To jest temat, na który najbezpieczniej się nie wypowiadać wcale, ale nigdy nie byłem dobry w robieniu rzeczy bezpiecznych.

W ostatnich tygodniach mediami trzęsie film Opuszczając Neverland. Zapewne nie muszę, ale objaśnię, iż jest to historia dwóch mężczyzn, którzy jako chłopcy byli allegedly molestowani przez Michaela Jacksona. Ładne słowo „allegedly” to po polsku – domniemany, rzekomy, przypuszczalny. Odczuwam różnicę między „rzekomy” a „domniemany”, więc pozostanę przy tym, że byli allegedly molestowani.

Dalej będzie więcej na zbliżone tematy, ogólnie dla dorosłych, proszę nie klikać, jeśli triggeruje, jeśli nie jesteście dorośli, etc.

Czytaj dalej

Od robienia różnych rzeczy powstrzymują nas na ogół dwie obawy. Przed porażką i przed sukcesem.

Obawa przed porażką teoretycznie wydaje się bardziej zrozumiała, ale w rzeczywistości bardziej przerażający jest sukces. Jeśli uda nam się go osiągnąć, będzie nas oceniać więcej ludzi. Im więcej oceniających, tym większa szansa, że zostaniemy zmieszani z błotem. Nieważne z jakiego powodu. Znajomy pisarz dostał ostatnio recenzję na Amazonie, jedna gwiazdka, osoba napisała, że zaczęła czytać darmową próbkę (10% treści), w 1/3 się znudziła, więc jedna gwiazdka. Po przeczytaniu trzech procent książki. Sława instagramowo-telewizyjno-kardaszankowa wiąże się z tym, że bez przerwy ma się nad głową kamery, kąpie się w pieniądzach – oraz w bluzgach. „Jesteś tłustym, ohydnym pasztetem” – incel74. „Taka chuda, widać, że chora, by coś zjadła” – sweetbabyspice99. „Żygać mi się chce jak patszę się na tą besmyślno morde” – wszehpolak_22cm.

Takich i innych rzeczy należy się spodziewać w razie sukcesu. Nawiasem mówiąc, mam nadzieję, że nigdy nie będę sławny.

Porażka działa, rzecz jasna, odwrotnie. Robimy coś tam, wkładamy w to całe serce i mnóstwo pracy, po czym albo świat tego nie zauważa, albo rozdeptuje mimochodem. Ewentualnie sami do tej porażki jakoś doprowadzamy, nie licząc się z realiami. Mam znajomą, która postanowiła zostać zawodową pisarką i się z tego utrzymywać. Życzę jej z całego serca, aby jej się udało. Jest tylko jeden problem, mianowicie chce ona rozpocząć karierę od wydania cyklu dziewiętnastu eksperymentalnych powieści. Naraz. Kończy pierwszą i daje sobie czas do końca roku na pozostałe osiemnaście. Pierwsza zajęła jej na razie dwa lata… ALE – szansę na sukces posiada, ponieważ coś robi. Dzięki temu posiada również szansę na porażkę. Gdyby nie pisała pierwszej powieści, nie miałaby szans na nic, ale z pewnością nie zostałaby zmieszana z błotem i rozjechana walcem.

Czytaj dalej

Notkę Rozpaczy wrzuciłem w sobotę.

W poniedziałek rano odkryłem maila od redaktorki. Screenshot powyżej, tłumaczenie poniżej:

Pozdrowienia i Gratulacje!

W załączeniu ostatni (OSTATNI!!!) zestaw poprawek! Rzuć okiem i daj znać, jeśli masz jakieś pytania.

Oprócz tego zadbaj, żeby spędzić trochę czasu na czczeniu ogromnego osiągnięcia, jakim jest napisanie książki. Dziękuję Ci za cudowną przyjemność pracy z Tobą nad Storytellers, oraz za to, że jesteś tak gorliwym, myślącym i robiącym wrażenie* człowiekiem, z którym pracowałam.

(Powyższe tłumaczenie, w szczególności określenie „robiący wrażenie” zamiast „impressive” jest powodem, dla którego na polski moją powieść będzie tłumaczyć ktoś niebędący mną.)

Chciałbym powiedzieć, że natychmiast ogarnęła mnie dzika ekstaza, złapałem Josa w objęcia i odtańczyłem w tej pozycji kankana, lub chociaż z głośnym rykiem wybiegłem nago na ulicę, machając islandzką flagą. Prawda jest taka, że zrobiło mi się w sumie nawet miło. Nawet pomijając stan emocjonalno-umysłowy, jaki towarzyszył mi od tygodni lamictal (po polsku lamotrygina) obcina mi górki i dołki. Między innymi usuwa 99.5% myśli i obsesji samobójczych. Usuwa też podekscytowanie, dzikie wrzaski radości, tudzież dwuosobowego kankana.

(Wrzucam „Czytaj dalej”, bo następny akapit jest długi, ale nie będę smucić, wprost przeciwnie.)

Czytaj dalej

Dla dokładności, jak na razie jest to kryzys 41-lecia.

Kiedy ktoś ma kryzys zdrowotny przez kilka tygodni, ludzie dzwonią, przynoszą kwiaty, prezenty, pytają, czy mogą pomóc. Wysyłają uściski, niektórzy nawet kartki pocztowe, jakieś tam dowody pamięci.

Po paru miesiącach, kiedy nie widać poprawy – a co gorsza niekiedy pogorszenie, ten strumyczek zaczyna wysychać. Część osób się nudzi, bo ile razy można spytać „jak się masz” i usłyszeć „źle”. Część obwinia chorego – to jest mechanizm psychologiczny, nie wymyślam tego na poczekaniu – podświadomie uważając, że skoro nie ma poprawy, to chory się nie stara wystarczająco. Część… zapomina. Dzwonią do mnie, zapraszają, ja nie przybywam, dzwonią, zapraszają, nie przybywam… i przestają dzwonić i zapraszać. Przestają też SMSować, pytać, jak jest.

Częścią mojego kryzysu jest dziwne skrzyżowanie odczuć: otóż obecność ludzi okropnie mi szkodzi i potrzebuję ciszy i samotności – ale jednocześnie czuję potrzebę kontaktu z ludźmi. Tylko ograniczonego i na moich warunkach. Niewielu jest gotowych się do mnie dostosować i cenię tych, którzy to czynią. Nie ma ich wielu. Liczba moich dalszych przyjaciół i znajomych spadła. Ale spadła też liczba osób, które uważałem za naprawdę bliskie. Nie jestem dla nich wystarczająco interesujący. Znów, jestem świadom, jak to działa i nie jestem zaskoczony. Tylko… no, sami wiecie.

A teraz opiszę ostatni rok. Bo mój kryzys trwa od roku, zmieniając się od głębokiego do mniej głębokiego, a potem z powrotem.

Czytaj dalej