Nie piszę, ponieważ ostatnio zajmuję się wyłącznie następującymi tematami:

  1. Moją pierwszą książką;
  2. Moją drugą książką;
  3. Riserczem do drugiej książki;
  4. Pracą nad odzyskaniem pełnej funkcjonalności pokryzysowej („po” to myślenie pozytywne, ale od początku maja jest bez przerwy dobrze);
  5. Zdrowiem różnych osób z rodziny i nie tylko 🙁 – czasami to ja mam najmniej problemów;
  6. Przyrodą w różnych formach, najchętniej islandzkich, konnych, lub obu naraz;
  7. Hmm… Poszukiwaniem przyszłego domu (to też myślenie pozytywne, bo nie mamy go za co kupić, ale twardo gramy na loterii).

Nie mam wrażenia, żeby te rzeczy ciekawiły kogokolwiek oprócz mnie i ewentualnie rodziny.

Zacząłem się zastanawiać, iloma tematami zajmują się tzw. normalni ludzie. Dzieci, rachunki, rodzina ogólnie, telewizja, komputer, konsola, praca. Jos i ja jesteśmy dziwni. Nie tylko z wyglądu, chociaż to oczywiście najbardziej się rzuca w oczy (hohoho). Ale to nie dziwność wydaje się pociągać normalnych ludzi, przynajmniej jeśli bazuję swoją opinię na tym, co się ogląda w Internetach. Gdybym chociaż był kotkiem…

Czytaj dalej

O pisaniu nie podejmuję się pisać (hohoho), porad tego typu będę udzielać albo po wydaniu dziesiątej powieści, albo po otrzymaniu Pulitzera. Opiszę więc proces wydawniczy dla self-publisherów – nie wiem, jak się przekłada na rynek polski, ile osób to w ogóle zainteresuje, ale nauczenie się tych rzeczy zajęło mi ponad rok i może komuś zaoszczędzę czasu…

 

Po pierwsze – piszemy książkę.

To nie jest tak proste, jak brzmi. Nie dlatego, że „nie mam pomysłów”, „kto to będzie czytać”, etc. Technicznie rzecz biorąc, książka telefoniczna to też książka, chociaż akcja nie posuwa się zbyt wartko. Pomysłów mam tysiąc, mogę rozdać. Dobrych pomysłów mam może pięć. Napisanie książki zajmuje przede wszystkim dużo czasu i wymaga cierpliwości, tudzież samozaparcia. Tak więc pierwszym elementem wydawania książki jest spędzenie pewnej ilości czasu na pukaniu w klawisze.

Są osoby, które potrafią napisać powieść w trzy miesiące. Nie należę do nich, więc pukałem długo. To znaczy wtedy mi się wydawało, że to już jest długo…

Czytaj dalej

Kiedy przybyłem do Magicznego Ogrodu i padłem ze zmęczenia, o czym pisałem ostatnim razem, postanowiłem, że będę wyłącznie odpoczywać.

W tym celu wybrałem się na spacer. Temperatura wyskoczyła ku niebiosom, osiągając 21 stopni w cieniu. Przyodziany w glany, z plecaczkiem, w którym miałem sweter na wypadek przemarznięcia, nie miałem za to nic do picia obejrzałem dokładnie zdjęcie satelitarne umieszczone w charakterze mapki przed rezerwatem przyrody. Zapamiętałem, że za laskiem skręca się w lewo i ruszyłem przed siebie. Minąłem jakieś tam dziesięć drzewek na krzyż, po czym szedłem dalej, szukając lasku. I szedłem. I szedłem… Po lewej miałem, jak w mordę strzelił, pole porośnięte trawą, po prawej zaś miałem pole porośnięte trawą. Żadnego zakrętu, nic, więc szedłem dalej, zaskoczony tym, jak daleko musi być ten lasek i jakim cudem nie widziałem przed nim tych pól. Po drodze spotkałem jednak krówki, pomachałem im, nie odmachały mi, ale i tak byłem zadowolony z życia. I szedłem…

Czytaj dalej

Zapytano mnie trzy razy – w ogóle to ciekawe, zbieram pytania do następnego newslettera, mam trzy, każde zadane przez trzy osoby – jak zdołałem ukończyć książkę. Myślałem nad tym długo i odpowiedź jest prosta: kryzys wieku średniego.

Z jednej strony jestem obrzydliwie niższo-średnio-klasowy. Marzę o domku na przedmieściach, ogródku – no dobrze, ogrodzie, chciałbym nawet mieć psa (?!!? – mam psofobię, ale uczę się ją przezwyciężać) i żywopłot (ratunku!!!). Tylko 1.75 dziecka nie chcę, w naszym związku jest już dwoje dzieci, a raczej dwóch. Wystarczy. Z drugiej strony zamiast rzucać się na Ferrari i młodszych partnerów, latać po imprezach tłumacząc sobie, że jestem młody duchem, zachowuję się dokładnie odwrotnie. Kryzys przyniósł mi wreszcie zrozumienie, że nie mam obowiązku być taki, jak inni i nie tylko pod względem tatuaży i fryzury. Ogólnie.

Różne osoby, w tym moja siostra są aktualnie – że tak powiem – na rynku randkowym. Kiedy słucham ich opowieści, nawet tych naprawdę ekscytujących, przeżywam chwile szczęścia na myśl, że ja nie muszę. Siostra opowiada mi o wypadzie do muzeum, kolacjach (liczba mnoga) ze śniadaniami, standupie, pokazuje całkiem przyjemne zdjęcia. Inna znajoma osoba – jak zwykle zmieniam i mącę – jest tak jakby w połowie rozwiedziona, już się decyduje na powrót, po chwili na odejście, trochę się z kimś spotyka a trochę nie, korzysta z życia alibo nie korzysta. A ja nie muszę. Jak mawiał kolega z liceum, to jest nudne i w tym czasie możnaby napisać jakiś program.

Gdybym się jutro obudził i odkrył, że w mym łożu znajduje się dwudziestolatek zacząłbym wrzeszczeć i protestować przeciwko takim koszmarom. Ferrari przyjąłbym z przyjemnością, to zdaje się jest drogie i być może nawet wystarczyłoby na domek z ogródkiem. No dobrze, chcę mieć motocykl, to nie jest kryzys, chcę go mieć jakoś od dziesiątego roku życia.

W tej chwili znajduję się w Magicznym Ogrodzie, patrz fotka. Panuje tu cudowna cisza, tzn. będzie panowała gdy mój przyjaciel skończy kosić trawę. Wieczorami chodzę na długie spacery po czymś, co po polsku nazywa się chyba padok – takie pole, po którym biegają konie, w nocy nie biegają. Księżyc w pełni nawala z taką mocą, że próbując oglądać gwiazdy wyraziłem pewien niesmak, bo co to za lampa, po czym się odwróciłem. Zdjęcia będą w przyszłym tygodniu, bo mam Internet dowożony na taczkach i sprawdzanie maili trwa kilka minut.

Co za ulga…

Czytaj dalej