Kontynuacja notki o biednych białych konserwatywnych chłopcach.

Wydaje mi się, że dla Europejczyka „nie rozumiem Ameryki” nie jest wyznaniem zaskakującym, ale dla mnie jest to ważne. Targetuję swoje książki na rynek amerykański, bo jest największy. Mam plany na wypadek, gdyby się nie udało, ale nie o planach piszę. Chcę się podzielić trzema doświadczeniami, które ostatnio odnotowałem. Dla kontekstu: jestem członkiem zamkniętej grupy (nazwijmy ją Grupa), składającej się z 98% z białych kobiet.

Jedna z nich zaszerowała post o tym, że używanie wyrazu ‚tribe’ (plemię) przez osoby nie będące Indianami (o tym słowie za chwilę) rdzennymi Amerykanami jest rasizmem, kulturalną apropriacją i złodziejstwem. Duża część komentatorów popukała się w czółko, ale znalazły się też osoby wyznające, że również czują się z tym słowem niekomfortowo. Dyskusja szła niemrawo, póki pani o imieniu Amy nie postanowiła utemperować tych, którzy się ośmielają. Z wysokości swego autorytetu opierdoliła wszystkich rozmawiających. Jej argument brzmiał „bo nie”. Nie wolno, bo nie. Duża część komentatorek albo ją grzecznie przeprosiła, albo zamilkła.

Prawie w tym samym momencie wrzuciłem posta o Islandii, ostatnie zdjęcie, jakie mi tam zrobił Jos – piękne wyszło. Ta sama Amy napisała „miły kraj, z wyjątkiem tego rasizmu”. Troszkę się zdziwiłem i spytałem o ćo chodzi jakby. Amy rozwinęła: otóż prawo islandzkie zakazuje czarnoskórym osobom migracji. Zażądałem dowodów, na co Amy się nadęła i godnie odparła „nie jest moim obowiązkiem cię uświadamiać i rozwiewać twojej ignorancji”. Otóż nie. Nie jest tak, że można każdego oskarżyć o dowolną bzdurę (chyba nie muszę tłumaczyć, że to bzdura…?) i kazać mu się doinformować bez podania źródeł (albowiem takowe nie istnieją). Tym razem zgłosiłem Amy do prokuratury, znaczy – do adminów, po czym zablokowałem. Okazało się, że to nie pierwszy jej występ, już jej w grupie nie ma, ale co z tego.

Czytaj dalej

Ta notka stanowi kontynuację cienko śpiewającego Hartmana i trochę się w niej powtarzam.

Erika Liodice na stronie Writer Unboxed pisze: (tłumaczenie moje)

Jedyne słowa niosące moc większą niż te, które piszesz to te, które mówisz. Dotyczy to zwłaszcza słów, jakimi opisujesz siebie i swoją pracę. Na początku swojej pisarskiej kariery mówiłam na przykład „ale nie jestem prawdziwą pisarką”. W rzeczywistości pisanie było dla mnie tak ważne, że rozmawianie o tym z innymi – nawet najlepszymi przyjaciółmi – powodowało, że czułam się niesamowicie wrażliwa. Bałam się, że ludzie pomyślą w tajemnicy ona nie ma tego, co powinna mieć, więc wyprzedzałam ich i dołowałam samą siebie. Osiągnęłam tylko to, że dałam im przyzwolenie, by nie brać mnie i mojej pracy na poważnie. Co gorsza, pozwoliłam na to sobie, co negatywnie wpłynęło na rzecz, która była dla mnie tak ogromnie ważna. Dopiero kiedy zmieniłam swoje słowa i zaczęłam mówić o sobie jako powieściopisarce ludzie zainteresowali się moją pracą i zechcieli ją opublikować.

Janet Reid, agentka literacka:

Pewna kobieta, którą nazwiemy Przygotowaną, była w stanie zainteresować mnie samym tytułem swojej książki. (Muszę tu pozostać dyskretna w temacie szczegółów.) Spędziłyśmy więcej czasu na rozmowie o czym historia jest, raczej niż opisywaniu, co się w niej wydarza.

Gdy zapytałam mężczyznę, którego nazwiemy Prawie Opublikowanym o czym jest jego książka wydawał się bardzo zdeterminowany, by NIE zachęcić mnie do lektury. Bardzo oczywiste było, że czuje się źle mówiąc o sobie, lub chwaląc siebie [w sensie pochwał, nie chwalenia się – R.] w jakikolwiek sposób.

Czytaj dalej

Ogłoszenie parafialne: powstało nowe wydawnictwo. Więcej informacji tutaj. Poniżej wywiad z autorką pierwszej książki, Izabelą Black.

R: Czy czytujesz poradniki typu self-help?

I: Poradników nie. Ale kiedy zaczęłam się interesować jogą i ogólnie postanowiłam Zostać Lepszym Człowiekiem, to czytałam sporo artykułów tego rodzaju. Nadal czytam ich dużo, ale już nie szukam aktywnie – po prostu moja bańka na Facebooku dostarcza. Również blogi mi mówią, jak rzyć.

R: Co pomogło Ci najbardziej?

I: Zawsze się czuję jak Pawlikowska, kiedy o tym mówię – ale w kwestii życia samej ze sobą właśnie te poradniki jogowe, poznanie filozofii niekrzywdzenia (ahimsy), samoakceptacji i uważności, a w kwestii życia z innymi lewackie blogi. To tam się dowiedziałam, że istnieje feminizm, podatek progresywny, klasizm, co to jest transfobia i dlaczego “nie jestem rasistą, ale” znaczy, że jesteś rasistą, ale udajesz, że nie.

R: Kiedy postanowiłaś, że sama napiszesz książkę tego rodzaju? (Nie, nie tego, co Pawlikowska…)

I: Kiedy przestałam prowadzić bloga, czyli ponad dwa lata temu. Mój blog miał wtedy bardzo ograniczoną tematykę – pisałam tylko o pielęgnacji włosów. Nie było tam miejsca na mówienie o innych sprawach, a bardzo chciałam o nich mówić. Brakowało mi przestrzeni, żeby się wyrazić. A do tego, żeby złożyć luźne myśli w książkę, popchnęła mnie sytuacja przyjaciółki, która wyjechała na studia do Szkocji i była tam strasznie nieszczęśliwa. To było spełnienie jej marzeń, wynik ponad rocznych starań, miało być idealnie. Bardzo intensywnie zastanawiałyśmy się nad życiem – jak to możliwe, żeby spełnienie marzeń kogoś unieszczęśliwiło, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Okazało się, że takich “nagłych konstatacji” może być więcej. Do tej pory zresztą się dziwię. Mówi się, że okres nastoletni jest najbardziej burzliwy, ale to w sumie nic w porównaniu z tym, kiedy człowiek zaczyna być dorosły, żyć sam, radzić sobie sam. To jest ten moment, kiedy nagle wszystko się przewartościowuje i dociera do człowieka milion rzeczy. Takich osiemnasto-, dziewiętnastolatków zostawia się samych sobie. Nie mogą się już buntować, mają jasno wytyczone: teraz idziesz na studia mieć najlepszy czas swojego życia, niekończącą się imprezę, a potem praca i śmierć. Nikt nie mówi, że ten okres jest cholernie trudny i wcale niekoniecznie najlepszy. Chciałam w tym jakoś pomóc, jakoś to wyrazić, powiedzieć ludziom.

Czytaj dalej

W poprzedniej części serialu o tym, że nienawidzę ludzi pisałem, że chciałbym nie oglądać ludzi w ilościach większych niż te, które mi odpowiadają. Chciałbym też znajdować się w miejscach mi odpowiadających, zaś nie – w tych nieodpowiednich. Dzięki Waszym komentarzom na Buniu i blogu, rozmowom ze znajomymi i własnym doświadczeniom trochę sobie własne marzenia skonkretyzowałem.

Pogląd na to, czym byłoby dla mnie wymarzone miejsce do życia zaczął mi się krystalizować, gdy z moją przyjaciółką C. (wspomnianą w ostatniej notce), jej ówczesnym mężem, moim Szacownym Eks-Małżonkiem i psem D. wyjechaliśmy spędzić weekend na łonie natury. O tych wydarzeniach pisałem iks lat temu, ale ważne jest w sumie to, że gdy jechałem na miejsce ciągle uważałem, że najlepsze wakacje to łażenie po sklepach płytowych w Londynie w środku sezonu turystycznego. Jadąc do domu nienawidziłem głośnej muzyki, pijanych nastolatków, oraz czegoś, co po niderlandzku ładnie się nazywa „asociaal”. Nie wiem, czy po polsku „asocjalny” znaczy to samo, mam wrażenie, że nie. Spróbuję więc wytłumaczyć.

Asociaal to osoba, która pali papierosa stojąc pod znakiem „zakaz palenia”. Która o pierwszej w nocy pali gumy jeżdżąc skuterem pod oknami bloku mieszkalnego. Rozmawia przez telefon w kinie, mówiąc głośno, by przekrzyczeć dialogi. Piłą mechaniczną urąbuje żywe drzewo, bo se chce rozpalić ognisko, a zbieranie drewna jest trudne i nudne. (Właściwie nie wiem, jak to ognisko z żywego drewna rozpalili…) Osoba jadąca rowerem (OK) przez pasy (hmm) bez trzymanki (eee) ROZMAWIAJĄC PRZEZ FACETIME. Na video. Nie głosowo. Patrząc się w ekran i prowadząc rozmowę video. Na rowerze. Przejeżdżając przez ludzi. Albo po prostu nasz sąsiad, który odkrył, że bardzo lubi jeden kawałek Justina Biebera, a najbardziej lubi go bardzo głośno, z rozkręconymi basami, bez przerwy przez sześć godzin.

Czytaj dalej