Randkowanie online w przypadku osób heteroseksualnych jest, rzekomo, sposobem na spotykanie wyłącznie przerażających paszteto-meduz:

1. Blady Pan z fizjonomią sieroty życiowej i twarzy żaby Kermit, mając kilka miesięcy wolnego spędził je …siedząc w domu, przyszedł na spotkanie bo ja zaproponowałam, pewnie jakbym znowu zaproponowała to znowu by przyszedł ale tak sam z siebie….a po co… 
2. Rubaszny Pan rozwiedziony o fizjonomii Fredka Kiepskiego i takim samym obejściu… 
3. Pan po przejściach zdecydowany na związek a nawet małżeństwo bo mu brakuje stałego seksu, może już natychmiast go tworzyć, nie widzi żadnych przeszkód nawet w trójce swoich dzieci, chudziutkie nóżki, pulchny kadłubek i praktycznie brak szyi… za to w uszach pokłady woskowiny. 
4. Pan potrafiący przez telefon mówić kwieciście całymi godzinami, na spotkaniu nie umiał podtrzymać żadnego wątku, sięgał mi za to do ramienia i co 15 minut pytał czy mi to nie przeszkadza , po 2 tygodniach od spotkania znowu kompulsywnie chciał godzinami mówić przez telefon. 
5. Dwumetrowy chudzielec o twarzy Frankensteina, nadrabiał inteligencją , poległ ostatecznie widoczną zaawansowaną nerwicą natręctw. 

ja się boje umówić z kolejnym…

Powiem Wam szczerze, drodzy heteroseksualiści, że ja Was nie rozumiem. Dla mnie randkowanie online jest o wiele lepsze, niż spotykanie facetów w barze, w klubie czy też w supermarkecie, z kilku podstawowych powodów:

1. Mamy większe prawdopodobieństwo, że przyłapiemy tegoż faceta w stanie trzeźwości, niż np. o 3 nad ranem w barze Pod Surową Marchewą;
2. Możemy się o nim dowiedzieć więcej, niż tylko tego, jak wygląda — a ponieważ w barach bywa kiepskie oświetlenie, czasem nie wiemy nawet tego. Generalnie, randkowanie online ułatwia uniknięcie efektu pt. „WAAAAAAH CO TO ZA STRASZNE COŚ ŚPI OBOK MNIE AAAAAAAA”;
3. Wbrew pozorom, również brak jakiegokolwiek tekstu opisującego osobę, zdjęcia przedstawiające wyłącznie genitalia oraz tekst „nie wiem, co tu napisać, zapytaj jeśli cię interesuję” wiele nam mówią. W kolejności: chce tylko seksu, chce tylko seksu oraz jest kompletnie nieinteresującym nudziarzem bez odrobiny inteligencji;
4. Łatwiej się pozbyć gościa, który odzywa się do nas „hej seksi” online, niż tego samego, który przylepia się do nas w barze i ględzi pierdoły o tym, jaki jest zajebisty;
5. Nie ryzykujemy spotkania Artysty Podrywu.

Naprawdę, osoby, narzekające na spotkanych online facetów chyba nie potrafią używać Internetu, nie rozumieją, że czasem warto wymienić parę wiadomości przed spotkaniem w realu oraz nie umieją rozpoznać zdjęcia, które zrobiono 15 lat temu, a potem przejechano filtrem „Julia Roberts w reklamie L’Oreal” w fotoszopie. Cóż mogę powiedzieć. Sameście sobie winne, drogie heteroseksualistki.

*

Spędziłem wczoraj 6.5 godziny w towarzystwie Coota. Coot ma jak na razie tylko jedną wadę, mianowicie pali. Na szczęście przynajmniej w moim towarzystwie nie robi tego często. Poza tym ma same zalety: jest sympatyczny, zabawny, mówi po angielsku bez niderlandzkiego akcentu, jest inteligentny, pracuje w tym samym zawodzie, co ja, jest pięknym, dużym mężczyzną (co po chłopcu-DJu jest odmianą nader przyjemną) i bardzo lubi ze mną spędzać czas. Ja z nim też. Ważną zaletą jest to, że nie bardzo umie gotować — ja też nie umiem i dostaję kompleksów w towarzystwie osób, które umieją, bo czuję, że powinienem na nich jakoś zrobić wrażenie, a za cholerę nie wiem, jak miałbym to niby zrobić.

Poznawanie wilkołaka wzbudza we mnie dziwne uczucia. To zdecydowanie nie jest facet do szybkiego bang-bang w pościeli i panicznej ucieczki, zanim zdąży otworzyć usta i coś powiedzieć. Ale ja nie mam pewności, czy jestem gotów na coś poważniejszego, niż szybkie bang-bang. DJ ciągle mnie napastuje telefoniczno-smsowo-facebookowo (po ostatniej rundzie wyskoków w ten weekend poblokowałem go wszędzie, gdzie się dało; niestety, telefonów nie da się zablokować bez wydania zauważalnej ilości pieniędzy) i generalnie zatruwa mi życie. Tęsknota za nim na szczęście zupełnie mi przeszła, nawet nie wskutek Coota, tylko wskutek jego własnych wyskoków — zachowania pasywno-agresywne oraz psychopatyczne generalnie nie są nader atrakcyjne, podobnie cyber-stalking, odmawianie rozmowy na jakiś temat twarzą w twarz, a potem wysyłanie mi (kiepsko) zaszyfrowanych wiadomości na twitterze… Nie sądziłem, że to będzie tak wyglądać; zwłaszcza, że to on zerwał ze mną, a teraz nie może się ode mnie odczepić i natrętnie mi się narzuca, na zmianę z ofertami przyjaźni i brutalnym chamstwem. Chciałbym zamknąć ten rozdział i przejść do kolejnego, ewentualnie po drodze przeglądając jakieś magazyny plotkarskie, ale jak to zrobić, kiedy książka natrętnie rzuca się na człowieka, klapiąc go po twarzy okładką i domaga się czytania przypisów — po piętnaście razy tych samych?

Chustka pisze (a w zasadzie doktor Żurek pisze, ale ja znalazłem u Chustki):

posłuchajmy doktor Aldony Żurek:
Osiemdziesiąt kilka procent Polaków zawiera związek małżeński do 30. roku życia, czyli większość. A 50 lat temu przeciętna Polka, kiedy wychodziła za mąż, miała 21 lat, a Polak był trzy-cztery lata starszy. W tej chwili panie mają średnio 24 lata, a panowie trzy lata więcej. Polki z wyższym wykształceniem wychodzą za mąż, jak mają 28-29 lat, ich partner znowu jest odpowiednio starszy. Punktem granicznym tych decyzji, po którym zaczyna działać syndrom staropanieństwa i starokawalerstwa, jest dzisiaj w Polsce 33. rok życia. 
(…)
Po 33. roku życia naszej singielce czy naszemu singlowi kurczy się gwałtownie rynek małżeński o te osiemdziesiąt kilka procent. Gdyby decydował się na małżeństwo w wieku lat 21, to miałaby pełną pulę. Mogłaby wybierać jak w ulęgałkach. Ale teraz, mając niecałe 20 proc. rynku małżeńskiego, nie może wybrzydzać. I często bierze z odzysku. 

Ahem. Tak się składa, że do 34 roku życia zostało mi niecałe 4 tygodnie.

Nie mieszkam co prawda w Polsce, ale mam w pewnym stopniu zbliżone spostrzeżenia dotyczące małżeństw hetero: po pewnym progu wiekowym pojawia się rzeczony syndrom, biorący się zwyczajnie stąd, że poniżej tego wieku heteroseksualiści są już zajęci, często dzieciaci, mają kredyty, a jeśli są wolni, to albo nie są do końca hetero, albo też mają na głowie alimenty/samotne rodzicielstwo.

Nie do końca jeszcze obczaiłem, kiedy ten próg wiekowy pojawia się w przypadku osób homoseksualnych. (Nie mówimy tu rzecz jasna o Bolandzie, w której próg ten wynosi jak na razie division by zero error.) Jak wiadomo (niektórym) w wieku lat 31 byłem zaręczony, ale nic z tego nie wynikło. Teraz zaś jestem znowu świeżym singlem z odzysku i staram się raczej unikać rzucania znowu na głębokie wody związkowania, przynajmniej dopóki — jak słusznie napisał @chakravant — nie zacznę być pewien własnych emocji. Na razie pewien nie jestem.

Spotkałem się wczoraj z uroczą parą — nazwijmy ich Sasza i Olek. Panowie różnią się wszystkim. Jeden jest naukowcem, drugi malarzem. Jeden ma lat 43, drugi 27. Jeden jest wielkim niedźwiedziem o łydce większej niż moje udo (ci, którzy wiedzą, jak wygląda moje udo zapewne właśnie spadli z krzesła), drugi szczupłym chłopcem o uroczym uśmiechu. Są razem od 8 lat, pasują do siebie w jakiś dziwny sposób doskonale i stanowią strasznie miłe towarzystwo do gier planszowych, wspólnego piwa i gadania o pierdołach. Jedyne, co nie do końca mnie zachwyca, to fakt, że złośliwie i w ogóle nie bacząc na moje potrzeby w listopadzie wyjeżdżają do Kanady 🙁

Bardzo fajnie jest przyglądać się takiej parze. Chemię mają doskonałą, bardzo się kochają, co się szalenie rzuca w oczy, są bardzo sympatyczni, otwarci i weseli. Szalenie im zazdroszczę. Jak łatwo obliczyć, kiedy się poznali, jeden grzebał w rynku już skurczonym, a drugi miał do dyspozycji pełną pulę. Hmmm. Czy to znaczy, że celem zwiększenia szans sukcesu matrymonialnego po 33 roku życia mam zacząć gapić się na 20-letnie dzieci? Pani doktór Żurek, pani mnię to powie!

Sytuacja zaczyna być odrobinę skomplikowana.

Jak się okazuje, DJ nie odzywa się do mnie, gdyż jest zajęty spotykaniem się z wilkołakiem. Wiem o tym, gdyż napisał to na Twitterze, zaczekawszy, aż zacznę tam przejawiać aktywność — wszakże nie o to chodziło, żebym tego nie przeczytał. W pewnym stopniu udało mu się popsuć mi humor — nie przeczę, że nieco się zdołowałem tą informacją — jakoś tak jest, że nie chcemy, żeby nasi eksi zbyt łatwo się po nas pocieszali i nawet fakt, że my się również już pocieszyliśmy nie do końca te dziwne uczucia rozprasza. Głównie czuję jednak irytujące poczucie własnej wyższości moralnej, ponieważ ja swoimi randkami nie chwalę się na Twitterze tylko po to, żeby DJ mógł to przeczytać. Chwalę się nimi tutaj, po polsku. 😛

W serialu True Blood występują, jak wiadomo, wilkołaki. Tym, na którego zawsze leciał DJ, był Alcide, a tym, na którego leciałem ja, był Coot, ponieważ niestety mam beznadziejnie zły gust i tak z urody podobają mi się faceci ociekający testosteronem, w miarę możliwości brodaci, futrzaści i ubrani w skóry. Coot wygląda tak:

Jak się okazuje, obu nam spełniły się marzenia, ponieważ DJ spotyka się z sobowtórem Alcide’a, a ja z sobowtórem Coota. Jak wygląda Alcide DJa nie mam pojęcia, ale jak wygląda mój Coot wiem, rzecz jasna, doskonale — tak, jak fotka powyżej, tyle, że z krótszymi włosami. Oprócz wyglądania Coot zajmuje się sprawianiem mi drobnego problemu. Mianowicie zaprosił mnie na kolację, gdyż chciałby ze mną spędzać więcej czasu.

Cóż złego w zaproszeniu na kolację, zapytacie? W zasadzie wszystko. Dwa tygodnie temu wszystkie, co do jednej, komórki mojego ciała (nawet te w większej główce) domagały się natychmiastowego powrotu DJa. Nie czuję się gotów na spotykanie się z kimś na poważnie, nie chcę niechcący przenieść uczuć z DJa na Coota, nie chcę skrzywdzić naprawdę fajnego faceta. Mieliśmy, do cholery, tylko ze sobą sypiać. Przy czym kiedy mówię „ze sobą”, mam również na myśli jakąś rozsądną selekcję spośród 1 Surinamczyka, 1 Jamajczyka, 1 Kanadyjczyka, 1 Holendra oraz 1, eee, jak to się odmienia, Arubijczyka, którzy lecą na mnie energicznie, potykając się o sznurowadła i ogólnie rzecz biorąc z zapałem mi udowadniają, że wciąż jestem przerażająco atrakcyjny nawet mimo dodatkowych kilogramów po antydepresancie.

Skoro o tym mowa, ciągle borykam się z efektem ubocznym, a mianowicie problemami ze snem. Bez żadnych problemów zasypiam w stanie upojenia alkoholowego, ale umówmy się, że to nie jest rozwiązanie, które można stosować co wieczór. Bezalkoholowo natomiast w ciągu nocy przesypiam 3-5 godzin, a resztę czasu spędzam na przewracaniu się z boku lewego na bok prawy i odwrotnie, co szczerze mówiąc może człowieka po jakimś czasie znudzić. W ostatnich czterech dniach przespałem noc jedną — po wizycie w moim ulubionym barze, gdzie szkocki barman dopełniał mi drinka wódką, żebym sobie nie poszedł za szybko. Pozostałe noce spędziłem na przewracaniu się z boku na bok. Ostatniej nocy postanowiłem być sprytny i zaczekać, aż zacznę być śpiący. O drugiej uznałem, że ten moment nie nastąpi i położyłem się do łóżka, gdzie spędziłem następne godziny na — zgadliście — przewracaniu się z boku na bok.

Drugi efekt uboczny jest łatwiejszy do zniesienia. Mimo przyrostu w pasie, przede wszystkim przyrastam w ramionach, plecach, bicepsach i klatce piersiowej, co zupełnie mi nie przeszkadza. Wszystkie rekordy siłowniane pobiłem 3 tygodnie temu, a od tego czasu każdy z nich pobiłem kolejne 3 razy. Przestałem się mieścić w swoją ulubioną przymałą koszulę, bo nie wchodzą mi w nią, eee, bicepsy. Cootowi się to wielce podoba i mi w sumie też. Mniej podoba mi się ten sam efekt w przypadku spodni, w które nie mieści się mój brzuch.

Trzeci efekt muszę tonować, polega on bowiem na tym, że niczego się nie boję. W tym przejeżdżania na czerwonym świetle, co zaowocowało wpierniczeniem się pod skuter, oraz spadania z hulajnóg, co zaoowocowało licznymi ranami szarpanymi oraz stłuczeniem telefonu. Wydaje mi się, że dobrze byłoby czasami nieco się jednak bać…

Alcide: We, werewolves are all about drinking, power and fighting.
Me (at TV): You say that like it’s a bad thing!

Jechałem sobie tak powolutku po skali Kubler-Ross, aż dojechałem zupełnie niespodziewanie do akceptacji, dokładnie wtedy, kiedy DJ zaczął dawać nieśmiałe sygnały, że mu mnie jednak brakuje i nawet sprawia wrażenie, jakby chciał przyjść z przeprosinami.

W poniedziałek napisał do mnie, że bardzo chciałby spotkać się i porozmawiać. Nie powiedział, o czym, a ja nie do końca byłem gotów tę odpowiedź usłyszeć, więc na wszelki wypadek nie spytałem, tylko odpowiedziałem, że proszę bardzo, możemy się spotkać, w czwartek, piątek lub niedzielę. DJ chyba wystraszył się odpowiedzi pozytywnej, bo na wszelki wypadek do czwartku milczał, po czym poinformował, że nie ma czasu w tym tygodniu, ale w przyszłym to już koniecznie.

W międzyczasie jednakowoż przemyślałem sobie sprawę pod kątem tego, co on mógłby mi powiedzieć takiego, żebym go zechciał z powrotem, oraz — co mógłby takiego zrobić, żeby naprawić to, co się w międzyczasie spierdoliło. W wyniku przemyśleń wyszło mi, że nic. Zwyczajnie mu nie ufam, nie wierzę w wygłaszane wielokrotnie zapewnienia o miłości, bo zrywanie, obrażanie się na partnera za to, że choruje, tudzież robienie fochów nie należą do moich ulubionych sposobów okazywania owej, a poza tym, tak kompletnie nieromantycznie, to jednak jeśli mój facet ma być bezrobotny, to niech mi chociaż uprzyjemnia życie, a nie utrudnia. DJ pod koniec nie uprzyjemniał, nie dało się w nim znaleźć oparcia w problemach, a oszczędności poniesione wskutek tego, że na imprezach nie muszę płacić za dwie osoby lubiące raczej droższe napoje pozwoliły mi na nabycie iPada. I nagle w wyniku tych przemyśleń jakoś tak się zrobiło, że przestałem mieć ochotę na to spotkanie w przyszłym tygodniu.

Nowo nabytą wolność od własnych problemów sercowych — wreszcie, po miesiącu od zerwania — uczciłem godnie. W piątek udałem się na imprezę o nazwie Furball, na której plątała się taka ilość pięknych facetów, że nie dało się gapić nawet na połowę naraz bez zrobienia rozbieżnego zeza na szypułkach. (Niestety plątał się tam również kompletnie nagi 60-latek z pomarszczonymi WSZYSTKIMI częściami ciała, ale szybko nabyłem umiejętność wyczuwania, w którą stronę nie należy patrzeć, aby nie narazić się na widok zmarszczonego jednookiego węża.) W sobotę najpierw opalałem się w parku, a potem z przyjaciółmi wypiliśmy 847 piw przy ognisku, poszliśmy spać koło trzeciej i ogólnie korzystaliśmy z TRZECIEGO DNIA BEZ DESZCZU Z RZĘDU (co, przysięgam, nie miało miejsca tak od maja). W niedzielę zaś udałem się na siłownię, potem na lunch z moim kumplem Aegirssonem, a na koniec udałem się odwiedzić nowo poznanego wilkołaka celem inspekcji brody, która to inspekcja udała się nadzwyczaj dobrze. Po czym w poniedziałkowy poranek napisałem notkę tę.

PS. Wilkołaka tagujemy, bo coś mi mówi, że on się może jeszcze pojawiać.