V Patriotyczna Pielgrzymka Kibiców na Jasną Górę to wydarzenie zaiste hilaryczne, przy czym ja nie muszę już nic sam mówić, bo lolkontentu dostarcza forum kibiców.

Z jednej strony:

właśnie skończyła się msza św. w czasie pielgrzymki kibiców do Częstochowy
transmisja była w TV Trwam

Frekwencja na duży plus. Oprócz oczywiście Rakowa widziane barwy takich klubów jak : Legia, Zawisza,Widzew,ŁKS,Ruch Chorzów,ROW Rybnik,Korona,Pogoń Szczecin,Górnik Libiąż,Unia Tarnów,Unia Leszno,Śląsk Wrocław,MKS Kluczbork,Górnik Zabrze,Dolcan,Szczakowianka,Lech Poznań,Arka Gdynia i kilka innych.

Z drugiej:

Pielgrzymka pod publikę. Against modern ultras.

W okolo 100 osobowej ekipie jedziemy z Warszawy do Czestochowy niestety po wszystkim atakuje nas okolo 80 z Rakowa ! Nasza przegrana niestety skład słaby .

Z czeciej:

Jestem patriotą, nacjonalistą, ale wkurza mnie to prześciganie się w tym, która ekipa wyda więcej gadżetów patriotycznych, która zrobi więcej patriotycznych opraw, która zrobi więcej paczek dla domów dziecka itp. Jutro pewno będą kłótnie o liczby na pielgrzymce (tak ja było po Antykomunie Łódź).

Powiem tak: osobiście jestem zwolennikiem priorytetów i dla mnie sprawy kibicowskie są o wiele „mniejsze” niż sprawy, nazwijmy je, narodowe. I tak samo jak nie podobało mi się składanie wieńców w klubowych barwach przez kiboli Legii z okazji powstania warszawskiego, tak samo nie podoba mi się epatowanie jakimikolwiek innymi barwami z okazji różnego rodzaju marszów niepodległości i tym podobnych. Moje zdanie jest takie, że niektóre wartości są ponad wszelkimi innymi. Znam się trochę na mechanizmach działania współczesnych mediów i powiem Wam, że na rękę tzw. „im” jest, żebysmy przy okazjach typu różnego rodzaju marsze epatowali barwami klubowymi i okrzykami tego typu… Zawsze mogą to sprowadzić do „kibolskich spraw”. Więc apeluję – jebać kluby, Polska się liczy! 🙂

Aż do:

Sory, ale takie akcje nie mają nic wspólnego z kibicowaniem. Kibic ma być kibicem! Kibic ma być fanatykiem, chuliganem, ultrasem, a nie Owsiakiem v.2.0

No i to ostatnie jest mi najbliższe.

*

Żeby nie było, ja się nie czepiam wcale wyłącznie kibiców, bo problem jest głębszy i dotyczy stawiania się Po Właściwej Stronie. Przy czym czasami wcale nie trzeba się stawiać, bo strona sama sobie nas weźmie i przemocą postawi. Skoro prezentujemy pogląd A (w tym wypadku bycie kibicem) to musimy prezentować pogląd B (w tym wypadku Patriotyzm & Katolicyzm) i nie ma tak, że ktoś po prostu lubi sobie iść na mecz, dać komuś innemu w mordę i bawić się racami. A szkoda, bo widzicie, ja też mam nadmiar testosteronu i impreza polegająca na tym, że mógłbym wziąć udział w mordobiciu i pobawić się środkami pirotechnicznymi bardzo by mi leżała (oprócz tego mógłby się odbywać oczywiście również jakiś mecz). Ale nie mam ochoty przy tym niechcący zostać posądzonym o hasła typu White Power albo, o zgrozo, heteroseksualizm. Jedna z moich przyjaciółek sama jest kibicką, mordobić o ile wiem nie uprawia, ale pirotechnikę lubi, mecze lubi i chętnie ogląda. Jako moja przyjaciółka jest, rzekłbym, dogłębnie świadoma mojego homoseksualizmu, ale zupełnie mnie nie dyskryminuje. I co z taką zrobić?

Podobnie jest po każdej stronie. Można być członkiem Zielonych 2012, bo chce się lepszej przyszłości dla krówek i świnek, ale nie rozumieć, czemu to ma oznaczać wspieranie praw homoseksualistów (i odwrotnie, domagać się ustawy o związkach i mieć w odwłoku prawa zwierząt). Można zgadzać się z PiS w sprawach gospodarczych – po odsianiu niusów o Smoleńsku i Polskęzbawie – ale, no cóż, wspomniałem o niusach o Smoleńsku i Polskęzbawie. Można, jak ja, interesować się neopogaństwem i z dużym zaciekawieniem otworzyć stronę stowarzyszenia Niklot tylko po to, żeby nadziać się na „protest stowarzyszenia przeciwko marszowi środowisk homoseksualnych”, w którym są androny jeszcze gorsze, niż gdyby to osobiście Niesiołowski z Rydzykiem napisali (np. „imprezy promujące homoseksualizm są potencjalnym zagrożeniem dla wspólnoty narodowej [jak? czemu?] i jako takie powinny być zakazane. Po pierwsze zalecają one postawy nienaturalne, które jeśliby się naprawdę masowo rozpowszechniły mogłyby doprowadzić do wygaśnięcia społeczności wśród której by zatriumfowały.”) Można, jak wielu ludzi, zgadzać się z tezami Marszu Niepodległości, ale nie mieć ochoty iść w towarzystwie Młodzieży Wszechpolskiej. I tak dalej.

*

Jeden z powodów, dla których nie głosuję w polskich wyborach, to fakt, że nie mieszkam w Polsce od ponad 6 lat i nie uważam się za uprawnionego do głosowania. Drugi jednakowoż jest taki, że nie mam na kogo głosować. Bandycki i obłudny system wyborczy skonstruowany jest tak, że głosowanie na kandydata pomaga partii, a nie kandydatowi, więc głosując na (dajmy na to) Joannę Senyszyn głosuję de facto na Leszka Millera. Nie zagłosuję na Leszka Millera, bo odpadłaby mi ręka. Nie zagłosuję na Wandę Nowicką, bo nie chcę pomagać Robertowi Biedroniowi, cóż poradzę, nie lubię gościa. A system zbudowany jest tak, że sama Wanda wiosny nie czyni, mamy w Sejmie Annę Grodzką, Wandę Nowicką i Roberta Biedronia (ach, i rzecz jasna Radomiła „Się Nie Afiszuję” Szumełdę), a ustawy o związkach ni mo. A ja w tym samym stopniu nie mam ochoty pojawiać się na stadionie Legii za transparentem „100% WHITE”, jak głosować na Biedronia po to, żeby Palikot mógł występować w TVN. Tak samo kibic o wdzięcznym nicku Hujtras nie ma ochoty jechać na pielgrzymkę po to, żeby słyszeć od księdza, że jest Prawdziwym Patriotą Prześladowanym Przez Platformę i oglądać się w TV Trwam. Jak się okazuje, coś mamy wspólnego. Nie lubimy mianowicie być robieni w chuja.

Ładnie powiedziałem, po męsku, Raczek? Cho no na pole, będziemy się napierdalać na pięści i poglądy. Bez obaw. Po męsku.

(Zdjęcie mężczyzny-Raczka pochodzi z artykułu na portalu MenStream, fot. Wojciech Strozyk)

Mam problem z tą notką, bo zwykle poszłaby na heteroblogaska, a tu akurat naraża mi się homoseksualny Tomasz Raczek. Odważnie, jak to prawdziwy facet, prognozuje coś tam, w ramach czego „jeśli mężczyźni nie odnajdą w sobie cech, które stracili w ostatnich dziesięcioleciach, żadna kobieta nie będzie chciała wypełniać z nimi najważniejszej roli, jaką narzuciła nam natura”.

Nie zaprzeczę, że podoba mi się pewien postęp — od pytania księży przeszliśmy do pytania gejów o to, co kobiety będą chciały robić z mężczyznami w ramach najważniejszej roli. Szkoda, że nie pytamy o to nadal kobiet, ale przecież wszyscy wiemy, że kobiety mają przede wszystkim skłonność do zmieniania biegu rzeczy, a więc sprzeciwu wobec boskich zamierzeń, stosując praktyki, w większości kuchenne, których sekrety przekazują sobie nawzajem — a kto by takich wszetecznic pytał o to, co by chciały z mężczyznami robić. Brrrr.

Dobra, dam Raczkowi się wypowiedzieć, ale nie za długo, bo mnie irytuje.

Tomasz Raczek: Hmm… Moim zdaniem męskość wyrażana jest przede wszystkim stosunkiem do samego siebie. Męskość to odwaga, ale nie taka, która polega na wyobrażaniu sobie, co bym zrobił, gdybym trafił na front wojenny albo jak zareagowałbym, gdyby ktoś kazał mi skoczyć na spadochronie. Nie. Dziś prawdziwa odwaga wyraża się w bronieniu swoich racji, gdy większość uważa inaczej. Mężczyzna może się więc moim zdaniem najskuteczniej pozbawić męskości, gdy robi albo mówi coś tylko dlatego, że ktoś mu tak kazał, bo taka była presja, albo – co najgorsze – bo sam uznał, że tego się od niego oczekuje. To jest naprawdę słabe!

Ale taka odwaga nie odróżnia nas od kobiet. A przecież męskość to musi być cecha dystynktywna.

Oczywiście, że odróżnia.

No i przez moment było fajnie, a tu WTEM!!!!

Różnica między nami jest taka, że kobiety traktują siebie podmiotowo a my mężczyźni najczęściej przedmiotowo. One stworzone są tak, by skutecznie móc dbać o wydawane na świat z dużym poświęceniem potomstwo.

One są ZDANIEM RACZKA stworzone tak, znaczy się, Raczek mężczyzna traktuje je przedmiotowo, tak?

Na dodatek mężczyźni coraz częściej tracą poczucie odpowiedzialności i umiejętność wykazywania się odwagą, o której mówiłem. Za to pielęgnują w sobie chłopięcość. Faceci odpuścili, już nie zaciskają zębów, nie zbierają się w sobie, by być opoką, ostoją. Stali się słabsi psychicznie, słabną fizycznie, łatwo się poddają, częściej chorują, również na przypadłości natury emocjonalnej. A to dlatego, że gorzej znoszą stres, nie radzą sobie z porażkami, rozpamiętują je, użalają nad sobą i skupiają na życiowych klęskach. Stąd na przykład żniwo, które zbiera między nimi depresja. Często spotykam mężczyzn, którzy są słabi życiowo bo neurotycznie reagują na przeciwności losu; ich reakcje są po prostu nieproporcjonalne do przyczyny.

Och, cóż za szczęście, że Raczek jest proporcjonalny do przyczyny i silny życiowo, z pewnością kobiety muszą na jego widok padać jak te łany zboża na widok kosiarki. I nie choruje! Prawdziwy mężczyzna jak wiadomo nie choruje, a jeśli już, to nie idzie do lekarza. In completely unrelated news, średnio różnica w przeżywalności Polaków pci męskiej i żeńskiej wynosi 8.5 roku i to NIE na korzyść mężczyzn, ale rozumiem, że zaniżają tę średnią emo i słabi życiowo z depresją. Zawyży natomiast Raczek, który jako prawdziwy mężczyzna dożyje sto osiemdziesiątki w żelaznym zdrowiu i nigdy nie zapłacze, zamiast tego zaciskając zęby i będąc ostoją.

[…] Słabną, a jednocześnie pogrąża ich ten histeryczny strach przed utraceniem wizerunku twardych. Panicznie reagują na konteksty, w których można by ich podejrzewać o homoseksualizm.

To śmieszne.

No śmieszne, ale pan Raczek już się zdążył niepostrzeżenie wspiąć na drugą stronę barykady, a właściwie na stanowisko sędziego i ocenia obie strony. Jedna za mało męska, druga śmieszna.

Wystarczy wsiąść w samochód i rozejrzeć się po mieście: jest mnóstwo aut, w których kobieta prowadzi, a mężczyzna wypoczywa na fotelu pasażera. Coraz częściej młodzi mężczyźni rezygnują z wyrabiania prawa jazdy. Dla mnie taka rezygnacja z niezależności, zgoda na uzależnienie od kogoś, byłaby nie do pomyślenia.

No tak, przecież samochód stanowi przedłużenie męskości, nie do pomyślenia zrezygnować z takiego sztucznego penisa na kółkach, rzecze pan Raczek. A tymczasem w Amsterdamie samochód ma, bo ja wiem? 5% osób płci dowolnej. Sami zniewieścieli, jak rozumiem. Komunikacją męską zaś jeżdżą same, eee, o mało nie powiedziałem „cioty”. No nie wiem, co jeździ. Hermafrodyci? Panie Raczek, pan musi dowyjaśnić tutaj!

A jednocześnie pojawia się coraz większa ochota do przejmowania od kobiet domowych obowiązków jak sprzątanie, pranie, czy zajmowanie się dziećmi. Dochodzi do tego, ze żona pracuje i zarabia, a mąż zajmuje się prowadzeniem domu!

ESCANDALO!!!

A u pana w związku który jest kobietą, a który mężczyzną, panie Raczku?

Przecież dla faceta, który ciągle jeszcze ma silniejsze mięśnie, odkurzenie mieszkania czy wzięcie dziecka na ręce, to jest łatwizna. Znacznie trudniej jest wyjść z domu, konfrontować się z ludźmi w pracy, walczyć o swoje w często wrogim środowisku.

TYMI MIĘŚNIAMI. No nie powiem, na budowie się przydają.

Teraz robią to kobiety, one chętnie biorą się za bary z tym trudniejszym, bardziej wymagającym psychicznie życiem. I dobrze, bo są w tym świetne, nie popadają w rozpacz, gdy im coś nie wyjdzie, a po prostu zmieniają strategię. Ale jednocześnie niedobrze, że mężczyźni z takim spokojem sobie to życie odpuszczają.

Jezu, jezu [nieczyt.]

Nie mogę dalej, wybaczcie, za słaby jestem, żeby się z takim samcem jak Raczek mierzyć. Dalej dowiadujemy się, że prawdziwi mężczyźni (tzn. kobiety i Raczek) zbierają drewno na ognisko, a fałszywi (heteroseksualni) jedzą sałatki.  Jeśli już przypadkiem MENSZCZYZNA powie coś z sensem (np. o wpływie Internetu na postrzeganie płci), zaraz musi to zepsuć stwierdzeniem, że faceci „oddali kierownictwo w ręce kobiet”, które jest tak głupie, że nawet nie wiem, od której strony się za nie zabrać. Czy zdaniem Raczka w Niemczech załamani, depresyjni politycy płci męskiej zebrali się wokół sałatki i po wymianie przepisów na 27 sposobów przyrządzania selera postanowili „oddać kierownictwo” Angeli Merkel? Angela zaś wzięła, pomyślała o sobie podmiotowo i przyjęła owo kierownictwo, aby zadbać o rodzinę?

Rozbawiło mnie na pewno jedno stwierdzenie — o tym, że „Moja opowiastka pokazuje jednak też rolę gejów w tej układance: stają się konserwatorami męskich archetypów”. No, stają. Wybrałem się parę miesięcy temu do klubu dla skórzaków. Panowie mieli na sobie starannie wypucowane „mundury” — kopie policyjnych, tyle, że wykonane z czarnej skóry. Ja się na nich gapiłem i podśmiewałem, a oni śmiertelnie mnie bali. Następnego dnia rano znalazłem na różnych profilach online trzy wiadomości od trzech panów, którzy chcieli mi tylko powiedzieć, że bali się do mnie odezwać „w realu”, ale tak naprawdę to wydałem im się bardzo atrakcyjny i oni by chętnie ten tego. Jeśli uznać, że prawdziwy mężczyzna pali cygaro, pije whisky, ubiera się „po męsku”, ma perfekcyjnie wypieszczony zarost (to nie aluzja do bródki Raczka) i ma na sobie skórzany uniform, to geje rzeczywiście pielęgnują męskie archetypy. Ba, jeśli dodać pierdolenie seksistowskich głupot podlanych sosem socjobiologicznym, nawet Raczek się załapie. Ale jeśli męskość polega na tym, że się śmierdzi, zaciska zęby i pierdoli głupoty, to ja wolę być kobiecy.

PS. Przepraszam za wulgaryzmy, ale wiecie, #mymężczyźni nie umiemy inaczej.

PS2. Inspiracja: Bo kobiecość jest do dupy, a mężczyzna ma przesrane

Wbrew pozorom, tematem pierwszym nie będzie polityka, tylko nowoczesny PR i media.

Jeśli ktoś chce odgrywać rolę autorytetu, który ma nauczać innych fachu, to chciałbym wiedzieć, jakie są jego dokonania dziennikarskie – mówi o swoim wydawcy redaktor naczelny „Uważam Rze”. Paweł Lisicki ostro krytykuje Grzegorza Hajdarowicza w… prawicowym portalu Wpolityce.pl.
Poszło o weekendowy dodatek do „Rzeczpospolitej” „Cała prawda o trotylu”, w którym m.in. Hajdarowicz tłumaczy wpadkę swojej gazety. – Cały dodatek, jak też niektóre wcześniejsze wystąpienia wydawcy, napawają mnie najwyższym zdumieniem. W dziejach polskiej prasy to wydarzenie absolutnie niekonwencjonalne – komentuje postępowanie swojego wydawcy (i pracodawcy) Lisicki.
[…] Naczelny „Uważam Rze” skarży się, że „nie rozumie” strategii marketingowej swojego właściciela. – Pomysł, żeby być tym, który najgłośniej mówi o błędach swojej firmy – czy to jest gazeta, czy cokolwiek innego – wydaje mi się osobliwy.

Problem nie w tym, że Hajdarowicz prowadzi niezrozumiałą strategię, tylko w tym, że pan Hajdarowicz w międzyczasie nauczył się, jak działa nowoczesny PR, a pan Lisicki nie. A tak naprawdę zgoła w tym, co dla mnie jest różnicą między, powiedzmy, podejściem komunistycznym i liberalnym. Nie chcę mówić „prawicowym i lewicowym”, bo jeszcze ktoś pomyśli, że mówię o SLD.

Wedle podejścia komunistycznego należy bronić Gmyza, trotylu i cząsteczek, a nawet atomów wchodzących w skład nitrogliceryny, ponieważ Gmyz jest nasz. To wystarczy. Nie są do niczego potrzebne żadne fakty, żadna wiedza techniczna (jak mało wiedzy posiadł pan Gmyz widać po tym, że padł na najprostszym pytaniu na świecie — ile tych cząsteczek wchodzących w skład trotylu znaleziono). Wystarczy być po właściwej stronie, a jeśli fakty przeciwne są linii partii, tym gorzej dla faktów. W ten sam sposób przejście na stronę niewłaściwą dokonuje się błyskawicznie — wystarczy jedna nieprawomyślna wypowiedź. Tym sposobem Zbigniew Brzeziński w ciągu pięciu minut z autorytetu stał się żydokomunistycznym pachołkiem Michnika i innych homoseksualistów z Salonu.

Podejście liberalne polega na tym, że dokonujemy analizy „za i przeciw”. W przypadku Rzeczpospolitej bronienie Gmyza, zatrzymanie dotychczasowych kadr na stanowisku i uparte trwanie przy cząsteczkach wchodzących w skład atomów skutkowałoby tym, że Rzepa zamiast bycia alternatywą dla Wyborczej błyskawicznie stałaby się alternatywą dla Faktu. „Zabójcze pomidory zjadły krokodyla pana Czesława [34 l.]” ma przecież tyle samo sensu, co wynurzenia Gmyza. (Ten w międzyczasie uznał, że „zarzuty dr. Szewczyka są po prostu debilne, co mu grzecznie tłumaczyłem” — przypominam, że zarzuty polegają na tym, że doktor spytał o stężenie morderczych substancji.)

Grzegorz Hajdarowicz nie jest Wojownikiem o Prawdę Smoleńską, tylko przedsiębiorcą. Jego celem nie jest udowodnienie, że w Smoleńsku miał miejsce zamach dokonany za pomocą magnetycznej brzozy wypełnionej cząsteczkami wchodzącymi w skład napalmu, tylko sprzedaż gazety. Jeśli gazeta niespodzianie publikuje na pierwszej stronie artykuł kompromitujący dla wszystkich osób, które to dzieło napisały i zatwierdziły, przedsiębiorca kierujący się zasadami rynkowymi osoby wypierdziela na zbity pysk, a wszystkich urażonych gorąco przeprasza. Nawet zatrudnienie Bartosza Węglarczyka, kojarzonego głównie z Wyborczą, ma tu sens — Hajdarowicz dokonuje wolty tak widocznej, żeby NIKT nie mógł pomyśleć, że wspiera bojowników o Smoleńsk.

„Jeśli ktoś chce odgrywać rolę autorytetu, który ma nauczać innych fachu, to chciałbym wiedzieć, jakie są jego dokonania dziennikarskie” pyta z patosem Lisicki. Hajdarowicz tymczasem nie postanowił postawić samego siebie na stanowisku nowego redaktora i zacząć pisać felietony, sam zresztą wspomina, że „nie pytałem o tematy tekstów, nie czytałem ich przed publikacją, nie wpływałem na poruszanie lub nie poszczególnych tematów” tak więc pytanie jest cokolwiek bessęsu. Hajdarowicz występuje tu w roli Richarda Bransona, który przeprasza za wypadek niebędący winą jego linii kolejowej, pojawia się na miejscu wypadku w swetrze i okazuje maksimum dobrej woli, zamiast ze złotej sofy w swojej rezydencji cedzić „to na pewno nie nasza wina, a jeśli nawet, to ubezpieczenie zapłaci”. Branson wiedział wtedy, że warto pokazać dobrą wolę natychmiast, a jeśli okaże się jakimś cudem, że wypadek był jego winą, pokazanie się w swetrze na miejscu wypadku pomoże odzyskać markę. Hajdarowicz rozumie, że trzeba przeprosić, wytłumaczyć i błagać o zrozumienie, a może pismo w ciągu miesiąca nie padnie. Lisicki tego nie rozumie. Dlatego za 10 lat jest szansa, że Hajdarowicz będzie prowadzić duże przedsiębiorstwo, może mediowe, a może nie, może internetowe, a może nie — w tym czasie zaś Lisicki będzie z bardzo małym hukiem otwierał dwutygodnik „Łówarzam Rzepolska Niezgineua Niezalerzna” nadal gromiące mafię homoseksualną, żydokomunę i lewaków.

*

A teraz temat drugi, czyli co tam panie u mnie.

Są takie chwile, kiedy BARDZO się cieszę, że mieszkam w Niderlandii. Te chwile mają miejsce na przykład teraz. Udałem się mianowicie z wizytą do tutejszego ZUSu, oddział medyczny, celem stwierdzenia, czy aby nie symuluję i czy naprawdę kwalifikuję się do renty.

Przyjęła mnie sympatyczna, choć nie wiedzieć czemu smutna pani doktor koło 45 roku życia, przesłuchała dogłębnie, zmartwiła się moją chorobą jeszcze bardziej, niż przedtem, zapewniła, że nie należy się martwić niczym ze strony ZUSu i poinformowała, że skontaktuje się ze mną za trzy miesiące. Hmmm, spytałem zdziwiony, a nie chce pani porozmawiać z moją panią doktor ze szpitala? Nie, odparła pani z ZUSu, przecież widzę, że pan nie symuluje, proszę się tym nie przejmować, skontaktujemy się z nią za trzy miesiące.

Tak więc wygląda na to, że przede mną trzy miesiące (jeśli nie więcej) „urlopu”. Trochę zacząłem się godzić z chorobą, ale to przedłużanie przez lekarzy okresu pierwszej fazy leczenia bardzo mnie dołuje, bo już mi się urlop znudził i chętnie bym popracował. Na przeszkodzie stoją jednak 1. wahania nastroju, ciągle obecne, choć co 2-3 dni zamiast 2-3 godzin; 2. wahania motywacji, która czasami jest, a czasami jej nie ma i na to też nie mam wpływu; 3. fakt, że nie jestem w tej chwili w stanie podać żadnego terminu wykonania żadnej pracy, bo może akurat dostanę depresji i co nam pan zrobi. Tak więc chodzę do kuźni raz w tygodniu (Casper the Przyjazny Kowal na szczęście przyjmuje telefony o 8:45 rano, że o dziewiątej mnie nie będzie, ale czy mogę zamiast tego przyjść jutro ze zrozumieniem), trzy razy na siłownię, a poza tym głównie czytam, łykam leki i chodzę po lekarzach.

Wybory do holenderskiego sejmu 12 września (tak, w środę). Zapowiadają się… dziwnie.

Według wszystkich ankiet wygrywają po raz kolejny liberałowie z VVD. Kompletnie mi się to nie podoba — wolałem już premiera z CDA (Chrześcijańscy Demokraci), pana premiera Ruttego z VVD określam z przyzwyczajenia mianem ‚Mark Fucking Rutte’, ale nie mam na to wpływu — nie mam jeszcze prawa głosu. Ograniczam się więc do ponurych obserwacji.

Przez dłuższy czas zapowiadało się, że zamiast Ruttego premierem może zostać Emile Roemer z Partii Socjalistycznej. Na jego korzyść działa to, że Holendrzy mają po dziurki w zębach ‚oszczędności’ wdrażanych przez Ruttego z kumplami. Na jego niekorzyść działa to, że wygaduje w mediach potworne brednie i robi z siebie idiotę. Nawet kowal, z którym pracuję — lewak-anarchista — nie jest gotów głosować na Roemera po obejrzeniu go w telewizji. Tak więc w ciągu tygodnia debat SP poleciała na mordę w dół, zaś Partia Pracy, PvdA, równie gwałtownie zyskała na popularności.

Nadzwyczaj ponuro wygląda sytuacja CDA (z 21 miejsc obecnie do 13 według sondaży) oraz faszystowskiej PVV (z 24 do 20), co mnie oczywiście cieszy. Martwi mnie za to fakt, że Zieloni dołują jeszcze gorzej, z 10 do 4. Po obejrzeniu w akcji przywódczyni Zielonych niestety zupełnie mnie to nie zaskakuje; pani Sap zajmuje się głównie gorliwym popieraniem ‚reform’ Marka Fucking Ruttego. Sojusz Zielonych z liberałami nie przestaje mnie zadziwiać — i jak widać wyborcy również go nie rozumieją.

Aktualny przywódca Partii Pracy, Diederik Samsom, jest doskonale oceniany jako mówca. Debaty działają na jego korzyść, świetnie wypada w telewizji, młody, medialny, łysy i bardzo holenderski. Moim głównym problemem z debatami jest fakt, że nie wiedzieć kiedy zamieniły się w zebrania białych, heteroseksualnych samców. Pani Sap z Zielonych zupełnie sytuacji nie poprawia, ba — poprawiłaby ją, gdyby się w telewizji NIE pojawiała. Oglądając telewizję (co zdarza mi się rzadko, ale czasami jednak się zdarza) zgrzytam zębami i cierpię, czując się niedoreprezentowanym.

Gdybym mógł głosować, miałbym problem. PvdA nie do końca zaspokaja moje potrzeby. Zieloni pod dowództwem Jolandy Sap również nie. Demokraci 66 podobnie. Są to trzy partie, pomiędzy którymi wahałby się mój wybór i zupełnie nie wiem, na którą w końcu by padło. A najbardziej deprymuje mnie fakt, że nie do przewidzenia jest ewentualna koalicja. Po poprzednich wyborach Rutte budował karkołomne plany zarówno z lewicą, jak i prawicą, zakończywszy na koalicji z CDA wspieranej przez PVV (coś, jakby premier Korwin stworzył koalicję z Kaczyńskim, wspierany przez ONR). Teraz ten plan nie ma szans powodzenia, bo CDA i PVV dołują. Koalicja lewicowa nie udała się poprzednio i nie bardzo wiem, czemu miałaby się udać teraz. Koalicji liberałów z socjalistami nie potrafię sobie wyobrazić. W rezultacie nie mam zielonego pojęcia, czy powstanie rząd prawicowy, lewicowy, populistyczny czy jeszcze jakiś inny — i obawiam się, że Rutte też tego nie wie.

Popularność VVD mi się nie podoba, bo reformy Marka Fucking Ruttego działają mi okropnie na nerwy. (Jedną z reform było zwiększenie ceny wniosku o obywatelstwo z 250 do 800 euro.) Popularność SP też mi się nie podoba, bo premier socjalista-populista w czasie kryzysu nie wydaje mi się idealnym rozwiązaniem. W ogóle nic mi się w tych wyborach na razie nie podoba, oprócz wyników CDA, które oby już takie pozostały. Nie rozumiem ludzi głosujących na Ruttego, nie rozumiem, czemu pani Sap pozostaje przywódczynią Zielonych, nie rozumiem, czemu Wilders z PVV ciągle ma 20 miejsc w parlamencie i nie wiem, czy za parę lat nie będę się zastanawiał nad kolejną przeprowadzką np. do Berlina…