Od jakiegoś czasu coraz trudniej jest mi wyjść z domu. Amsterdam jest bardzo zaludnionym miastem, a ja coraz gorzej reaguję na ludzi. Pod nami, na pierwszym piętrze, mieszka para małżeńska z dwójką dzieci. Kłócą się nieregularnie. Niedawno doszli do wrzasków „ja cię zabiję”. Po naszej interwencji, a potem telefonie na policję, ograniczyli się do „jak chcesz się ze mną rozwieść, droga wolna”. Rodzice ci wychowują dwóch chłopców, jakoś tak chyba 5 i 6 lat (nie rozróżniam wieku dzieci, dorosłych też nie, chłopcy na pewno są mali i tyle wiem na pewno).

Na parterze znajduje się bar. Na ogół niepopularny, od kiedy obok otworzył się drugi bar. Po prawej zaś stronie znajduje się hotel. Wszystkie budynki są stare i mają cienkie ściany. Palacze hotelowi wychodzą na tyły, a barowi – do przodu, przed budynek.

Aby wybrać się gdziekolwiek do miasta, nawet do parku, najpierw muszę udać się na prom. Od kilku miesięcy prom kursuje cały dzień co 7.5 minuty, bo kiedy kursował co 15 minut był zapchany nawet w środku dnia. Zatrudniono też ludzi „kierujących ruchem”, bo osoby czekające na prom dostawały małpiego rozumu w przekonaniu, że transport oddali się jeszcze zanim wysiadający go opuszczą. Dzięki regulacji ruchu nie muszę już złośliwie wjeżdżać w pchających się na mnie ludzi – a mania ta czepia się wszystkich, dzieci, staruszek, turystów i lokalsów. Ale wjeżdżania zaoszczędza mi też fobia społeczna, dzięki której coraz rzadziej w ogóle do promu docieram.

Czytaj dalej

Magdalena zapytała mnie na Buniu, w temacie kolejnej tożsamości:

A jak radzisz sobie z uczuciem, że uciekasz (w inne nazwisko, zawód itp.), a ucieczka jest porażką? Miałeś takie myśli?

Postanowiłem sprawdzić, czy już o tym pisałem i okazało się, że tak. W 2013. Od tego czasu bardzo dużo się zmieniło.

Kiedyś – wcale nie tak dawno, 2-3 lata temu – przed snem układałem sobie, nie do końca świadomie, listę rzeczy podłych i okrutnych. Generalnie były to powody, dla których jestem biedny, nieszczęśliwy, świat mnie kopie po oczach – ale też jak spieprzyłem, co mi się nie udało, jaki jestem beznadziejny i tak dalej. Teraz układam listę wdzięczności. Możecie wymownie wywinąć oczami do nieba. Dla mnie działa. Czasami, gdy mam dzień depresyjno-bolesny, lista jest krótka. Na ogół zasypiam, zanim dotrę do końca.

Zacytuję samego siebie:

Wydaje mi się, że moją największą porażką jest to, co stoi również u podnóża moich sukcesów. Na swoje potrzeby definiuję tę cechę charakteru jako „ognistość”. Jest ona podobno dość typowa dla dwubiegunowców i znamy ją z dowcipu o złotej rybce, spełniającej trzy życzenia: „Chcę jeża! E, do dupy z takim jeżem! Aaaaa, wyjmijcie mi jeża!”

Oraz:

Dużą porażką było dla mnie kupno gitary. Okazało się mianowicie, że aby grać na gitarze należy tę umiejętność ćwiczyć. Nie przychodzi to łatwo, a co gorsza bolą paluśki i robią się na nich bąble. Po trzech tygodniach i kilku słitaśnych fociach na fejsbuniu gitara zaległa w kącie, gdzie leżała, póki nie oddałem jej bratu. Mój brat w odróżnieniu ode mnie posiada i talent i determinację, więc zakup nie okazał się kompletnie zmarnowany.

Oraz:

Porażką pozostaje fakt, że nie napisałem książki. Zacząć zacząłem chyba z pięć. Tylko żadna z nich nie wyszła poza etap pierwszej wersji do redakcji. Problem leży w tym, że kiedy już tę pierwszą wersję skończę, historia mnie nudzi, bo wiem, jak się skończy. Nie wynalazłem zaś jeszcze sposobu na zaskakiwanie samego siebie wciąż od nowa własną prozą. Obiecuję samemu sobie, że zostanę Ałtorem już od jakichś 15 lat. Co ja pocznę, nie udało się i nie wiem, czy kiedykolwiek się uda.

Uśmiecham się do siebie, kiedy to czytam.

Czytaj dalej

Moją pierwszą inkarnacją była ta… przyrodzona. Ale nie wszyscy wiedzą, że nazwisko pod którym mnie dawno temu poznali było w rzeczywistości moim drugim. Mimo tego, że bio-ojciec chciał tylko tego, żeby mama usunęła ciążę, z nieznanych powodów dał mi swoje nazwisko. Nosiłem je do siódmego roku życia, kiedy zmieniono je (po spytaniu mnie o zdanie!) na nazwisko ojczyma. Nie wiem, jakie powiedzonko polskojęzyczne tu pasuje. Powiedzmy, że wpadłem z kowadła pod młot pneumatyczny.

W roku 1996 zacząłem używać internetu. Bardzo prędko odkryłem, że żadna zagranica nie umie napisać mojego imienia i nazwiska bez zrobienia co najmniej jednej literówki, co mnie szalenie irytowało. Poprawiałem cierpliwie, potem niecierpliwie, aż mi się znudziło. Czytałem wtedy książkę Grishama, w której jedna z postaci nosiła imię “Ray”. Spodobało mi się i zmieniłem internetową tożsamość na Raya. Poznawałem przez internet nie tylko osoby anglo-, ale też polskojęzyczne. W pewnym momencie zjawiłem się na imprezie, na której dwie osoby z ożywieniem rozmawiały o swoich znajomych, z których jeden nazywał się Ray, a drugi… tak po polsku. Szalenie się zdziwili, jak podobni ci znajomi byli do siebie…

Czytaj dalej

Zgodnie z obietnicą (to mój pierwszy raz) dzisiaj dokonuję retrospekcji swego życia miłosnego. Pomijam jednonocki i wszystko, co trwało krócej niż sześć miesięcy. Na koniec podsumowanie. Dat nie podaję, bo nie pamiętam (smutna prawda, musiałbym sprawdzić w zapiskach, których nie robiłem).

1. Pierwszy

Kiedy poznałem Pierwszego nie wiedziałem, na czym polega miłość. Moje poczucie własnej wartości tak bardzo szorowało wtedy po dnie, że sam fakt, iż ktoś chce ze mną przebywać – a potem zgoła mi mówi, że mnie kocha – był dla mnie powodem, by w związku pozostać. Też mówiłem, że go kocham, bo tak mi się zdawało. W szkole nauczyłem się dużo o mitochondriach i innych orbitalach, ale nikt mi nie powiedział, jak rozpoznać miłość. O tym, że nikt mi nie powiedział o tym, jak działa seks niehetero nie muszę zapewne wspominać (ale już to zrobiłem i teraz za późno). Pierwszy raz wspominam koszmarnie, żaden z nas nie wiedział, co robi. Ze związku wyniosłem przekonanie, że seks jest okropnie przeceniany i kompletny brak zrozumienia czemu ktokolwiek chciałby to w ogóle robić.

Czytaj dalej