Zdaje się, że niechcący podjąłem się napisania cyklu wywiadów i artykułów na temat literek LGTBQIA i przede wszystkim plusa. Tak to jest, gdy człowiek jednocześnie ma hipomanię i wpadną mu dwa triggery.

Pierwszym była oczywiście dyskusja na Buniu. Wzięła się z tego, że zadałem – tak sobie – pytanie, czy jestem jeszcze G (gejem), czy już Q (queer). Pojawiło się bardzo dużo zróżnicowanych odpowiedzi, również sprzecznych, przy czym o ile najbardziej zgadzam się z potrzebą autoidentyfikacji, o tyle pytanie jest poważne. Naprawdę nie jestem pewien, chociaż skłaniam się ku byciu queer. Ma w tym pewną część fakt, że amsterdamscy geje unikają mnie na wszelkie sposoby. Przy czym ja unikam ich, co może być związane. Nie pasujemy do siebie. Moi znajomi są na ogół interesujący umysłowo, zdrowieją z różnych uzależnień, są artystami i ogólnie są dziwni. Z osobami „normalnymi” się nie dogaduję. Wyglądam jak wyglądam, ubieram się jak się ubieram. Czytam serię paranormalnych romansów, zrobiwszy przerwę od autobiografii kobiet, które albo podziwiam, albo chciałbym lepiej poznać. Jake Shears ze Scissor Sisters też napisał autobiografię, czekałem, ale zaczęła się od glitter and drugs. Chyba. Bo już zapomniałem, zajęty Daryndą Jones.

Nie wiem, czy to coś oznacza, ale rozumiem przydatność literek. Moje G czy Q jest mniej ważne, bo w zasadzie wszyscy już wiedzą co to jest G, queer jest nie do końca definiowalne (co stanowi część tego pojęcia). Ale drugim triggerem była rozmowa heteroseksualnej pary:

K: coś tam o LGTB (z pominięciem pozostałych literek)
M: znaczy, to są różne słowa na powiedzenie „homo”?
K: *eksploduje*
M: no nic, idę do pracy, wiem swoje.

M ciągle wydaje się, że jeśli kogoś zna, to ta osoba musi być hetero. Jeśli będą mieć dzieci, to tylko hetero. Generalnie na świecie jest tylko jeden rodzaj ludzi.

Szufladki – od G do różnych wersji plusa – są przydatne o tyle, że zaoszczędzają części objaśnień. Ale głupich pytań – głupie pytania istnieją, zaręczam – już nie. Nie każdemu chce się na nie odpowiadać sto razy. Jednocześnie uważam, że „nie moja broszka, idź się doucz” to bardzo szkodliwa odpowiedź. Bo M się nie douczy (z lenistwa, nie jest tak głupi, jak ta konwersacja wskazuje, raczej mu się to zdawało śmieszne). A jeśli już zasiądzie do internetu, znajdzie strony o leczeniu modlitwą, piekle i szatanach, tudzież zwodzeniu naszych dzieci na manowce. Naprawdę nie przeceniałbym chęci i możliwości M w temacie nauczenia się czegokolwiek, zwłaszcza jeśli wymaga to przeczytania tysiąca stron tekstu. A wolałbym, żeby rozumiał trochę, niż nic oprócz tego, że osoby trans chowają się w niewłaściwych toaletach celem napastowania dzieci.

No dobrze, był trzeci trigger, dwuczęściowy. Najpierw odkrycie, że I znaczy Intersex (siedzę w temacie od lat i nigdy mi to nie przyszło do głowy), a potem osoba znajoma mi bardzo przelotnie rzuciła zdaniem o osobach ace i aro. Poszukiwanie „ace people” daje 499 milionów rezultatów, z czego pierwszym jest aseksualizm i już nie jestem pewien, bo znam raczej skrót AS (również po angielsku). Jeśli ktoś, kto się tematem interesuje i stara doinformować nie umie nic powiedzieć, co zrozumie M?

Chciałbym przy Waszej pomocy stworzyć cykl notek, do których będzie można odesłać takich niedorobionych allies. Proszę, mówię o tym, to zapewne myślisz, to jest prawdą. Tu odpowiedzi na pytania mądrzejsze, tu spis pytań głupszych. Na koniec źródła naprawdę przydatne, żeby uniknąć Rydzykowych mądrości. Cykl, do którego będzie można odesłać M., żeby się dowiedział czegoś o literce T, a jeśli tego nie zrobi złożyć pozew rozwodowy wzruszać ramionami i mówić „idź poczytać, wysłałam ci link, daj znać, gdy skończysz”. Możliwe, że niczego nie przeczyta, bo jest z tych, ale w takim razie raczej się nie deklaruje jako ally.

Czy coś z tego wyniknie zobaczymy, bo znowu się podjąłem nadmiaru pracy. Ale na tej mi zależy, a redaktorka męczy się z moimi 11 rozdziałami. Chętnie pogadam z ciekawymi ludźmi, a potem z nimi i o nich napiszę. Może się przyda, może nie. Wierzę, że i ja się czegoś dowiem, bo nie ma czegoś takiego jak nadmiar wiedzy (z wyjątkiem polityki i Justina Biebera). I dziękuję wszystkim, którzy zgłosili się do pomocy.

Będę się do Was zgłaszać po kawałku, na pierwszy ogień na pewno pójdzie A jak Aseksualizm. A co do swojego dylematu G vs Q być może zdecyduję się na koniec, a być może nie.

PS. Czy na zdjęciu powyżej znajduje się gej, czy queer?

Kontynuacja notki o biednych białych konserwatywnych chłopcach.

Wydaje mi się, że dla Europejczyka „nie rozumiem Ameryki” nie jest wyznaniem zaskakującym, ale dla mnie jest to ważne. Targetuję swoje książki na rynek amerykański, bo jest największy. Mam plany na wypadek, gdyby się nie udało, ale nie o planach piszę. Chcę się podzielić trzema doświadczeniami, które ostatnio odnotowałem. Dla kontekstu: jestem członkiem zamkniętej grupy (nazwijmy ją Grupa), składającej się z 98% z białych kobiet.

Jedna z nich zaszerowała post o tym, że używanie wyrazu ‚tribe’ (plemię) przez osoby nie będące Indianami (o tym słowie za chwilę) rdzennymi Amerykanami jest rasizmem, kulturalną apropriacją i złodziejstwem. Duża część komentatorów popukała się w czółko, ale znalazły się też osoby wyznające, że również czują się z tym słowem niekomfortowo. Dyskusja szła niemrawo, póki pani o imieniu Amy nie postanowiła utemperować tych, którzy się ośmielają. Z wysokości swego autorytetu opierdoliła wszystkich rozmawiających. Jej argument brzmiał „bo nie”. Nie wolno, bo nie. Duża część komentatorek albo ją grzecznie przeprosiła, albo zamilkła.

Prawie w tym samym momencie wrzuciłem posta o Islandii, ostatnie zdjęcie, jakie mi tam zrobił Jos – piękne wyszło. Ta sama Amy napisała „miły kraj, z wyjątkiem tego rasizmu”. Troszkę się zdziwiłem i spytałem o ćo chodzi jakby. Amy rozwinęła: otóż prawo islandzkie zakazuje czarnoskórym osobom migracji. Zażądałem dowodów, na co Amy się nadęła i godnie odparła „nie jest moim obowiązkiem cię uświadamiać i rozwiewać twojej ignorancji”. Otóż nie. Nie jest tak, że można każdego oskarżyć o dowolną bzdurę (chyba nie muszę tłumaczyć, że to bzdura…?) i kazać mu się doinformować bez podania źródeł (albowiem takowe nie istnieją). Tym razem zgłosiłem Amy do prokuratury, znaczy – do adminów, po czym zablokowałem. Okazało się, że to nie pierwszy jej występ, już jej w grupie nie ma, ale co z tego.

Czytaj dalej

Ta notka stanowi kontynuację cienko śpiewającego Hartmana i trochę się w niej powtarzam.

Erika Liodice na stronie Writer Unboxed pisze: (tłumaczenie moje)

Jedyne słowa niosące moc większą niż te, które piszesz to te, które mówisz. Dotyczy to zwłaszcza słów, jakimi opisujesz siebie i swoją pracę. Na początku swojej pisarskiej kariery mówiłam na przykład „ale nie jestem prawdziwą pisarką”. W rzeczywistości pisanie było dla mnie tak ważne, że rozmawianie o tym z innymi – nawet najlepszymi przyjaciółmi – powodowało, że czułam się niesamowicie wrażliwa. Bałam się, że ludzie pomyślą w tajemnicy ona nie ma tego, co powinna mieć, więc wyprzedzałam ich i dołowałam samą siebie. Osiągnęłam tylko to, że dałam im przyzwolenie, by nie brać mnie i mojej pracy na poważnie. Co gorsza, pozwoliłam na to sobie, co negatywnie wpłynęło na rzecz, która była dla mnie tak ogromnie ważna. Dopiero kiedy zmieniłam swoje słowa i zaczęłam mówić o sobie jako powieściopisarce ludzie zainteresowali się moją pracą i zechcieli ją opublikować.

Janet Reid, agentka literacka:

Pewna kobieta, którą nazwiemy Przygotowaną, była w stanie zainteresować mnie samym tytułem swojej książki. (Muszę tu pozostać dyskretna w temacie szczegółów.) Spędziłyśmy więcej czasu na rozmowie o czym historia jest, raczej niż opisywaniu, co się w niej wydarza.

Gdy zapytałam mężczyznę, którego nazwiemy Prawie Opublikowanym o czym jest jego książka wydawał się bardzo zdeterminowany, by NIE zachęcić mnie do lektury. Bardzo oczywiste było, że czuje się źle mówiąc o sobie, lub chwaląc siebie [w sensie pochwał, nie chwalenia się – R.] w jakikolwiek sposób.

Czytaj dalej

Ogłoszenie parafialne: powstało nowe wydawnictwo. Więcej informacji tutaj. Poniżej wywiad z autorką pierwszej książki, Izabelą Black.

R: Czy czytujesz poradniki typu self-help?

I: Poradników nie. Ale kiedy zaczęłam się interesować jogą i ogólnie postanowiłam Zostać Lepszym Człowiekiem, to czytałam sporo artykułów tego rodzaju. Nadal czytam ich dużo, ale już nie szukam aktywnie – po prostu moja bańka na Facebooku dostarcza. Również blogi mi mówią, jak rzyć.

R: Co pomogło Ci najbardziej?

I: Zawsze się czuję jak Pawlikowska, kiedy o tym mówię – ale w kwestii życia samej ze sobą właśnie te poradniki jogowe, poznanie filozofii niekrzywdzenia (ahimsy), samoakceptacji i uważności, a w kwestii życia z innymi lewackie blogi. To tam się dowiedziałam, że istnieje feminizm, podatek progresywny, klasizm, co to jest transfobia i dlaczego “nie jestem rasistą, ale” znaczy, że jesteś rasistą, ale udajesz, że nie.

R: Kiedy postanowiłaś, że sama napiszesz książkę tego rodzaju? (Nie, nie tego, co Pawlikowska…)

I: Kiedy przestałam prowadzić bloga, czyli ponad dwa lata temu. Mój blog miał wtedy bardzo ograniczoną tematykę – pisałam tylko o pielęgnacji włosów. Nie było tam miejsca na mówienie o innych sprawach, a bardzo chciałam o nich mówić. Brakowało mi przestrzeni, żeby się wyrazić. A do tego, żeby złożyć luźne myśli w książkę, popchnęła mnie sytuacja przyjaciółki, która wyjechała na studia do Szkocji i była tam strasznie nieszczęśliwa. To było spełnienie jej marzeń, wynik ponad rocznych starań, miało być idealnie. Bardzo intensywnie zastanawiałyśmy się nad życiem – jak to możliwe, żeby spełnienie marzeń kogoś unieszczęśliwiło, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Okazało się, że takich “nagłych konstatacji” może być więcej. Do tej pory zresztą się dziwię. Mówi się, że okres nastoletni jest najbardziej burzliwy, ale to w sumie nic w porównaniu z tym, kiedy człowiek zaczyna być dorosły, żyć sam, radzić sobie sam. To jest ten moment, kiedy nagle wszystko się przewartościowuje i dociera do człowieka milion rzeczy. Takich osiemnasto-, dziewiętnastolatków zostawia się samych sobie. Nie mogą się już buntować, mają jasno wytyczone: teraz idziesz na studia mieć najlepszy czas swojego życia, niekończącą się imprezę, a potem praca i śmierć. Nikt nie mówi, że ten okres jest cholernie trudny i wcale niekoniecznie najlepszy. Chciałam w tym jakoś pomóc, jakoś to wyrazić, powiedzieć ludziom.

Czytaj dalej