Zgodnie z prośbą Moreni z wczorajszego komentarza.

Praca nad pierwszą książką CHYBA zbliża się do końca. Aktualny tytuł, który na razie zmienił się pięć razy, to ‚Storytellers’. Wziął się z tego, że w rzeczywistości każda osoba opowiadająca historię jakiegoś wydarzenia jest niewiarygodnym narratorem. Bardzo mało rzeczy jest 100% faktami, którym nie można zaprzeczyć. Gdy przychodzimy do domu, a na podłodze leży stłuczona szklanka wiemy na pewno, że szklanka jest stłuczona. Jest to oczywisty fakt i nikt nam nie wmówi, że białe jest białe i tak dalej. Ale co, jeśli w domu nie było nikogo? Co jeśli był, ale się wypiera? Jeśli mamy dwójkę dzieci, z których każde donosi na to drugie, a drugie zaprzecza i oskarża pierwsze? A jeśli w rzeczywistości nastąpiło malutkie lokalne trzęsienie ziemi? (To nie do końca żart, dzisiaj za naszym oknem jeżdżą takie ciężarówy, że budynek się trzęsie.) A szklanka to przecież drobiazg. Co z zemstą, zazdrością, miłością, przemocą, morderstwem w samoobronie alibo nie, dowolnym procesem sądowym? Dużą część ‚Storytellers’ stanowi opowieść z przeszłości snuta przez jednego z bohaterów. Ale czy opowieść jest prawdziwa, a jeśli tak – w jakim stopniu? Co miałyby na ten temat do powiedzenia inne występujące w niej osoby? Kto opowiadając o sobie przedstawi siebie jako złego człowieka, a pozostałych jako dobrych? Sięgając po zużyty przykład, czy Hitler byłby uznawany za uosobienie zła gdyby drugą Wojnę Światową wygrali Niemcy?

Czytaj dalej

Pewnego dnia (nie ostatnio, ostatnio czekamy na zoloft) po jakichś 12 godzinach pisania przerywanego posiłkami i wizytami w wucecie odnotowałem, że Jos coś do mnie mówi. Wzniosłem nieprzytomne oczy znad infekcji Sigurda i poprosiłem, by Jos powtórzył.

– Powinieneś czasem odpocząć – rzekł zatroskany małżonek. – Zrobić coś dla siebie.

Przyjrzałem mu się nieco dziwnie. – Właśnie robię coś dla siebie – wskazałem. Zaniechał uwag i słusznie, bo jego sposób na wypoczynek polega na pracy nad innym haftem niż poprzednio. Kiedy czegoś nie tworzy, ogląda na YouTube filmy z serii „jak to się robi”, potem przechodzi do Tumblra, gdzie ma trochę pornografii (owszem), trochę sztuki, trochę architektury, dużo inspiracji, a na koniec siada do czytania i pochłania książki w zadziwiających ilościach. Mało znam osób, które czytają więcej niż ja, Jos jest jedną z nich. Kupujemy mu omnibusy fantasy, w tej chwili czyta 12 tomów Dresden Files. Wystarczy mu na tydzień, może dwa – jeśli w pracy będzie zajęty.

Piszę fikcję historyczną i urban fantasy, bo mam dosyć świata w roku 2018, miejsca, w którym mieszkam, wiadomości w prasie – nawet jeśli nie zaglądam, Twitter zawiadamia mnie o wszystkim. (Przyznam, że aktualnie śledzę historię Omarosy, jest to świetna zabawa, jeśli jej „taśmy” w końcu obalą Trumpa, będę zachwycony. Załóżmy, że to się nazywa odpoczynkiem.) Kiedy mogę piszę, kiedy nie mogę – nie piszę, ale leżenie plackiem i czekanie na noc, kiedy będę mógł pójść spać jest zadziwiająco męczące. Najlepiej pisze mi się po północy, kiedy leżę już w łóżku i czekam na miłościwy sen. Wtedy rozwiązują mi się supły w wątkach, pojawiają świetne dialogi i tak dalej. To się nazywa, że wypoczywam…

Czytaj dalej

W drugiej pisanej przeze mnie książce pada dwukrotnie fraza „tym się powinien zająć jakiś rozsądny dorosły, a nie ja”. Nie powinno się zmuszać postaci fikcyjnej do wypowiadania moich myśli, ale Gareth i ja bardzo się w tym temacie zgadzamy.

Kiedy miałem lat – powiedzmy – dziesięć wydawało mi się, że gdy będę dorosły będę mógł zeżreć całe pudełko ptasiego mleczka. Mama, osoba okrutna, wydzielała mi po jednym, w wielkie święto dwa. Po jednym mleczku, a nie pudełku. Czy Wy sobie wyobrażacie?!?!?!?! Potem przestałem lubić słodycze, więc ptasie mleczko w ogóle rzadko kupowałem, nadużyć zdarzyło mi się raz po wyjątkowo ciężkim dniu w kuźni, zeżarłem pół pudełka i było mi niedobrze. A pomijam tu oczywiście to, że w komunizmie niczego się nie dało spożywać w dużych dawkach, może Trybunę Ludu zapijaną octem.

Gdy mieliśmy lat 18-20 jedna dziewczyna z naszej studenckiej grupy miała Starego Chłopaka. Miał on lat 30, a my po cichu szeptaliśmy między sobą: popatrz, on już nawet ma ZMARSZCZKI! Zauważaliśmy i dzieliliśmy się kolejnymi detalami: otóż staruch ten miał obwisłą skórę na twarzy! Miał taki drogi zegarek, tylko staruchy noszą takie zegarki! Raz go chyba nawet widzieliśmy w garniturze, a nawet nie było akurat egzaminów! (Pana Starego Chłopaka, który ma teraz po pięćdziesiątce oczywiście serdecznie przepraszam.)

W roku 2011 zakończyła się na razie moja kariera zawodowa. W kolejnych latach odnosiłem regularnie wrażeniem, że z nas dwóch starszy jest mój brat (w rzeczywistości młodszy o siedem lat). Brat posiada dzieci (jak dorośli), kredyt (jak dorośli), pracę wymagającą noszenia garnituru (jak super-dorośli), samochód służbowy, żonę. Ja w tym czasie posiadałem harem, dużo wolnego czasu, bardzo mało pieniędzy oraz – cóż – kredyt. Mówiłem, że powinien się tym zająć jakiś rozsądny dorosły, a nie ja!  Teraz dorobiłem się męża, co mnie nieodmiennie zaskakuje, ale żaden z nas nie zajmuje się tym, czym powinien zajmować się Człowiek W Naszym Wieku. Ubieramy się dziwnie, Jos plecie warkoczyki w brodzie, ja latam po mieście w utilikilcie, gdy jest chłodniej – w tunice wikińskiej. Pani Barbaro, pani się popaczy, niektórzy to naprawdę, ja w tym wieku to już wnusię miałam…

*

W dzieciństwie wydawało mi się, że dorośli to bóstwa wiedzące i umiejące wszystko. (W zestawieniu z moją sytuacją rodzinną zapewniło to wiele pracy moim terapeutom.) Chyba logiczne było stwierdzenie, że skoro nie wiem i nie umiem, to jeszcze nie dorosłem. W zestawieniu z niską samooceną spowodowało to, że zrobiłem sobie kilka razy krzywdę – skoro ja, niedorosły myślę A, a tu obok mnie dorosły (młodszy ode mnie o sześć lat) mówi B, to z pewnością prawdziwe musi być B. Trwałem w tym przekonaniu jakoś tak do 35 roku życia. Nadal czasem zdarza mi się to, co nazywam piardem mózgowym i muszę sobie wtedy przypominać, że Anonimowy Łosiu z Internetów nie jest dla mnie żadnym autorytetem, zwłaszcza w temacie mojego życia. Oraz – że istnieje szansa, iż Łosiu ma lat 13 i mamusia mu przynosi herbatkę, bo Łosiu się uczy programowania (na Twitterze).

Przedwczoraj odkryłem przesmaczny wywiad z Kathleen Turner. Polecam całość, miejcie popcorn lub paluszki i nie prychajcie napojami na klawiaturę. Uderzyło mnie jedno zdanie:

Pamiętam, że kiedyś przysłano mi scenariusz, w którym bohaterka była opisana jako „37 lat, ale ciągle atrakcyjna”.

Ojej.

Ten trzydziestoletni staruszek, co miał obwisłą skórę mści się zza (mam nadzieję, że metaforycznego) grobu.

Siwieją mi włosy w brodzie. Sam mam zmarszczki. Jest gorzej. Całe życie podobali mi się starsi mężczyźni. Kiedy miałem lat 13, leciałem na osiemnastolatków (na szczęście tylko teoretycznie). Ale ostatnio… Jason Momoa jest ode mnie młodszy o dwa lata. Travis Fimmel też. Absolutnie najgorszy jest oczywiście Hafþór Júlíus Björnsson, który ma lat 29. Pod spodem zdjęcie 29-latka:

Sytuację ratuje jeszcze The Rock, który jest z rocznika 1972 – tak samo, jak Idris Elba. Zachodzi jednakowoż zjawisko przedziwne. Oturz! Wyobraźcie sobie, iż filmy i seriale nakręcone 20 lat temu ciągle mają w sobie aktorów w wieku sprzed 20 lat! Na przykład ‚Przyjaciele’ – gdy oglądałem po raz pierwszy śmiałem się, że hahaha, niby dorośli, a jacy śmieszni, ja to bym tak nigdy. Dzisiaj oglądam (tzn. nie oglądam, ale czasami ktoś coś na Bunia wrzuci) grupkę dzieci z kartami kredytowymi. Alejakto? Przecież ja się postarzałem, a oni nie? Dialogi nie zmądrzały? Co poszło nie tak?!

Kredytu się pozbyłem, dzieci nie mam, garnituru nie posiadam (mam marynarkę kupioną na ślub brata, od tego czasu miałem ją na sobie raz), nie chodzę do pracy, piszę urban fantasy, mając lat 35 zajmowałem się kowalstwem, no pani Barbaro, pani się popaczy na tego z irokezem i tatuażami, niektórzy to wstydu nie majo, ja to bym tak nigdy na ulice nie wyszła. Ale ciągle czekam na to olśnienie, dzięki któremu stanę się rozsądnym dorosłym. Olśnienie! Gdzież ono? W międzyczasie dużą część życia spędzam w przerażeniu, że ktoś to odkryje: niespotykane dziwo, dzieciak w czterdziestoletnim ciele, podszywa się, że niby dorosły, ale jakbyście wiedzieli, co on sobie myśli… On czasami czegoś nie wie! Ba – on na ogół nie wie! Gdzie dzieci, gdzie kredyty, gdzie garnitury? Ten dowód, ten akt urodzenia, wszystko sfałszowane!

Być może jest tak, że nikt nic nie wie, ale boją się wszyscy? (Jest sposób na te lęki, nawet wiele sposobów, w butelkach, w pastylkach, w małych plastikowych torebeczkach…) Może każdy czasami myśli, że urząd skarbowy coś tam, że może źle wychowuje dzieci, może im pozwala na za wiele, może za mało, może za dużo pracuje, może za mało? Czy ten dom jest tym domem, czy jednak nie tym? Gorzej, czy ten mąż jest tym, czy jednak nie tym? Może męski kryzys wieku średniego wraz z doczepionymi tlenionymi blondynkami i czerwonymi samochodami marki Porsz to wyraz tego właśnie strachu? Wszakże Porsz to też jest zabawka, bo umówmy się, że nikomu nie jest akurat taka bryka potrzebna w domu i zagrodzie. Zabawki przystoją młodziakom. Ja, Janusz, mów mi Jańciu, też jestem młody, haha, w duchu bardziej, hehe, ale oto moje zabawkowe Porsz, a to jest Klaudyna (Claudette – przerywa Klaudyna), może ma 20 lat mniej niż ja, ale tego nie odczuwamy, jesteśmy sobie równi (Jańciu – przerywa Claudette – zamów mi jeszcze jedno takie różowe do picia). Mam na imię Agata, ale wolę Agusia, uprawiam jogę i masaże tybetańskimi misami do picia smoothies z jarmużu, no powiedz, na ile lat wyglądam? Na ile? NO WIESZ CO??? Nie wyglądam na trzydzieści! Przyjrzyj się jeszcze raz!

I tak się podśmiechujemy, stosujemy mechanizmy kompensacji od kielonka do Porsza, od kremu do botoksu, oglądamy seriale, czytamy poradniki, a co rano modlimy się, żeby przyszedł ten rozsądny dorosły i się zajął naszym bałaganem – ORAZ żeby nie przyszedł, bo błyskawicznie doniesie komu trzeba, że my tak naprawdę tylko się podszywamy. A naprawdę wiemy tyle, co Jon Snow. Czyli nic.

A może to tylko ja?

Jeśli to tylko ja, to mi nie mówcie, bo będę płakuniać i ktoś dorosły będzie mnie musiał przytulić, zapewniając, że kiedyś będę mądrzejszy i wszystko będzie dobrze, a teraz gdybym mógł podpisać tę umowę na pięć lat i wysłać poleconym na adres taki a taki…

PS. Nie, Jos też nie jest rozsądnym dorosłym, różnica polega głównie na tym, że on się tym zupełnie nie przejmuje.

Zdjęcie: Rene Zuiderveld. Fotografia przedstawia czterdziestoletniego pisarza, człowieka poważnego, który wśród swych zainteresowań może wymienić palenie ognia, power tools, Travisa Fimmela, Jasona Momoę, tatuaże w typowych i nietypowych miejscach. Wykształcenie wyższe – mgr inż. matematyk. Posługuje czterema językami, z czego żadnym idealnie. Lubi instalować systemy operacyjne, Islandię, oraz pizzę. Niekoniecznie w tej kolejności. Jego marzeniem pozostaje odkrycie perfum, dzięki którym będzie pachnieć jak drwal, który spędził noc przy ognisku. Ciągle nie rośnie mu broda jaka powinna, ale za to już siwieje.

Piszą się powieści. Dwie.

Pierwsza jest na ukończeniu. Oceniam, że redakcja potrwa jeszcze 2-3 miesiące. Druga znalazła się właśnie w rękach beta czytelników. Być może skończę jej pisanie w tym roku, ale prawdopodobnie mi się to nie uda. Nie jest to wielki problem, ponieważ istnieją dwie drogi do wydania powieści w Stanach (mój rynek docelowy).

Tradycyjna publikacja

W tej chwili istnieje w Stanach pięć dużych wydawnictw (tzw. Big Five). Do niedawna było ich sześć, ale cóż, piniondz gópi, bo go nie ma. Jednakowoż w USA wydawnictwa w ogóle nie zaglądają do wysłanych bezpośrednio tekstów, interesujące są wyłącznie te, przez które przekopali się już agenci.

Droga do poszukiwania agenta jest żmudna sama w sobie. Przede wszystkim najpierw należy znaleźć osoby, które w ogóle interesują się gatunkiem, w którym piszę (pierwsza książka to fikcja historyczna z elementami fantasy). Ten pierwszy krok jest łatwiejszy, niż by się należało spodziewać. Wystarczy przejrzeć książki ze zbliżonego gatunku. Praktycznie każda pisarka dziękuje agentowi. W ten sposób zbieramy nazwiska. Kilka już mam, ale jeszcze niczego nie wysyłam, gdyż…

Czytaj dalej