O pisaniu nie podejmuję się pisać (hohoho), porad tego typu będę udzielać albo po wydaniu dziesiątej powieści, albo po otrzymaniu Pulitzera. Opiszę więc proces wydawniczy dla self-publisherów – nie wiem, jak się przekłada na rynek polski, ile osób to w ogóle zainteresuje, ale nauczenie się tych rzeczy zajęło mi ponad rok i może komuś zaoszczędzę czasu…

 

Po pierwsze – piszemy książkę.

To nie jest tak proste, jak brzmi. Nie dlatego, że „nie mam pomysłów”, „kto to będzie czytać”, etc. Technicznie rzecz biorąc, książka telefoniczna to też książka, chociaż akcja nie posuwa się zbyt wartko. Pomysłów mam tysiąc, mogę rozdać. Dobrych pomysłów mam może pięć. Napisanie książki zajmuje przede wszystkim dużo czasu i wymaga cierpliwości, tudzież samozaparcia. Tak więc pierwszym elementem wydawania książki jest spędzenie pewnej ilości czasu na pukaniu w klawisze.

Są osoby, które potrafią napisać powieść w trzy miesiące. Nie należę do nich, więc pukałem długo. To znaczy wtedy mi się wydawało, że to już jest długo…

Czytaj dalej

Zapytano mnie trzy razy – w ogóle to ciekawe, zbieram pytania do następnego newslettera, mam trzy, każde zadane przez trzy osoby – jak zdołałem ukończyć książkę. Myślałem nad tym długo i odpowiedź jest prosta: kryzys wieku średniego.

Z jednej strony jestem obrzydliwie niższo-średnio-klasowy. Marzę o domku na przedmieściach, ogródku – no dobrze, ogrodzie, chciałbym nawet mieć psa (?!!? – mam psofobię, ale uczę się ją przezwyciężać) i żywopłot (ratunku!!!). Tylko 1.75 dziecka nie chcę, w naszym związku jest już dwoje dzieci, a raczej dwóch. Wystarczy. Z drugiej strony zamiast rzucać się na Ferrari i młodszych partnerów, latać po imprezach tłumacząc sobie, że jestem młody duchem, zachowuję się dokładnie odwrotnie. Kryzys przyniósł mi wreszcie zrozumienie, że nie mam obowiązku być taki, jak inni i nie tylko pod względem tatuaży i fryzury. Ogólnie.

Różne osoby, w tym moja siostra są aktualnie – że tak powiem – na rynku randkowym. Kiedy słucham ich opowieści, nawet tych naprawdę ekscytujących, przeżywam chwile szczęścia na myśl, że ja nie muszę. Siostra opowiada mi o wypadzie do muzeum, kolacjach (liczba mnoga) ze śniadaniami, standupie, pokazuje całkiem przyjemne zdjęcia. Inna znajoma osoba – jak zwykle zmieniam i mącę – jest tak jakby w połowie rozwiedziona, już się decyduje na powrót, po chwili na odejście, trochę się z kimś spotyka a trochę nie, korzysta z życia alibo nie korzysta. A ja nie muszę. Jak mawiał kolega z liceum, to jest nudne i w tym czasie możnaby napisać jakiś program.

Gdybym się jutro obudził i odkrył, że w mym łożu znajduje się dwudziestolatek zacząłbym wrzeszczeć i protestować przeciwko takim koszmarom. Ferrari przyjąłbym z przyjemnością, to zdaje się jest drogie i być może nawet wystarczyłoby na domek z ogródkiem. No dobrze, chcę mieć motocykl, to nie jest kryzys, chcę go mieć jakoś od dziesiątego roku życia.

W tej chwili znajduję się w Magicznym Ogrodzie, patrz fotka. Panuje tu cudowna cisza, tzn. będzie panowała gdy mój przyjaciel skończy kosić trawę. Wieczorami chodzę na długie spacery po czymś, co po polsku nazywa się chyba padok – takie pole, po którym biegają konie, w nocy nie biegają. Księżyc w pełni nawala z taką mocą, że próbując oglądać gwiazdy wyraziłem pewien niesmak, bo co to za lampa, po czym się odwróciłem. Zdjęcia będą w przyszłym tygodniu, bo mam Internet dowożony na taczkach i sprawdzanie maili trwa kilka minut.

Co za ulga…

Czytaj dalej

Od robienia różnych rzeczy powstrzymują nas na ogół dwie obawy. Przed porażką i przed sukcesem.

Obawa przed porażką teoretycznie wydaje się bardziej zrozumiała, ale w rzeczywistości bardziej przerażający jest sukces. Jeśli uda nam się go osiągnąć, będzie nas oceniać więcej ludzi. Im więcej oceniających, tym większa szansa, że zostaniemy zmieszani z błotem. Nieważne z jakiego powodu. Znajomy pisarz dostał ostatnio recenzję na Amazonie, jedna gwiazdka, osoba napisała, że zaczęła czytać darmową próbkę (10% treści), w 1/3 się znudziła, więc jedna gwiazdka. Po przeczytaniu trzech procent książki. Sława instagramowo-telewizyjno-kardaszankowa wiąże się z tym, że bez przerwy ma się nad głową kamery, kąpie się w pieniądzach – oraz w bluzgach. „Jesteś tłustym, ohydnym pasztetem” – incel74. „Taka chuda, widać, że chora, by coś zjadła” – sweetbabyspice99. „Żygać mi się chce jak patszę się na tą besmyślno morde” – wszehpolak_22cm.

Takich i innych rzeczy należy się spodziewać w razie sukcesu. Nawiasem mówiąc, mam nadzieję, że nigdy nie będę sławny.

Porażka działa, rzecz jasna, odwrotnie. Robimy coś tam, wkładamy w to całe serce i mnóstwo pracy, po czym albo świat tego nie zauważa, albo rozdeptuje mimochodem. Ewentualnie sami do tej porażki jakoś doprowadzamy, nie licząc się z realiami. Mam znajomą, która postanowiła zostać zawodową pisarką i się z tego utrzymywać. Życzę jej z całego serca, aby jej się udało. Jest tylko jeden problem, mianowicie chce ona rozpocząć karierę od wydania cyklu dziewiętnastu eksperymentalnych powieści. Naraz. Kończy pierwszą i daje sobie czas do końca roku na pozostałe osiemnaście. Pierwsza zajęła jej na razie dwa lata… ALE – szansę na sukces posiada, ponieważ coś robi. Dzięki temu posiada również szansę na porażkę. Gdyby nie pisała pierwszej powieści, nie miałaby szans na nic, ale z pewnością nie zostałaby zmieszana z błotem i rozjechana walcem.

Czytaj dalej

Zgodnie z tytułem.

Wczoraj dotarło do mnie, że umieram z przerażenia na myśl o ilości dostępnych form promocji, jednocześnie wiedząc, że nie wszystkie są mi dostępne. Chociażby zalecenie, aby w newsletterze zachęcać czytelników do kontaktu za pomocą zadawania im otwartych pytań – super, ale nie wyrabiam się z odpisaniem na 10 maili w moim inboksie już teraz. Media socyalne jakoś tam obczajam, ale według marketerów powinienem być na WSZYSTKICH, w szczególności na Pintereście, którego w ogóle nie potrafię zrozumieć. Tzn. rozumiem do czego służy, nie rozumiem, co miałbym na nim robić…

Na razie dziękuję osobom, które wczoraj poniekąd nabyły już książkę w przedsprzedaży dwukawowej mimo tego, że nie przeczytały jeszcze ani jednego słowa ponad tytuł. Dziękuję za Waszą wiarę we mnie, Kochani, mam nadzieję jej nie zawieść!