Zgodnie z prośbą Moreni z wczorajszego komentarza.

Praca nad pierwszą książką CHYBA zbliża się do końca. Aktualny tytuł, który na razie zmienił się pięć razy, to ‚Storytellers’. Wziął się z tego, że w rzeczywistości każda osoba opowiadająca historię jakiegoś wydarzenia jest niewiarygodnym narratorem. Bardzo mało rzeczy jest 100% faktami, którym nie można zaprzeczyć. Gdy przychodzimy do domu, a na podłodze leży stłuczona szklanka wiemy na pewno, że szklanka jest stłuczona. Jest to oczywisty fakt i nikt nam nie wmówi, że białe jest białe i tak dalej. Ale co, jeśli w domu nie było nikogo? Co jeśli był, ale się wypiera? Jeśli mamy dwójkę dzieci, z których każde donosi na to drugie, a drugie zaprzecza i oskarża pierwsze? A jeśli w rzeczywistości nastąpiło malutkie lokalne trzęsienie ziemi? (To nie do końca żart, dzisiaj za naszym oknem jeżdżą takie ciężarówy, że budynek się trzęsie.) A szklanka to przecież drobiazg. Co z zemstą, zazdrością, miłością, przemocą, morderstwem w samoobronie alibo nie, dowolnym procesem sądowym? Dużą część ‚Storytellers’ stanowi opowieść z przeszłości snuta przez jednego z bohaterów. Ale czy opowieść jest prawdziwa, a jeśli tak – w jakim stopniu? Co miałyby na ten temat do powiedzenia inne występujące w niej osoby? Kto opowiadając o sobie przedstawi siebie jako złego człowieka, a pozostałych jako dobrych? Sięgając po zużyty przykład, czy Hitler byłby uznawany za uosobienie zła gdyby drugą Wojnę Światową wygrali Niemcy?

Czytaj dalej

Ta notka stanowi kontynuację cienko śpiewającego Hartmana i trochę się w niej powtarzam.

Erika Liodice na stronie Writer Unboxed pisze: (tłumaczenie moje)

Jedyne słowa niosące moc większą niż te, które piszesz to te, które mówisz. Dotyczy to zwłaszcza słów, jakimi opisujesz siebie i swoją pracę. Na początku swojej pisarskiej kariery mówiłam na przykład „ale nie jestem prawdziwą pisarką”. W rzeczywistości pisanie było dla mnie tak ważne, że rozmawianie o tym z innymi – nawet najlepszymi przyjaciółmi – powodowało, że czułam się niesamowicie wrażliwa. Bałam się, że ludzie pomyślą w tajemnicy ona nie ma tego, co powinna mieć, więc wyprzedzałam ich i dołowałam samą siebie. Osiągnęłam tylko to, że dałam im przyzwolenie, by nie brać mnie i mojej pracy na poważnie. Co gorsza, pozwoliłam na to sobie, co negatywnie wpłynęło na rzecz, która była dla mnie tak ogromnie ważna. Dopiero kiedy zmieniłam swoje słowa i zaczęłam mówić o sobie jako powieściopisarce ludzie zainteresowali się moją pracą i zechcieli ją opublikować.

Janet Reid, agentka literacka:

Pewna kobieta, którą nazwiemy Przygotowaną, była w stanie zainteresować mnie samym tytułem swojej książki. (Muszę tu pozostać dyskretna w temacie szczegółów.) Spędziłyśmy więcej czasu na rozmowie o czym historia jest, raczej niż opisywaniu, co się w niej wydarza.

Gdy zapytałam mężczyznę, którego nazwiemy Prawie Opublikowanym o czym jest jego książka wydawał się bardzo zdeterminowany, by NIE zachęcić mnie do lektury. Bardzo oczywiste było, że czuje się źle mówiąc o sobie, lub chwaląc siebie [w sensie pochwał, nie chwalenia się – R.] w jakikolwiek sposób.

Czytaj dalej

Mój romans z profesorem Hartmanem jest niezwykłą huśtawką emocji. Przez wiele lat pożądałem jego brodatego umysłu i chciałem nim (Hartmanem, nie umysłem, chociaż to też) zostać, gdy tylko dorosnę. Potem moje uczucia zaczęły być mniej sprecyzowane, aż profesor na jakiś czas zniknął z mojego horyzontu. Aż się na nim znów pojawił i to niestety był błąd. Profesor napisał rzecz niewybaczalną, część osób pewnie zgadnie, nieważne, która to rzecz, moja miłość została zgaszona, zgliszcza zasypane piaskiem, następnie zatopione, POTEM polane pianą i jeszcze na wszelki wypadek zabetonowane.

Pan profesor oczywiście nic o tym nie wie, ale chcę wierzyć, że gdyby się dowiedział niezwykle by go to ubawiło.

Wczoraj, gdy polowaliśmy na zorze polarne (bez powodzenia, ale o tym będzie więcej na www.bjornlarssen.com) z nudów przeczytałem felieton pana profesora. Poniżej cytaty. Utwór nazywa się „Duda cienko śpiewa?”, w tytule jest o kilka wykrzykników mniej niż zazwyczaj, z jakiegoś powodu lektura wydała mi się dobrym pomysłem.Czytaj dalej

Moją pierwszą inkarnacją była ta… przyrodzona. Ale nie wszyscy wiedzą, że nazwisko pod którym mnie dawno temu poznali było w rzeczywistości moim drugim. Mimo tego, że bio-ojciec chciał tylko tego, żeby mama usunęła ciążę, z nieznanych powodów dał mi swoje nazwisko. Nosiłem je do siódmego roku życia, kiedy zmieniono je (po spytaniu mnie o zdanie!) na nazwisko ojczyma. Nie wiem, jakie powiedzonko polskojęzyczne tu pasuje. Powiedzmy, że wpadłem z kowadła pod młot pneumatyczny.

W roku 1996 zacząłem używać internetu. Bardzo prędko odkryłem, że żadna zagranica nie umie napisać mojego imienia i nazwiska bez zrobienia co najmniej jednej literówki, co mnie szalenie irytowało. Poprawiałem cierpliwie, potem niecierpliwie, aż mi się znudziło. Czytałem wtedy książkę Grishama, w której jedna z postaci nosiła imię “Ray”. Spodobało mi się i zmieniłem internetową tożsamość na Raya. Poznawałem przez internet nie tylko osoby anglo-, ale też polskojęzyczne. W pewnym momencie zjawiłem się na imprezie, na której dwie osoby z ożywieniem rozmawiały o swoich znajomych, z których jeden nazywał się Ray, a drugi… tak po polsku. Szalenie się zdziwili, jak podobni ci znajomi byli do siebie…

Czytaj dalej