Jak zapewne każdy młody człowiek myślałem kiedyś, że wypadki przydarzają się innym ludziom. No wiecie, rak, HIV, wypadki samochodowe, porwania, zabójstwa. Innym ludziom, opisywanym potem w gazetach. Jak każdy młody człowiek byłem, rzecz jasna, nieśmiertelny i niezniszczalny. To samo podejście miałem do wieku i siwizny. Oczywiście każdy się starzeje, ale to z pewnością nie dotyczy mnie. Miałem wszak lat 20 i świat tylko czekał, aż go podbiję.

Pewnego dnia mieliśmy wypadek samochodowy. Mieliśmy jechać na wczasy, bo ja wiem, powiedzmy, że w piątek. Tyle, że mieliśmy wyjechać o 9 rano, a ojczym wybrał się na miasto, eee, coś załatwić, wrócił o 19 w stanie niewskazującym na prowadzenie samochodu i mama wymogła na nim wyjazd jutro. Była troszkę niezadowolona, przez co chcę powiedzieć, że była wkurwiona jak meserszmit. Jutro natomiast okazało się, że odbywa się śnieżyca z atrakcjami, ale skoro mamy jechać, to jedziemy.

Czytaj dalej

Za pomocą gugla sprawdziłem, albowiem gdyż moja pamięć twierdzi, że to wszystko spisałem. Wygląda jednakowoż na to, iż jest to wredne łgarstwo. Pamięć (gdzie ona?) funkcjonuje tak, że jeśli coś komuś powiedziałem po polsku, to albo 1) zapominam i powtarzam (czasem kilka razy), albo 2) to znaczy, że wszyscy Polacy na świecie już o tym wiedzą i nie muszę nikomu nic mówić.

Tak więc przeczytałem sobie (TRIGGER) artykuł o ubieganiu się o rentę w ZUS – bardzo ładny, zwłaszcza „Depresja? Niektórzy mają gorzej. Na przykład nie żyją” oraz „Na pierwszym badaniu po amputacji lekarze stwierdzili komisyjnie, że nie mam nogi”. Przybliżę teraz część drugą swojego życia z UWV, czyli tutejszym ZUS. Część pierwsza tutaj.

Cytat z innej notki:

Rezultatem mieszkania w Polsce przez 29 lat było moje zachowanie, kiedy występowałem o rentę inwalidzką. Ściągałem z Polski wszystkie możliwe papiery, moja mama załatwiała tłumacza przysięgłego, na rozmowie z lekarką urzędu pracy trzęsły mi się ręce jeszcze bardziej niż zwykle, kiedy całą tę makulaturę rozkładałem na stole. Lekarka spytała w końcu Zbrojmistrza podejrzliwie:
— Czemu on jest taki nerwowy?
— A, bo on jest z Polski, tam jest inaczej — objaśnił Zbrojmistrz, któremu wcześniej opowiedziałem, jak wygląda występowanie w Polsce o różne dokumenty.

Reszty chyba jeszcze nie było.

Czytaj dalej

Od jakiegoś czasu moja terapeutka i psychiatrka dawały mi do zrozumienia, że nie zaleczę dwubiegunówki „na dobre”. Ignorowałem to, co mówiły i upierałem się, że po prostu musimy spróbować tego czy owego. Sam robiłem research i domagałem się zmiany leków na takie lub owakie. W końcu wywalono mi kawę na ławę: psychiatrka nie widzi sposobu, żeby mi pomóc bardziej, niż do tej pory zdołała. A jest tego niewiele. Tak naprawdę działały na mnie dwa leki: depakina i kwetiapina. Depakina rąbała mi wątrobę w takim tempie, że co trzy lata potrzebowałbym przeszczepu. Kwetiapina doprowadziła do niekontrolowanych drgań mięśni i szczerze mówiąc wolę mieć ciągłe skoki nastroju, niż ciągle ruszające się ramię. Na przykład kiedy siedzę obok kogoś w autobusie i moje ramię CIĄGLE porusza się w górę i w dół w tempie akurat takim, żeby osoba pomyślała, że sprawiam sobie nadmierną przyjemność.

1. Zaprzeczenie

Kiedy otrzymałem diagnozę, przeczytałem wszystkie dostępne źródła na temat dwubiegunówki. Znalazłem takie, które kończą się źle, tak sobie i dobrze (pozdrawiam profesorkę Redfield Jamison). Uznałem, że będę jedną z tych historii, które kończą się dobrze. Nie dopuściłem myśli, że może być jakkolwiek inaczej. Nie zastanawiałem się nawet nad tym, co oznacza zaleczenie (nie wyleczenie) dwubiegunówki, uznałem po prostu, że moje życie wróci dokładnie do tego, czego od niego chcę i już. W hipomanii odkryłem, jak to jest być doskonałym, spodobało mi się. To był mój punkt docelowy i postanowiłem, że do niego wrócę i już tam zostanę. Skoro dwubiegunówka ma dwa bieguny, to ja chcę ten. A skoro czegoś chcę, to z pewnością to dostanę. Wystarczy pracować nad tym wystarczająco ciężko, jak mawiał syn właściciela wielkiej firmy, który przebył długą drogę od zastępcy swojego ojca do następcy swojego ojca.Czytaj dalej

Ostatnio przeprowadziłem dwie rozmowy, które obnażyły po raz kolejny moją dziwność, jeśli chodzi o interakcje międzyludzkie. Jedna rozmowa była z Irlandczykiem, który tego nie przeczyta, ale druga nie, więc.

Jestem dziwnym człowiekiem. Przez co chcę powiedzieć – między innymi – to, że nie do końca umiem w ludzi. Przez długi czas miałem z tym straszny problem. Kiedy jestem w stanie hipomanii, co mi się w ostatnich latach rzadko zdarza, jestem ekstrowertykiem, duszą towarzystwa, uwiodę każdego, kogo się da, przekonam Cię do każdego pomysłu i tak dalej. Kiedy jestem w stanie, powiedzmy, stabilnym, jestem mniej towarzyski, a kiedy jest dołek, jest jeszcze trudniej. Ale ogólnie jeśli chcesz prowadzić ze mną interakcje w realu, najpierw polecam przeczytanie poniższego tekstu…

Czytaj dalej