Dla dokładności, jak na razie jest to kryzys 41-lecia.

Kiedy ktoś ma kryzys zdrowotny przez kilka tygodni, ludzie dzwonią, przynoszą kwiaty, prezenty, pytają, czy mogą pomóc. Wysyłają uściski, niektórzy nawet kartki pocztowe, jakieś tam dowody pamięci.

Po paru miesiącach, kiedy nie widać poprawy – a co gorsza niekiedy pogorszenie, ten strumyczek zaczyna wysychać. Część osób się nudzi, bo ile razy można spytać „jak się masz” i usłyszeć „źle”. Część obwinia chorego – to jest mechanizm psychologiczny, nie wymyślam tego na poczekaniu – podświadomie uważając, że skoro nie ma poprawy, to chory się nie stara wystarczająco. Część… zapomina. Dzwonią do mnie, zapraszają, ja nie przybywam, dzwonią, zapraszają, nie przybywam… i przestają dzwonić i zapraszać. Przestają też SMSować, pytać, jak jest.

Częścią mojego kryzysu jest dziwne skrzyżowanie odczuć: otóż obecność ludzi okropnie mi szkodzi i potrzebuję ciszy i samotności – ale jednocześnie czuję potrzebę kontaktu z ludźmi. Tylko ograniczonego i na moich warunkach. Niewielu jest gotowych się do mnie dostosować i cenię tych, którzy to czynią. Nie ma ich wielu. Liczba moich dalszych przyjaciół i znajomych spadła. Ale spadła też liczba osób, które uważałem za naprawdę bliskie. Nie jestem dla nich wystarczająco interesujący. Znów, jestem świadom, jak to działa i nie jestem zaskoczony. Tylko… no, sami wiecie.

A teraz opiszę ostatni rok. Bo mój kryzys trwa od roku, zmieniając się od głębokiego do mniej głębokiego, a potem z powrotem.

Czytaj dalej

Wszystko da się opisać na tysiąc sposobów.

Pogoda była śliczna, świeciło słońce. Była straszna, z nieba lał się żar. Moja dziewczyna jest głupia, czyta tylko „literaturę kobiecą”. Moja dziewczyna jest genialna, czyta. Moje dziecko znowu narobiło wstydu, przyniosło same tróje. Moje dziecko jest genialne, nigdy nie zdarzyło mu się oblać kartkówki. I tak dalej.

2018 był dla mnie zatem bardzo dobrym rokiem.

Mniejsze kółko

Wczoraj podziękowałem pewnej przyjaciółce za to, że jest nadal w moim życiu w okresie, kiedy wiele osób się z niego wykruszyło. Napisałem jej, że liczy się dla mnie jakość, nie ilość. Odpowiedziała, że nauczyła się tego dwadzieścia lat temu (jest ode mnie starsza). Mama powiedziała jej, że „twoje koło przyjaciół z wiekiem się zmniejszy i nie ma w tym nic złego”. Przyjaciółka najpierw odebrała to jako złośliwość, potem zrobiła się zwyczajnie smutna, po latach odkryła jednak, że była to prawda. Zamiast 50 powierzchownych znajomości opartych np. na tym, że pije się wspólnie piwo albo ogląda ten sam serial ma dookoła siebie pięć osób, na które może liczyć zawsze.

Kiedyś wydawało mi się, że umiem oceniać ludzi. Myliłem się ogromnie, czego dowodzi po pierwsze primo historia mojego życia miłosnego, po drugie zaś primo – to, co wydarzyło się, gdy imprezy zastąpiłem diagnozą, a pigułeczki z uśmiechem – pigułeczkami, których zadaniem było przypomnieć mi, jak się uśmiechać. Oczywiście natychmiast odpadły mi znajomości typu „cmok cmok kochanie, ślicznie wyglądasz, musimy się jakoś niedługo spotkać, brb, lecę po piwo, chcesz też?” – to nie było zaskakujące. Poleciały jednak również inne. W tym roku nawet zaskoczyło mnie nagłe zniknięcie osoby, którą przez lata uważałem za przyjaciela. Osoba zobaczyła mianowicie, jak dwubiegunówka wygląda wtedy, gdy nie chowam się w domu. Po miesiącach kiszenia się we własnych kwasach zrozumiałem, że zrobiła mi przysługę, mianowicie zniknęła wtedy, kiedy moje dalsze istnienie nie opierało się na obecności osoby lub braku tejże.

W tym roku moje kółko zmniejszyło się, ale jednocześnie objęło osoby, których w nim wcześniej nie było. (Słowami mojego cudownego wykładowcy z Politechniki, jest to kółko w metryce gruszki.) Ludzie, których zainteresowanie mną wydawało mi się powierzchowne okazali się przyjaciółmi na dobre i na złe. W stronę przeciwną – jak widać powyżej. Pewną markotną satysfakcję sprawiło mi odkrycie, że miałem rację w temacie człowieka, który jednak rzeczywiście dbał o nasz kontakt dopóki nie przestałem być mu przydatny. Udało mi się spędzić trochę czasu z przyjaciółką od lat… ojej, #samaniewiem, osiemnastu? – internet to fajna rzecz, ale nie da się przez niego jeszcze przytulić.

Czytaj dalej

Bardzo długo zdawało mi się, że ominie mnie kryzys wieku średniego. A tu nagle WTEM!!! Rozmawialiśmy sobie z Josem o różnych rzeczach, jakie robiliśmy kilka lat temu i wpadła mi do głowy taka oto myśl:

Kiedyś miałem ciekawe życie.

MIAŁEM.

W czasie przeszłym!

Gorzej być nie mogło. To znaczy mogłoby, gdybym teraz kupił Ferrari, ale mnie nie stać (tudzież nie posiadam prawa jazdy). Teraz wpadają mi do głowy kolejne myśli:

Czytaj dalej

Odpowiedź: niewiele.

Mój kryzys trwa tak naprawdę od maja (albo nawet lutego), tylko się rozwijał powolutku, udając, że go wcale nie ma. Potem zaczął być zauważalny. Potem – bardzo zauważalny. Od jakichś dwóch miesięcy jadę na oparach.

Blog zaniedbany, sprzątanie zaniedbane, projektowanie i muzykowanie (a chcę do książki zrobić soundtrack) zaniedbane, mąż zaniedbany. W tej chwili tak naprawdę robię dwie rzeczy: 1) piszę, 2) czytam. Chyba, że jeszcze się liczy leżenie w łóżku i jedzenie, w takim razie robię cztery rzeczy. Aha, jeszcze latam po lekarzach.

Użeram się z holenderską biurokracją, która działa jak każda biurokracja. Z tym, że chirurg trzeci raz mi chyba spieprzył operację, chociaż tak naprawdę dowiem się w styczniu. W ogóle wielu rzeczy się dowiem pewnie w styczniu. Do tego czasu muszę dojechać na tychże oparach, których wczoraj było tak mało, że nawet na Whatsappie mnie nie było, za dużo roboty i interakcji.

Priorytetem absolutnym jest książka. Chciałem ją skończyć do końca grudnia, ale tak się złożyło, że niechcący wygrałem konkurs o którego istnieniu zapomniałem. Redaktorka, która jest czymś w rodzaju gwiazdy pop w dziedzinie redagowania książek najpierw napisała mi różne dziwne rzeczy, których nawet nie umiałem skomentować, po czym wytłumaczyła co miała na myśli i rzeczy nabrały sensu. Przepisuję teraz różne rozdziały, bo ona ma rację (plus Zuzz – pozdro). Siedzenie w historii Islandii i w mitologii nordyckiej pozwala mi nie myśleć. Myślenie w tej chwili jest złym pomysłem.

Nie zamykam bloga, niczego w ogóle nie zamykam, ale dopóki kryzys się nie skończy – a nie zakładałbym się, że to nastąpi w tym roku – jedyne postępy, jakich należy się (MOŻE) spodziewać będą dotyczyć strony www.bjornlarssen.com, właściwego jej Facebooka i pisanej książki. Posty na bloga piszę z wyprzedzeniem, bo akurat w środy mogę nie móc, aktualnie jest o książkach dotyczących mitologii nordyckiej. Po części dlatego, że te same rzeczy po raz któryś czyta mi się łatwiej. Jestem w trybie nastawienia na przeżycie. Bo mam za dużo rzeczy do zrobienia, żeby się udawać w charakterze prochów do Arnarstapi, aczkolwiek jest to miejsce cudownie piękne.

Powiedziałbym „trzymajcie kciuki”, ale mogą Wam odpaść, więc po prostu wysyłajcie jakieś wibracje, reiki, modlitwy do dowolnych bóstw również przyjmę. Opiekę lekarską mam, zgoła w nadmiarze, wolałbym jej mieć mniej. Mąż ciągle na stanowisku. A ja w tej chwili siedzę na kanapie w piżamie i czekam, aż będę mieć siłę się ubrać.

Taki żyzń. (Jos czyta moje notki w tłumaczeniu Google Translate, ciekawe, co mu z żyznia wyjdzie.)