Piszę to nieco wcześniej, ale z premedytacją ustawiam datę publikacji na 16 stycznia, bo wtedy ma miejsce Blue Monday. Jest to dzień, kiedy najwięcej (procentowo) ludzi nawet bez zepsutych mózgów ma objawy depresji. Dzieje się tak, ponieważ:

  1. Przychodzą rachunki za karty kredytowe („koperta 1 z 2”)
  2. Minęły święta, sylwester, nowy rok, czech króli, a do wiosny (nie mówiąc o lecie) cholernie daleko
  3. Za oknem widok, jakby jakimś cudem okno pracowało w trybie monochromatycznym
  4. Zimno (nie dotyczy osób, które lubią, jak im zimno, znam takie dwie)
  5. Postanowienia noworoczne na ogół zdążyły się już albo rozmyć w pamięci, albo zwyczajnie zawieść (od początku stycznia chodzę na siłownię, zapłacę za cały rok, to wyjdzie taniej! ojej, na siłowni można się spocić, to obrzydliwe! pójdę jutro… albo pojutrze… albo może w nowym roku…)

Blue Monday to w rzeczywistości pseudonauka, pojęcie wymyślone po to, żeby zareklamować pewną agencję podróży. Nie zmienia to prostej prawdy: sposobem na uniknięcie nierozczarowywania się własną niemożnością spełnienia postanowień noworocznych jest niepodejmowanie postanowień noworocznych.

(Zanim klikniecie, lub nie klikniecie „czytaj dalej”, uprzedzam, że dalej jest o Islandii.)

Czytaj dalej

Alternatywne tytuły brzmiały:

„2017”
„Z nowym srokiem”
„E tam”
„Też mi zmiana”

Dopiero wczoraj, już po fakcie, udało mi się pozbyć niemożliwości powiedzenia „hepi niu jer”. Nikt nie zauważył, że po angielsku mówiłem „happy new” a po polsku „szczęśliwego”. Po stratach, których doznałem w 2016 – mam na ich temat bardzo smutną notkę w draftach i gdybym chciał, żebyście się wszyscy popłakali, to ją zamieszczę – trudno mi uwierzyć, że od zmiany jednej cyferki w kalendarzu nagle nastąpi BUM TARARA i świat stanie się lepszym miejscem, wojny zakończą, George Michael i Carrie Fisher wrócą do życia, a poza tym…

No, a poza tym niestety już wiem kilka rzeczy, które przyniesie mi 2017 i nie wszystkie są fajne.

Czytaj dalej

Wczoraj był ekskluzywny snik pik dla osób, które czytają notki o moich podróżach do końca, dzisiaj oficjalne zawiadomienie.

Rozmawiałem ostatnio z bardzo mądrą osobą, którą niniejszym pozdrawiam, jeśli jest wśród kilku, które doczytały do tego punktu. Powiedziała mi, że nie wierzy we łzawe pożegnania, zakończenia, dramatyczne szlochy i opuszczanie kurtyny. Wiecie co? Miała rację. Jest coś takiego, jak jumping the shark. Na moje oko MPO30 dżampnęła szarka co najmniej pół roku temu. Czas na coś nowego. Może nowe będzie lepsze, może gorsze, na pewno będzie inne. Będzie po angielsku, dzięki czemu czeka mnie sława w całym świecie. Jakoś w końcu muszę na ten dom na wsi i kuźnię uzbierać. Szablon zmieni się jeszcze 15 razy, ale to chyba też u mnie normalne i nie muszę uprzedzać.

framewalls

Miejscówka nazywa się Ray and the Husby i będzie o tym, o czym MPO30 przestało być, zamieniając się w śmietnik. (Trzeba było tego nie skracać do MPO. Moja własna wina.) Tutaj będę czasami wracać, żeby napisać coś o kuźni – wierzę, że wrócę – o polityce holenderskiej i generalnie o pierdołach kompletnie niezwiązanych z tytułem bloga. Będę o tym zawiadamiać na Buniu, jakby co. Zaś Husby-blog będzie zabawny, przynajmniej mam taką nadzieję – będzie też po angielsku, na to mam nawet większą nadzieję. Będzie duuużo promocji homoseksualizmu i zrzuty ekranu z The Sims. Któż oprze się takim atrakcjom? M30 od jakiegoś czasu mnie męczy i myślę, że widać to w jakości wpisów. Nowy blog mnie ekscytuje i również mam nadzieję, że będzie to widać w jakości wpisów.

http://www.rayandthehusby.com

https://www.facebook.com/rayandthehusby

Nic się nie kończy. Czasami po prostu trzeba zacząć od początku.

Zapytałem na Buniu, o czym mam pisać książkę: o dziewczynie z borderline, o depresji, czy o Islandii. Wyszło, że o Islandii, więc zacząłem research.

Po pierwsze primo, natrafiłem na problem czasowy. Z tego, co na razie przeczytałem wynika, że Islandia mniej więcej do 1900 roku składała się głównie z torfu, darni i brudu. Nie w tej kolejności. Zamajaczyły mi bardzo podniecające wizje opisywania ludzi tak pokrytych brudem, że nie da się powiedzieć, jakiej są rasy. W książce historycznej, którą czytam autor cytuje autobiografię, wedle której podłoga była tak pokryta brudem, że nie dało się powiedzieć, z czego jest zrobiona. Co również uznałem za wielce interesujące, niemniej jednak książka NIE powinna być o tym, że ludzie są pokryci grubą warstwą wszy i mieszkają w domach zrobionych ze spleśniałej darni. Jak wiadomo, czytelnik powinien identyfikować się z bohaterem, nie wiem, czy moi ukochani czytelnicy będą się umieli identyfikować z człowiekiem, który myje się raz w roku, a ubrania pierze w specjalnie do tego celu zbieranym moczu. (W poprzednim zdaniu nie ma ani literówki, ani autokorekty.)

Czytaj dalej