No stary jestem, co się gapicie. Stary i zgorzkniały, i nie rozumiem Tej Dzisiejszej Młądzierzy.

Mój kumpel, nazwijmy go Rysiu, oraz ja wybraliśmy się dwa dni temu do mojego ulubionego małego, mrocznego, przegrzanego, zadymionego baru celem spożycia kilku szklanek coli light i wymiany ploteczek na temat naszego życia uczuciowego i życia uczuciowego naszych znajomych. W barze odkryłem, ku swojemu zdziwieniu, masakryczny tłum przystojnych facetów. (Ciągle zapominam, że jest lato, wakacje i do ‚Damu przyjeżdża masa turystów, którzy po paru godzinach spacerowania wśród uroczej lipcowej aury trzęsą się z zimna i muszą gdzieś schować. *podkręca ogrzewanie*) Pierwszy chętny — bardzo przystojny, brodaty niedźwiedź, zupełnie w moim typie — usiłował mnie poderwać oryginalnym tekstem „ale masz fajne tatuaże” już w momencie, gdy zamawiałem pierwszą kolejkę. Podziękowałem i odwróciłem się z powrotem do szkockiego barmana, który nieustająco robi na mnie piorunujące wrażenie. Zdziwiony chętny rzekł tonem pytająco-zrezygnowanym:

— Ty to pewnie nie jesteś gejem…?

— Tam siedzi mój chłopak — odrzekłem, uśmiechnąłem się, wziąłem nasze cole i udałem się na z góry upatrzone pozycje przy, niestety, wygaszonym kominku.

Rysiu i ja przyglądaliśmy się turystom i nagle dotarło do nas, że jesteśmy najmłodsi z całego grona. Zupełnie nam to nie przeszkadzało, bo ja lubię starszych od siebie facetów, a Rysiu lubi się czuć młody i śliczny, ale w jakiś sposób nas to zdziwiło. Dym papierosowy, nieco zbyt głośna muzyka i gapiący się na nas turyści przeszkadzali nam jednak na tyle, że postanowiliśmy sobie pójść. Musiałem skorzystać z toalety, więc udałem się na górkę, a kiedy już skorzystałem i myłem ręce, dołączył do mnie kolejny przystojny, brodaty niedźwiedź, który odezwał się w te słowa:

— Chciałem tylko powiedzieć, że masz naprawdę fajne tatuaże, przyglądałem ci się od jakiegoś czasu, wow…

Przysięgam, że kiedyś ktoś spróbuje mnie poderwać NIE za pomocą tekstu „masz naprawdę fajne tatuaże”, a ja wtedy zemdleję ze zdziwienia i będzie mnie można za nogi zaciągnąć do darkroomu i wykorzystać na wszelkie sposoby zanim się ocknę.

*

Wylądowaliśmy z Rysiem w świeżo otwartym po przerwie Soho. Tzw. ulica gejowska, czyli Reguliersdwarsstraat, przez dłuższy czas właściwie nie funkcjonowała, ponieważ właściciel trzech największych barów na tej ulicy zbankrutował, po czym popełnił samobójstwo, a bank i browar, które bary przejęły, nie zajmują się prowadzeniem barów, więc zwyczajnie je zamknęli. W zeszły czwartek miało miejsce uroczyste ponowne otwarcie ulicy, ale przewodniki turystyczne nie są uaktualniane w takim tempie, żeby turyści zdążyli się połapać, więc w ogromnym, trzypiętrowym Soho było w sumie może dziesięć osób.

Zajęliśmy miejsca na ogromnej kanapie w rogu i rozglądaliśmy się po nielicznej publice. Wiek od 35 wzwyż.

Rysiu zaczął opowiadać mi historie z przeszłości Amsterdamu, kiedy to na tejże właśnie ulicy, na moście wybudowanym między dwoma barami, rozgrywało się biseksualne, fetyszystyczne seks-party, a telewizja pokazywała migawki z imprezy o godzinie siedemnastej w dzień powszedni. (DJ również mi o tym opowiadał, więc wierzę w prawdziwość opowieści.) Potem zaczął wzdychać, że w knajpie o nazwie Havana (również ponownie otwartej) kiedyś było strasznie fajnie, a w Soho było zawsze tylu młodych ludzi… Tak nostalgicznie pogadaliśmy sobie przez jakąś godzinkę, po czym Rysiu westchnął i obwieścił odwrót w związku z tym, że następnego dnia musiał rozpocząć pracę o 6 rano.

Po przyjeździe do domu odezwałem się do jednego takiego młodego pięknego modela, nazwijmy go Edzio, który jest moim źródłem informacji na temat poczynań osób poniżej 25 roku życia. (Na ogół zwracam się do niego per „moje dziecko”, zaś on do mnie „dziadziu”.) Edzio objaśnił mnie, iż nasze spostrzeżenie jest prawdziwe: młądzierz nie chadza już do starożytnych barów gejowskich i lesbijskich, pozostawiając te miejsca starym dupom w rodzaju mnie i Rysia. Młądzierz podrywa się wyłącznie online, zaś celem zabawienia się na mieście udaje się grupowo do „normalnych” barów, klubów i pubów, ponieważ nie czuje potrzeby zamykania się w getcie własnej orientacji. Heteroseksualna młądzierz nie ma z tym żadnego problemu, ponieważ jednym z elementów bycia młodą hipsterką jest posiadanie najlepszego kumpla-geja, a fakt, że kumpel-gej daje się zapoznać na „normalnych” imprezach, koncertach i w barach, szalenie to ułatwia.

Jednocześnie mnie to dołuje i cieszy i w sumie nie mogę się zdecydować, które bardziej. Nagle zrozumiałem uczucia, które mają geje i lesbijki po 60, słysząc, że teraz wszyscy się outują, po czym lecą truchcikiem do ratusza wziąć ślub, zamiast jak normalne pedalstwo uprawiać seks w darkroomach i dostawać po mordzie za zbyt odważne obnoszenie się ze swoją orientacją. Może jednak nie wprowadzajcie związków rejestrowanych w Polsce, zarobicie na turystyce jako skansen dla nostalgicznie nastawionych LGTB ze zgniłego Zachodu.

*

A na koniec anegdotka.

Moja siłownia jest, ahem, nieco branżowa. Chcę przez to powiedzieć, że widuję tam dwóch heteroseksualistów, których rozpoznaję po wyrazie ciągłej paniki w oczach i metalowej kolczudze noszonej na spodenkach celem ochrony cnoty. Mnóstwo facetów chodzi tam chyba tylko i wyłącznie po to, żeby podrywać świeże mięsko, lub pozwalać świeżemu mięsku na poderwanie siebie. Ja chodzę tam dlatego, że siłownia znajduje się dokładnie w połowie drogi między pracą, a domem, a podrywanie facetów na siłowni kompletnie mnie nie interesuje, tak więc wyróżniam się tam nieprzyjaznym nastawieniem oraz wiecznie wściekłą miną, mającą na celu odstraszanie potencjalnych zalotników. (Na niektórych nie działa, ale pewien rodzaj ludzi da się odstraszyć wyłącznie za pomocą dynamitu.) Niemniej jednak pojawiają się tam czasami faceci tak przerażająco piękni, że nawet moja jakże nieustępliwa szczęka lekko opada na ich widok.

Parę dni temu jeden z nich ćwiczył obok mnie. W skali od 1 do 10 jego urodę oceniłbym na jakieś 92. Starałem się uniknąć gapienia się na niego zbyt ostentacyjnie, ale w pewnym momencie podniósł wzrok i nasze oczy spotkały się. Przeszła między nami elektryczna iskra, gdy mierzyliśmy się spojrzeniami. I wtedy on zrobił minę, którą natychmiast rozpoznałem; minę, która wyraziła wszystkie, ale to wszystkie jego uczucia wobec mojej osoby; minę, którą jakże często prezentowałem osobiście na tej samej siłowni:

„OMG bitch, no interest.”

Bardzo serdecznie dziękuję państwu, bardzo serdecznie… 🙂

Ze smutkiem obserwuję komentarze po śmierci Amy Winehouse. Prawie każdy ma na ten temat coś do powiedzenia. Większość nie wie, o czym mówi.

Ignorancja na temat narkotyków i ogólnie uzależnień jest niezwykle powszechna; o wiele bardziej, niż same narkotyki, czy wiedza o nich. Najczęściej prezentowane są dwa poglądy: 1. narkotyki to natychmiastowe uzależnienie, śmierć w rynsztoku i Amy sama sobie zasłużyła, oraz 2. całe to gadanie o szkodliwości narkotyków to brednie wyssane z palca przez katolicką prawicę, w rzeczywistości wystarczy uważać i się nie uzależni, najwyraźniej Amy po prostu nie uważała i już. 

Pogląd pierwszy prezentowany jest często przez osoby, które nasłuchały się szkodliwych kłamstw rozpowszechnianych często przez lekarzy, polityków i inne osoby, które powinny mieć na tyle rozumu, żeby nie traktować swoich słuchaczy jak idiotów. Szkodliwe kłamstwa są dwa. Pierwsze: wszystkie narkotyki są równie groźne i równie uzależniające. Drugie: każdy, kto eksperymentuje z marihuaną musi skończyć na ulicy jako bezdomny uzależniony od heroiny. Tymczasem nastolatki widzą, że ich znajomi od lat palą ziele, prowadzą normalne życie, nie uzależniają się — a przynajmniej nie tak, żeby to było widać na zewnątrz — i nie sięgają po cięższe substancje.

Rezultatem polityki straszenia narkotykami i zrównywania twardych z miękkimi jest paradoksalnie zobojętnienie — skoro gadanie o uzależniającej marihuanie to gówno prawda, to pewnie gadanie o uzależniającym cracku też. Stąd biorą się osoby z drugiej grupy: ci, którzy twierdzą, że narkotyki wcale nie są szkodliwe i po prostu trzeba uważać. Tyle, że uważać można z marihuaną (uwaga na marginesie: od niej też się da uzależnić!), albo z alkoholem. Z crackiem nie da się uważać, bo potrafi uzależnić od pierwszego zażycia, że nie wspomnę o substancjach, które potrafią od razu zabić. Odwykówki i cmentarze pełne są tych, co uważali, albo po prostu byli przekonani, że uzależnienie to coś, co zdarza się innym.

*

Uzależnienie jest chorobą o bardzo skomplikowanym tle i powodach. Ludzie, prowadzący szczęśliwe i spełnione życie nader rzadko czują potrzebę umilania go sobie paleniem cracku lub wstrzykiwania sobie w żyłę kompotu. Owszem, rację mają ci, którzy mówią, że Amy przecież wiedziała, że narkotyki są szkodliwe, zanim wzięła je po raz pierwszy; nie jest to wiedza tajemna, dostępna wyłącznie wybrańcom. Tyle, że po pierwsze Amy zapewne miała w otoczeniu dużo osób, które jej wciskały, że „po prostu trzeba uważać” — chociażby Pete Doherty czy Blake Fielder-Civil, żeby nie szukać za daleko — a po drugie, osobowość podatna na uzależnienie nie myśli o tym, że zażywanie heroiny może skończyć się śmiercią. Źle, wróć — może i myśli, ale albo uważa się za nieśmiertelną, albo nie postrzega swojego życia jako rzeczy na tyle ważnej, żeby należało je chronić.

Wypowiadam się mądrze i uczenie z własnego doświadczenia, ponieważ tak się składa, że w pewnym okresie swojego życia byłem uzależniony psychicznie od alkoholu. Był to pierwszy rok mojej depresji, kiedy jeszcze nie leczyłem się i nie prowadziłem terapii; kiedy wmawiałem sobie, że pewnie mi się tylko zdaje, że po prostu szukam atencji, że jestem głupi, bezwartościowy i nie zasługuję, żeby się czuć lepiej. Jedynym sposobem poczucia się lepiej, jaki w tym czasie przychodził mi do głowy było picie. Najpierw — piwo, dwa dziennie. Potem — trzy, cztery piwa na pusty żołądek. Potem — butelka wina. Potem — litr „Grzańca Galicyjskiego” (w tym czasie 16-18% alkoholu) dziennie.

Kac i sensacje żołądkowe były dla mnie wtedy codziennością. Budziłem się rano z obrzydliwym smakiem przetrawionego alkoholu w ustach; biorąc poranny prysznic smagałem samego siebie myślami, że jestem obrzydliwym, nic nie wartym pijakiem, że muszę przestać, że normalni ludzie się tak nie zachowują. A potem szedłem do sklepu (wybierając różne sklepy, żeby w żadnym nie rzucić się przesadnie w oczy) i kupowałem więcej alkoholu, ponieważ — w dużym stopniu wskutek picia poprzedniego dnia — czułem się tak strasznie źle i tak cierpiałem, że nie obchodziło mnie, czy wyląduję w rynsztoku, czy zapiję się na śmierć i co na to powie moja uszkodzona przez żółtaczkę wątroba, ponieważ i tak jedyną alternatywą, jaką widziałem było samobójstwo. Bardzo długo zajęło mi zrozumienie, że alternatywą było również poszukanie pomocy lekarskiej i psychoterapia. Oczywiście WIEDZIAŁEM, że tak jest. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego mimo posiadania jakiejś wiedzy ludzki umysł często odmawia przyjęcia jej do wiadomości. Być może nie uważałem, że jestem wart zawracania pierdołami (tzn. sobą) głowy terapeucie, czy lekarzowi.

*

Nie mieszkałem w głowie Amy Winehouse i nie potrafię powiedzieć, co myślała i co czuła. Mimo buńczucznego „they tried to make me go to rehab, I said no no no” Amy wiele razy rozpoczynała kuracje odwykowe, które przerywała po piętnastu minutach, kilku dniach, czy tygodniu; odstawiała ciężkie dragi tylko po to, żeby zacząć pić tequilę butelkami; odstawiała tequilę po to, żeby zastąpić ją natychmiast paleniem ziela od rana do wieczora. Tak nie zachowuje się osoba, która kocha swoje życie, jest szczęśliwa i każdego dnia dziękuje bóstwom za to, że dały jej tak wiele dobrego. Tak zachowuje się osoba, która jest tak potwornie nieszczęśliwa ze samą sobą, że MUSI się odurzać — w sumie wszystko jedno czym — po prostu po to, żeby nie musieć czuć i myśleć. Doskonale pamiętam to uczucie. To, że w moim przypadku w grę wchodziło wyłącznie picie, było spowodowane wyłącznie tym, że nie miałem dostępu do niczego innego, gdyby w tym czasie ktoś zaoferował mi heroinę, prawdopodobnie bym ją przyjął.

Nie mam za sobą kuracji odwykowej; udałem się za to na psychoterapię. Kiedy moje życie się poukładało, magicznie przestałem czuć potrzebę picia codziennie. Po prostu sama sobie poszła. Pewnego wieczoru wypiłem mnóstwo piwa i wina, uwalając się na wesoło, czując się doskonale i świetnie się bawiąc, po czym następnego dnia obudziłem się z potwornym kacem. Spędziłem dzień w łóżku, zielony, co jakiś czas biegając do kibelka celem zwrócenia treści żołądkowej (złożonej głównie z alkoholu, bo jeść nie byłem w stanie) i po kilku godzinach tej tortury w mojej głowie zalęgła się myśl-pytanie: Za co tak siebie karzesz? Czemu tak siebie nienawidzisz? 

To było cztery lata temu. Od tego czasu tylko raz upiłem się na tyle, żeby mieć kaca. Zrobiłem to z czystej głupoty — usiłowałem dotrzymać tempa lepszym od siebie i zachlać stres. Nie znaczy to, że nie piję wcale; zdarza mi się dość regularnie czy to wyjść w rundę po barach, czy też po prostu pić ze znajomymi, lub nawet w samotności. Tyle, że nie piję, póki nie zlegnę w łóżku i nie zapadnę w pijacki sen; wypijam dwa piwa, czy dwa drinki i… wystarczy. Nie piję po to, żeby się udręczyć, żeby nie myśleć, żeby nie czuć. Jeśli piję więcej — jeśli wraca potrzeba — jest to dla mnie sygnałem, żeby się przyjrzeć, co się dzieje złego w moim życiu. (Pewnie Was to nie zaskoczy, ale przed odkryciem, że trzeba się znowu leczyć z depresji piłem codziennie. A teraz… jakoś nie.)

*

To prawda, że uzależnienie jest chorobą i to prawda, że da się je zaleczyć. To prawda, że niektóre uzależnienia zabijają prędzej, niż inne. (Wy, którzy tak łatwo potępiacie Amy, czy takie same słowa potępienia macie dla swoich palących znajomych, którzy przecież samych siebie krzywdzą i niedługo z pewnością umrą na raka płuc I BĘDZIE TO ICH WŁASNA WINA?) To prawda, że w małych ilościach marihuana, ecstasy, alkohol czy kokaina są stosunkowo niegroźne, o ile np. nie wpadamy na pomysł prowadzenia samochodu po zażyciu, lub nie posiadamy w domu broni maszynowej. Tyle, że niektórzy nie potrafią ograniczyć się do małych ilości i nie jest to kwestia uważania, tylko posiadania osobowości podatnej na uzależnienia, środowiska, w którym się przebywa, posiadanej ilości pieniędzy i rozmiaru nienawiści odczuwanej wobec samego lub samej siebie. Osobowość depresyjna, nieszczęśliwa i podatna na uzależnienia jest w stanie uzależnić się od wody i wypić jej tyle, że umrze z braku minerałów. Osoba szczęśliwa i spełniona prawdopodobnie od niczego się nie uzależni, bo zwyczajnie nie będzie miała potrzeby picia do upadku sześć razy w tygodniu, palenia ziela o dziewiątej rano (i o dziesiątej, i o jedenastej, i…) i ogólnie uciekania od tego, co mieszka u niej w głowie. Osoba szczęśliwa i spełniona, której zdarzy się z głupoty czy namowy spróbować ciężkich narkotyków albo nigdy nie spróbuje ich ponownie, albo poszuka pomocy, kiedy odkryje, że zabawa zaszła za daleko. Osoba nieszczęśliwa i podatna na uzależnienia tego nie zrobi, bo nie będzie uważać, że jej własne życie jest tego warte.

Znane i oklepane hasełko pt. zanim pozwolisz komuś pokochać siebie, musisz najpierw pokochać siebie samego/samą jest prawdziwe. Dotyczy również osób chorych na depresję i uzależnionych. Nie można obwiniać rodziny za to, że nie zmusiła Amy do siedzenia na odwyku; po to, aby pozbyć się uzależnienia, czy wyleczyć z depresji trzeba CHCIEĆ pozbyć się uzależnienia lub wyleczyć. Samemu trzeba chcieć. Trzeba tego chcieć bardziej, niż chce się zachlać/zajarać/wstrzyknąć i zapomnieć. Trzeba czuć, że życie jest piękne i wspaniałe, a my chlejąc/jarając/wstrzykując tracimy większość z jego uroków, marnujemy czas, krzywdzimy samych siebie i nasze otoczenie. Osoba, która tego nie czuje nie jest w stanie wyjść z uzależnienia, nieważne, ile tygodni spędzi w rehab — nic nie pomoże osobie, która w duszy będzie powtarzać sobie ‚no, no, no’ i liczyć godziny pozostałe do momentu, kiedy ją stąd wreszcie wypuszczą, przestaną pilnować i będzie mogła dać sobie znowu w żyłę i przestać być back to black.

No, sypie się miłość po 30, cóż rzec. Depresja i świeże związki są mało kompatybilne, jak się okazuje. Zwłaszcza w przypadku, gdy druga osoba nie rozumie, że depresja nie polega na tym, że mam negatywne myśli, ale przecież mogę przestać je mieć i się wziąć w garść.

*

Najpierw idzie sprzątanie. Jakoś tak jest, że do sprzątania w najlepszych dniach motywuję się długo, nie lubię tej czynności, cóż pocznę. Najgorsze jest ścieranie kurzy. To mi się zdarza może raz w roku. Bo co to za zabawa? Wszystko wycieramy, a dzień później wygląda prawie tak samo, bo wzbity w powietrze kurz opada i tyle ze sprzątania. Albo mycie półeczki przy lustrze w łazience. Trzy dni może wygląda, jakby ją umyto. Odkurzanie jakoś łatwiej mi przychodzi, a najbardziej lubię myć okna, może dlatego, że różnicę widać gołym okiem, a czynności nie trzeba powtarzać co tydzień.

Na drugi ogień idzie gotowanie. Kiedy mam depresję, zanika mi poczucie smaku, cała paleta smaków dostarczanych przez naturę zawęża się do „słone”, „słodkie” i „ostre”. W pierwszej depresji żywiłem się zupkami yum-yum, w drugiej — batonikami i pizzą. Kiedy się zorientowałem, paradoksalnie zacząłem się odżywiać zdrowiej, bo skoro wszystko mi jedno, jak toto smakuje, to mogę żreć łososia, brązowy ryż i mizerię z jogurtem 0%. Tylko te batoniki jakoś mi podejrzanie łatwo wpadają w ręce. Może muszę je oddać DJowi, zanim mnie porzuci, on lubi słodkie.

Potem już sypie się właściwie wszystko. Miłośnik muzyki, który odkrywa, że od godziny czegoś słucha, ale nie zauważył, że coś w ogóle gra; zapalony paker, który na siłownię zbiera się 45 minut, dotarłszy na miejsce nie może się doczekać, aż będzie mógł sobie pójść; grafik, muzyk i pisarz, który nie robi absolutnie nic kreatywnego, bo mu nie przychodzi do głowy. No i te 10-12 godzin snu dziennie, po których budzę się wykończony i właściwie to mógłbym spać dalej… Uczucie ciężkości nóg i rąk. Wspomnienie, że kiedyś robiłem taką rzecz, uśmiechanie, i że to chyba było fajne. Tak mi się zdaje. Wspomnienia tego rodzaju szybko się zacierają.

Leki, jak na razie, niespecjalnie pomagają. To znaczy rozsmarowały 30-minutowe okresy leżenia na kanapie i gapienia się w okno do 10-godzinnych okresów czucia się chujowo i myśli samobójczych. Przysięgam, że pierwsza myśl samobójcza była w jakiś sposób podtrzymująca na duchu — „nigdy nie jest tak źle, żeby nie można się było zabić” — ale 10 godzin dziennie to pewna przesada, zwłaszcza po ciężkiej rozmowie z DJem, który uważa, że zachowuję się egoistycznie, cały czas jestem tylko negatywny, a dodatkowo w ogóle nie dbam o jego potrzeby, np. potrzebę pójścia dziś na imprezę. No, zachowuję, jestem i nie dbam. Na tym to mniej więcej polega. Poza tym naprawdę po 10 godzinach myśli samobójczych ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę jest impreza.

Ciężko mi go obwiniać. Kiedy się poznaliśmy, połączyła nas miłość do muzyki i tańca, wspólne imprezowanie, doskonały seks, wspólne spożywanie różnych ciekawych substancji, całonocne siedzenie i gadanie o ludziach i o życiu; nikt nie uprzedzał, że z tych wszystkich rzeczy zostanie ewentualnie jednostronna rozmowa z rośliną, gapiącą się pusto w przestrzeń. DJ na depresję nigdy nie cierpiał, więc jej nie rozumie, zresztą o czym mowa, skoro osoby, które cierpiały na nią rok-dwa temu, ale już przestały też błyskawicznie zapominają, jakie to uczucie.

Jakoś nie mam zakończenia do tej notki, ale może to dobrze.

Właściwie, gdyby się nad tym zastanowić, miłość powinna być zakazana.

Pomyślcie chociażby o objawach nagłego odstawienia. Zakochana osoba, z którą zrywa partner, czy partnerka jest niezdolna do pracy, często do samodzielnego ubrania się i umycia, zrobienia zakupów, kawy czy herbaty. Histeryczny płacz, zaniedbywanie higieny, problemy z komunikacją z otoczeniem, skoki nastroju od „jak ja nienawidzę tego podłego gnoja” aż do „jak ja go strasznie kocham, o Boże, jak ja go kocham” należą do normy. Żadna z substancji, jakich zdarzyło mi się używać, nie generuje tak przerażającego uzależnienia i takich trudności z odstawieniem — nie próbowałem heroiny, być może odstawianie heroiny przebiłoby objawy generowane przez zerwanie z ukochanym, ale jakoś niespecjalnie mam ochotę sprawdzać nawet dla dobra nauki.

Świeże zakochanie daje haja nieporównywalnego, znowu, z żadną znaną mi substancją. Kiedy zakochałem się — wbrew własnej woli — w jednym takim brodatym Arabie, który rozpoczął z nami pracę, nie wiedząc o nim w ogóle NIC, włącznie z tym, czy aby jest gejem, nie mogłem spać. Nie mogłem jeść. Przez 3-4 dni zjadłem, o ile pomnę, dwa małe jogurty. Chodziłem jednak na siłownię i biłem na niej rekordy, napędzany opętańczą energią biorącą się nie wiadomo skąd. Raz wszedł do pokoju, w którym się znajdowałem, ja zaś porzuciłem to, co robiłem i poleciałem do toalety zwymiotować. Mój organizm generował tak niewiarygodne ilości CZEGOŚ — chyba nie tylko oksytocyny, nie wydaje mi się, że ta działa aż tak gwałtownie — że nie potrzebowałem już nic więcej, aby nie tylko funkcjonować, ale zgoła czynić to na wielokrotnie zwiększonych obrotach. Amfetamina my ass.

Skutki społeczne miłości są nie do przecenienia. Ileż karier, ile majątków, firm legło w gruzach na skutek rozwodów? Małżeństwa są najdobitniejszym dowodem na to, że miłość jest przerażająco szkodliwa; oto bogaci, inteligentni ludzie bezmyślnie przekazują w cudze ręce połowę swojego majątku. Na szczęście w ostatnich latach coraz częstsze jest spisywanie intercyzy, dzięki której przynajmniej części skutków miłości daje się zapobiec i zredukować nieco jej szkodliwość. A co dzieje się w przypadku, gdy pojawia się dostawca mocniejszego, bardziej czystego narkotyku? Towar, którego używaliśmy do tej pory nagle przestaje nas kręcić; nowy dostawca zaczyna zajmować czas w naszych myślach i miejsce w naszym łóżku, w kąt idzie lojalność i obowiązki, jakie mieliśmy wobec poprzedniego dostawcy. Chciałem powiedzieć, żony/męża/chłopaka/dziewczyny.

Nic nie wydaje się zabezpieczać nas przed zgubnym skutkiem miłości. Nawet doświadczenie, płynące z wieku. Sam pół roku temu byłem przekonany, że uodporniłem się już przeciwko miłości i więcej mi się ona nie przytrafi, ale zamiast się tym cieszyć, głupio wzdychałem, że strasznie za nią tęsknię. I proszę, ponad cztery miesiące już mijają od poznania DJa, a ja znowu chodzę na haju, zaniedbując siłownię, pisaną książkę, remiksowane piosenki, regularne sprzątanie, pracę nad portfolio, ponieważ w mojej hierarchii ważności przebywanie z DJem jest na miejscu pierwszym, a jeśli jest to niemożliwe, objawy odstawienia pojawiają się w ciągu 24 godzin i uniemożliwiają skupienie się na czymkolwiek innym, z wyjątkiem pisania notek na bloga, oglądania głupich filmów, wysyłania mu SMSów i opowiadania różnym znajomym i przyjaciołom, jak bardzo tęsknię za moją małą paskudą.

Napisałbym coś więcej, ale nie dostałem nowej dawki narkotyku już od 4 dni i naprawdę nie mogę się skupić na niczym dłużej, niż pół godziny. Wraca jutro. Rano. Miał wrócić po południu, ale nie może beze mnie wytrzymać aż tak długo.