Potrzebowałem piętnastu sekund od przeczytania newsa o „szalonym kierowcy”, który 19 lipca wjechał samochodem na sopocki deptak i zaczął polować na ludzi, żeby się przestraszyć. Nie o kierowcę, czy jego ofiary, bo czytałem dzień później, kiedy wszystko było dawno pozamiatane i moje obawy byłyby nader mało pożyteczne. O sposób postrzegania przez generała publicznego, a w szczególności Polaków, osób chorych psychicznie.

Modląc się po cichu do swych bogów oczekiwałem na werdykt, jaką chorobą tłumaczyć się będzie Michał L. i jego prawnik. Nazwy choroby nie podano, na podstawie mało dokładnych danych gazeta.pl obstawia schizofrenię. Opis prawniczki L. brzmi tak:

Mój klient cierpi na jedną z cięższych chorób o charakterze psychicznym, na którą składa się grupa zaburzeń i urojeń, przez co traci się kontakt z rzeczywistością. W trakcie popełniania czynu prawdopodobnie był przekonany, że jego myślami kieruje siła wyższa i musi postępować zgodnie z jej wolą.

No więęęęc może to była schizofrenia, a może to była dwubiegunówka w fazie manii, a może paprotka doniczkowa, w odróżnieniu od Katarzyny Włodkowskiej z portalu gazeta.pl nie jestem psychiatrą i nie podjąłbym się orzekać na podstawie dwóch zdań wypowiedzianych przez prawniczkę, która po pierwsze mogła sama nie do końca zrozumieć o co chodzi, a po drugie nie jest w jej interesie ujawnianie wszystkich danych, a zwłaszcza tych mogących Michałowi L. zaszkodzić. Ale w ogóle nie o to chodzi. Chodzi o komentarze czytelników, do których chciałbym się odnieść — rzecz jasna nie do tych z cyklu „mamusia sędzia” oraz „ujdzie gnojowi na sucho”, tylko do tych, które ujawniają brak informacji albo niezrozumienie natury rzeczy.

Skąd u niepoczytalnego prawo jazdy?

Niepoczytalność rozumiana jako termin prawniczy nie ma żadnego związku z prawem jazdy. Chociażby dlatego, że niepoczytalność może występować „w chwili zdarzenia”, a nie przez cały czas, a nie przydzielimy przecież każdemu choremu psychiatry-policjanta, badającego go na bieżąco i odbierającego, tudzież oddającego prawo jazdy.

Istnieją dwa powody, dla których chorzy psychicznie mogliby nie posiadać prawa jazdy, tymi powodami są: a) konkretne choroby oraz b) konkretne leki. Osobiście brałem lek o nazwie Seroquel, pod wpływem którego miałem w pierwszych tygodniach problemy z ustaniem na nogach. Zdecydowanie nie podjąłbym się prowadzenia samochodu, ba, wózka dziecięcego pod wpływem Seroquelu. Ale efekt uboczny, jakim jest przemożna senność z czasem maleje. Kiedy senność jest wystarczająco mało problematyczna, żeby pozwolić na prowadzenie? Niech odpowie na to każda zdrowa psychicznie osoba, która kiedyś nie dospała, po czym siadła za kółkiem i pojechała do pracy.

Czy choroba L. była sama w sobie przeciwwskazaniem do posiadania prawa jazdy? Odpowiedź brzmi: a skąd ja mam to wiedzieć? „Grupa zaburzeń i urojeń” mogła występować non-stop 24 godziny na dobę, a mogła się pojawiać raz w roku na dwie godziny. Co więcej, to mógł być pierwszy tego typu epizod, mimo wcześniejszej diagnozy L. Odbieranie prawa jazdy tylko dlatego, że ktoś mógłby kiedyś zrobić z nim coś głupiego oznacza właściwie nic innego, niż odebranie prawa jazdy wszystkim, bo każdy może teoretycznie nie dospać, wypić, wziąć dragi, zachorować psychicznie, etc. I proszę mi bez argumentu „ale ja nic takiego nie robię, a L. owszem!” bo on do tej pory też tego nie robił.

Wiele osób przekazywało sobie również internetowe, bardzo dobre CV Michała L., specjalisty od HR, oraz fragment nagrania z targów pracy, które w grudniu 2012 r. zamieszczono w portalu YouTube. „I co, nagle mu tak odbiło?” – ironizują komentujący.

Być może.

Wiem, że to dosyć enigmatyczna odpowiedź, ale niestety lepszej nie mam. Na podstawie swojej dwubiegunówki mogę powiedzieć, że manii da się nie zauważyć — przypominam, że chory ogląda sytuację poniekąd od środka. Jeśli mamy w domu telewizor, który wyświetla wyłącznie kolor zielony i nigdy nie wychodzimy na zewnątrz, łatwo ulec złudzeniu, że świat rzeczywiście składa się z odcieni zieleni i zignorować natrętne sygnały (np. pomarańczowy garnek w naszej kuchni) że jest inaczej.

Psychoza nie anonsuje się grzecznym pukaniem i zawiadomieniem „dzię dobry, psychoza jestem, będę panu od jutra od dwunastej psuć odbiór na łączach”. Czasami pojawia się powolutku, kroczek po kroczku zagarniając rzeczywistość prawdziwą i przekształcając ją w rzeczywistość alternatywną. Czasami można się obudzić i odkryć, że mamy w domu olbrzymie, mówiące pająki, za oknami czai się CIA, a winni wszystkiemu są ludzie na molo i trzeba ich zabić, aby Bóg wybaczył nam nasze grzechy. Jestem wielkim szczęściarzem: moje wizje są sympatyczne, nigdy nie zachęcały mnie do krzywdzenia siebie ani innych, poza tym nie posiadam samochodu. Odczytywanie stanu psychicznego według wpisów w CV pod względem skuteczności znajduje się zaraz za wróżeniem z fusów.

Cwaniacy potrafią znakomicie symulować chorobę psychiczną. Dopiero długotrwała obserwacja pozwala stwierdzić, chociaż i tak nie będzie to jednoznaczne, bo nie ma oparcia w badaniach i analizach fizykalnych. Ci biegli to jacyś geniusze.

Pozwolę sobie nieśmiało zwrócić uwagę na niezbity dowód, że Michał L. jest chory psychicznie: nie będąc pod wpływem narkotyków ani alkoholu wjechał samochodem na deptak i rozjeżdżał ludzi. Specjaliści od HR, będący w pełni zdrowia umysłowego tak się nie zachowują. Mógłbym sobie wyobrazić takie zachowanie w wypadku wyjątkowo, ale to wyjątkowo rozpuszczonego piętnastolatka, który założył się z kolegami. U Michała L. diagnozuję chorobę psychiczną (choć nie wiem jaką!) i nie muszę go nawet widzieć.

Przypominam też, że biegli uzyskali dostęp do historii choroby L. Zestawienie tych dwóch rzeczy nie powinno zająć zbyt wiele czasu — jeśli dotychczasowe leczenie było prowadzone i dokumentowane we właściwy sposób.

Jeżeli przyjmował leki i jego stan był dobry, ale mając świadomość (a to wynika z artykułu) swojej choroby odstawił samodzielnie, bez konsultacji z lekarzem leki, bo mu sie wydawało, że jest dobrze, to powinien odpowiadać jak osoba poczytalna. Ale tutaj potrzebna jest zmiana w prawie. W mojej ocenie, to świadome ryzyko, jakie podjął.

Tutaj komentator(ka) popełnia wyjątkowo rażący błąd logiczny, mianowicie zakłada, że osoba chora psychicznie jest zdrowa psychicznie.

Przede wszystkim sam fakt, że choremu wydaje się, że czuje się dobrze, nie oznacza, że jego stan rzeczywiście jest dobry. Chory może się upierać, że czuje się doskonale, bo głos Billa Gatesa w jego głowie mówi mu, żeby to powiedział lekarzom i rodzinie. Chory może być w stanie równowagi psychicznej, ale mieć całą plejadę efektów ubocznych — a zwracam uwagę, że efekty uboczne leków psychiatrycznych to np. wzrost wagi (u mnie 30 kg), depresja (paradoksalnie), problemy z widzeniem, trzęsące się ręce, spanie 16 godzin na dobę, brak snu, ciągła biegunka, ciągłe mdłości, impotencja, wzrost lub spadek ciśnienia, łysienie, problemy z koordynacją ruchową… Osobie, która gotowa jest tak prędko ferować wyroki polecam, żeby zaraziła się norowirusem, ubrała w grube palto po babci, ogoliła włosy, przestała spać przez kilka nocy, a potem udała się na przejażdżkę rollercoasterem, zobaczymy, czy dalej będzie taka chętna rozmawiać o odstawieniu leków bez konsultacji z lekarzem.

Problem, którego nie posiadam, ale znam wiele osób, które go ma to obawa, że do końca życia będziemy na lekach. Ja wiem na pewno, że do końca życia będę na lekach i w ogóle mi to nie przeszkadza, ale ja ogólnie jestem nietypowy. Bardziej — niestety — typową postawą jest odstawianie leków, gdy pacjent poczuje się dobrze, bo „przecież już nic mi nie jest i przestańcie mi wmawiać jakieś choroby”. Dotyczy to nie tylko osób chorych psychicznie, moja świętej pamięci babcia robiła tak z lekami na wątrobę. Jednak — dajmy na to — dwubiegunowiec w stanie hipomanii nie myśli racjonalnie i jego proces myślowy nie brzmi „co prawda powinienem brać leki, ale mi się nie chce, więc je odstawię”, tylko na przykład „nie muszę brać leków, syn Boga nie potrzebuje żadnych piguł”. Albo „nie zesłano mnie na Ziemię, żebym miał biegunkę”. Nie możemy założyć, że było to „świadome ryzyko”, bo nie możemy ustalić, jak bardzo było świadome.

Na koniec chciałbym dodać, że choroby psychiczne są bardzo złożonymi i trudnymi w leczeniu zaburzeniami. Dwóch chorych na to samo potrafi prezentować dwa niemal zupełnie różne zestawy objawów, zupełnie różnie reagować na leki i terapię, różnie reagować na stres, niedospanie, nawet dietę. Podążanie drogą „odbierajmy prawo jazdy wszystkim chorym psychicznie” pozostawmy może Związkowi Radzieckiemu. Czy wydarzeniom z 19 lipca można było zapobiec — tego nie wiem. Wiem, że dobrze byłoby skupić się na pomocy ofiarom tych wydarzeń — z których jedną, być może, jest sam Michał L.

Zdjęcie: Jurek Bartkowski. Disclaimer: autor tekstu nie jest psychiatrą, ani psychologiem.

To jest duży problem dla człowieka, któremu spierdzieliło się tak elegancko zaplanowane życie. Studia, check. Praca, check. Związek, check, zgrzyt, check check bzzt, check. Lepsza praca, jeszcze lepsza, check, check. Mieszkanie, check. Amsterdam, check. I nagle JAK NIE JEBŁO.

Nie planowałem dwubiegunówki, ale skoro już się wydarzyła, podszedłem do niej jak zwykle, jak do kolejnego wyzwania. Zwalczymy tę paskudę. Leki, terapia, pełne uznania stwierdzenie lekarza „jest pan bardzo wysoko funkcjonującym bipolarem”, rehabilitacja, próba powrotu do pracy… i nagle JAK NIE JEBŁO.

Do tej pory nie mogę się pozbierać po czerwcowej hospitalizacji. Nie mogę przyjąć do wiadomości faktu, że manię — tak, manię, zmieniono mi diagnozę na bipolar I — zwyczajnie przeoczyłem i zwróciłem na nią uwagę dopiero wtedy, kiedy było za późno na nieskrzywdzenie nikogo. Okropnie żre mnie fakt, że nie umiem sobie radzić ze stresem. Nie umiem i już. Efekty uboczne litu (helloł, mister Eugenides) są paskudne i uprzykrzają mi życie, a ja na dodatek nie do końca wiem, czy ten lit robi jakąś różnicę, czy nie, bo nie mam pod ręką drugiego Raya do sprawdzenia.

Nie umiem sobie poradzić z gwałtowną zmianą w moim życiu towarzyskim. Wczoraj miało miejsce główne wydarzenie Gay Pride, parada łodzi. Dwa lata temu byłem na łodzi drużyny rugby, w stanie przyjemnej hipomanii, ściskając się z najpiękniejszym z rugbystów. Dziś siedzę w domu, unikając starannie zetknięcia z kimkolwiek oprócz Zbrojmistrza, zbywając pytania znajomych i… „mojego” rugbysty, który przysyła mi SMSy i pyta, czy nie będę aby na mieście. Nie będę, chyba, że 750 tysięcy turystów i 500 tysięcy localsów padnie trupem, a on akurat przeżyje.

Brak mi pieniędzy. No cholera, brak mi, co ja poradzę. Nie mówię już o tym, że przywykłem do zarabiania dużo, bo przywykłem, ale ostatnie dwa lata nauczyły mnie redukowania wymagań, kupowania tańszego jedzenia, niekupowania nowych ubrań, niewychodzenia na miasto, niechodzenia do kina. Nauczyłem się, a ciężka to i bolesna lekcja, przyjmowania zaproszeń na kawę lub kanapkę i nieodwzajemniania ich. Lunch za 13 euro to dla mnie trzy obiady. A i tak wiem, że moje narzekanie jest niczym wobec życia emerytki z 1600 zł, że w Polsce dostałbym rentę wystarczającą na przysłowiowe waciki, tutaj zaś spłacam nadal swój trzydziestoletni kredyt. Już tylko 24 lata i będę mógł sprzedać mieszkanie, żeby spłacić resztę kredytu!

Próba powrotu do pracy miała mi oddać moje zwycięstwa. Miało się zacząć od małego — programowania dla non-profitu, a potem miał nastąpić powrót na drabinę sukcesu, “Jak pokonać życiowe trudności i wyjść na prostą, odczyt Raya Granta”, książka o chorobie, wywiady dla prasy… Natrząsam się, ale tylko troszkę. Bo naprawdę tak miało być. Tak było zawsze. Nigdy wcześniej nie trafiłem na trudności, z którymi nie umiałbym sobie poradzić sam. Dręczenie w dzieciństwie przetrwałem, z zewnątrz otrzymawszy wyłącznie przydatne rady typu “nie zwracaj na nich uwagę, to im się znudzi”. Na studia zdałem sam. Do pierwszej pracy mnie podesłano, ale na swoją pozycję zarobiłem sobie sam, w ciągu dwóch lat przeszedłszy drogę od jazdy na miotle do samodzielnego projektowania. Kolejne prace znalazłem sobie sam, tzn. w zasadzie tylko jedną, bo kolejne znalazły mnie. Za granicę wyjechałem bez pleców i znajomości. Mieszkanie kupiłem sam, bez wkładu rodziców, bo nie posiadam bogatej rodziny. I tak już miało zostać. Przez co chcę powiedzieć, że oczywiście miało być coraz lepiej.

Kuce zapatrzone w Krula zapominają, że i im może się przytrafić coś takiego, jak mnie; choroba, przy której nie da się funkcjonować bez wsparcia. Nie mamy pana płaszcza i co nam pan zrobi. Nic nie zrobię, choćbym się wytężał i zaciskał, nie wyzdrowieję już nigdy. A w tej chwili nie mam nawet światełka na horyzoncie. Moja duma przydaje mi się dokładnie do niczego, to znaczy, stanowi dla mnie niewyczerpane źródło stresu.

Tę chwilę wybrała sobie moja koleżanka Rita, aby zatagować mnie w fejsbukowej grze: oto przez pięć dni mam pisać o trzech pozytywnych rzeczach w moim życiu. Pierwszą reakcją było warknięcie “bah, humbug” z miną godną Grumpy Cata. Pozytywne my ass. Ale… przypomniałem sobie, że sam staram się nie otaczać ludźmi negatywnymi, tylko pozytywnymi; chcę mieć wśród swoich przyjaciół osoby, które ciągną mnie w górę, a nie w dół. Czy sam chcę być tym, który ciągnie w dół? Obciążnikiem? Wiecznym smutasem, ewentualnie dzielnie uśmiechającym się przez łzy i mamroczącym “nie martwcie się o mnie, jakoś sobie poradzę… zapewne”? Nie chcę. Natura zwycięzcy nie pozwala. Zapomniałem o niej, przytłoczony nadmiarem syfu — i zacząłem zachowywać się jak Polak, przekonany, że będzie albo źle, albo gorzej.

Przyznam, że piąty dzień gry był trudny, bo skończyły mi się pomysły z wierzchu kupki, ale jakoś sobie poradziłem. A wiele jest rzeczy, za które mogę być bogom wdzięczny. Zbrojmistrz; kuźnia; fakt, że żyję, a były takie chwile, kiedy ten stan mógł się zmienić; darmowe leki (ileż ja bym wagonów pieniędzy wydał na leki, gdybym mieszkał w Polsce…); fakt posiadania dachu nad głową; brak osobistych doświadczeń związanych z wojną; fakt, że mam dookoła siebie mnóstwo ludzi chętnych, by mi pomóc, czy to zapraszając na obiad, czy odwiedzając w szpitalu; muzyka, która uprzyjemnia mi życie nawet w chwili, gdy to piszę (Leftfield — Leftism — co za świetna płyta!); wiele talentów, które co prawda chwilowo są nieco stłamszone, ale przecież nie znikły; pizza — najwspanialszy wynalazek ludzkości; czytany przez setki ludzi blog; bycie gejem, które też w dużym stopniu uratowało mi cztery litery, bo o ileż ciężej było mi chorować, gdybym miał na utrzymaniu żonę i dwójkę dzieci; słoneczne lato, które w Amsterdamie jest prawdziwym cudem; bracia i mama; serial „Wikingowie”; mój tatuażysta; Twitter, dzięki któremu nawiązałem kontakt i współpracę z muzykami, którym niegodzienżem podeszew całować; książki, w których mogę zatonąć; siłownia, dzięki której mam bary niedźwiedzia, a nie tylko brzuch w kształcie arbuza (na lekach przytyłem już 30 kg); sympatyczni rugbyści i nie tylko… Moje życie jest tak wypchane pozytywami, że dziw bierze, że wszystkie mi się mieszczą. A przecież nie wymieniłem wszystkich, gdybym pomyślał dłużej, niż pięć minut, znalazłbym więcej.

Czasami, żeby zwyciężyć, trzeba po prostu przedefiniować zwycięstwo. Mój lekarz powiedział mi już przy jednej z pierwszych wizyt, że mogę nigdy nie wrócić do pracy. Pomyślałem wtedy ze zgorszeniem: co za negatywny typ. Dziś widzę bardzo wyraźnie, że miał rację. Ale widzę też, że to ważne wyłącznie w przypadku, gdy życiowy sukces definiuję jako wysoko płatną pracę. Nigdy nie oceniałem ludzi pod kątem ich zarobków, czemu miałbym tak oceniać siebie? Może zostanę rencistą, kującym w ramach terapii zajęciowej? Może wygram w totka? Może po prostu wezmę ze Zbrojmistrzem ślub, sprzedam mieszkanie i przestanę marzyć o nowych gadżetach Apple? Owszem, kiedyś miałem kasy jak lodu, wieczory spędzałem w barach lub samplując najnowsze kolumbijskie wyroby, ciuchy kupowałem po prostu dlatego, że mogłem, nie było takiej opcji, żeby mój telefon był starszy, niż dwa lata… Może to już nigdy nie wróci. Może to… gasp… nieważne?

Według Wikipedii, głównego źródła danych Jeffreya Eugenidesa 😉 jest to „jedna z postaci epizodu maniakalnego (obok manii z i bez objawów psychotycznych), która w odróżnieniu od manii charakteryzuje się mniejszym zakłóceniem funkcjonowania psychospołecznego”. Wszystko zrozumieliście, prawda? Bo ja nie.

Hipomania to stan, w którym nasz nastrój — w odróżnieniu od depresji — jest sztucznie podkręcony do góry. Podczas gdy w depresji brak nam energii, w hipomanii mamy jej nadmiar. Gdy w depresji nie mamy ochoty nic robić, w hipomanii mamy ochotę robić wszystko naraz. W depresji nie mamy ochoty na seks, w hipomanii mamy ochotę przelecieć całe miasto. W depresji wyglądamy jak idźstądy, w hipomanii mamy w oku niezwykle pociągający błysk szaleństwa i zakładamy na siebie opięte ciuszki z przygłębokim dekoltem lub dżinsy nader mocno dopasowane w strategicznych partiach. W depresji nasza kreatywność ogranicza się do obmyślania nowych wyzwisk dla samych siebie lub sposobów zadania sobie krzywdy bez nadmiaru wysiłku, w hipomanii wpadamy na milion pomysłów i co gorsza, zaczynamy je realizować.

Najgorszą cechą tego stanu jest wyłączenie części mózgu odpowiadającej za proces decyzyjny. Gdy zwykle wpadamy na jakiś pomysł, najpierw rozważamy jego rozmaite za i przeciw, by na koniec zdecydować — tak, lub nie. W hipomanii wpadamy na pomysł i natychmiast przystępujemy do jego realizacji, przekonani, że jest to najlepsza idea ludzkości od chwili, gdy pierwszy jaskiniowiec namazał na kawałku kamienia paluchem kilka znaków i powiedział „oto pierwszy iPhone”. Na przykład na pomysł założenia firmy, wyjazdu za granicę, uprawiania seksu z najlepszą przyjaciółką naszej żony, zażywania heroiny, kupienia Ferrari… i LECIMY, już, natychmiast, kupujemy, zażywamy i zakładamy. Pieniądze, choroby weneryczne, fakt, że nie mamy paszportu, nic nie stanowi dla nas przeszkód, co więcej, reakcją na podpowiedzi „może się chwilę zastanów” albo — co gorsza — na celnika nalegającego na okazanie wizy upoważniającej nas do odwiedzenia Karaibów jest wyłącznie złość. No bo przecież my WIEMY, że robimy najlepszą rzecz na świecie, a tu jakiś byle kto (czyli ktokolwiek, oprócz mnie) ośmiela się mieć inne zdanie? Dzięki naszej niezwykłej kreatywności i energii w wielu przypadkach udaje się nam przekonać całe otoczenie, że mamy sto procent racji, rozwiać ich wątpliwości i przekabacić na naszą stronę, co oczywiście w niczym nie pomaga — oprócz realizacji naszych przerażających pomysłów.

Wypomniano mi w komentarzach do poprzedniej notki, że chwaliłem się, że jestem monogamiczny i nic mi więcej nie potrzeba — ano byłem, aż nie zaczął się majowy epizod i wiele rzeczy nie zaczęło się nagle wydawać dobrym pomysłem. Urwane dni w kuźni — bo trzęsły mi się ręce i nie mogłem się na niczym skupić; dwie randki dziennie i irytacja, że jeden wieczór w tygodniu muszę spędzić sam; pomysł na książkę, drugi pomysł na książkę, trzeci, przy kompletnym braku motywacji do pisania; wbicie rozpędzonym rowerem w bogom ducha winnego turystę, który nie szedł po chodniku tylko po jezdni, a mnie to denerwuje; aż wreszcie osiągnąłem dziwny stan emocjonalny, gdy było mi wszystko jedno. Mój kolega ze Stanów i ja określamy ten stan mianem „uczucia fuck you”. On w ramach uczucia fuck you zażył metamfetaminę, ja ograniczyłem się skromnie do ziela. Rozumiałem już wtedy, że potrzebuję pomocy i dobijałem się do lekarzy; do szpitala wzięto mnie już tydzień potem i przystąpiono do odkręcania zawijasów w umyśle. Odkręcanie tego, co nabroiłem niestety zostało dla mnie i będę się tym zajmować niedługo.

My, chorzy, krzywdzimy bliskich nam, co począć. W ramach uczucia fuck you niewątpliwie skrzywdziłem Zbrojmistrza, co gorsza — świadomie; gdy uczucie przeszło, pojawiło się poczucie winy, które niczego nie rozwiązuje, a za to krzywdzi ponownie i mnie i potencjalnie jego (bo zachęca do różnych drastycznych rzeczy). Nie mogę obiecać, że więcej różnych wyczynów nie powtórzę, bo właśnie zobaczyłem, że jeśli w mózgu znowu chrupnie, to powtórzę bez namysłu. W tej chwili żadnej głupiej rzeczy bym nie zrobił, ale w tej chwili moja kombinacja pigułek trzyma mnie mniej więcej pod kontrolą (aż za bardzo — spałem 10.5 godziny, a teraz nie mogę się odlepić od krzesła). Jedno, co pociesza, to fakt, że niczego nie kupiłem (głównie dlatego, że WIEM, że jestem ubożuchny jak skowronek i wszystkie luźne pieniądze oddaję bankowi, gdzie mam nadal 1000 euro długu), ale ja akurat tego objawu nigdy nie miewam.

Lekarze są zdania, że hipomania jest groźniejsza od depresji i należy ją zwalczać wszelkimi środkami. Aż do zeszłego miesiąca nie zgadzałem się z nimi — po części przez to, że częścią hipomanii jest czucie się doskonale (co nie pomaga w diagnozowaniu ChAD — nikt nie idzie do lekarza uskarżając się na dobry humor i domagając się, żeby pan doktór coś z tym zrobił). Jednak szkody, w sumie nieduże, których narobiłem przez parę tygodni uświadamiają mi, że nie mogę sobie pozwolić na kolejne takie epizody. W depresji zwijam się w kulkę i leżę na kanapie, cierpiąc i dając się przytulać. W hipomanii jadę walcem po głowach bliźnich, bo tędy mi akurat wygodnie.

Czy poczuwam się do winy? Nie za bardzo. Osoba w hipomanii jest moim zdaniem winna szkodom wtedy, gdy znając potencjalne ryzyko z premedytacją zrezygnowała z leczenia, odmówiła brania leków, lub robiła rzeczy, które stan hipomanii mogły przybliżyć/wzmocnić w nadziei, że się uda. Mój epizod był przypadkowy, był efektem nieudanej próby zmiany leków pod kontrolą lekarza. Owszem, kiedy już się zaczął, brnąłem w niego dalej z radością, ale czy to jeszcze była moja wina? Czy w momencie, kiedy nie mogę się skupić w swojej ukochanej kuźni można jeszcze mówić, że ponoszę winę za cokolwiek? Długo można dyskutować, jak sądzę, osoby skrzywdzone przez bipolara w stanie manii z pewnością będą tu mieć wiele do powiedzenia. Ja skupiam się na słuchaniu lekarzy, braniu leków, ćwiczeniu na siłowni i odpoczywaniu — nie chciałbym, wzorem jednej miłej pani poznanej w szpitalu, wylądować tam z powrotem, tyle, że doprowadzony nakazem sądowym.

Zdjęcie: Claire Danes w serialu „Homeland”, materiał telewizji Showtime

Cunningham jest moim najulubieńszym autorem i mam z nim tylko jeden problem: pisze za mało, a ma już 61 lat. Jego książki ukazują się średnio co 4 lata, a ja chciałbym przeczytać ich tak ze sto. Do tej pory wydał ich raptem sześć, z czego ostatnie dwie nie zachwyciły mnie tak, jak bym chciał, ale pozostałe — w tym moje ukochane „Godziny” — to arcydzieła. Odkrycie, że w maju ukazała się w Stanach nowa książka wstrząsnęło mną i zachwyciło, kupiłem utwór drogą kindlową i wessałem w jeden dzień.

Już wiem, że wrócę do „Królowej śniegu” — i to szybko. W odróżnieniu od nieudanego eksperymentu „Specimen Lives” i dość sterylnego „By Nightfall”, nowa książka wreszcie sięga poprzeczki, ustawionej niewiarygodnie wysoko przez „Godziny” z 1998 roku. Barrett — misiowaty trzydziestoparolatek, porzucony właśnie drogą smsową; Tyler — jego brat, niedorobiony muzyk, który przekonuje samego siebie, że nałóg narkotykowy to w rzeczywistości jedynie metoda pobudzania kreatywności i Beth, umierająca na raka dziewczyna Tylera to trójka na miarę Bobby’ego, Jonathana i Clare z „Domu na krańcu świata”. Cunningham pisze zdaniami złożonymi w kostkę tak wiele razy, że sięgają księżyca — jego zdania potrafią zajmować pół strony tekstu. Tymi zdaniami pieści pięknie nieciekawą historię, używając nadzwyczaj ciekawej metody literackiej: omija mianowicie wszystkie ważne wydarzenia i pisze o tym, co wydarzyło się potem.

Eugenides w swojej „Intrydze małżeńskiej” również opisuje trójkąt mimo woli: Mitchell, chudy mistyk, zakochany jest w Madeleine, która kocha Leonarda, który cierpi na dwubiegunówkę. Niestety, autorowi „The Virgin Suicides” (przepraszam za dwujęzyczność tytułów, czytam w losowych językach i nie chce mi się sprawdzać, co z danego tytułu zrobił tłumacz) nie udało się dwubiegunówki namalować w sposób przekonujący i losy Leonarda czyta się trochę jak notkę w Wikipedii na temat typowych objawów choroby i efektów ubocznych litu. Jego metoda pisania jest w pewien sposób zbliżona do Cunninghamowej — obaj poruszają się w granicach gatunku nowoczesnej amerykańskiej powieści obyczajowej. Jednak Eugenides ma większe ambicje, przynajmniej na pierwszy rzut oka — jego bohaterowie zwiedzają świat, Mitchell zostaje wolontariuszem w hospicjum Matki Teresy, podczas gdy Cunningham ogranicza się do rzuconego mimochodem „dopiero następnego ranka okazało się, że młodzian ma na nazwisko Mars i jest dziedzicem wielkiej fortuny” — co zresztą jest dla fabuły kompletnie bez znaczenia. Akcja „Królowej Śniegu” rozgrywa się praktycznie w stu procentach w Nowym Jorku, wykochanym i wypieszczonym przez autora podobnie, jak postaci, poruszające się konkretnymi ulicami, przechodzące obok konkretnych kafejek, stacji metra. Założę się, że wybrawszy się do Hameryki byłbym w stanie wykonać podróż śladami Liz i Beth (co ciekawe, to warianty tego samego imienia — przypadeg?) i trwałaby dokładnie tyle, co opisana przez Cunninghama.

Wszystkie właściwie postaci cierpią na syndrom, który kiedyś był — i wciąż bywa — również moim udziałem: „is this it?” Mitchell rozwiązuje swoje rozterki, zostając wolontariuszem; Tyler wmawia sobie, że kokaina jest mu potrzebna jako paliwo dla talentu, a w ogóle to opiekuje się umierającą Beth; Madeleine, która w życiu chce głównie pisać o okresie wiktoriańskim, zżerana jest wątpliwościami, czy aby na pewno nie powinna robić czegoś WAŻNIEJSZEGO. Jonathan z „Domu na krańcu świata” tak długo zadaje sobie pytanie „czy to aby na pewno może być facet dla mnie?”, że kończy na tytułowym krańcu świata w braterskim związku z Bobbym. Liz, świadoma pewnej schematyczności swojego związku z młodym Andrew, pozwala mu trwać mimo to, bo dzięki temu nie musi myśleć nad szukaniem kogoś właściwszego (co, mam wrażenie, jest dokładnie tym, co Madonna robi z Baby Brahimkiem, czy jak się nazywa jej najnowszy wybranek). Ja sam spędziłem lata, przed poznaniem Zbrojmistrza, pytając siebie „is this it?”; dziś zadaję sobie to pytanie w kwestii swojej stabilności umysłowej.

Eugenidesowi nie do końca mogę wybaczyć zakończenie. Nie jest co prawda aż tak prostackie, jak się obawiałem przez ostatnie 200 stron, ale nie zachwyca jednak swoim wyrafinowaniem. Może nie jestem obiektywny, bo denerwuje mnie opis choroby Leonarda, ale trudno mi sobie poradzić z odpuszczeniem mu sposobu, w jaki pod koniec książki wydaje się miarkować: „ojej! mam kontrakt z wydawcą na 320 stron, a już napisałem 280. Trzeba to szybko zakończyć!” Ciężko jest uniknąć spoilerów i napisać cokolwiek o zakończeniu „Królowej Śniegu”, ale trzymało mnie ono w niepewności dosłownie do ostatnich zdań, a odkładając książkę (tzn. klikając przycisk „Library” w Kindlu) czułem niedosyt, w związku z którym odświeżam sobie wszystkie pozostałe książki autora.

Czasu na czytanie mam dużo, bo ostatnie tygodnie spędziłem na oddziale psychiatrycznym szpitala w Amsterdamie. Wydawało mi się do tej pory, że jedzenie szpitalne powinno być paskudne. Otóż nie. Nie przybyło mi kilka nowych kilogramów obywatela wyłącznie dlatego, że wypuszczają mnie na siłownię. Wczoraj na obiad podano dwa rodzaje ryby, cztery opcje wegetariańskie w tym dwie wegańskie, pyszny gulasz, trzy rodzaje ziemniaków, dziki ryż, dwa lub trzy rodzaje warzyw, trzy sosy i dwie surówki. Tego wszystkiego jemy, ile mamy ochotę. Holendrzy, przyzwyczajeni nie wiem do czego, kręcą nosem, ja, nawykły do polskich szpitali z ich gumowymi klopsami i barszczem z farby akwarelowej z cukrem odżywiam się trzy razy zdrowiej, niż w domu.

Współzawodnicy są zadziwiająco mało interesujący. Zdawałoby się, że psychiatryk powinien dostarczyć wielu uciech i przerażeń, tymczasem na moim oddziale — przypadków łatwych — siedzą cztery bipolary, jedno zaburzenie odżywiania, jedno wypalenie zawodowe, jedna demencja i jedno nie wiem co, bo wygląda na kompletnie zdrowe. Dostajemy metalowe sztućce i szklane szklanki. Jedyne oznaki, że jestem na oddziale psychiatrycznym, a nie np. chirurgii to nieotwierające się w ogóle okna oraz terapia zajęciowa, która wygląda dokładnie tak, jak na filmach (w odróżnieniu od elektrowstrząsów i prawie wszystkiego innego, które NIE wygląda tak, jak na filmach).

Co tu właściwie robię? Cóż, już w kwietniu, a może marcu — dopiero teraz to do mnie dociera — moja dwubiegunówka zaczęła wykonywać jakieś dziwaczne podskoki i koziołki, w maju wsiadła zaś na rollercoaster i ruszyła z kopyta. Po dużej ilości seksu, niewielkiej ilości przemocy, zerwaniu więzów z trzeźwością i nawiązaniu nowych z czymś, co najłatwiej określić uczuciem „fuck you, world” mój lekarz zaproponował mi hospitalizację, a ja — na tyle samo-świadom, żeby rozumieć, że jest źle — zgodziłem się i ostatnie dwa tygodnie spędziłem tutaj, głównie na czytaniu, cierpliwym znoszeniu efektów ubocznych, ćwiczeniu na siłce i jedzeniu.

Historie Cunninghama i Eugenidesa mają zakończenia; Cunningham, drań jeden, wykonał zakończenie otwarte, a Eugenides zamknięte. Moja historia na razie nie ma zakończenia, ma za to rozdział, którego się jako żywo nie spodziewałem i nie umiałem go sobie wyobrazić. A jednak chyba poszło nieźle, zważywszy na to, że bipolarna znajoma z oddziału nie chce mnie wypuścić, pielęgniarki i pielęgniarze lubią (choć i tu, na oddziale psychiatrycznym trafiłem na pielęgniarza, który jest zdania, że z epizodu mieszanego można się „jakoś wyciągnąć” i trzeba „po prostu się tak nie poddawać”…!), a nowe leki jak na razie wydają się działać — odpukać, rzecz jasna. Zbrojmistrz trwa dzielnie u mojego boku, choć przyznam, że w ostatnich miesiącach nie uprzyjemniałem mu życia jakoś nadmiernie. Ciąg dalszy, jak to zwykle bywa, nastąpi.

Zdjęcie: Flickr, Several Seconds