla osoby z dużym doświadczeniem napotkanie niebezpiecznego psychopaty może zakończyć się źle. Osobiście odmawiam spotkań, jeśli ktoś, z kim rozmawiam online lub w barze sprawia na mnie złe wrażenie, lub nie wydaje mi się szczery. Moja intuicja jak na razie nigdy mnie nie zawiodła. Często intuicję zawodzę ja, ignorując wskazania większej głowy na rzecz wskazań główki mniejszej, ale nigdy w przypadku BDSM. Jeśli nie czuję się stuprocentowo pewnie i nie ufam drugiej osobie, nie ma takiej siły, która by mnie skłoniła do spotkania.

*

BDSM, podobnie jak pornografia, przedstawia sobą zupełnie inne problemy w przypadku osób homo- i heteroseksualnych.

Para homoseksualna nie ma na ogół problemu poprawności politycznej (chociaż widziałem kiedyś protest przeciwko filmowi, w którym trzech blondynów dominowało czarnoskórego mężczyznę i przyznam, że mną ten widok również wstrząsnął o wiele bardziej, niż gdyby trzech czarnoskórych dominowało jednego blondyna). W przypadku pary hetero stereotypy dotyczące płci potrafią boleć o wiele bardziej niż razy batem — zarówno „mężczyzna dominujący kobietę” jak i „kobieta dominująca mężczyznę” niosą ze sobą bardzo nieprzyjemne konotacje dla osoby wychowanej na stereotypach płciowych, to pierwsze kojarzy się z przemocą domową, a drugie — z niemęskością i zniewieścieniem. (Rzecz jasna nie mi się kojarzy…)

Wiseman i temu poświęca dłuższy fragment tekstu, wymieniając 12 różnic między grą S/M uprawianą za obopólną zgodą, a przemocą domową, mniejsza które z partnerów znęca się nad którym. Różnice te dają się tak naprawdę streścić w tych dwóch słowach: obopólna zgoda. Nie: wymuszona, nie: brak zainteresowania jej istnieniem, nie: wmawianie „tradycyjnych ról w małżeństwie” typu „jak się kobity nie bije, to jej wątroba gnije”. Obopólna zgoda.

Wiseman wspomina o przeczytanym eseju autorstwa feministki (nazwiska niestety nie podał) która stwierdza, że kobieta „nie jest w stanie udzielić zgody na bycie stroną pasywną w S/M” ponieważ system patriarchalny zgodę na niej poniekąd wymusza. Jest to niestety podobny argument do tego, jakim niektóre gałęzie feminizmu posługują się zwalczając pornografię: kobieta nie jest w stanie zgodzić się na występ w filmie porno kręconym dla mężczyzn z własnej woli, ponieważ system ją uprzedmiotawia i czyni przedmiotem niezdolnym do podjęcia obiektywnej decyzji. Dotyczy to również prostytucji, etc. Osobiście uważam ten argument za nadzwyczaj nietrafiony i raczej antyfeministyczny — stwierdzenie, że kobieta nie jest zdolna do decyzji, czy ma ochotę być związana, czy nie wydaje mi się bardzo patriarchalne. Co tam będzie kobieta sama decydować, na co ma ochotę! My jej powiemy, a jak ona uważa inaczej, to znaczy, że system wyprał jej mózg i że ona się myli.

Nie jest to wyłącznie problem feminizmu i dominowanych kobiet. W 1990 roku w Manchesterze w ramach Operation Spanner skazano 16 homo- i biseksualnych mężczyzn, którzy uprawiali seks S/M. Domów skazano za napaść, a subów — za pomoc w napaści… na samych siebie. Brytyjskie prawo zostało wtedy zinterpretowane następująco: nie można udzielić zgody na uszkodzenie własnego ciała podczas seksu (mimo, że można jej udzielić podczas boksu i innych sportów walki, kolczykowania i procedur medycznych nieratujących zdrowia jak np. chirurgia plastyczna).

*

Nie potrafię ocenić, czy łatwiej jest być partnerem aktywnym, czy pasywnym.

Bywałem w obydwu rolach i łatwiej odnajduję się w pasywnej, ponieważ dokładnie wiem, gdzie leżą moje granice i jestem bardzo skłonny do mówienia „stop” w momencie, gdy partner zbliża się do ich przekroczenia. W aktywnej potrzebuję tego samego — sub musi mi okazywać, że podoba mu się to, co z nim robię. Trafił mi się kiedyś partner, który w milczeniu znosił wszystko i nie okazywał ani przyjemności, ani jej braku. Po pięciu minutach przerwałem sesję, ponieważ czułem się źle i zupełnie mnie to nie kręciło.

W BDSM najbardziej kręcą mnie chyba konotacje psychologiczne. Między domem w garniturze, z batem w dłoni i nagim subem, doprowadzonym do płaczu, ale żądającym kontynuacji rozgrywa się bardzo skomplikowana gra, której najmniej ważnym elementem jest sam bat. BDSM to łamanie tabu, i właśnie to łamanie tabu jest tym, co ekscytuje partnerów. Wiele gier S/M w ogóle nie zawiera w sobie tego, co „normalni” ludzie uważają za seks — nie następuje penetracja, seks oralny, nie następuje orgazm, często w ogóle nie występuje żadna stymulacja genitaliów. Zdarzyło mi się kiedyś odbyć bardzo satysfakcjonującą sesję, podczas której nie została zdjęta w ogóle żadna część garderoby, wszystko odbywało się w jednym z amsterdamskich barów, a nieuświadomiony świadek poprosił, żebyśmy „przestali się już bić”. Strasznie nas to rozbawiło.

Nie jestem pewien, co myśleć o popularności „Greya”. Mnóstwo bywało już powieści z BDSM w podkładzie, wiele z nich było o wiele lepiej napisanych, ale nie wiadomo czemu to akurat Ana Steele podbiła wyobraźnię czytelniczek. Być może dlatego, że autorka napisała zwyczajnego Harlekina z biczowaniem. Być może bardziej wyrafinowana proza była zwyczajnie za trudna i zbyt, bo ja wiem? przerażająca? realistyczna? Przeciętnej czytelniczce utworów o Greyu nigdy nie przydarzy się spotkanie z bogatym milionerem i zostanie jego kochanką. Lektura książki E. L. James jest równie bezpieczna, jak fantazje — wszystko pozostaje między autorką, a czytelniczką. A jeśli pod wpływem lektury pani Kasia z Poznania nabędzie seksowną bieliznę, a jej mąż Stefan — kajdanki z futerkiem, more power to them.

Z drugiej strony, jeśli już interesuje Was BDSM, polecam raczej utwór Wisemana. Występuje w nim o wiele mniej milionerów, za to o wiele więcej faktów.

Ciąg dalszy nastąpi, chyba, że sobie nie życzycie ;)

36 comments

  1. Oczywiście, że chcemy więcej, bo też ten temat jest bardzo ciekawy. Czuję się jak nieuświadomiony świadek w barze i proszę – rozwiń tamten wątek, rozwiń!
    Natomiast co do tego – ” nie wiadomo czemu to akurat Ana Steele podbiła wyobraźnię czytelniczek.” – może to przez to, że oryginalnie dzieUo to było fanfikiem do Zmierzchu i jego popularność działa na tej samej zasadzie, co Zmierzchu. (Który dokładnie tak, jak „50 shades…” nie jest ani najlepszą, ani najciekawszą książką z gatunku.)

  2. Ej, napisalibyście coś na temat, opieprzyli, że gadam bzdury, albo co, a nie tylko „kontynuuj” ;)

    RSS muszę sprawdzić, co jakiś czas on się psuje, bo np. wstawiłem alt-spację niechcący. Delikatne toto strasznie…

  3. Takie mam wrażenie, że jednak preferencje skłaniające się ku BDSM nie są do końca czymś naturalnym. Wiele naszych skłonności ma jakieś niepokojące podłoże. Stąd chyba ten problem akceptacji.
    Rozmowa o BDSM jest dla mnie nieco krępująca, pewnie dlatego, że nie znam nikogo, kto by się na temacie znał, kto chciałby podyskutować. A temat interesuje mnie szalenie, jak zresztą każdy inny rzadko poruszany i nieznany. Wcale nie muszę osobiście preferować danych zachowań, aby się nimi interesować. Dlatego pisz, pisz! :)
    Oczywiście, tak jak powiedzmy w kolekcjonerstwie broni, dość łatwo określić granicę, czy ktoś jest świrem czy nie, to w BDSM nigdy nic nie wiadomo. To tylko moja subiektywna ocena, być może związana z nieznajomością tematu. BDSM wydaje się przez to groźne, a groźne i nieznane, to ciężka mieszanka.
    Z tematem BDSM spotkałam się w SecondLife, gdzie zobaczyłam na własne oczy ile ludzi to kręci, jak potrafi wkręcić i jak ogromny to dział ludzkiej egzystencji. Oczywiście to tylko wirtual, ale grono osób było ogromne, aż dziw, że BDSM to takie tabu :) Czytałam też kilka blogów w temacie.
    Z obserwacji stwierdzam, że są dwie grupy ludzi, Ci którzy traktują S/M jako dodatek i urozmaicenie, i tacy dla których to cała filozofia i styl życia.
    Ciekawe jest też to, że kiedy temat był dla mnie świeży, sądziłam iż dominującymi są ludzie sukcesu, silni psychicznie i asertywni. I na odwrót. A tu dupa, bo zauważyłam, że życiowa łamaga czy szara myszka może okazać się dominująca.
    Bardzo ciężko mi było się wypowiedzieć, bo teoretyzowanie mnie męczy, nie lubię spekulować i się mylić, a BDSM nie jest dla mnie kręcące i nie będę pewnie praktykować.

    1. Dla mnie określenie „naturalne” jest nie do końca odpowiednie i kojarzy mi się z prawicą od razu. Nienaturalne jest palenie papierosów, żadne zwierzę nie wdycha z lubością dymu z płonącego zielska. Ale wiem, że nie użyłaś tego wyrazu tak, jak by go użył Marek Jurek, rzecz jasna.

      Bardzo chętnie podyskutuję na ten temat i odpowiem na dowolne pytania :)

      Myślę, że w BDSM też łatwo określić granicę. Świrem jest osoba, której nie interesują cudze granice; która zmusza drugą osobę do jej przekraczania; której nie ciekawi, czy nastąpią trwałe uszkodzenia ciała i/lub psychiki, interesuje ją wyłącznie własne zaspokojenie. Czyli innymi słowy w BDSM tak samo jak poza nim istnieje wyraźna granica między gwałtem, a seksem za zgodą obopólną.

      Kompletnie nic nie wiem o Second Life, tzn. wiem, że istnieje, ale to tyle… Myślę, że dużo jest osób zainteresowanych BDSM, a może nawet uprawiających czasami, ale od zainteresowania do czynnego uczestnictwa w scenie dłuuuuuga droga.

      Ja się znajdę pomiędzy tymi dwiema grupami — S/M bardzo lubię i nie tylko jako dodatek, ale lubię je wyłącznie w łóżku, nie interesuje mnie dominacja 24h na dobę. Ale znam takich od stylu życia, owszem. Podziwiam, że im się chce :)

      Z resztą się zgadzam i nie mam nic do dodania. Pozdrawiam!

  4. @Ray
    Dobra, jak sobie życzysz. Gadasz bzdury. Moja prawda jest mojsza, ale nie powiem bo się wstydam majestatu.

    Innymi słowy, jednych w takich zabawach kręci jedno, innych co innego, myślę że nie ma jednej dobrej odpowiedzi, twoja jest tak samo dobra jak na przykład moja (czekaj, nie, lepsza, bo ode mnie odpowiedź należałoby wyciągać torturami lub po spiciu – życzę powodzenia w próbach).

    A co do romansidła, mam wrażenie (czytając opinie, samego „dzieła” nie czytałom, przyznaję) że jest tu połączenie dwóch zjawisk – po pierwsze primo, jest to przede wszystkim kolejna mutacja „kopciuszka” czy „pretty woman”, sceny BDSM są tylko przyprawą, która produkuje wokół książki atmosferę skandalu i nakręca reklamę. Poza tym wsio w pariadkie, nikt tam nie lubi się wiązać czy bić dlatego że because, tylko ma to swoje uzasadnienie psychololo. Taka mutacja gotyckiego łotra, który też był łotrem nie dlatego że chciał, dzięki czemu dało się go lubić.

    Bytwm, jest jakaś mejstrimowa literatura, w której bohater / bohaterka lubi seks (seks, nie „miłość z ukochanym / ukochaną” która jest zawsze rozgrzeszona dzięki owej miłości co wszystko wybacza) i nie jest przedstawiony/a jako jakiś mutant, osoba zwichnięta, skrzywdzona w dzieciństwie czy coś? Nie czytam mejnstrimowej literatury, więc tak się zastanawiam. Bo z rozmów ze zwykłymi ludźmi dochodzę do wniosku, że seksu lubić po prostu nie wypada.

  5. Zabawne, że akurat o tym piszesz, ponieważ ostatnio sporo myślałam o „50 shades of Grey” – lubię rozkminiać fenomeny, których nie rozumiem. Czytałam jedynie fragmenty i nie mam pojęcia, kto może to wziąć za podniecające w jakikolwiek sposób, ponieważ „sceny erotyczne” są jakkolwiek koszmarnie drętwe i bez wyrazu, aby zobaczyć w nich coś intrygującego trzeba być chyba wychowanym przez Mormonów, ewentualnie oglądać w życiu jedynie „My little pony”. Książka jest jedną z najgłupszych, jakie czytałam i zastanawiam się nad zrobieniem jej pełnej analizy, jak tylko będzie dostępna po polsku i w wersji elektronicznej (z doświadczenia wiem, że zły angielski seks po polsku jest jeszcze gorszy), coś na kształt analizy „Zmierzchu” popełnionej tutaj: http://przed-zachodem-slonca.blogspot.com/

  6. Ray,
    najpierw napisałam „normalne”, potem „zwyczajne”, fakt że „naturalne” było w jednym rzędzie z tymi nietrafionymi, ale nie wiem już jak to określić. Nawet nie wiem, kto miałby określać normy, nikogo takiego nie znam. Moja norma jest inna niż inne normy, więc norm nie ma. Temat na osobny wątek, a miało być o nazewnictwie. Dziękuję, że jednak rozumiesz :)

    Z tymi granicami, być może jednak źle wnioskuję. To chyba bazuje na wyczuciu intencji drugiej osoby, na intuicji i nieważne czy zastanawiasz się, czy ktoś Cię zastrzeli czy zleje na śmierć.

    1. Widzę, że nie odpisałem, a miałem odpisać.

      Osobiście bazuję na kilku rzeczach, w tym zdrowym rozsądku. Nigdy nie dałem się związać komuś, kogo DOBRZE nie znam. Z niejakim Starszym Cubsem potrwało dwa lata, zanim mu na to pozwoliłem, bo dopiero wtedy zaufałem w stu procentach. Dzięki zasadzie ograniczonego zaufania i zdrowego rozsądku mam sto procent sukcesów — chociaż z pewnością straciłem wiele okazji, ponieważ komuś nie ufałem, a mogłem. Z drugiej strony nikt mnie jeszcze nie zakatował na śmierć, co wydaje mi się niewątpliwym plusem dodatnim…

  7. @bigu

    Szwedzi się nie liczą. Szwecja jest moim jednym z opcjonalnych kierunków ucieczki z tego katolickiego raju :). Larsson to w ogóle jakaś aberracja, mówi o rzeczach o których się „normalnie” nie mówi. Aż dziw, że wokół jego książek Fronda nie wywołała afery. No chyba, że założyli sobie, że tak jest tylko w Szwecji, więc swój chłop, skoro w tych komuchów z za Bałtyku wali.

    Co do mojszej prawdy, jak mawiał Premier 4RP, wiem, ale nie powiem. Dlatego wersja Navairy jest lepsza, bo zwerbalizowana.

    1. Bo w Szwecji się już nie mówi mama i tata a dzieci odbiera się rodzicom żeby wręczać je homoseksualistom:) Postać kobieciarza protagonisty jest na pewno typowa dla kryminałów i fantasy, często idzie w parze z alkoholizmami różnymi ale jednak są to postacie pozytywne i przedstawiane jako wzorce. Męskie oczywiście ;P
      A spójrz np. na seriale. Formula tasiemca sprawia że niemal w każdym po kilku sezonach każdy był z każdym i są to postacie absolutnie pozytywne.
      Nie wiem czy ma to znaczenie przy ocenie czy ludzie lubią seks. Ludzie nie lubią rozmawiać otwarcie o seksie (przynajmniej krajanie) To nie znaczy że go nie lubią.

      O twojej prawdzie nie da się polemizować jak się jej nie zna. Z Navairą nie bardzo mogę polemizować bo rozumiem jego podejście i wydaje mi się sensowne, mogę tylko powiedzieć „może być”, „klei mi się to co mówisz” bo BDSM mnie nie kreci a 2 dorosłe osoby mogą się zabawiać w/g uznania jeśli jest to za obopólną zgodą i nie robią sobie przy tym trwałej krzywdy. Dlaczego by nie.

  8. @bigu
    Może to też dlatego, że generalnie omijam „męskie wzorce”, ale wydaje mi się, że kobieciarz to nie do końca to samo co postać lubiąca seks. Zwłaszcza jeśli przedstawiamy go jako protagonistę – kobieciarz to zdobywca, myśliwy, baby na niego lecą nie dlatego że lubi z nimi pobawić się w łóżku, tylko dlatego że jest taki ohmęski (ohmęskość ma różne postacie, nie trzeba być jaskiniowcem z wielką pałą, czy sparklącym lalusiem z przerośniętymi czwórkami, inspektor Colombo był też dla wielu wzorcem męskości). Bycie z kimś z resztą też jest na ogół uzasadnione romantycznie, a miłość rozgrzesza z seksu.

    Nie mówię, że ludzie nie lubią seksu, ale na ogół udają, że to ich nie dotyczy, albo #spierdalajtonietwójinteres. (Nie mówię o tendencjach światowych, tylko krajowych właśnie, bo żaden tam ze mnie światowy człowiek, widziałom raz Francję i to w podróży służbowej, więc się bardziej napaczyłom na laboratoria Sagema niż cokolwiek, co komukolwiek może się kojarzyć ze słowem „Francja”). Zaś seks nie uprawiany osobiście „w zaciszu sypialni”, koniecznie z małżonkiem lub przynajmniej przyszłym małżonkiem jest „niesmaczny” lub wręcz „obrzydliwy”, oprócz tego że niemoralny.

    1. Oczywiście zależy od środowiska w którym się funkcjonuje ale u mnie nie do końca tak jest. Oczywiście o seksie nie mówi się wiele. Jeśli już, to nie koniecznie że zuo niemoralne, raczej wypowiedź kwitowana będzie lekkim smichem-hihem wynikającym z pewnego zawstydzenia a nie oceny moralnej.

      1. Szkoda, że chakravant nie powie, bo bardzom teraz ciekaw :) Nie wiem, czy to już ekshibicjonizm, ale ja po części mówię o różnych rzeczach głośno dlatego, że mało kto inny to robi. Zwłaszcza po polsku. (Jeśli jakaś gazeta chce mi za to zapłacić, to ja #każdąpracęprzyjmę…)

        A Larssona bardzo lubię i żałuję, że zmarł, po trzeciej książce miałem dojmujące uczucie niedosytu.

  9. Argument, że kobieta zdolna jest do świadomej zgody na bycie stroną w bdsm – cenny :). Ale nie daje mi spokoju to, że pomimo wszystko jestesmy unurzani w stereotypach. Nawet autor notki pisze, że żona niech kupi sobie bieliznę, a mąż kajdanki. Stereotyp jest, jak wszystkim wiadomo, taki, że kobieta jest strona bierną, a mężczyzna – dominującą.

    Zauważyłam w internecie takie zjawisko, że gdy już Polacy mówią o kobiecie wyluzowanej w sprawach seksu, to wyobrażają sobie „zdzirę”, która uwielbia być wytargana za włosy i zwyzywana od suk i dziwek. I teraz gdy mamy młodą kobietę, która lubi seks i w zasadzie czuje się wyzwolona, to szuka jakiejś „formy” dla swoich upodobań. I co znajduje do wyboru w naszej kulturze? Nie bardzo znajduje coś do wyboru. Jeśli nie chce uchodzić za ekscentryczkę, to w mianstreamie znajduje dla siebie jedynie image „kobiety, która lubi być traktowana jak dziwka”. Czyli niby wyzwolona, niby z inicjatywą, ale paradoksalnie – jednak uległa.

    Kilkadziesiąt lat temu było takie zjawisko, że kobiety często fantazjowały o byciu gwałconą. Nie dlatego, zeby je kręcił gwałt, lecz dlatego, że nie znajdywały innej formy, kulturowego przyzwolenia na realizację swoich potrzeb. W latach 80. badacze zauważyli, że u kobiet takie fantazje już przestały dominować. Jednak myślę, że być może nie przeminęło to zupełnie, lecz przeszło na subtelniejszy poziom, wlasnie na te fascynacje kulturą i lekturami bdsm.

    Jak najbardziej rozumiem i doceniam, że są ludzie obu płci autentycznie lubiący bdsm. Jednak podejrzewam, że u wielu innych osób jest to raczej próba wciśnięcia się ze swoimi potrzebami w powszechnie akceptowane ramy kulturowe.

    1. Według tego, co przeczytałem o BDSM hetero, na ogół to raczej kobieta jest stroną dominującą. O ile seksu hetero generalnie nie uprawiam :) o tyle wydaje mi się to wiarygodne, wiele widziałem dominatrix, niewiele par — że tak powiem — w drugą stronę. Więc z tym stereotypem to nie do końca prawda.

      Z polskim postrzeganiem seksownych kobiet niestety się muszę zgodzić. Rzecz jasna, kompletnie mi się to nie podoba i nie zgadzam się z nim, między innymi stąd bierze się mój feminizm.

      A poza tym, seksownej bielizny dla mężczyzn jest mało (albo może mi się wydaje mało seksowna…), a jeśli mąż kupi kajdanki, to wcale nie znaczy, że ma ich użyć na żonie, może również ona na nim :)

      Czy możesz rozwinąć ostatni paragraf? Co masz na myśli mówiąc o wciskaniu się z potrzebami w powszechnie akceptowane ramy kulturowe — czy BDSM w tym przypadku oznacza potrzeby, czy ramy kulturowe?

  10. Właściwie to już wyżej wyjaśniłam. Ramy kulturowe np. dawniej były takie, że nie istniała wewnątrz nich kobieta, która z własnej woli chciałaby mieć seks z przypadkowym facetem; więc fantazjowały o gwałcie. Albo np. teraz, mam wrazenie, wśród przeciętnych Polaków obowiązują tego rodzaju ramy kulturowe, że nie istnieje wewnątrz nich kobieta lubiąca seks nie-romantyczny, ALE! jednocześnie partnerski; jedyny archetyp „wyuzdanej kobiety” to uległa, którą można do woli wytarmosić i pytać: „lubisz to, dziwko?”. Dominatrix to już jest w ramach tej kultury ekscentryzm, zresztą to chyba nie jest to, czym się wszyscy fascynują we wspomnianym przez ciebie bestsellerze. I przede wszystkim, mówię tutaj o potrzebie seksu partnerskiego, a nie znowu drugiej skrajności, czyli potrzebie dominacji.

  11. Chakravant, w naszym swojskim Wiedźminie bohaterowie płci obojga lubią seks (jako seks). Niektóre postaci u Pratchetta (chociaż nie wiem czy teksty humorystyczne się liczą). Seria książek, które były moim pierwszym kontaktem z fantastyką, czyli Heroldowie z Valdemaru pióra Mercedes Lackey (swoją drogą – duże nasycenie szczęśliwymi homoseksualnymi parami), niestety spora część tomów zahacza o ciężką grafomanię. „Tkacz Iluzji” Ewy Białołęckiej, oraz reszta Kronik Drugiego Kręgu (swoją drogą – to dla odmiany jest fantasy raczej dla młodzieży). Conan Barbarzyńca (Howarda, niehowardowskich części nie miałam okazji czytać). Parę postaci z serii o Patrolach Siergieja Łukjanienki.
    To tak na szybko, a szukałam tylko wśród książek, które mam na najbliższej półce. ;)

  12. @lenistwo
    Ale fantastyka się nie liczy, bo nie jest mejnstrimem i generalnie ma zdrowsze podejście do wszystkiego, więc nie jest czytana przez ogół.

  13. @ Ray Grant
    „Zainteresowanie BDSM potrafi być źródłem pewnych problemów. Zarówno po stronie domów (aktywów), jak i subów (pasywów) trafiają się psychopaci. Jedni lubią torturować bezbronne ofiary nie bacząc na błagania o zaprzestanie “zabawy”, drudzy chcą po prostu cierpieć, nieważne, jak bardzo autodestruktywnie i nie cofając się przed niczym. Dla żadnej z tych grup nie ma granic, czy zainteresowania odczuciami drugiej osoby. Nie ma to nic wspólnego ze “zdrowym” BDSM, jedno i drugie jest oznaką poważnych zaburzeń psychicznych, ale dla osoby “z zewnątrz” różnica może być ciężka do zrozumienia.”

    Na FetLife (portalu społecznościowym dla sado-masonów, http://www.fetlife.com, gdyby ktoś był zainteresowany) ostatnio jeden „dominujący” facet z polskiej grupy strasznie narzekał, że obecnie kobiety są w stanie stawiać granice, i że mu to nie odpowiada. I nie został za to zjedzony. Ogólnie zauważyłem, że dla bardzo wielu „dominujących” BDSM jest wymówką dla bycia mizoginicznym, aroganckim Arschloch. I w sumie znam tylko jednego dominującego faceta, który jest przy okazji miłym, sympatycznym gościem. Z moich obserwacji wynika, że dużo „zdrowszą” grupą są switche (osoby, które czasem dominują, a czasem ulegają).

    @ Ewa
    „Ciekawe jest też to, że kiedy temat był dla mnie świeży, sądziłam iż dominującymi są ludzie sukcesu, silni psychicznie i asertywni. I na odwrót. A tu dupa, bo zauważyłam, że życiowa łamaga czy szara myszka może okazać się dominująca.”

    Moim zdaniem wynika to częściowo z tego, że jedną z naturalnych potrzeb człowieka jest potrzeba posiadania kontroli i wpływu na rzeczywistość. Jeśli komuś nic innego w życiu nie wychodzi, to przynajmniej może sobie porządzić uległym / uległą w związku BDSM 24/7.

    @ a-be
    „Ale fantastyka się nie liczy, bo nie jest mejnstrimem i generalnie ma zdrowsze podejście do wszystkiego, więc nie jest czytana przez ogół.”

    Nie idealizuj tak fantastyki, fantastyka to również książki np. Pilipiuka. No i „Operacja Chusta” też leży w księgarniach na półkach z fantastyką.

    1. Niestety, to nie tylko w Polsce się zdarza. Sam często trafiam na „masterów”, którzy już po pobieżnym przeczytaniu profilu nie są żadnymi masterami, tylko zwyczajnymi dupkami mającymi w odwłoku chęci i potrzeby partnera. Na ogół się z nich natrząsam, a oni nie rozumieją, czemu. Sam jestem switchem i oczywiście się z Tobą zgadzam :)

      Co do potrzeby posiadania kontroli, u mnie S/M działa jakby w drugą stronę — bardzo mnie uszczęśliwia, kiedy ktoś jest w stanie mi kontrolę wreszcie odebrać. Jestem bardzo dominującym samcem alfa, który w jakiś sposób odpoczywa, kiedy ktoś go wreszcie zdominuje :)

  14. @kultmaszyny, Ray

    To mi przypomniało, że dawno temu na blogu Raya o dziwactwach heteroseksualistów zostawiłam komentarz o pewnym dziwactwie. Był to blog jakiegoś faceta pod nazwą „Domowa dyscyplina”, gdzie on rozwijał bardzo obszerną ideologię związku, gdzie kobieta jest w każdej dziedzinie (nie tylko w seksie) kompletnie uległa.

    W obliczu niniejszej notki Raya może to wyglądać na gafę. Facetowi lubiącemu klimaty dominacyjne pokazywać coś takiego i mówić: o, ale dziwactwo.

    Ale ja będę się upierać, że (przynajmniej w Polsce) granica pomiędzy fajną zabawą a nadużyciem moze być cienka. Podstawa to obopólna zgoda. Ale w naszej kulturze kobiety wychowane są tak, że często nie umieją stawiac granic. I jak wtedy odróżnić dobrowolną zgodę od zgody spowodowanej brakiem tej umiejętności?

    Po drugie, jak oceniać układy typu „Domowa dyscyplina”, gdzie gra(?) w uległość nie kończy się w sypialni, lecz rozciaga się na całe życie rodzinne i towarzyskie? Tutaj osoby postronne (dzieci, znajomi) przez samo to, że są świadkami takich zachowań są wbrew swej woli wciągani w zabawy seksualne danej pary. A moim zdaniem tu powinna obowiązywać prywatność, zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci. Czytałam o takim przypadku – jeden z listów do Dana Savage’a – córka pewnego małżeństwa była przekonana, że matka jest w toksycznym związku z sadystycznym ojcem. Matka natomiast utrzymywała, że jest to jak najbardziej konsensualna relacja. Moje pytanie: jak odróżnić dobrowolną zgodę od książkowej reakcji ofiary związku przemocowego?

  15. Liczę, że pociągniesz jeszcze temat, bo fajnie dowiedzieć się czegoś nowego od kogoś kto ma o tym jakieś pojęcie.

    Ostatnio swoją drogą trafiłam na taki artykuł: http://booklips.pl/newsy/50-twarzy-greya-podrecznikiem-przemocy-domowej/ i nieco mi wyszły oczy.
    Przeczytałam tego gniota, ba! nawet go na swoim blogu zrecenzowałam, ale nie dostrzegam tam przemocy domowej (zbyt wąsko patrzę na temat?). To już bardziej drugi tom (tego już nie dałam rady doczytać) jest walnięty, bo relacja bohaterów zamienia się w kontrolę i przekraczanie granic, które wyznaczyła druga osoba.

    1. Znalazłem ten sam tekst na Onecie i też się ciutkę zdziwiłem. Mam wrażenie, że u tej pani wchodzi w grę po prostu skrzywienie zawodowe, jeśli się od trzydziestu lat zajmuje przemocą domową, być może zaczyna ją dostrzegać wszędzie. Niespecjalnie umiem skomentować jej wypowiedź, głównie mi jej trochę żal. Kojarzy mi się z Monarowcami, którzy mając jak najlepsze chęci wciskają ludziom pierdoły o tym, jak każdy palacz ziela musi skończyć jako heroinista.

      Drugiego tomu nie przeglądałem nawet pobieżnie, więc kompletnie nie wiem, o co w nim chodzi…

  16. @Ray, Jod

    Noboprzecież on robi jej „obrzydliwe seksualnie rzeczy”, czyli coś innego niż zwykłe proste ruchanko, które też jest pewnie obrzydliwe, tyle że konieczne. Generalnie po stronie osób zwalczających patologie często można znaleźć ludzi patologicznie przegiętych w drugą stronę, którzy generalnie pod płaszczykiem walki z realnym problemem próbują prowadzić własną krucjatę moralną.
    Mnie to nie przeszkadza, ja rozumiem, że osobie mającej syndrom ofiary przemocy domowej nie należy tłumaczyć, że w zdrowym związku BDSM jest ok, o ile godzą się na niego wszystkie zainteresowane strony, tak jak alkoholikowi nie sugeruje się, że jak będzie pił z umiarem to wszystko będzie OK. W takich sytuacjach przegięcie w drugą stronę czasem jest konieczne. Gorzej jak tacy ludzie zaczynają uogólniać.

  17. Brawo, Brawo!
    Lepiej sama bym tego nie ujęła :) Szmira to zdecydowanie odpowiednie słowo. Sama czytając odniosłam wrażenie, że czytam Harlequina. Męczyłam się brnąc w kolejne strony, zmuszałam do dalszej lektury optymistycznie wierząc, że popularność i szum medialny wokół tej książki z czegoś jednak wynikają. Wraz z ostatnią kartą pozostało wyłącznie rozczarowanie i małe doświadczenie SM, wynikające z przymusu dokończenia lektury.
    Nie jestem amatorką BDSM, choć posiadaczką otwartego umysłu na pewno.
    Namiętnie jednak lubuję się w literaturze, tej dobrze napisanej i poruszającej serce i wyobraźnię.
    Być może po przeczytaniu „Historii O.” zbyt wiele obiecywałam sobie po tak wychwalanych odcieniach szarości, swoją drogą tytuł zbyt dobry w stosunku do treści, … na pewno nie sięgnę po ciąg dalszy.

Dodaj komentarz