Generalnie od jakiegoś czasu bardzo dobrze radzę sobie z akceptacją swojej sytuacji zdrowotnej. It’s not right, but it’s OK – oto moje motto. Pamiętam o tym, że mimo wszystko jestem szczęściarzem; cenię dobre rzeczy, które mam i które mi się przytrafiają. Aż przychodzi okres, kiedy nie pamiętam i co teras, lewagu?

W chwili, kiedy zacząłem pisać, panowała u nas Pride. Od zeszłego roku trwa dziewięć dni, co mi ogromnie utrudnia zapamiętanie, co i kiedy ma się dziać. Ktoś wspomina o weekendzie Pride, ja – „myślałem, że to za tydzień”, po czym okazuje się, że to był pierwszy weekend Pride, a potem będzie drugi. Trzy dni temu skończył się ten drugi. Przez tydzień co dnia otrzymywałem zaproszenia na różnego rodzaju imprezy. Najpierw Pride Walk, potem impreza plażowa, Pride On The Beach. Śpiewał tam Pete Statham, dla którego piszę i produkuję muzykę; autor zdjęcia w bannerze, Rene Zuiderveld, miał otwarcie wystawy; wybierała się grupa znajomych i przyjaciół, których naprawdę lubię. Ale – pomijając fobię społeczną – moje plecy są z imprezą plażową niekompatybilne. Nie mogę siedzieć na stołku barowym, nie mogę siedzieć na piasku i nie mogę stać przez dłuższy czas. Owszem, mógłbym leżeć na ręczniku, ale nie na tym polegają imprezy plażowe – być może uznanoby, że jestem dziełem sztuki, lub uskuteczniam jakiś jednoosobowy protest. Nie pomógłby nawet leżak, bo potrzebuję podparcia dołu pleców, leżaki mają dla mnie nieodpowiedni kształt. Musiałbym zawieźć ze sobą fotel. Ta myśl pozostała w głowie, odmówiła odejścia, a potem zastąpiła wszystkie inne.

Czytaj dalej

Od jakiegoś czasu myślę nad tą notką, ale ostatecznie skłoniły mnie komentarze pod wrzutką na Buniu na zupełnie inny temat. Wspomniano tam o wierze w „jedynie słuszną religię”, odpowiedź zawierała słowa „się spobożniało” i to wystarczyło, żeby wszyscy wiedzieli, o którą religię chodzi. O tę, która jest tak wątła, że pięć tysięcy uchodźców wyznających inną religię natychmiast by jedynie słuszną obaliło. Ale w ogóle nie o tym chcę pisać.

W Asatru – zapewne gdzie indziej też – istnieje coś, co nazywa się uczenie Unverified Personal Gnosis (UPG), czyli tłumacząc raczej luźno Niezweryfikowane Osobiste Wizje. Coś a la święta Faustyna, cytat z Wiki:

Na polecenie jednego ze swoich spowiedników, ks. Michała Sopoćki, Faustyna zaczęła prowadzić szczegółowy zapis swoich przeżyć, znany potem jako Dzienniczek. Opisywała w nim cierpienia i przeciwności, stany mistyczne jakich doznawała, przede wszystkim liczne wizje i objawienia. Dotyczyły one między innymi namalowania obrazu Jezu ufam Tobie (do którego Jezus miał dać szczegółowe wskazówki)

I tak dalej. Faustyna została, jak widać na obrazku, uznana świętą tej konkretnej religii. Dalej czytamy, że chorowała na gruźlicę płuc i przewodu pokarmowego. W kwietniu 1937 doznała cudownego uzdrowienia. (To też jest cytat.) Uzdrowienie nie potrwało niestety zbyt długo:

Ostatecznie wróciła do stanu zdrowia sprzed cudu, traktując chorobę jako zadośćuczynienie za grzechy i spełnianie woli Boga. Faustyna odbyła kurację w uzdrowisku Rabka-Zdrój. Ze względu na komplikacje zdrowotne przestała zajmować się ogrodem. Pełniła obowiązki furtianki. Zmarła 5 października 1938.

Czytaj dalej

Oto sztuka w dwóch aktach, którą napisałem celem wyjaśnienia dwóm znajomym osobom, na czym polegają depresja i stany lękowe. Ewentualne triggery: depresja i stany lękowe. (Nie wierzę, że muszę to wyjaśniać, Victor.) Tudzież wspominam mimochodem o towarzyszącym im głupim myślom.

Dramatis personae: Umysł (racjonalny) oraz Musk. Za drugiego dziękuję mej przyjaciółce Jadze, która dokonała rozróżnienia na Mózg i Musk – drugi jest popsuty, ten pierwszy nie, pierwszy podmieniłem na Umysł celem łatwiejszego zrozumienia.

Po sztuce znajdują się przypisy, a jeśli ktoś ją zechce wystawić na scenie, to poproszę o kontakt, przyjadę i będę się czepiać szczegółów i doboru aktorów. Chyba, że będę mieć depresję i/lub stany lękowe, wtedy nie przyjadę.

Czytaj dalej