Uprzejmie zawiadamiam, że czuję się doskonale trzeci dzień z rzędu, co oznacza, że skończyły mi się wymówki i muszę opierdolić posła Gowina za gadanie strasznych bzdur.

Poseł Gowin porozmawiał otóż z Jarosławem Stróżykiem (a doniosła o tym niezawodna pani Formela) na temat związków partnerskich, a oto mądrości, które mu się z ust ulały:

– Ustawa o związkach partnerskich tylnymi drzwiami wprowadzałaby małżeństwa homoseksualne. Dla mnie z definicji małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny. Tak zresztą definiuje je nasza konstytucja. Natychmiast rozpoczęłaby się też walka o przyznanie homoseksualistom prawa do adopcji. Tak stało się też w innych krajach, w których również zaczynano od ustawy o związkach partnerskich. Mam nadzieję, że u nas do tego nie dojdzie. Dzieci należy wychowywać w przekonaniu, że zgodny z porządkiem moralnym jest związek kobiety i mężczyzny, a nie dwóch kobiet czy dwóch mężczyzn.

Poseł Gowin oczywiście nie zauważa paru drobiazgów: po pierwsze, „porządek moralny” to rzecz bardzo dyskusyjna i nieujęta w żadnym prawodawstwie, z uwagi na problem z jednoznaczną definicją; po drugie, homoseksualiści też kiedyś byli dziećmi i niekoniecznie musiało być tak, że na ich szczęście w dzieciństwie pozytywnie wpływało wpajanie im, że w przyszłości będą niezgodni z porządkiem moralnym; po trzecie zaś, porządek moralny porządkiem moralnym, a tymczasem większość dzieci, które mieliby ewentualnie adoptować homoseksualiści albo już ma homoseksualnego rodzica z partnerem/partnerką i w razie śmierci rodzica ryzykuje przenosiny do domu dziecka, albo już się w owym domu dziecka znajduje i ma w dupie porządek moralny, który powoduje, że chętne osoby nie mogą im dopomóc w wyniesieniu się z owej placówki.

Jednak zwolennicy tej ustawy mówią, że jej brak sprawia, iż w Polsce nie ma równości między obywatelami. Małżeństwa są uprzywilejowane.

– I bardzo dobrze. Pojedynczy obywatele mają w Polsce identyczne prawa. Co innego, jeśli chodzi o ich związki. 

A podziału związków na te dobre i niedobre dokonuje, jak wiadomo, Bóg usty posła Gowina.

Konstytucja gwarantuje uprzywilejowaną pozycję małżeństwa z uwagi na to, że dźwiga ono na sobie ciężar wychowywania dzieci.

Zwłaszcza w przypadku par bezdzietnych z wyboru lub z braku in vitro, oraz par po 50. A propos, małżeństwa, które dzieci już wychowały i więcej nie mają, powinny zapewne zostawać odgórnie zakończone, tak?

Zobowiązania, które mąż ma wobec żony, czy żona wobec męża, są bez porównania silniejsze niż te, które mają partnerzy w takich związkach. Trwałość tych związków też jest nieporównanie mniejsza.

Niewątpliwie, zważywszy na ilość par pozostających w związku małżeńskim Dla Dobra Dzieci.

Związki homoseksualne nie mają tych obowiązków, dlatego nie powinny mieć też przywilejów.

O, poseł Gowin domaga się zezwolenia parom homoseksualnym na adopcję i zawieranie małżeństw, żeby mogły mieć obowiązki i przywileje!

Zresztą, skoro akceptujemy związek dwóch mężczyzn, to dlaczego nie zalegalizować od razu związku czterech mężczyzn lub kobiet?

Ależ to doskonały pomysł. Dlaczego właściwie państwo ma prawo dzielić związki na dobre i niedobre? Bo poseł Gowin dostaje wysypki na myśl o czterech mężczyznach naraz w USC? Wysypka posła Gowina mię nie interesuje, niech sobie maścią posmaruje i nie zawraca głowy.

Nieprawdą jest też, że homoseksualiści żyjący razem nie mają dzisiaj żadnych praw, np. dziedziczenia po sobie. Nie ma z tym żadnych problemów, tak samo jak w przypadku osób heteroseksualnych żyjących ze sobą bez ślubu. Rozpowszechnia się takie opinie celowo, by wprowadzić społeczeństwo w błąd.

Oczywiście, a podatek spadkowy w razie potrzeby poseł Gowin zapłaci osobiście, jako osoba zajebiście bogata i przepełniona dobrem i miłością bliźniego.

Ostatnio w mediach aż roi się od tematów dotyczących homoseksualistów, ich problemów i rzekomego prześladowania. Dziwi to Pana?

– Niestety jest to element próby pewnej rewolucji obyczajowej podejmowanej przez środowiska lewicowo-liberalne. 

Bardzo lubię słyszeć o rzekomych prześladowaniach i pewnych środowiskach. Szkoda, że coś o żydowskiej mafii się posłu nie wymkło, ale rozumiem, że nie był w humorze.

Cieszy się ona sporym poparciem części mediów głównego nurtu, zwłaszcza „Gazety Wyborczej”. Środowiska te przyjęły sobie za cel jak najszybsze upodobnienie Polski do krajów Europy Zachodniej w sferze obyczajowej. Niestety zupełnie nie zwracają uwagi przy tym na naszą tradycję i tożsamość. Próbuje się na siłę wykorzenić z serc i umysłów Polaków przywiązanie do tradycyjnej moralności.

Rozumianej jako tradycyjne dopierdalanie bliźniemu w imię miłości i dobroci.

Nie wychodzi to chyba najgorzej, skoro – jak wynika z badań – za związkami partnerskimi opowiada się dzisiaj blisko połowa Polaków. Również w Pana partii nie brakuje głosów poparcia dla takich zmian. Nie wyklucza ich m.in. premier Donald Tusk, który jeszcze w 2006 r. był im zdecydowanie przeciwny.


– To prawda, ale nie znaczy to wcale, że za takimi zmianami opowiada się większość polityków Platformy. 

Słusznie, żałuję, że przed wyborami ta informacja nie jest upowszechniana szerzej.

Coraz częściej pojawiają się jednak głosy, że Platforma skręca w lewo.

– Dziś jest zdecydowanie za wcześnie, by mówić o skręcie w lewo. Nowoczesne, duże partie mają szeroki charakter. W Platformie musi być więc miejsce dla nurtów liberalno-lewicowego i konserwatywnego. Nie ma w tym nic złego. Jeśli PO chce wygrać wybory, to musi się poszerzać.

Nie ma jak partia, której program brzmi „Wszystkiego wszędzie wszystkim!”.

Jednym z największych problemów Polski jest kryzys demograficzny. Czy PO ma zamiar w przyszłej kadencji zająć się tym tematem?

– Przez ostatnich 20 lat nie dopracowaliśmy się żadnej sensownej polityki prorodzinnej. Jako Platforma musimy uderzyć się w tej sprawie także we własne piersi. Mam nadzieję, że w przyszłym Sejmie to się wreszcie zmieni i uda się takie prorodzinne rozwiązania wprowadzić w życie.

Na czym miałyby one polegać?

– Przede wszystkim na odejściu od rozwiązań pozornych takich jak np. becikowe na rzecz zmian kompleksowych. Konieczne jest wprowadzenie ulg podatkowych dla rodzin mających trójkę lub więcej dzieci. Trzeba też pomóc promować pozytywny obraz rodzin wielodzietnych, które dzisiaj są często przedstawiane w sposób nieprawdziwy jako siedliska różnych patologii społecznych. Konieczne jest też ułatwienie młodym matkom powrotu na rynek pracy oraz dostęp do przedszkoli.

Poseł Gowin w sposób typowy dla konserwatysty uważa, że jeśli społeczeństwo nie chce się dopasowywać do jego wizji porządku moralnego, tym gorzej dla społeczeństwa, a ludzie nie chcą zawierać małżeństw i mieć mnóstwa dzieci dlatego, że pewne środowiska promują negatywny obraz rodzin wielodzietnych, oraz rzekomych prześladowań osób homoseksualnych celem wprowadzenia społeczeństwa w błąd. Wprowadzone społeczeństwo żyje złośliwie w konkubinatach i nie rodzi mnóstwa dzieci celem skrzywdzenia uczuć Jezusa oraz posła Gowina (niekoniecznie w tej kolejności). Wprowadzenie ulg podatkowych i niewprowadzenie związków rejestrowanych błyskawicznie scali pary heteroseksualne w wierne Bogu i Gowinowi małżeństwa z obrzydzeniem odmawiające in vitro, zaś pary homoseksualne wyleczy z ich zboczenia i skłoni do nawrócenia na heteroseksualizm.

I tylko życie popiskuje, że niezupełnie tak wygląda, ale kto by zwracał uwagę na życie, skoro jest ono sprzeczne z nauką Kościoła.

Dla jednych to choroba, dla drugich coś zupełnie normalnego, ale zdaniem kolejnego rozmówcy, najistotniejsze w tej debacie jest to, że homoseksualiści „robią z siebie cioty”, co sprawia, że chętniej się ich wyśmiewa, niż chce się zrozumieć. Inne osoby to potwierdzają.

Powyższe to fragment jednego z postów z bloga pani Katarzyny Formeli. (Pani Formela jest absolutnie fantastyczna, nadzwyczaj doceniam cierpliwość potrzebną do znajdowania wszystkich artykułów na tematy LGTB, pisania własnych i agregowania ich ku mojej wygodzie.) Teraz zaś fragment wywiadu z Martą Konarzewską, znalezionego tamże:

Biseksualny bohater „Zakazanych miłości” mówi: „Ciota to jest dla mnie koleś zamknięty na dwa spusty w solarium przez dwa dni, ma zbyt idealnie ułożone włosy czy wyregulowane brwi. Ciotą jest sposób zachowywania się na Mariolkę, tępą blondynę. Jęczenie, stękanie, wzdychanie i inne ochy i achy”. To ma być uczenie tolerancji? 

– Tak. Przez pokazanie mechanizmu działania homofobii. Igor, którego słowa pan przytoczył, sam ich nie wymyśla, a przejmuje z ogólnego języka nietolerancji. Nie jest tak, że istnieją „okrutni” heteroseksualiści, którzy nienawidzą tych „wstrętnych” homo, bi czy trans. Jest tak, że homofobii i transfobii uczą się zarówno osoby hetero, jak osoby homo czy trans.

Jest parę rodzajów homofobii, których NAPRAWDĘ nie trawię. Ten prezentowany przez Młodzież Wszechgłupią i inne odpady typu NOP mam w dupie, ponieważ opinia osób niepełnosprawnych umysłowo na temat mojego życia prywatnego kompletnie mnie nie interesuje. Chęć lania po mordzie włącza mi się raczej, gdy czytam opinie osób tzw. postępowych — przykładowo, „jestem oczywiście tolerancyjny i mam wielu homoseksualnych przyjaciół, ALE [tu jakaś głupia homofobiczna klisza, np. o adopcji]”. A najgorzej mnie wkurwia homofobia zinternalizowana i prezentowana przez same osoby LGBT, które zwyczajnie powinny mieć na tyle rozumu, żeby pewnych głupot nie rozpowszechniać.

Teksty o ciotach, podobne do tych w książce Konarzewskiej i Pacewicza, w Polsce czytywałem bardzo regularnie, w Holandii zaś prawie nigdy. O ciotach, męskich i niemęskich i tym podobnych stereotypach pisali w Holandii wyłącznie Polacy, Rosjanie i muzułmanie nacji rozmaitych — w swoich ogłoszeniach na portalach gejowskich. Również wyłącznie Polacy, Rosjanie, Arabowie i Afrykanie domagali się dyskrecji. Te rzeczy są ze sobą powiązane i świadczą o kompleksach na punkcie robienia rzeczy Złych i Niewłaściwych.

Ludzie pewni swojej wartości (i swoich wartości) nie mają potrzeby poniżania innych i wywyższania się ich kosztem; zachowanie to świadczy o kompleksach. Osoby nieposiadające kompleksów nie muszą ich wyładowywać na innych. (Stąd moje podejrzenie, że kibole wszczynający burdy na meczach po połowie wyładowują kompleks małego członka, a po połowie — tłumione instynkty homoseksualne, każące im zrzucać koszulki i bratać się z podobnymi sobie wygolonymi samcami. See also: Szprota o braku kobiet na manifestacji NOP.)

Mógłbym teraz wrzucić coś o tym, że moi najlepsi przyjaciele są odrobinkę ciotowaci, ale zwyczajnie nie wiem, czy są, bo ich pod tym względem w ogóle nie oceniam i szczerze mówiąc takich rzeczy nie widzę. Ciotowaty dla mnie jest sławny stylista Jacyków, przy czym lepszym słowem byłoby „wyglądający głupio”, bo nie jego brwi, włosy czy opalenizna są dla mnie problemem, tylko fakt, że dziwnym i niezrozumiałym sposobem sławnym stylistą został człowiek wyraźnie nieposiadający w domu lustra, cierpiący na daltonizm i przekonany, że botoks wpływa na jego wygląd pozytywnie. Nie przeczę, że bardziej od Jacykowa podoba mi się z wyglądu na przykład Joe Manganiello, czyli Alcide z True Blood, ale nie oznacza to, że jeden jest ciotowaty, a drugi męski, i przez to jeden jest gorszym człowiekiem od drugiego, tylko — że lubię muskularnych brodaczy. Nie wyklucza to możliwości, że w rozmowie Jacyków byłby fascynujący, a Manganiello przerażająco nudny; że pierwszy kocha dzieci, przeprowadza przez jezdnię staruszki i dokarmia gołębie, a drugi głosuje na Tea Party, częstuje dzieci papierosami i kradnie sygnał kablówki. Ale obu dałbym tę samą szansę w rozmowie i żadnego nie próbowałbym wyśmiewać, bo jest „zbyt ciotowaty” i przez to nie chce się go zrozumieć.

Kiedy o ciotowatości mówią osoby hetero, świadczy to o wyładowywaniu tłumionych kompleksów, cholera wie na jakim punkcie, i głębokiej potrzebie udowodnienia samemu sobie, że są gorsi. Brudne czarnuchy, głupie muslimy czy ciotowate pedały są doskonałymi celami, w które można prać ile wlezie — chociaż palmę pierwszeństwa ciągle dzierży chyba Żyd, Żyd-komunista lub w miarę możliwości pedałowaty Żyd-komunista — i udowadniać samemu sobie po raz pięćsetny, że jestem od nich wszystkich lepszy, bo nie jestem czarny, nie jestem muzułmaninem i nie jestem gejem. (To, że w żadnej z tych spraw, z wyjątkiem może religii, nie miałem wyboru, a w sprawie swojego bezrobocia, siedmiu klas podstawówki i wielkiego brzuszyska wylewającego się zza paska miałem, nie ma oczywiście żadnego wpływu na moje słuszne poglądy, przynajmniej póki nie skończy mi się jabol.) 

Kiedy o ciotowatości mówi gej, świadczy to w połowie o potrzebie udowodnienia samemu sobie, że kiedy Wszechgłuptaki czy inny NOP mówi o pedałach, to oni przecież nie mówią o mnie, bo ja jestem normalny, męski i nie chodzę na parady, tylko o Jakichś Innych Pedałach, a w drugiej połowie o debilizmie. Bo ja też takie rzeczy wygadywałem. Kiedy miałem lat 17 i jedyny gej, jakiego znałem, to był ten, którego widywałem w lustrze. Potem, na szczęście, odrobinę zmądrzałem. (I zeszczuplałem.) Igor, cytowany przez Martę Konarzewską, nie zmądrzał i nadal uważa, że jeśli powie coś o ciotach, to zrobi się od tego bardziej męski. Nie zrobi. Podobnie ani trochę bardziej męski nie zrobił się Rosjanin, który usiłował mnie poderwać na Gayromeo za pomocą swojego profilu, wypełnionego po brzegi farmazonami o tym, jak to nie trawi ciotowatych i niemęskich. Obok farmazonów Rosjanin prezentował dumnie swoją wątłą posturę i męską twarzyczkę godną co najmniej Kate Moss. Niestety, przestałem mu się podobać, kiedy powiedziałem mu, że jestem diabelnie ciotowaty, ponieważ kocham Kylie, Julię Roberts i czytuję Glamour. Wszystkie te rzeczy są prawdą. A jak się Igorowi nie podobam, niech wypierdala, zanim padnie na zawał dowiedziawszy się, że jestem też Żydem, komunistą i na domiar złego jakiś taki beżowy.

Część druga rozmowy między panem, wójtem i pedałem na temat łobrazonych łucuć łobywatelek i łobywateluf! Dzisiaj w roli głównej występuje polska lewica (TM), tak zwane SLD.




Chyba dla podkreślenia rangi, jaką Sojusz Lewicy Demokratycznej nadaje projektom ustaw o zakazaniu mowy nienawiści oraz zezwoleniu na związki partnerskie, podlascy działacze tej partii (mniejsza o nazwiska, pamięć nie śmietnik) zgodnym chórem wyrazili swoją opinię na temat homoseksualistów. 




Ściślej – poszło o plakaty rozwieszane w ramach akcji „Miłość nie wyklucza”. Nie zawisną one w Suwałkach, a to dlatego, że choć tamtejsi działacze są w gruncie rzeczy za obiema ustawami (nie ma to jak dyscyplina, szczególnie partyjna), to jednak stawiają zasadnicze pytanie: „Czy [homoseksualiści] muszą się z tym obnosić w Suwałkach”? 



Jak wiadomo, w Suwałkach nie ma żadnych homoseksualistów, jest to miejsce wyjątkowe na naszym globie, gdzie tacy się zwyczajnie nie rodzą, a nieliczni przyjezdni (nieliczni, bo szczerze sobie powiedzmy, my, homoseksualiści mamy dobry gust i upodobanie do rozrywek i żadnej z tych cech nie zaspokaja nam wyjazd na weekend do Suwałk) mogą się zawsze przez te parę dni nie obnosić. Łoto proste rozwiązanie problemu łobywatelek i łobywateluf!




Politycy SLD-owskiej centrali postawili oczy w słup. Niesłusznie, gdyż lewicowość, prawdziwa i zadekretowana, nie ma nic wspólnego ze stosunkiem do ludzi, którzy z jakiegoś względu są inni. Tak samo zresztą, jak prawicowość, a wiemy to stąd, że w krajach Zachodu całkiem spory odsetek polityków deklaruje otwarty homoseksualizm, co nijak nie kłóci się z oglądem świata silnie konserwatywnym.



No nie ma, ale nie mówimy o krajach Zachodu, tylko o zadupiu Europy, panie Pawle. 



Ja wcale nie mam złudzeń, że w SLD akurat skupiły się osoby tolerancyjne i wrażliwe na krzywdę innych. W SLD skupiły się osoby, które 1) są postkomunistami w wieku 60+ i na temat homoseksualizmu mają do powiedzenia tyle co Leszek Miller i eks-Platformianin Robert Węgrzyn, 2) które miały szwagra w SLD a nie w LPR i dlatego w SLD robią karierę, 3) osoby o poglądach lewicowych w kwestii gospodarczej, a dowolnych innych w kwestiach pozostałych, 4) zwyczajni oportuniści, którym wszystko jedno, jakie głoszą poglądy, byle się dorwać do koryta, oraz 5) Robert Biedroń i profesora Joanna Senyszyn. Z tych wszystkich osób byłbym gotów na jedną nawet zagłosować, czemu nie. Na profesorę Senyszyn. Która jest chyba jedyną osobą w SLD, której wierzę, że jej zależy, że swoje poglądy rzeczywiście posiada i nie zmieni ich, jeśli akurat nadejdzie nieprzychylny wiaterek czy inny Pieronek. Tak poza tym nie wierzę nawet Biedroniowi, bo sam fakt bycia homoseksualistą nie wystarczy mi do poparcia oportunisty-pseudolewicowca, który talent i charakter zastępuje ambicją i parciem na szkło.



Mam też przykrą wadę, mianowicie mimo sklerozy niepozwalającej mi na pamiętanie dat urodzin, godzin spotkań oraz zadań do wykonania w pracy pamiętam jeszcze, jak SLD szło do wyborów z programem nowoczesnej partii lewicowej, po czym te wybory wygrało, po czym przystąpiło z zapałem do realizacji programu partii prawicowo-konserwatywnej. Niespecjalnie widzę powód, dla którego teraz miałoby być inaczej, bo jeden Napieralski wiosny nie czyni (a poza tym nie wzbudza on jakoś we mnie nadmiaru sympatii) i za cholerę nie wierzę w magiczne przemiany, czego dowodem wesołe pomysły suwalskiego SLD.




Pogląd wyrażony zdaniem „Żyj i daj żyć innym” jest doskonale apolityczny, wyznacza podział biegnący w poprzek wszystkich formacji i obozów politycznych. […] To sprawa o wiele szersza, a przez to tak bardzo polityczna, że aż apolityczna. Przynajmniej nad Wisłą. Wspomnijmy dla przykładu kilku parlamentarnych orłów, akurat prawicowych, i ich wypowiedzi o prezydencie Obamie. Jeśli komuś mało, można odgrzebać komentarze lewicowo-postępowych autorów, którzy raczyli oznajmić, że nie zamierzają stać z petem przed knajpą jak jakiś Murzyn, jeśli wejdzie w życie prawo antynikotynowe. 



Lewicowo-postępowi autorzy o nazwisku Żakowski rzeczywiście się popisali wyjątkowo. Ale w Polsce powyższe zdanie nie brzmi tak, jak je naiwnie przytoczył redaktor Smoleński, tylko „Żyj i daj żyć innym… tak samo”. W Polsce chęć do życia w sposób inny niż ten jeden podstawowy wywołuje reakcje od „ale po co się z tym obnosić” do otwartej agresji i nienawiści.




Mam kolegę, cwaniaka-warszawiaka, mieszkającego w moim mieście od ponad ćwierć wieku. Nazywa się Mamadou Diouf i różni się ode mnie kolorem skóry. Opowiadał mi, że jeśli słyszy skina wygrażającego kolorowym, obcym, innym, nie dziwi go nic, bo taka jest praca gościa z łysą głową. Lecz czuje zażenowanie, gdy podobne poglądy wyrażają w ładnych, kulturalnych i niekiedy dowcipnych słowach ludzie, którym tak robić po prostu nie wypada. A wyrażają, bo nie pomyśleli. Albo – co gorsza – tak kulturalnie i elegancko myślą.



Mam to samo, co pan Diouf. To, że ćwok z PiS czy inna Młodzież Wszechgłupia wygłasza pierdoły na mój temat mam w dupie, ponieważ nie spodziewam się po nich niczego innego — to są ludzie, którzy na poważnie roztrząsają temat antypolskości Miłosza i pasjonują się odpowiedzią na pytanie, czy prezydencki tupolew rozbił się wskutek działania sztucznej mgły rozpylonej przez człowieka-brzozę na polecenie Tuska. Ciutkę gorzej, jeśli robi to suwalskie SLD, ale też przyznam szczerze, że niewiele więcej się spodziewałem, może dyscypliny partyjnej ewentualnie. Ale kiedy Jacek Żakowski dowcipkuje o Murzynach, a sympatyczni komentatorzy mojego bloga piszą mi, że oni są oczywiście tolerancyjni, a ich najlepsi przyjaciele niekiedy wspominają o biseksualizmie, ale coś tam, robi mi się dziwnie. Bo Żakowski powinien być mądrzejszy tak po prostu sam z siebie, a komentatorzy powinni być mądrzejsi, bo znają MNIE.




Mamadou napisał „Małą książkę o rasizmie”. Opowiada w niej o uprzedzeniach wynikających z różnych kolorów skóry, ale przypomina, że dyskryminacją równie paskudną jak rasizm jest wytykanie palcem homoseksualistów, ludzi innych religii, starszych, niepełnosprawnych. Skierował ją do dzieci, jakby przeczuwał, że z dorosłymi ciężka sprawa. Przytomny ten Mamadou, nie ma co. Ja jednak zaryzykuję i gotów jestem podarować partyjnej biblioteczce SLD w Suwałkach kilka egzemplarzy książki Dioufa. Pod warunkiem, że będą ją wypożyczać wszystkim, od prawa do lewa, którym może się przydać. 



Oj tam. A pamiętamy Żywą Bibliotekę? 




Projekt „Żywa Biblioteka”, oprotestowany – ze względu na udział w nim geja – przez radomskiego radnego PiS Sławomira Adamca, nie odbędzie się w podległej władzom Radomia placówce kulturalnej. Organizatorzy „Biblioteki” szukają innego miejsca dla tego projektu. Jak powiedziała PAP w środę jedna z organizatorek projektu „Żywa Biblioteka” w Radomiu Ewa Niedziałek, w środę szefowa Resursy Obywatelskiej Renata Metzger poprosiła organizatorów o wycofanie z niego osoby homoseksualnej.



Biblioteczka SLD w Suwałkach książkę Dioufa zamknie zapewne gdzieś w sejfie, jako niebezpieczny materiał wywrotowy promujący dewiacje i zachowania homoseksualne. Oraz zachowania czarnoskóre. (Co za pech, że kolor skóry jest taki trudny do zmiany i posłowie PiS nie mogą rozpowszechniać bredni o tym, że Krystian Legierski, Mamadou Diouf i Mike Tyson propagują samym faktem swojego istnienia zachowania czarnoskóre, prawdaż? Biedactwa muszą się ograniczać do opowieści o cywilizacji białego człowieka i złym wpływie Obamy na ową.) Ja natomiast mieszkam w Internetsach i nie jest mnie łatwo zamknąć w sejfie, poprosić o wycofanie mnie z projektu, a sprzeciwy radnego Adamca mam nawet nie w dupie, bo na dostęp do tak intymnej części mego ciała trzeba sobie zasłużyć, tylko w kanalizacji. Tak więc na koniec notki uroczyście oświadczam, że otwieram program Żywy Navaira, w ramach którego można mi zadawać dowolne pytania w komentarzach do tej notki, a ja odpowiem na nie w formie filmiku na Youtube.