Bieda

Z góry przepraszam osoby, które obrażę tym razem, jak zwykle nie jest to moją intencją.

Czytanie o uchodźcach, którzy ŚMIĄ mieć telefony komórkowe przypomniało mi definicję biedy, jaką sobie ukułem: człowiek jest biedny wtedy, kiedy inni mogą mu mówić, co mu wolno mieć, a co nie. Zacytuję za Polityką:

To, jak ważną sprawą może być always on, widać wyraźnie w sytuacji syryjskich uchodźców. Nie mając swobodnego dostępu do prądu, muszą zapewnić sobie działanie baterii w telefonie. Przez aplikacje i portale społecznościowe mogą kontaktować się z pozostawioną w obozach dla uchodźców rodziną. W drodze korzystają ze smartfonów, by wymieniać się informacjami o bezpieczeństwie trasy, osobach, które zajmują się ich przerzutem czy kursie walut. Sprawdzają mapy, korzystają z GPS i tłumaczą dokumenty. […] działają też organizacje – jak skandynawska Refugee Phone – które zbierają stare, niepotrzebne dawnym właścicielom smartfony i powerbanki i rozdają je uchodźcom.

(Życie na bateriach, Urszula Schwarzenberg-Czerny)

Zestawmy sobie to z oburzonymi komentarzami, że jadą na nas młodzi mężczyźni z ajfonami. Biedny człowiek nie może mieć ajfona, zatem uchodźcy muszą być bogaci, po prostu chcą być jeszcze bogatsi, NASZYM kosztem. Dzieci i rodziny zostawili, bo im przeszkadzały w polowaniu na europejskie pieniądze. Uchodźcy ze swoimi ajfonami jednocześnie rzucają się na nasze europejskie miejsca pracy ORAZ zasiłki dla bezrobotnych, pewnie w tych ajfonach wyczytali, jak to najlepiej urządzić. To dokładnie ten sam typ myślenia, który prezentowali wcześniej ludzie odmawiający zasiłkowiczom telewizora z wielkim ekranem. Bo kiedy jesteś biedny, nie wolno ci wydawać pieniędzy na to, na co masz ochotę, tylko na to, co zdaniem innych ludzi wypada. Telewizor 52 cale nie wypada. A 42? 32? Jakiej wielkości telewizor wolno nabyć ludziom na zasiłku?

To nie są rozkminy bogatego hipstera pukającego w Retina Macbook Pro w Starbucksie. Kiedy miałem lat kilkanaście i porzucił nas ojczym, we czwórkę żyliśmy z pensji mojej mamy oraz tego, co się powoli udawało wyprzedać. W końcu nadszedł okres, kiedy znalazłem pracę, najpierw dawałem mamie 300 zł miesięcznie (z 800 zarabianych), potem 500, potem się wyprowadziłem i mniej więcej od tego momentu powróciłem na łono niższej klasy średniej zamiast wyższej klasy niższej. Krok po kroku wybiłem się all the way do średniej klasy średniej (jak na 33 1/3 RP), moje ostatnie zarobki w Polsce najpewniej (nie chce mi się sprawdzać) uplasowałyby mnie wśród 10% najlepiej zarabiających Polaków. Oczywiście w 2006 było to po prostu łatwiejsze. Potem jednak wyjechałem do Holandii i dostałem pensję, jakiej prawdopodobnie nie dostanie tu już żaden grafik, bo były inne czasy i w moim zawodzie kosiło się kokosy.

Bieda w różnych miejscach wygląda różnie. Są takie kawałki świata, gdzie bogaty posiada trzy krowy, a biedny tylko jedną. Są takie, gdzie bogaty posiada dom o powierzchni 1200 metrów kwadratowych, a ubogi krewny jedyne 400 i o tym krewnym w towarzystwie się nie wspomina. („To moja siostra Stokrotka, ta bez mercedesa i miejsca dla kucyka”.) W Holandii biedy jest bardzo mało, bo mimo notki o bezdomnym system działa jednak bardzo sprawnie, a pensja minimalna jest 1) relatywnie bardzo wysoka, oraz 2) otrzymuje ją bardzo wielu ludzi. Od 1 stycznia pensja minimalna w Holandii wyniesie 1506 euro brutto miesięcznie. Za czasów, kiedy ja zaczynałem tu pracę, wynosiła zdaje się 1300, moje bardzo wysokie zarobki wynosiły dwa razy tyle. Nie wszystko da się łatwo przeliczyć ze złotówek na euro, niemniej jednak np. kurs jeśli chodzi o jedzenie wynosił 2 zł = 1 euro, jeśli chodzi o odzież 4-5 zł = 1 euro, jeśli chodzi o elektronikę 5-6 zł = 1 euro. Szukałem ostatnio dysku Samsunga, w Holandii 342 euro, w Polsce 1700 zł, więc kurs pozostał ten sam.

Nie czułem się szczególnie bogaty, bo do dobrego się łatwo przywyka. Mogłem sobie co weekend iść na miłe zakupy, tu nowe perfumy (95 euro), tu kurtka skórzana (200 euro), tu buty (150). Albo polecieć sobie do Berlina na parę dni. Przywieźć fajne prezenty do Warszawy. Aż pewnego dnia maszynka się popsuła, mózg przestał współpracować i wylądowałem na zasiłku, który zupełnie nie przypomina wysokością mojej pensji. I wtedy dowiedziałem się, jak to jest być biednym w Holandii. Tu właśnie przepraszam osoby, które usiłują przeżyć z zasiłku wypłacanego w Polsce.

Mój kredyt mieszkaniowy pożerał około 1000 euro miesięcznie. Dopóki na rachunek wpływało 2200-2500, tysiąc nie stanowił żadnej przeszkody w spełnianiu dowolnych marzeń, kupowaniu online fajnych t-shirtów, zapraszaniu grupy znajomych do baru, płacenie za ulubione substancje DJa i tak dalej. Kiedy jednak nagle zacząłem mieć do dyspozycji mniej niż połowę tej sumy, a rata kredytu pozostała w poprzedniej wysokości, przede mną stanęła jakże miła perspektywa: za mało by żyć, za dużo by umrzeć. Ceny mieszkań ostro spadły, przymusowa sprzedaż pozostawiłaby mnie z długiem, który i tak musiałbym spłacać, tylko nie miałbym gdzie mieszkać. Spłacanie kredytu, płacenie rachunków, płacenie ubezpieczenia medycznego powodowało, że brakowało mi miesięcznie średnio 100 euro do dopięcia budżetu. Przez jakiś czas żyłem z oszczędności, krócej, niż powinienem, ale nie od razu dotarło do mnie, że jestem teraz biedny i pozwoliłem sobie na przykład na zakup telefonu z abonamentem 57 euro miesięcznie. Krok po kroku przywykałem jednak do ograniczonego budżetu. Zrezygnowałem z kablówki, z telefonu stacjonarnego, przez dłuższy czas pożyczałem internet od sąsiadów. Sprzedałem trochę rzeczy. Można żyć bez telewizji. Bez komputera jednak żyć nie mogłem, nie mogłem chociażby zrobić portfolio, potrzebnego do poszukiwania pracy, więc trzyletni 27″ iMac stał na biurku i robił wrażenie jak ten 52-calowy telewizor. Zacząłem zalegać z opłatami dla spółdzielni, na szczęście składającej się wyłącznie ze mnie, mojego przyjaciela z pierwszego piętra i miłych sąsiadów z drugiego, którzy mi szczerze współczuli i nie robili problemów. Poprosiłem bank o czasowe zmniejszenie raty, oberwałem z półobrotu pismem nakazującym natychmiastową sprzedaż mieszkania, ale w końcu udało się dogadać i pominąwszy rosnący dług jakoś się udawało. Dorobiłem z rzadka tu i ówdzie, na ile umysł pozwalał. Ale tak naprawdę zrozumiałem, że jestem uchodźcą żyjącym z zasiłków, gdy przyznałem się koledze Holendrowi, że byłem na wakacjach.

Kolega przez chwilę milczał.

– Co to znaczy byłeś na wakacjach? – spytał sucho.

– No, poleciałem do Polski na trzy tygodnie – odpowiedziałem, nie rozumiejąc pytania.

– Nie mówiłeś aby, że jesteś na zasiłku?

Nagle dotarło do mnie, o czym rozmawiamy i zrobiło mi się gorąco.

– Przecież ja zaoszczędziłem jadąc tam…! Zapłaciłem za bilet, a przez trzy tygodnie karmiła mnie mama, to dla mnie oszczędność!

Kolega coś mruknął i był to ostatni raz, gdy rozmawialiśmy. Jest wyborcą partii liberalnej, która najchętniej wszystkie zasiłki by skasowała, ale jeszcze się jej nie udało, bo Holandia to kraj socjalistyczny i jej mieszkańcy wcale nie chcą tego stanu rzeczy kompletnie zmieniać. Zdaniem mojego kolegi osoba na zasiłku nie powinna sobie jeździć na wakacje. Bo od czego też może sobie wypoczywać „chory” psychicznie, który cały dzień się wyleguje na dupie i nic nie robi? Podobnie zachował się wobec mnie człowiek, który cierpi na nerwicę natręctw, ale pracuje i ma własną firmę, która radzi sobie różnie. Jego zdaniem – tak się domyślam, bo nie powiedział mi tego nigdy wprost, po prostu stopniowo luzował kontakty, aż na koniec je zerwał – nie powinno być tak, że mi przysługuje renta, a jemu nie. To znaczy, jemu by też pewnie przysługiwała, ale zdecydował, że o nią nie wystąpi, w związku z czym ja również nie powinienem tego robić. Nagle okazało się, że już nie ja decyduję o tym, czy chcę kupić perfumy (przestawiłem się na dezodorant Nivea w promocji 3 w cenie 2), czy przysłowiowego ajfona, decydują o tym mityczni podatnicy, na których koszt rozbijam się po Seszel… chciałem powiedzieć, Warszawie.

Gdy człowiek musi, jest w stanie zaoszczędzić całkiem dużo pieniędzy. W supermarketach na przykład regularnie są promocje na mrożonki: mięso, ryby, warzywa. Twoim przyjacielem są gazetki, w których możesz przeczytać, który supermarket ma promocję na który produkt i obmyśleć menu na nadchodzący tydzień. Ponieważ biedowałem w Holandii, a nie w Polsce, ciągle mogłem jeść mięso i ryby, nawet steki i łososie (mrożony stek smakuje jak odgrzewana opona, ale jednak!), a spoza zamrażarki hamburgery z łbów szczurzych i tuńczyka w puszce. Najdroższe były owoce, które w związku z czym jadałem wyłącznie w Polsce na zapas. Owoce w promocji bywały bardzo rzadko, z reguły paskudne suche jabłka bez odrobiny smaku. Rozpracowałem, gdzie jest najtańsze mleko, gdzie ser, gdzie chleb. 10 centów tu, 20 tam, a ja samego mleka zużywałem trzy litry tygodniowo. Cierpiałem głównie w związku z usiłowaniem utrzymania zdrowej diety, tanie produkty na ogół są średnio zdrowe, a taka wędlina z piersi kurczaka drugiej jakości kosztuje 15.90 euro za kilogram. Przestałem chodzić do dentysty, bo moje ubezpieczenie nie pokrywało kosztów. Na szczęście nic się nie popsuło i nie rozbolało. Odstawienie używek również wspomogło mój portfel. Ogromnie dopomogło mi odkrycie polskiego sklepu, w którym mają pyszne wędliny za połowę ceny holenderskich mielonek ze skór i chrząstek (czy mój kolega nie obraziłby się widząc, jak żrę szyneczkę kupioną za pół ceny mielonki?), ale tak naprawdę, nie czarujmy się, to pomógł mi Zbrojmistrz.

Czasami czytam sobie o akcjach w stylu: sławna aktorka Guwynencja Goopilińska postanawia przez miesiąc żyć za minimalną pensję, pierwszego dnia kupuje jarmuż i limonki, drugiego chwali się, że schudła, a czwartego paparazzi przyłapują ją w Sheratonie na kolacji. Moja relatywna bieda nie była dla mnie przygodą, nie była zabawna i nie przyniosła mi niczego przesadnie dobrego. Naciąłem się na kilka usług wybieranych pod kątem ceny, na przykład siłownię za 14.99 euro prowadzoną przez mafię (wszystko było super, dopóki nie ośmieliłem się wskazać, że sauna jest ciągle wyłączona, a na stronie WWW piszą, że jest dostępna dla każdego i wtedy dowiedziałem się, jak napakowany pan z blizną wygląda, jak się go wkurwi). Dostałem kilka listów, w których kulturalnie mnie zawiadamiano, iż z niewiadomego powodu (przekroczenia stanu rachunku -1000, sorry, taki miałem limit) nie powiodło się ściągnięcie mi z rachunku opłaty za prąd i gaz, ewentualnie kartę kredytową i jeśli nie uiszczę do piętnastego, to media zostaną mi odłączone, a za kartę odwiedzi komornik, z poważaniem i wesołych świąt. Nigdy nie byłem głodny, częściowo dlatego, że mam dużo przyjaciół, ale jednak. Nie odłączono mi tego prądu, uprawiałem nieco kreatywnej księgowości, ale się udało. Dzięki pomocy Zbrojmistrza udało mi się nawet spłacić długi w spółdzielni mieszkaniowej, przy okazji ucząc się, jak to jest być w związku, w którym to nie ja jestem tym bogatszym. A nie było to coś, do czego łatwo mi było przywyknąć.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ sprzedałem mieszkanie i pozbyłem się kredytu. Z uwagi na machinacje ZUS (długa historia) moja finansowa ulga może potrwać bardzo krótko, ale przynajmniej w najbliższych kilku miesiącach nie będę musiał wydawać tysiąca euro miesięcznie na mieszkanie, w którym nie mieszkam. Spotkałem się przy okazji z nowym właścicielem, jest nim młody, przystojny lekarz z bogatymi rodzicami. Pokrótce streścił mi plany: wymieni wszystkie okna, przerobi toaletę, przerobi łazienkę, przerobi kuchnię… w głowie dodawały mi się tysiące euro i myślałem melancholijnie, że posiadanie bogatych rodziców jest fajne. Jeśli szacher-macher ZUSu się nie uda, będzie mi się wiodło niezgorzej, ale jednak ciągle będę tym sąsiadem, który ma trzy krowy. Lekarz ma dwieście. Rzucał lekko frazami typu „okna oczywiście wymienię na podwójne”. Ja wymieniłem jedno, trzy i pół tysiąca euro. „Kuchnia już zamówiona, przyjdą zamontować w połowie lutego”. Ja montowałem wszystko sam, a kuchnia pochodziła z IKEA, a nie Producenta Markowych Mebli. Mój kredyt opiewał na 105% wartości nieruchomości, jego na 60%. Bo lekarz z bogatymi rodzicami ma oszczędności. I właśnie tu znowu widać, że bieda jest relatywna. Nie godzienżem mu butów czyścić. Od tego miesiąca jednak będę miał pierwszego na koncie liczbę dodatnią, od czego w ostatnich latach odwykłem. Będę mógł kupić sobie na obiad mięso nie z przeceny. Nie szczypać się, że wysłanie SMSa do Polski kosztuje. Przywieźć prezenty dla dzieci mojego brata – inne, niż czekolada (na czekoladę było mnie stać).

W najbliższym czasie powinienem być w stanie wreszcie zaprosić na lunch grupę znajomych, którym jestem to winien. To okropne uczucie, kiedy ktoś zaprasza cię do przyjemnej, lekko hipsterskiej knajpki, lunch kosztuje 21 euro, obiecujecie sobie spotkanie w najbliższym czasie, a ty wiesz, że 21 euro to jedzenie na cztery dni i potem unikasz znajomej osoby. Kawa za 5.50: dwa obiady. Kwiaty za 7.50 euro: trzy obiady. Trzeba kupić buty zimowe, bo stare się rozpadły, co jest wypadkową nabycia ich od Wietnamczyka za 95 zł. Na szczęście Eugenia ma do oddania po mężu, prawie nie noszone, prawie w moim rozmiarze, tylko o pół numeru mniejsze, ale może się rozchodzą. Mama kupuje mi dwie pary dżinsów. Ja zaś na razie w ramach bycia bogaczem z dodatnią liczbą na koncie przeżyłem chwile niekłamanej rozkoszy mogąc wyrzucić stare, dziurawe i przecierające się skarpetki i kupić sobie trzydzieści par nowych, wszystkich w tym samym kolorze i bez żadnych dziur, wesoło wychylających się gdy podejmowałem gości, lub byłem podejmowanym. Owszem, mam trzy krowy zamiast jednej, a lekarz w życiu by mi dłoni nie uścisnął, gdyby nie kupił ode mnie mieszkania. Ale lekarz nigdy nie pojmie, jak wielkiej rozkoszy może dostarczyć zakup 30 par skarpetek bez potrzeby przeliczania ich na obiady.

Zdjęcie: „Euro”, TaxRebate.org.uk

  • kura z biura

    Znam te uczucie 🙂 Życzę dodatniej sumki na koncie już zawsze 🙂

  • odwodnik

    Jeśli masz na myśli nasz polski ZUS, to może mogę pomóc?

  • i_am_keyser_soze

    Nazywam takich kolesiami z mentalnością właściciela niewolników i to ja zrywam kontakty, bo kumplować się z mentalnym właścicielem niewolników to jednak gruby wstyd.

  • Jeśli średnia klasa średnia to 10% najlepiej zarabiających, to ile procent stanowią wyższa klasa średnia, niższa klasa wyższa, średnia klasa wyższa i wyższa klasa wyższa? Definicje klas są tak niejasne, że mam wrażenie iż skala kończy się na średniej klasie średniej, żeby nikomu nie było przykro.

  • Akara

    Bardzo dobrze powiedziałeś swojemu znajomemu. Ale nawet jakbyś powiedział, że chciałeś zobaczyć mamę, albo, że chciałeś odpocząć od domu, to też nic mu do tego. Właściwie nawet nie sądzę, byś musiał jakkolwiek się przed nim tłumaczyć, ale pewnie zupełnie inaczej sobie wyobrażał jakie to były wakacje i może chociaż poczuł się trochę głupio.

    A co do lekarza może wystarczy spojrzeć na to tak, że tylko cieszył się z nowego mieszkania i wtedy można dać temu spokój. Nic dziwnego, że w radości dużo mówił o swoich planach. Nie znał Twojej sytuacji to nie wiedział, że jego gadanina może zostać niekoniecznie dobrze odebrana. Całkiem możliwe, że nie miał na myśli nic złego. To, że urodził się w bogatej rodzinie nie musi świadczyć o nim ani negatywnie, ani pozytywnie. Wydaje mi się, że jesteś zbyt surowy z twierdzeniem, że „lekarz w życiu by mi dłoni nie uścisnął, gdyby nie kupił ode mnie mieszkania”. Nie wiem co prawda jaką miał specjalizację ten lekarz, ale niezależnie od tego, lekarze nie tylko podają dłoń (dosłownie i symbolicznie) różnym osobom, ale robią znacznie więcej. Muszą pomagać, czy też pracować (jak zwał, tak zwał) przy ludziach makabrycznie doświadczonych przez los, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, muszą pomagać w sprawach bardzo intymnych, wstydliwych. Symboliczne podanie dłoni jest niczym przy tym co dane jest, albo będzie im dotykać. Nie mówiąc o tym jak wielką odpowiedzialność dźwigają na swych barkach lekarze. Ogromnej liczby lekarzy nie omijają związane z ich pracą wyrzuty sumienia, nałogi. Nawet jeżeli facet w domu ma raj, nie jest możliwym żeby w pracy miał życie usłane tylko różami. Nawet jeśli i tam ma łatwiej niż inni pewnych rzeczy nie przeskoczy. Oby lekarz jak najwięcej radości czerpał z swoich sukcesów w pracy, bo to również małe sukcesy jak niesienie ulgi pacjentom, jak wyleczenie kogoś. To nie tylko awanse, pięcie się do góry i możliwość zarobienia porządnych pieniędzy. Ale mnie tam nie było. Może rzeczywiście ten lekarz roztaczał wokół siebie negatywną aurę wyższości. Taką, że inni mogli poczuć się przy nim źle i odnieść wrażenie, że facet podałby rękę tylko ludziom podobnym do niego. Też możliwe. Są tacy ludzie.

    • Grant Thorsson

      Czuję się niezrozumiany w temacie lekarza 😀 Oczywiście, że posiadanie bogatych rodziców nie czyni go ani lepszym, ani gorszym człowiekiem. Chodziło mi raczej o to, że nie obracamy się w tych samych środowiskach i nie miałbym gdzie kogoś takiego poznać, chyba, że jako pacjent. Nie mam znajomych w tej klasie majątkowej, chyba, że się przede mną ukrywają 😉

      • Akara

        Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale dawniej to nawet potrafiłeś odtrącić takiego lekarza sado-maso. Nie powiem teraz na 100%, ale chyba tutaj było o facecie „nic ci nie będzie, jestem lekarzem”, który się chwalił jaką to ma wiedzę medyczną i że z nim to podczas seksu należy się godzić na wszystko. Jak pomyliłam, to od razu mnie popraw, bo siedzi mi w głowie ta historyjka.

        • Akara

          Dobra. Już sprawdziłam. Chodzi o pewnego pana z Amsterdamu.

        • Grant Thorsson

          Sama prawda, tylko ja go nie odtrącałem za bycie lekarzem, a za bycie psychopatą 🙂

  • lilith

    Hmmm… jestem młodym lekarzem w Polsce z całkiem zamoznymi rodzicami i widzę, że pracując na pełny etat w szpitalu (16 zeta za godzinę)+3popołudnia tygodniowo w przychodni muszę pilnować swoich finansów jak holenderski bezrobotny 😉 pensja szpitalna na szkolenia i podreczniki, z popoludniówek na jedzenie i czasem kino, na szczęście mieszkanie należy do rodziców i nie muszę im płacić czynszu (w przeciwieństwie do większości kolegów, którzy wynajmują lub mają kredyt)

    • Grant Thorsson

      Nie mów nikomu, że Ci to napisałem, ale dlatego w Polsce niedługo zabraknie lekarzy… w krajach #zagranico zarabiają o wiele więcej, pracując o wiele mniej i w o wiele lepszej atmosferze. A niderlandzcy lekarze dodatkowo są na ogół niedouczeni (z moich doświadczeń) i polscy są zwyczajnie lepsi.

  • Byłam kiedyś w takiej biedzie, że nie starczało na jedzenie. Dla dziecka odkładałam do zamrażalki wydzielone porcje, a my jedliśmy byle co lub nic. Było ciężko, ale udało się przetrwać. Pomagali nam rodzice i byliśmy bardzo oszczędni. Potem to się zmieniło, ale pamiętam jak się żyje bez pewności jutra. Teraz mamy oboje pensje wystarczające na życie, spłacamy swoje długi i żyjemy zwyczajnie. Może dlatego nie rozumiem jak można biednemu wypominać, że coś ma. Może kupił wcześniej, albo od kogoś dostał, nie moja sprawa.

    • ann_gelica

      „Może kupił wcześniej, albo od kogoś dostał, nie moja sprawa.”
      Moją mamę chciał ktoś z Greenpeace opryskać farbą za płaszcz z kołnierzem z futra lisa. Jedyny jej trzymający się kupy płaszcz, od rodziny ze Stanów.
      Taka ciekawostka.

  • etyuyt

    iphone jest świetnym przykładem naciagactwa zarówno darczyńców jak i klientów z tej racji, że już od 10 lat funkcjonalne odpowiedniki tego „niezbędnika” kosztują 10x do 20x mniej niż on. co w sumie przyznałeś w dalszej części artykułu – powymieniałeś towary i usługi na kilkukrotnie tańsze, a na dobrą sprawę identyczne. a więc fundowanie przysłowiowemu „uchodzcy/bezdomnemu/itp” usług czy towarów klasy rownie przyslowiowego iphona jest nieracjonalne, niegospodarne, wbrew interesowi darczyńcy i idei wyrownywania statusu, po prostu jest marnotrawieniem środków. na dłuższą metę szkodzi też beneficjentowi, czego podałęś piękny przykład całym tym wpisem.

    • Grant Thorsson

      1) w jaki sposób podarowanie komuś telefonu jest naciągactwem i szkodzi?
      2) wiesz, że modele 4, 4s etc. nadal są funkcjonalne i nie trzeba ich fundować, bo pochodzą z szuflad osób, które je kupiły lata temu?
      Edit:
      3) „ajfony” są również marek Szajsung, Xiaomi, Huawei, LG oraz zwyczajnie Mejd In Czajna, ale kiedy trzeba dojebać Obcemu, oczywiście dobiera się słowa tak, żeby były jak najpodlejsze.

  • Różnica między Tobą a emigrantem jest zwykle taka, że Ty się starasz pracować (sugeruje to twój sprzęt, bez którego jak piszesz nie mógłbyś pracować). Sama czasami cierpię na biedę, ale częściej wpadam w nie-biedę dzięki oszczędnościom. W ogóle to fajny, długi temat, szkoda, że efekty są tak odległe. Byłabym królową oszczędzania 🙂

    • Grant Thorsson

      Różnica między mną, a emigrantem jest taka, że emigrant płynie łodzią, która może zatonie, a może nie, uciekając przed wojną i śmiercią, a ja wsiadłem sobie w samolot opłacony przez firmę i przyleciałem tutaj, po czym kadrowa załatwiła mi wszystkie dokumenty i wynajem mieszkania. Uważałbym też bardzo na określenie „emigrant ekonomiczny”, bo przy odpowiedniej dozie złej woli można tak określić 99% Polaków na emigracji, w tym mnie.

    • Różnica między tobą, Alicjo, (i mną, i Navairą i 90% Europejczków pewnie) a uchodźcą jest taka, że nikt nam nie zbombardował wioski czy miasta, że nikt na nas nie spuszcza bomb, że nikt nam nie wybił rodzin, że nikt nam nie zgwałcił i nie zamordował krewnych, że nie musieliśmy uciekać i sprzedawać dobytku, że nikt nas nie torturował, że nikt z nas nie głoduje (nawet najbiedniejsi w Polsce nie głodują tak jak w Afryce), że nikt z nas nie chodzi kilometrami po wodę, że nikt na nas nie dokonuje obrzezania w dzieciństwie, że nikt z nas nie pokonuje setek kilometrów w łódce, ciężarówce, że nikt z nas nie jest narażony na kontakt z panami, którym płacimy tysiące dolarów, a oni nas mogą zgwałcić, zabić, nie dowieźć tam gdzie obiecali.

      Każdy kto w wygodzie i spokoju wypisuje teksty o tym jacy są uchodźcy, co powinni, czego nie, co robią, co nie, wywołuje we mnie niesmak i powinien sobie przemyśleć kilka spraw.

  • oola

    ❤ dzięki za wpis.

  • Oh jak ja wiem o czym piszesz.
    Po zwalce 2008 r. w USA bylam bardzo dlugo bez pracy no i bank zabral mi apartma (bo kupiony prawdaz na kredyt).
    Tak, przestalam bywac, bo tez przeliczalam wyjscia na to, ile za to zarcia mozna kupic oraz abonament (no komorke musialam miec na chodzie w razie jakby jakis zablakany pracodawca jednak zdecydowal sie skontaktowac, takoz samo Internet…).
    No i taka sytuacja towarzyska, po ktorej sie poczulam, jakby mi ktos w ryja dal:
    Bliska znajoma ma urodziny i zaprasza na nie – ale impreza jest skladkowa i urzadzana w knajpie; organizacja zajmuje sie inna znajoma ktora…obgaduje szczegoly w knajpie, gdzie siedzimy wszyscy (zwykle ktos kupowal mi jedno piwo, zebym nie siedziala jak debil, a wychodzilam, bo jednak warto bylo od czasu do czasu z kims pogadac).
    Ja nie wiem o co chodzi, w koncu pytam. Otrzymuje odpowiedz:
    „Nie no, wiesz ja nawet cie nie zapraszalam, bo przeciez wiem, ze jestes na zasilku, nie byloby cie i tak stac”.
    I tak przy wszystkich. Zrobilo mi sie slabo i odpowiedzialam, ze skad ona wie, ze nie bedzie mnie stac? Mam oszczednosci i na takie wyjscie z okazji urodzin moge sobie pozwolic.
    Ona:
    – ale jak to masz oszczednosci, przeciez jestes bezrobotna??? My z S. (jej maz, ktory zarabial zreszta wiecej ode mnie, ona nigdy w USA nie pracowala) nie mamy, a ty skad???

    Tak. Twoja definicja biedy jest dosc trafna…

    I tu jeszcze przypomnial mi sie jeden palancik, ktorego wczoraj na buniu zabanowales, a ktory to mowil jak to nikt owym narzekajacym na prace w Amazonie nie kaze tam pracowac…

    • „Nie no, wiesz ja nawet cie nie zapraszalam, bo przeciez wiem, ze jestes na zasilku, nie byloby cie i tak stac”.
      Że co? To nie może się inna osoba złożyć…? Tu nawet nie chodzi o to, że Cię było stać czy że ona wypaplała, tu chodzi o to, że Cię pominięto, bo ważniejsze jest żeby Cię było stać niż żebyś była na czyichś urodzinach.
      Masakra.

      Nie żeby mnie wszyscy zapraszali :/ Nawracająca bieda + stany lękowe i depresyjne = niemalże brak życia towarzyskiego.

      • @Noemi:
        wiesz, w USA znacznie bardziej niz gdzie indziej miara czlowieka jest ilosc kasy i to, co ma.
        Ludzie boja sie przyznac, ze sa „broke” bo broke=looser. A z looserami wiadomo, nikt nie chce sie zadawac. Bo panuje mit, ze jak CHCESZ (o to to, ten ksiezulo chyba nauki pobieral za woda w mysleniu o biednych…) to prace znajdziesz i na zycie zarobisz.
        Tak wiec zrzucanie sie na kogos, zeby uczestniczyl, nie jest ehm… zbyt popularne. Zwlaszcza jesli to ktos, kto wczoraj mial dobrze platna prace, a dzis nie ma ani pracy, ani domu.

    • Grant Thorsson

      Zetknąłem się z lekko zbliżonym potraktowaniem w temacie „nie zapraszałam, bo wiem, że cię nie stać”, ale w formie mniej obraźliwej – była zrzutka na prezent, mnie nie poinformowano z dobrego serca, bo przecież mnie nie stać. Rezultat wyszedł taki sobie, bo był jeden duży prezent od wszystkich i jeden mały ode mnie ni z gruszki, ni z pietruszki, głupio było chyba wszystkim łącznie z obdarowanym.

  • Bardzo dobry tekst, to o czym piszesz jest niestety powszechne i to wśród i prawicowców, liberałów, czasem nawet u ludzi, którzy uważają się za lewicowców.

    Pogarda wobec biednych, odmawianie im jakichkolwiek przyjemności, w ogóle wyrokowanie i obwieszczanie do czego biedny ma prawo.
    Pamiętacie aferę wokół tzw. chytrej baby z Radomia, ile wtedy hejtu wylało się i obrzydliwych komentrzy wobec kobiety, która wzięła 3 butelki taniego napoju z darmowej wigilii, ile przy okazji było gadania o tym co biednym wolno, kto jest biednym itd.
    Pamiętam rozważania na światłym, he, he, portalu Natemat, gdzie ludzie pisali całkiem poważnie, że to nie mogła być biedna osoba i że biedni mogą sięgać po jedzenie, nie po takie zbytki jak napój gazowany za 2 zł x3.

    Pamiętam też pełen pogardy felieton chyba Warzechy, że biedni z jego ulicy ośmielają sie w sylwestra strzelć fajerwerki, a przecież są biedni, nie powinni na to wydawać kasy.

    Nie wiem, czy ktoś tu zna książkę „Zwierzenia clowna” Heinricha Boella, ale tam była świetna krytyka takich postaw i takich ludzi, którzy nawet są w stanie innym wyznaczać ich minimum socjalne i to co ci biedni mogą, a co nie.

  • Dopiero co, tuż przed świętami, czytałam „gdzieś na internetach”, jak ludzie się pastwili nad Szlachetną Paczką. Że jak śmie, taki biedny, jeden z drugim, umieszczać na liście życzeń tablet, ajfona albo pasztet z gęsich wątróbek, zamiast worka węgla na zimę. Naprawdę tak ciężko zrozumieć, że dawanie PREZENTU często polega właśnie na tym? Że spełnia się czyjąś fanaberię, na którą normalnie tej osobie szkoda kasy? Szlachetna Paczka. Jasne. Do tej pory mam w sobie jedno wielkie wewnętrzne fuj, kiedy sobie przypominam, jak najchętniej ludziska by się poczuli szlachetnymi darczyńcami za słoik marmolady. Echh, szkoda słów. Wszystkiego najlepszego w nowym roku życzę. Zdrowia, przede wszystkim. A zaraz po tym – piniondzów!

    • Grant Thorsson

      Och, o księdzu Stryczku od Paczki to dość głośno (głównie dlatego, że ksiądz kocha się udzielać w mediach).

      Początki Szlachetnej Paczki były takie, że staraliśmy się dobrać konkretnych ludzi, którzy co miesiąc dostarczaliby pomoc materialną do konkretnych rodziny. A potem przyglądaliśmy się, co się za tym kryje. No i szybko się okazało, że my tę pomoc dostarczamy, a ta biedna rodzina zaczyna ją po prostu wpisywać do budżetu. I tym bardziej przestaje się starać. Czyli my tych ludzi demoralizujemy. […]

      U nas jest takie zidentyfikowanie ubóstwa i biedy. Ktoś jest niesprawczy, ma więc mało, no to on jest tym ubogim w duchu, którego Ewangelia podnosi do góry. Nieprawda! On jest po prostu niesprawczy. Bo ubogi w Ewangelii to jest ten, co mało potrzebuje.

      Biednym trzeba pomagać?

      – Kiedyś miałem taką determinację, żeby koniecznie zmieniać ich los, a dziś uważam, że jak ktoś ma ochotę mieć proste życie, nie chce zarabiać więcej, to jego wybór. Co nie zmienia faktu, że jeżeliby chciał, to jestem gotowy go uczyć przedsiębiorczości. […]

      Mnie chodzi o to, że są prezesi, którzy zarabiają bardzo dużo, podczas kiedy ich pracownicy zarabiają bardzo mało. I nie bardzo rozumiem, dlaczego tak to jest. A już w ogóle nie rozumiem, dlaczego jak firma wypracowuje jakąś nadwyżkę, to ten prezes dostaje dodatkowy bonus, a ten pracownik nie. Przecież obaj przyczynili się do tej nadwyżki.

      – Jeżeli obaj rzeczywiście pracują tak samo dużo i tak samo dobrze, to pojawia się pytanie: dlaczego ten, co jest na dole, nie został prezesem? […]

      Dobra, wystarczy, nie będę się nad Wami znęcać :>

      • i_am_keyser_soze

        Księdzuś od Szlachetnej Paczki jest dokładnie powodem dla którego nigdy nie wesprę tej inicjatywy. Koleś niby pomaga ale jednak pomiata.

      • „jak ktoś ma ochotę mieć proste życie, nie chce zarabiać więcej, to jego wybór. Co nie zmienia faktu, że jeżeliby chciał, to jestem gotowy go uczyć przedsiębiorczości”
        Ten ksiądz to się z powołaniem (pun intended) minął. Powinien kołczem zostać.

    • Grant Thorsson

      Wtem!

      „Paweł Szałamacha zwraca też ważną uwagę na możliwe marnotrawienie wypłacanych świadczeń. Według niego ocena tego, jak rodzina wydaje przyznane jej 500 zł na dziecko, musi być powiązana z wywiadem środowiskowym. Zauważa, że nie bardzo wiadomo, na czym polegać miałoby przekazywanie świadczenia „w formie rzeczowej” (w przypadku marnotrawienia przez rodzinę gotówki) – nie zostało to ustalone w oddzielnych zapisach.”

      Bezrobocie spadnie, jak zatrudnią inspektorów do sprawdzania, jak rodzina wydaje 500 zł.

      • i_am_keyser_soze

        Teraz piszę z doświadczenie zawodowego – jakaś forma kontroli musi być, nie chodzi tu o przepuszczenie pieniędzy na alkohol, ale o to że wiele z tych rodzin nie wie jak gospodarować pieniędzmi, co wynika z tego ze nigdy nie zostali tego nauczeni lub są na tyle niezaradni, że nie potrafią planować wydatków. Ale jak znam świat posłowie spieprzą to koncertowo, bo nawet obecne przepisy są spaprane, a nawet gdy są dobre to nie ma kasy.

        • Grant Thorsson

          Jasne jasne, ale jak ta kontrola ma niby wyglądać? Powiedzmy, że rodzina ma dochody 2000 zł, dostaje 1000 zł na dwoje dzieci, wydaje na dzieci 1000 zł, a 2000 na wódkę, pizzę i papierosy dla siebie. Czy 1000 zł na dzieci zostało spożytkowane właściwie?

          • i_am_keyser_soze

            Dlatego piszę, że spieprzą, bo zajęcie się rodziną powinno być całościowe i długotrwałe, a nie tylko pilnowanie jak pies 500 zł.

      • To mi sie film przypomnial – odnosnie tej kontroli wydatkow. Stary, sprzed dwoch dekad moze. Film traktowal o zyciu rodzin ze slumsow Bronxu (czy okolic, nie pamietam juz).
        I taka scena. Rodzina – samotna matka z trojka dzieci. Matka znalazla sobie boyfrienda, ktory pracowal, wiec czasami robil im prezenty. Raz kupil mikrofalowke, raz przyciagnal uzywany telewizor, a raz jej z okazji christmas kupil zelazko do wlosow (takie cos do prostowania, ona czarna byla, wiec chciala zawsze miec wlosy proste a nie stac jej bylo na wizyty u fryzjera..).
        No i comiesieczna wizyta „wywiadu srodowiskowego” czyli pracownika socjalnego. Dzieciaki siedza na czatach, daja cynk matce – IDZIE. Wtedy szybka akcja: chowanie tego telewizora, mikrofalowki, wszelakich innych sprzetow – no bo jak pracownik socjalny zobaczy, to im cofna pomoc…
        Dodac nalezy, ze oczywiscie niektorym zaraz cisneloby sie na ust maliny pytanie „a dlaczego matka siedzi w domu”. Tylko pytanie: a z kim zostawic male dzieci, jak daycare kosztuje wiecej, niz bylaby w stanie zarobic w miesiac?

  • Przypomniała mi się historia z mojego dzieciństwa. Moja mama – wdowa wychowująca samotnie dwójkę dzieci, starała się o zasiłek. Do domu miały przyjść dwie panie, żeby sprawdzić warunki mieszkaniowe itp. Jako dzieci, bardzo się przejęliśmy, odkurzyliśmy, wysprzątaliśmy mieszkanie i wyobrażaliśmy sobie, że panie przyjdą i jak Perfekcyjna Pani Domu [której jeszcze wtedy nie było] będą wykonywać test białej rękawiczki. Na Telewizorze położyło się elegancko serwetę. Na koniec mama powiedziała, żebyśmy schowali do szafy komputer. Panie przyszły rozejrzały się, wyszły. Po jakimś czasie wg wyliczeń stwierdzono, że mamy o pół metra za duże mieszkanie, żeby ubiegać się o zasiłek. W tym kontekście „człowiek jest biedny wtedy, kiedy inni mogą mu mówić, co mu wolno mieć, a co nie” brzmi bardzo boleśnie. Temu komputerowi w szafie na pewno było smutno. Mam się tylko śmiała, że to pół metra nadwyżki wydzieli dla psa.

    • Grant Thorsson

      Przydarzyło mi się coś zbliżonego przy stypendium socjalnym na PW, ale przysięgam, że trauma zatarła szczegóły. Bez heheszków, pamiętam, że nie dostałem tego stypendium z powodu jakiejś strasznej głupoty typu papierek dotarł spóźniony o jeden dzień. A potem Zbrojmistrz się dziwi, że mi się trzęsą ręce w urzędach i na wszelki wypadek załatwiam tłumaczenia przysięgłe każdego karteluszka.