Kiedyś, dawno temu, na samym początku życia z bipolarem nabyłem (jak to osoba w hipomanii) wszystkie dostępne w Amazonie książki na ten temat, po czym je wchłonąłem. Następnie zaś zrecenzowałem jednozdaniowo na blogu i tak sprawę zostawiłem.

W języku polskim, o ile mi wiadomo, funkcjonują dwie publikacje: „Na huśtawce emocji” (oryg. „Manic”) Terri Cheney oraz „Zaburzenia afektywne dwubiegunowe: podręcznik pacjenta: jak opanować wahania nastroju?” Moniki Ramirez Basco. Tej drugiej nie znam, może dlatego, że nie czytam po hiszpańsku, choć kiedyś mówiłem tym językiem płynnie. Oprócz tego są jeszcze dwie książki dla lekarzy oraz „Listy do Lekarza/Listy do Pacjenta. Depresja i Choroba dwubiegunowa” pod redakcją Łukasza Święcickiego. Tak przynajmniej sugeruje portal LubimyCzytac.pl.

W języku angielskim dostępna jest o wiele większa ilość książek o dwubiegunówce. Podstawą jest „An Unquiet Mind” Kay Jamison Redfield — książka chyba najlepiej znana, po części dlatego, że Redfield jest profesorą psychiatrii i współ-dyrektorką centrum zaburzeń nastroju w szpitalu John Hopkins. Redfield ogląda problem poniekąd z obu stron — jako pacjentka i jako lekarka. Przyznaje się do tego, że zdarzało jej się odstawiać leki, ponieważ — jak to bipolarom — uznawała, że 1) czuje się doskonale i nic jej nie dolega, lub 2) leki ograniczają ją i to one powodują złe samopoczucie. Malarsko nieomal opisuje swoje manie (Redfield cierpi na ChAD I, podobnie, jak ja, ale moje wizje są zgoła nudziarstwami w porównaniu z tym, co Redfield ogląda, gdy odstawia leki). Książka z jednej strony przeraża — z drugiej jednak daje nadzieję: więc z ChAD można nie tylko żyć, ale kierować oddziałem szpitala, pomagać ludziom, zostać profesorą.

Moja pierwsza lektura „An Unquiet Mind” pozostawiła mnie głównie z myślą „co za szczęście, że ze mną nie jest jeszcze tak źle”. Druga — półtora roku później, gdy już się dowiedziałem, jak źle potrafi być — dała mi raczej zrozumienie, że nie ma dwóch identycznych bipolarów. Nie, nie jest ze mną TAK źle, jest ze mną INACZEJ źle. Nie zostanę raczej profesorem psychiatrii, w dużym stopniu dlatego, że mnie ten kierunek nie ciekawi w wystarczającym stopniu, żeby go studiować. Widzę jednak szanse na zostanie naprawdę niezłym kowalem, choć zajmie to na pewno o wiele więcej czasu, niż bez choroby. 10/10

Drugą ważną dla mnie książką jest „Madness” Maryi Hornbacher. Hornbacher jest zawodową pisarką (choć pisze głównie o sobie). Podobnie jak z „Unquiet Mind”, jej książkę przeczytałem dwa razy. Za pierwszym razem odniosłem niemiłe wrażenie, że Hornbacher upiększa i podkręca swoje przejścia, szczególnie w okresie manii podlewanej alkoholem i posypywanej innymi substancjami. Za drugim razem zrozumiałem, że moja irytacja brała się głównie stąd, że czytając Hornbacher potrafię… odnieść jej przejścia do swoich. Nie, nie jechałem do Meksyku w środku nocy, nie, nie ratowali mnie sanitariusze, gdy niechcący za głęboko zrobiłem sobie sznyty, ale — że tak to delikatnie ujmę — przydarzyły mi się podobne przejścia. Jakiś czas później Hornbacher napisała krótką, zwięzłą i zupełnie inną książkę „Sane” o tym, w jaki sposób odnieść program 12 kroków do połączenia uzależnienia z chorobą umysłową. W „Sane” widzimy kompletnie zmienioną osobę; spokojną, tchnącą (fu, co za słowo…) optymistyczną mądrością. Z tego, co wiem, Hornbacher aktualnie radzi sobie doskonale, uczy kreatywnego pisania na Northwestern University, nominowano ją do Pulitzera. Z tą lekturą świeżo w pamięci zabrałem się z powrotem do „Madness” i ogromnie zaskoczyła mnie zmiana własnego podejścia; potrzebowałem przeczytać, że tak powiem, część drugą, żeby zrozumieć, że część pierwsza wcale nie jest upiększaniem i chwaleniem się przygodami. „Madness” to książka spanikowanego, roztrzęsionego, cóż — szalonego umysłu. „Sane” to książka osoby, która musiała bardzo wiele przejść, żeby zrozumieć, że nie musi tak potwornie cierpieć. 9/10 i 8/10.

Na koniec, żeby szanpaństwa nie zanudzić publikując elaborat zbyt długi, weźmiemy „Manic” Terri Cheney. Podarowałem tę książkę swojej Mamie, która po przeczytaniu określiła ją mianem „trochę przerażającej”. No cóż, „Manic” jest trochę przerażające dla osoby, która nigdy nie doznała (hipo)manii. Cheney doskonale opisuje różnicę między stabilnością, a hipomanią; tę niewidzialną granicę, za którą zaczyna się szaleństwo. A szaleństwo nie musi się zawsze objawiać tak, jak u Hornbacher, podcinaniem sobie żył i piciem whisky na śniadanie; czasami może być odczuciem, że jesteśmy nieśmiertelni i nikt nie jest się nam w stanie oprzeć, a wszystkie nasze pomysły są świetne. Kilka razy już chyba pisałem, że Cheney idealnie uchwyciła ten stan hipomanii, kiedy rzeczywiście nikt nie jest się nam w stanie oprzeć i sprzeciwić naszym pomysłom. Cheney i ja mamy jedno wspólne doświadczenie (chociaż ja nie jestem prawniczką, która pracowała z Michaelem Jacksonem) — stan, który ona określa jako „glittering”, kiedy wystarczy nam wejść do baru, rozejrzeć się, wybrać obiekt… i zwierzyna już jest praktycznie upolowana, czy o tym wie, czy nie. Cheney opisuje też przymusowe zamknięcie w szpitalu psychiatrycznym i w więzieniu — przeczytałem w międzyczasie wystarczająco dużo książek amerykańskich bipolarów (i jednej schizofreniczki), żeby wiedzieć, że raczej się do USA nie wybiorę, nawet turystycznie. Wiązanie jest fajne, ale nie wtedy, gdy jesteśmy w szpitalnej izolatce. 8/10

Czy jest zainteresowanie częścią drugą z kolejnymi recenzjami? 🙂 (Jeśli przypadkiem czyta to wydawca książek o zbliżonej tematyce, przyjmuję egzemplarze do recenzji.)

PS. Żeby było transparentnie: linki do anglojęzycznych książek są typu Amazon Associate, co oznacza, że jeśli ktoś kupi książkę za pomocą mojego linka, otrzymam z tego prowizję. Tak więc zachęcam do używania linków 🙂

Zdjęcie: Ashley Lynne via Pinterest

Jakieś dwa tygodnie temu znajdowałem się akurat w kuźni, gdzie opływałem potem, pracując nad byczym łbem, który jest jedną z trudniejszych rzeczy, jakie do tej pory udało mi się wykonać. Jak często mi się zdarza przy kuciu, pozwoliłem rękom przejąć kontrolę i zagłębiłem się w rozważania na zupełnie inny temat — ten, czy moja dwubiegunówka jest zbawieniem, przekleństwem, czy obiema tymi rzeczami naraz. Około 15 musiałem pracę zakończyć, bo ręce trzęsły mi się tak bardzo, że zaistniało niebezpieczeństwo, że przypadkowo popsuję efekt dwudniowej pracy, albo zrobię sobie krzywdę.

Dzięki swojej chorobie jestem kowalem, mam Zbrojmistrza, mam napady niepowstrzymanej kreatywności, dzięki którym tworzę fantastyczne rzeczy w niemożliwym zdawałoby się tempie, czasami widuję się z sympatycznym dwumetrowym młodym nauczycielem, którego z pewnych powodów nazwiemy tow. Gierkiem, przeżywam napady szczęścia właściwie bez powodu. Dzięki swojej chorobie spędzam całe dni niezdolny do wyjścia z domu, przybrałem na wadze 30 kg (to nie tyle dzięki chorobie, co lekom), ręce trzęsą mi się tak, że nie mogę narysować prostej kreski na papierze, mam najwyższą grupę inwalidzką, odwołuję spotkania, zawalam terminy i nie mogę się zebrać nawet na siłownię.

Jedną z lepszych metafor depresji znalazłem niedawno — oczywiście nie pomnę, gdzie, jeśli ktoś wie, proszę o komentarz, to zalinkuję. Depresja to stan, w którym mózg ulega przekonaniu, że umieram i wysyła do ciała sygnały, że nadchodzi śmierć. W zależności od tego, czy stan depresyjny jest łagodny, czy ostry, albo funkcjonujemy nadal, tyle, że z trudem, albo nie funkcjonujemy. W najgorszych chwilach, a gdy mówię chwila mam na myśli na przykład miesiąc, jedyne, do czego jestem zdolny to leżenie i wyprawy do toalety, przed którymi zbieram siły przez pół godziny lub dłużej. Z łóżka wychodzę dlatego, że Zbrojmistrz wyciąga mnie z niego siłą i zabiera mi kołdrę, a ja nie mam energii, aby mu ją odebrać. Oczywiście kuźnia nie wchodzi w grę, ba — zakupy też nie. Ostatni tydzień spędziłem na czytaniu Marian Keyes (nowa książka w listopadzie, trzeba nadrobić wszystkie poprzednie) i leżeniu na kanapie. W nagłych przypływach energii robię rzeczy tak niebywałe, jak np. ubranie się, umycie głowy i wstawienie naczyń do zmywarki.

Doznanie, że umieramy nie jest czymś, co można logicznie zrozumieć i odstawić na bok. Agonia nie jest czymś, z czego można się otrząsnąć i „po prostu o tym nie myśleć” lub „każdy tak czasem ma, po prostu myśl pozytywnie”. Wyssany z energii zupełnie dosłownie leżę i czekam na wybawienie śmierci, która jednakowoż nie nadchodzi, bo sygnały płynące z uszkodzonego mózgu są rzecz jasna fałszywe. Wcale tak naprawdę nie umieram, po prostu czuję się jak osoba, która umiera. Moje ciało jest w doskonałym (acz tłustym) stanie, tyle, że nie posiadam siły woli wystarczającej na kierowanie nim — moja siła woli nie istnieje, zalana doznaniem umierania. Najdrobniejsze czynności wymagają rozłożenia na czynniki pierwsze: założenie skarpetek to tak wiele decyzji, a każda z nich wymaga energii: aby wstać potrzeba zgiąć nogi w kolanach (odpoczynek), opuścić jedną z łóżka (odpoczynek), opuścić drugą (odpoczynek), podnieść górną połowę ciała (długi odpoczynek), a potem zebrać w sobie tyle energii, żeby — umierając — wyprostować się. Skarpetki niestety nie czekają w łóżku, więc trzeba po nie pójść, wyjąć je z szuflady, rozprostować, założyć na nogi… każda z tych czynności wymaga energii, której nie posiadam.

Hipomania jest stanem, w którym energia zalewa mnie i rozsadza. Ja? Kiedykolwiek miałem trudności? Z czymkolwiek? Niemożliwe! Sen, jaki sen? Przecież jest tyle do zrobienia! Napiszę książkę! Nagram płytę! Zostanę modelem! (W agencji dla modeli plus size) Wykuję sobie na ścianę młot Thora wielkości 80×120 cm! Musiałbym najpierw usiąść i go rozrysować, ale USIĄŚĆ? Co za pomysł, haha, siadanie jest dla cieniasów! Przemyślę sobie projekt, sprzątając, ćwicząc na siłowni, biegając wkoło budynku, jeżdżąc na rowerze, pijąc piątą kawę (o godzinie jedenastej), ach — SEKS!!! Seks jest tak fantastycznym sposobem pozbywania się energii! Poza tym mam nowy pomysł na tatuaż! (Gdyby mój artysta tatuażu mieszkał bliżej, do tej pory skończyłaby mi się skóra.) Lekka hipomania to stan idealny — akurat tyle, żeby mieć dużo energii, dużo pomysłów i ciągle jeszcze umieć się na nich skupić — ale nadzwyczaj trudny do osiągnięcia. W tym stanie zmieniam fryzury, robię remiksy dla Znanych Artystów, gotuję, sprzątam, piszę dużo notek, cieszę się Zbrojmistrzem i tow. Gierkiem, kuję, umawiam się z przyjaciółmi. Drobne problemy ze snem rozwiązuję proszkami nasennymi.

Mania, której zawdzięczam czerwcową hospitalizację i zmianę diagnozy z ChAD II na I, jest odpowiednikiem tego, co się dzieje z akumulatorem, z którego wylał się kwas (czy co też siedzi w akumulatorach). Pomysłów jest tak wiele, że zanim zdążę je odnotować, już sypią się kolejne. Kolory są tak ostre, że oślepiają. Odwaga zamienia się w nieustraszoność i brak skrupułów. „Mmm, seks jest fajny” — w zachowania, ujmijmy to tak, społecznie nieakceptowalne (chyba, że jesteśmy polską prawicą). Skoro nie mogę się doczekać tatuażu, zawsze można kupić żyletki. I tak dalej. Jestem nieśmiertelny, niezwyciężony, nieustraszony (niestety, tylko w rojeniach skołowanego mózgu). Mam to szczęście, że — jak ujął to lekarz — mam „wysoką samoświadomość” i zanim przystąpię do realizacji planów dzwonię do niego i umawiam się na pilną wizytę, oraz informuję znajomych i Zbrojmistrza, że trzeba na mnie uważać (część z nich, nie wiadomo dlaczego, wie to bez mojej pomocy).

Dzięki lekkiej hipomanii przeniosłem się do Holandii, odważyłem się chodzić po warszawskich ulicach z blond irokezem i od stóp do głów odziany w skóry (mundury też), zostałem kowalem, poznałem Zbrojmistrza… Jestem pewien, że piszę to po raz piąty, ale ciągle nie mogę się pozbyć męczącego doznania, że bez bipolara moje życie byłoby zupełnie inne — nudne. Po swoich studiach pracowałbym w warszawskim banku, MOŻE już na stanowisku Starszego Kasjera, lub gdyby tkło mnie ogromne szczęście — jako programista aplikacji do przetwarzania baz danych. Chodziłbym w niebieskich koszulach, w które tak sprytnie ubierała mnie mama aż do chwili, gdy dorosłem i z wrzaskiem, chciałem powiedzieć — uprzejmie odmówiłem ubrania się w niebieską koszulę już kiedykolwiek do końca życia. Na wakacje jeździłbym z moim chłopakiem (o którym oczywiście nikt by nie wiedział, bo wicie rozumicie, dyskretny bez skojarzeń) nad polskie morze, a czasami w ramach bycia DINK — do Chorwacji. Moim najdzikszym, w annałach rodzinnych zapisanym wyskokiem byłoby rozlanie kieliszka czerwonego wina na świeżo wyprany obrus u cioci w Wielkanoc. (Oczywiście, na Wielkanoc przyszedłbym sam, bo ciocia nie życzy sobie homoseksualistów w swoim domu.)

Gdybym przypadkiem zdołał przenieść się do Amsterdamu i rozpocząć pracę u poprzedniego pracodawcy… załóżmy, że moja diagnoza w 2011 nigdy nie miała miejsca, depresja minęła w 2005 i nigdy nie powróciła… cóż, na pewno miałbym teraz więcej pieniędzy. Nigdy nie poznałbym DJa, bo byłbym na to za grzeczny. Miałbym elegancko przystrzyżone, siwiejące włoski (42.50 euro co 6 tygodni). Ubierałbym się w dżinsy z H&M i t-shirty zaprojektowane przez samego siebie z zabawnymi nerdowskimi dowcipami. Miałbym dwa garnitury. Pieniądze, przepuszczone na używki w okresie DJa wydałbym na remont łazienki. Nigdy nie poznałbym Zbrojmistrza, bo nie byłoby ku temu powodu — spotkaliśmy się tylko dlatego, że ja właśnie zaczynałem się ślinić na myśl o kowalstwie, a on robi kolczugi. Zapewne nadal siedziałbym przy tym samym biurku, okropnie traktowany przez tego samego szefa — lub przy innym biurku z innym szefem — i może nawet byłbym jakoś tam żałośnie szczęśliwy.

A może nie?

Ray pędzony na Aurorixie jest wesołym, nadużywającym podrywaczem, tryskającym energią, mającym problemy ze snem, skupieniem, zatrzymaniem się na czerwonym świetle, niespadaniem z hulajnóg na górskim zboczu i spędzeniem całego dnia bez seksu.

Ray pędzony na licie trzęsie się, wszystko go denerwuje, ma co prawda energię i nie ma depresji, ale co z tego, skoro nie może robić tego, na czym mu najbardziej na świecie zależy — kuć.

Ray pędzony na kwasie walproinowym owszem, nie miewa manii, nie miewa też hipomanii, ma zakres nastrojów od „straszna depresja” do „meh” i wahnięcia do trzech razy dziennie. Po dodaniu Aurorixu ilość wahnięć wzrasta do ośmiu dziennie.

Ray bez leków… nie rozmawiajmy o tym.

Kim ja właściwie jestem?

Potrzebowałem piętnastu sekund od przeczytania newsa o „szalonym kierowcy”, który 19 lipca wjechał samochodem na sopocki deptak i zaczął polować na ludzi, żeby się przestraszyć. Nie o kierowcę, czy jego ofiary, bo czytałem dzień później, kiedy wszystko było dawno pozamiatane i moje obawy byłyby nader mało pożyteczne. O sposób postrzegania przez generała publicznego, a w szczególności Polaków, osób chorych psychicznie.

Modląc się po cichu do swych bogów oczekiwałem na werdykt, jaką chorobą tłumaczyć się będzie Michał L. i jego prawnik. Nazwy choroby nie podano, na podstawie mało dokładnych danych gazeta.pl obstawia schizofrenię. Opis prawniczki L. brzmi tak:

Mój klient cierpi na jedną z cięższych chorób o charakterze psychicznym, na którą składa się grupa zaburzeń i urojeń, przez co traci się kontakt z rzeczywistością. W trakcie popełniania czynu prawdopodobnie był przekonany, że jego myślami kieruje siła wyższa i musi postępować zgodnie z jej wolą.

No więęęęc może to była schizofrenia, a może to była dwubiegunówka w fazie manii, a może paprotka doniczkowa, w odróżnieniu od Katarzyny Włodkowskiej z portalu gazeta.pl nie jestem psychiatrą i nie podjąłbym się orzekać na podstawie dwóch zdań wypowiedzianych przez prawniczkę, która po pierwsze mogła sama nie do końca zrozumieć o co chodzi, a po drugie nie jest w jej interesie ujawnianie wszystkich danych, a zwłaszcza tych mogących Michałowi L. zaszkodzić. Ale w ogóle nie o to chodzi. Chodzi o komentarze czytelników, do których chciałbym się odnieść — rzecz jasna nie do tych z cyklu „mamusia sędzia” oraz „ujdzie gnojowi na sucho”, tylko do tych, które ujawniają brak informacji albo niezrozumienie natury rzeczy.

Skąd u niepoczytalnego prawo jazdy?

Niepoczytalność rozumiana jako termin prawniczy nie ma żadnego związku z prawem jazdy. Chociażby dlatego, że niepoczytalność może występować „w chwili zdarzenia”, a nie przez cały czas, a nie przydzielimy przecież każdemu choremu psychiatry-policjanta, badającego go na bieżąco i odbierającego, tudzież oddającego prawo jazdy.

Istnieją dwa powody, dla których chorzy psychicznie mogliby nie posiadać prawa jazdy, tymi powodami są: a) konkretne choroby oraz b) konkretne leki. Osobiście brałem lek o nazwie Seroquel, pod wpływem którego miałem w pierwszych tygodniach problemy z ustaniem na nogach. Zdecydowanie nie podjąłbym się prowadzenia samochodu, ba, wózka dziecięcego pod wpływem Seroquelu. Ale efekt uboczny, jakim jest przemożna senność z czasem maleje. Kiedy senność jest wystarczająco mało problematyczna, żeby pozwolić na prowadzenie? Niech odpowie na to każda zdrowa psychicznie osoba, która kiedyś nie dospała, po czym siadła za kółkiem i pojechała do pracy.

Czy choroba L. była sama w sobie przeciwwskazaniem do posiadania prawa jazdy? Odpowiedź brzmi: a skąd ja mam to wiedzieć? „Grupa zaburzeń i urojeń” mogła występować non-stop 24 godziny na dobę, a mogła się pojawiać raz w roku na dwie godziny. Co więcej, to mógł być pierwszy tego typu epizod, mimo wcześniejszej diagnozy L. Odbieranie prawa jazdy tylko dlatego, że ktoś mógłby kiedyś zrobić z nim coś głupiego oznacza właściwie nic innego, niż odebranie prawa jazdy wszystkim, bo każdy może teoretycznie nie dospać, wypić, wziąć dragi, zachorować psychicznie, etc. I proszę mi bez argumentu „ale ja nic takiego nie robię, a L. owszem!” bo on do tej pory też tego nie robił.

Wiele osób przekazywało sobie również internetowe, bardzo dobre CV Michała L., specjalisty od HR, oraz fragment nagrania z targów pracy, które w grudniu 2012 r. zamieszczono w portalu YouTube. „I co, nagle mu tak odbiło?” – ironizują komentujący.

Być może.

Wiem, że to dosyć enigmatyczna odpowiedź, ale niestety lepszej nie mam. Na podstawie swojej dwubiegunówki mogę powiedzieć, że manii da się nie zauważyć — przypominam, że chory ogląda sytuację poniekąd od środka. Jeśli mamy w domu telewizor, który wyświetla wyłącznie kolor zielony i nigdy nie wychodzimy na zewnątrz, łatwo ulec złudzeniu, że świat rzeczywiście składa się z odcieni zieleni i zignorować natrętne sygnały (np. pomarańczowy garnek w naszej kuchni) że jest inaczej.

Psychoza nie anonsuje się grzecznym pukaniem i zawiadomieniem „dzię dobry, psychoza jestem, będę panu od jutra od dwunastej psuć odbiór na łączach”. Czasami pojawia się powolutku, kroczek po kroczku zagarniając rzeczywistość prawdziwą i przekształcając ją w rzeczywistość alternatywną. Czasami można się obudzić i odkryć, że mamy w domu olbrzymie, mówiące pająki, za oknami czai się CIA, a winni wszystkiemu są ludzie na molo i trzeba ich zabić, aby Bóg wybaczył nam nasze grzechy. Jestem wielkim szczęściarzem: moje wizje są sympatyczne, nigdy nie zachęcały mnie do krzywdzenia siebie ani innych, poza tym nie posiadam samochodu. Odczytywanie stanu psychicznego według wpisów w CV pod względem skuteczności znajduje się zaraz za wróżeniem z fusów.

Cwaniacy potrafią znakomicie symulować chorobę psychiczną. Dopiero długotrwała obserwacja pozwala stwierdzić, chociaż i tak nie będzie to jednoznaczne, bo nie ma oparcia w badaniach i analizach fizykalnych. Ci biegli to jacyś geniusze.

Pozwolę sobie nieśmiało zwrócić uwagę na niezbity dowód, że Michał L. jest chory psychicznie: nie będąc pod wpływem narkotyków ani alkoholu wjechał samochodem na deptak i rozjeżdżał ludzi. Specjaliści od HR, będący w pełni zdrowia umysłowego tak się nie zachowują. Mógłbym sobie wyobrazić takie zachowanie w wypadku wyjątkowo, ale to wyjątkowo rozpuszczonego piętnastolatka, który założył się z kolegami. U Michała L. diagnozuję chorobę psychiczną (choć nie wiem jaką!) i nie muszę go nawet widzieć.

Przypominam też, że biegli uzyskali dostęp do historii choroby L. Zestawienie tych dwóch rzeczy nie powinno zająć zbyt wiele czasu — jeśli dotychczasowe leczenie było prowadzone i dokumentowane we właściwy sposób.

Jeżeli przyjmował leki i jego stan był dobry, ale mając świadomość (a to wynika z artykułu) swojej choroby odstawił samodzielnie, bez konsultacji z lekarzem leki, bo mu sie wydawało, że jest dobrze, to powinien odpowiadać jak osoba poczytalna. Ale tutaj potrzebna jest zmiana w prawie. W mojej ocenie, to świadome ryzyko, jakie podjął.

Tutaj komentator(ka) popełnia wyjątkowo rażący błąd logiczny, mianowicie zakłada, że osoba chora psychicznie jest zdrowa psychicznie.

Przede wszystkim sam fakt, że choremu wydaje się, że czuje się dobrze, nie oznacza, że jego stan rzeczywiście jest dobry. Chory może się upierać, że czuje się doskonale, bo głos Billa Gatesa w jego głowie mówi mu, żeby to powiedział lekarzom i rodzinie. Chory może być w stanie równowagi psychicznej, ale mieć całą plejadę efektów ubocznych — a zwracam uwagę, że efekty uboczne leków psychiatrycznych to np. wzrost wagi (u mnie 30 kg), depresja (paradoksalnie), problemy z widzeniem, trzęsące się ręce, spanie 16 godzin na dobę, brak snu, ciągła biegunka, ciągłe mdłości, impotencja, wzrost lub spadek ciśnienia, łysienie, problemy z koordynacją ruchową… Osobie, która gotowa jest tak prędko ferować wyroki polecam, żeby zaraziła się norowirusem, ubrała w grube palto po babci, ogoliła włosy, przestała spać przez kilka nocy, a potem udała się na przejażdżkę rollercoasterem, zobaczymy, czy dalej będzie taka chętna rozmawiać o odstawieniu leków bez konsultacji z lekarzem.

Problem, którego nie posiadam, ale znam wiele osób, które go ma to obawa, że do końca życia będziemy na lekach. Ja wiem na pewno, że do końca życia będę na lekach i w ogóle mi to nie przeszkadza, ale ja ogólnie jestem nietypowy. Bardziej — niestety — typową postawą jest odstawianie leków, gdy pacjent poczuje się dobrze, bo „przecież już nic mi nie jest i przestańcie mi wmawiać jakieś choroby”. Dotyczy to nie tylko osób chorych psychicznie, moja świętej pamięci babcia robiła tak z lekami na wątrobę. Jednak — dajmy na to — dwubiegunowiec w stanie hipomanii nie myśli racjonalnie i jego proces myślowy nie brzmi „co prawda powinienem brać leki, ale mi się nie chce, więc je odstawię”, tylko na przykład „nie muszę brać leków, syn Boga nie potrzebuje żadnych piguł”. Albo „nie zesłano mnie na Ziemię, żebym miał biegunkę”. Nie możemy założyć, że było to „świadome ryzyko”, bo nie możemy ustalić, jak bardzo było świadome.

Na koniec chciałbym dodać, że choroby psychiczne są bardzo złożonymi i trudnymi w leczeniu zaburzeniami. Dwóch chorych na to samo potrafi prezentować dwa niemal zupełnie różne zestawy objawów, zupełnie różnie reagować na leki i terapię, różnie reagować na stres, niedospanie, nawet dietę. Podążanie drogą „odbierajmy prawo jazdy wszystkim chorym psychicznie” pozostawmy może Związkowi Radzieckiemu. Czy wydarzeniom z 19 lipca można było zapobiec — tego nie wiem. Wiem, że dobrze byłoby skupić się na pomocy ofiarom tych wydarzeń — z których jedną, być może, jest sam Michał L.

Zdjęcie: Jurek Bartkowski. Disclaimer: autor tekstu nie jest psychiatrą, ani psychologiem.

To jest duży problem dla człowieka, któremu spierdzieliło się tak elegancko zaplanowane życie. Studia, check. Praca, check. Związek, check, zgrzyt, check check bzzt, check. Lepsza praca, jeszcze lepsza, check, check. Mieszkanie, check. Amsterdam, check. I nagle JAK NIE JEBŁO.

Nie planowałem dwubiegunówki, ale skoro już się wydarzyła, podszedłem do niej jak zwykle, jak do kolejnego wyzwania. Zwalczymy tę paskudę. Leki, terapia, pełne uznania stwierdzenie lekarza „jest pan bardzo wysoko funkcjonującym bipolarem”, rehabilitacja, próba powrotu do pracy… i nagle JAK NIE JEBŁO.

Do tej pory nie mogę się pozbierać po czerwcowej hospitalizacji. Nie mogę przyjąć do wiadomości faktu, że manię — tak, manię, zmieniono mi diagnozę na bipolar I — zwyczajnie przeoczyłem i zwróciłem na nią uwagę dopiero wtedy, kiedy było za późno na nieskrzywdzenie nikogo. Okropnie żre mnie fakt, że nie umiem sobie radzić ze stresem. Nie umiem i już. Efekty uboczne litu (helloł, mister Eugenides) są paskudne i uprzykrzają mi życie, a ja na dodatek nie do końca wiem, czy ten lit robi jakąś różnicę, czy nie, bo nie mam pod ręką drugiego Raya do sprawdzenia.

Nie umiem sobie poradzić z gwałtowną zmianą w moim życiu towarzyskim. Wczoraj miało miejsce główne wydarzenie Gay Pride, parada łodzi. Dwa lata temu byłem na łodzi drużyny rugby, w stanie przyjemnej hipomanii, ściskając się z najpiękniejszym z rugbystów. Dziś siedzę w domu, unikając starannie zetknięcia z kimkolwiek oprócz Zbrojmistrza, zbywając pytania znajomych i… „mojego” rugbysty, który przysyła mi SMSy i pyta, czy nie będę aby na mieście. Nie będę, chyba, że 750 tysięcy turystów i 500 tysięcy localsów padnie trupem, a on akurat przeżyje.

Brak mi pieniędzy. No cholera, brak mi, co ja poradzę. Nie mówię już o tym, że przywykłem do zarabiania dużo, bo przywykłem, ale ostatnie dwa lata nauczyły mnie redukowania wymagań, kupowania tańszego jedzenia, niekupowania nowych ubrań, niewychodzenia na miasto, niechodzenia do kina. Nauczyłem się, a ciężka to i bolesna lekcja, przyjmowania zaproszeń na kawę lub kanapkę i nieodwzajemniania ich. Lunch za 13 euro to dla mnie trzy obiady. A i tak wiem, że moje narzekanie jest niczym wobec życia emerytki z 1600 zł, że w Polsce dostałbym rentę wystarczającą na przysłowiowe waciki, tutaj zaś spłacam nadal swój trzydziestoletni kredyt. Już tylko 24 lata i będę mógł sprzedać mieszkanie, żeby spłacić resztę kredytu!

Próba powrotu do pracy miała mi oddać moje zwycięstwa. Miało się zacząć od małego — programowania dla non-profitu, a potem miał nastąpić powrót na drabinę sukcesu, “Jak pokonać życiowe trudności i wyjść na prostą, odczyt Raya Granta”, książka o chorobie, wywiady dla prasy… Natrząsam się, ale tylko troszkę. Bo naprawdę tak miało być. Tak było zawsze. Nigdy wcześniej nie trafiłem na trudności, z którymi nie umiałbym sobie poradzić sam. Dręczenie w dzieciństwie przetrwałem, z zewnątrz otrzymawszy wyłącznie przydatne rady typu “nie zwracaj na nich uwagę, to im się znudzi”. Na studia zdałem sam. Do pierwszej pracy mnie podesłano, ale na swoją pozycję zarobiłem sobie sam, w ciągu dwóch lat przeszedłszy drogę od jazdy na miotle do samodzielnego projektowania. Kolejne prace znalazłem sobie sam, tzn. w zasadzie tylko jedną, bo kolejne znalazły mnie. Za granicę wyjechałem bez pleców i znajomości. Mieszkanie kupiłem sam, bez wkładu rodziców, bo nie posiadam bogatej rodziny. I tak już miało zostać. Przez co chcę powiedzieć, że oczywiście miało być coraz lepiej.

Kuce zapatrzone w Krula zapominają, że i im może się przytrafić coś takiego, jak mnie; choroba, przy której nie da się funkcjonować bez wsparcia. Nie mamy pana płaszcza i co nam pan zrobi. Nic nie zrobię, choćbym się wytężał i zaciskał, nie wyzdrowieję już nigdy. A w tej chwili nie mam nawet światełka na horyzoncie. Moja duma przydaje mi się dokładnie do niczego, to znaczy, stanowi dla mnie niewyczerpane źródło stresu.

Tę chwilę wybrała sobie moja koleżanka Rita, aby zatagować mnie w fejsbukowej grze: oto przez pięć dni mam pisać o trzech pozytywnych rzeczach w moim życiu. Pierwszą reakcją było warknięcie “bah, humbug” z miną godną Grumpy Cata. Pozytywne my ass. Ale… przypomniałem sobie, że sam staram się nie otaczać ludźmi negatywnymi, tylko pozytywnymi; chcę mieć wśród swoich przyjaciół osoby, które ciągną mnie w górę, a nie w dół. Czy sam chcę być tym, który ciągnie w dół? Obciążnikiem? Wiecznym smutasem, ewentualnie dzielnie uśmiechającym się przez łzy i mamroczącym “nie martwcie się o mnie, jakoś sobie poradzę… zapewne”? Nie chcę. Natura zwycięzcy nie pozwala. Zapomniałem o niej, przytłoczony nadmiarem syfu — i zacząłem zachowywać się jak Polak, przekonany, że będzie albo źle, albo gorzej.

Przyznam, że piąty dzień gry był trudny, bo skończyły mi się pomysły z wierzchu kupki, ale jakoś sobie poradziłem. A wiele jest rzeczy, za które mogę być bogom wdzięczny. Zbrojmistrz; kuźnia; fakt, że żyję, a były takie chwile, kiedy ten stan mógł się zmienić; darmowe leki (ileż ja bym wagonów pieniędzy wydał na leki, gdybym mieszkał w Polsce…); fakt posiadania dachu nad głową; brak osobistych doświadczeń związanych z wojną; fakt, że mam dookoła siebie mnóstwo ludzi chętnych, by mi pomóc, czy to zapraszając na obiad, czy odwiedzając w szpitalu; muzyka, która uprzyjemnia mi życie nawet w chwili, gdy to piszę (Leftfield — Leftism — co za świetna płyta!); wiele talentów, które co prawda chwilowo są nieco stłamszone, ale przecież nie znikły; pizza — najwspanialszy wynalazek ludzkości; czytany przez setki ludzi blog; bycie gejem, które też w dużym stopniu uratowało mi cztery litery, bo o ileż ciężej było mi chorować, gdybym miał na utrzymaniu żonę i dwójkę dzieci; słoneczne lato, które w Amsterdamie jest prawdziwym cudem; bracia i mama; serial „Wikingowie”; mój tatuażysta; Twitter, dzięki któremu nawiązałem kontakt i współpracę z muzykami, którym niegodzienżem podeszew całować; książki, w których mogę zatonąć; siłownia, dzięki której mam bary niedźwiedzia, a nie tylko brzuch w kształcie arbuza (na lekach przytyłem już 30 kg); sympatyczni rugbyści i nie tylko… Moje życie jest tak wypchane pozytywami, że dziw bierze, że wszystkie mi się mieszczą. A przecież nie wymieniłem wszystkich, gdybym pomyślał dłużej, niż pięć minut, znalazłbym więcej.

Czasami, żeby zwyciężyć, trzeba po prostu przedefiniować zwycięstwo. Mój lekarz powiedział mi już przy jednej z pierwszych wizyt, że mogę nigdy nie wrócić do pracy. Pomyślałem wtedy ze zgorszeniem: co za negatywny typ. Dziś widzę bardzo wyraźnie, że miał rację. Ale widzę też, że to ważne wyłącznie w przypadku, gdy życiowy sukces definiuję jako wysoko płatną pracę. Nigdy nie oceniałem ludzi pod kątem ich zarobków, czemu miałbym tak oceniać siebie? Może zostanę rencistą, kującym w ramach terapii zajęciowej? Może wygram w totka? Może po prostu wezmę ze Zbrojmistrzem ślub, sprzedam mieszkanie i przestanę marzyć o nowych gadżetach Apple? Owszem, kiedyś miałem kasy jak lodu, wieczory spędzałem w barach lub samplując najnowsze kolumbijskie wyroby, ciuchy kupowałem po prostu dlatego, że mogłem, nie było takiej opcji, żeby mój telefon był starszy, niż dwa lata… Może to już nigdy nie wróci. Może to… gasp… nieważne?