Według Wikipedii, głównego źródła danych Jeffreya Eugenidesa 😉 jest to „jedna z postaci epizodu maniakalnego (obok manii z i bez objawów psychotycznych), która w odróżnieniu od manii charakteryzuje się mniejszym zakłóceniem funkcjonowania psychospołecznego”. Wszystko zrozumieliście, prawda? Bo ja nie.

Hipomania to stan, w którym nasz nastrój — w odróżnieniu od depresji — jest sztucznie podkręcony do góry. Podczas gdy w depresji brak nam energii, w hipomanii mamy jej nadmiar. Gdy w depresji nie mamy ochoty nic robić, w hipomanii mamy ochotę robić wszystko naraz. W depresji nie mamy ochoty na seks, w hipomanii mamy ochotę przelecieć całe miasto. W depresji wyglądamy jak idźstądy, w hipomanii mamy w oku niezwykle pociągający błysk szaleństwa i zakładamy na siebie opięte ciuszki z przygłębokim dekoltem lub dżinsy nader mocno dopasowane w strategicznych partiach. W depresji nasza kreatywność ogranicza się do obmyślania nowych wyzwisk dla samych siebie lub sposobów zadania sobie krzywdy bez nadmiaru wysiłku, w hipomanii wpadamy na milion pomysłów i co gorsza, zaczynamy je realizować.

Najgorszą cechą tego stanu jest wyłączenie części mózgu odpowiadającej za proces decyzyjny. Gdy zwykle wpadamy na jakiś pomysł, najpierw rozważamy jego rozmaite za i przeciw, by na koniec zdecydować — tak, lub nie. W hipomanii wpadamy na pomysł i natychmiast przystępujemy do jego realizacji, przekonani, że jest to najlepsza idea ludzkości od chwili, gdy pierwszy jaskiniowiec namazał na kawałku kamienia paluchem kilka znaków i powiedział „oto pierwszy iPhone”. Na przykład na pomysł założenia firmy, wyjazdu za granicę, uprawiania seksu z najlepszą przyjaciółką naszej żony, zażywania heroiny, kupienia Ferrari… i LECIMY, już, natychmiast, kupujemy, zażywamy i zakładamy. Pieniądze, choroby weneryczne, fakt, że nie mamy paszportu, nic nie stanowi dla nas przeszkód, co więcej, reakcją na podpowiedzi „może się chwilę zastanów” albo — co gorsza — na celnika nalegającego na okazanie wizy upoważniającej nas do odwiedzenia Karaibów jest wyłącznie złość. No bo przecież my WIEMY, że robimy najlepszą rzecz na świecie, a tu jakiś byle kto (czyli ktokolwiek, oprócz mnie) ośmiela się mieć inne zdanie? Dzięki naszej niezwykłej kreatywności i energii w wielu przypadkach udaje się nam przekonać całe otoczenie, że mamy sto procent racji, rozwiać ich wątpliwości i przekabacić na naszą stronę, co oczywiście w niczym nie pomaga — oprócz realizacji naszych przerażających pomysłów.

Wypomniano mi w komentarzach do poprzedniej notki, że chwaliłem się, że jestem monogamiczny i nic mi więcej nie potrzeba — ano byłem, aż nie zaczął się majowy epizod i wiele rzeczy nie zaczęło się nagle wydawać dobrym pomysłem. Urwane dni w kuźni — bo trzęsły mi się ręce i nie mogłem się na niczym skupić; dwie randki dziennie i irytacja, że jeden wieczór w tygodniu muszę spędzić sam; pomysł na książkę, drugi pomysł na książkę, trzeci, przy kompletnym braku motywacji do pisania; wbicie rozpędzonym rowerem w bogom ducha winnego turystę, który nie szedł po chodniku tylko po jezdni, a mnie to denerwuje; aż wreszcie osiągnąłem dziwny stan emocjonalny, gdy było mi wszystko jedno. Mój kolega ze Stanów i ja określamy ten stan mianem „uczucia fuck you”. On w ramach uczucia fuck you zażył metamfetaminę, ja ograniczyłem się skromnie do ziela. Rozumiałem już wtedy, że potrzebuję pomocy i dobijałem się do lekarzy; do szpitala wzięto mnie już tydzień potem i przystąpiono do odkręcania zawijasów w umyśle. Odkręcanie tego, co nabroiłem niestety zostało dla mnie i będę się tym zajmować niedługo.

My, chorzy, krzywdzimy bliskich nam, co począć. W ramach uczucia fuck you niewątpliwie skrzywdziłem Zbrojmistrza, co gorsza — świadomie; gdy uczucie przeszło, pojawiło się poczucie winy, które niczego nie rozwiązuje, a za to krzywdzi ponownie i mnie i potencjalnie jego (bo zachęca do różnych drastycznych rzeczy). Nie mogę obiecać, że więcej różnych wyczynów nie powtórzę, bo właśnie zobaczyłem, że jeśli w mózgu znowu chrupnie, to powtórzę bez namysłu. W tej chwili żadnej głupiej rzeczy bym nie zrobił, ale w tej chwili moja kombinacja pigułek trzyma mnie mniej więcej pod kontrolą (aż za bardzo — spałem 10.5 godziny, a teraz nie mogę się odlepić od krzesła). Jedno, co pociesza, to fakt, że niczego nie kupiłem (głównie dlatego, że WIEM, że jestem ubożuchny jak skowronek i wszystkie luźne pieniądze oddaję bankowi, gdzie mam nadal 1000 euro długu), ale ja akurat tego objawu nigdy nie miewam.

Lekarze są zdania, że hipomania jest groźniejsza od depresji i należy ją zwalczać wszelkimi środkami. Aż do zeszłego miesiąca nie zgadzałem się z nimi — po części przez to, że częścią hipomanii jest czucie się doskonale (co nie pomaga w diagnozowaniu ChAD — nikt nie idzie do lekarza uskarżając się na dobry humor i domagając się, żeby pan doktór coś z tym zrobił). Jednak szkody, w sumie nieduże, których narobiłem przez parę tygodni uświadamiają mi, że nie mogę sobie pozwolić na kolejne takie epizody. W depresji zwijam się w kulkę i leżę na kanapie, cierpiąc i dając się przytulać. W hipomanii jadę walcem po głowach bliźnich, bo tędy mi akurat wygodnie.

Czy poczuwam się do winy? Nie za bardzo. Osoba w hipomanii jest moim zdaniem winna szkodom wtedy, gdy znając potencjalne ryzyko z premedytacją zrezygnowała z leczenia, odmówiła brania leków, lub robiła rzeczy, które stan hipomanii mogły przybliżyć/wzmocnić w nadziei, że się uda. Mój epizod był przypadkowy, był efektem nieudanej próby zmiany leków pod kontrolą lekarza. Owszem, kiedy już się zaczął, brnąłem w niego dalej z radością, ale czy to jeszcze była moja wina? Czy w momencie, kiedy nie mogę się skupić w swojej ukochanej kuźni można jeszcze mówić, że ponoszę winę za cokolwiek? Długo można dyskutować, jak sądzę, osoby skrzywdzone przez bipolara w stanie manii z pewnością będą tu mieć wiele do powiedzenia. Ja skupiam się na słuchaniu lekarzy, braniu leków, ćwiczeniu na siłowni i odpoczywaniu — nie chciałbym, wzorem jednej miłej pani poznanej w szpitalu, wylądować tam z powrotem, tyle, że doprowadzony nakazem sądowym.

Zdjęcie: Claire Danes w serialu „Homeland”, materiał telewizji Showtime

Cunningham jest moim najulubieńszym autorem i mam z nim tylko jeden problem: pisze za mało, a ma już 61 lat. Jego książki ukazują się średnio co 4 lata, a ja chciałbym przeczytać ich tak ze sto. Do tej pory wydał ich raptem sześć, z czego ostatnie dwie nie zachwyciły mnie tak, jak bym chciał, ale pozostałe — w tym moje ukochane „Godziny” — to arcydzieła. Odkrycie, że w maju ukazała się w Stanach nowa książka wstrząsnęło mną i zachwyciło, kupiłem utwór drogą kindlową i wessałem w jeden dzień.

Już wiem, że wrócę do „Królowej śniegu” — i to szybko. W odróżnieniu od nieudanego eksperymentu „Specimen Lives” i dość sterylnego „By Nightfall”, nowa książka wreszcie sięga poprzeczki, ustawionej niewiarygodnie wysoko przez „Godziny” z 1998 roku. Barrett — misiowaty trzydziestoparolatek, porzucony właśnie drogą smsową; Tyler — jego brat, niedorobiony muzyk, który przekonuje samego siebie, że nałóg narkotykowy to w rzeczywistości jedynie metoda pobudzania kreatywności i Beth, umierająca na raka dziewczyna Tylera to trójka na miarę Bobby’ego, Jonathana i Clare z „Domu na krańcu świata”. Cunningham pisze zdaniami złożonymi w kostkę tak wiele razy, że sięgają księżyca — jego zdania potrafią zajmować pół strony tekstu. Tymi zdaniami pieści pięknie nieciekawą historię, używając nadzwyczaj ciekawej metody literackiej: omija mianowicie wszystkie ważne wydarzenia i pisze o tym, co wydarzyło się potem.

Eugenides w swojej „Intrydze małżeńskiej” również opisuje trójkąt mimo woli: Mitchell, chudy mistyk, zakochany jest w Madeleine, która kocha Leonarda, który cierpi na dwubiegunówkę. Niestety, autorowi „The Virgin Suicides” (przepraszam za dwujęzyczność tytułów, czytam w losowych językach i nie chce mi się sprawdzać, co z danego tytułu zrobił tłumacz) nie udało się dwubiegunówki namalować w sposób przekonujący i losy Leonarda czyta się trochę jak notkę w Wikipedii na temat typowych objawów choroby i efektów ubocznych litu. Jego metoda pisania jest w pewien sposób zbliżona do Cunninghamowej — obaj poruszają się w granicach gatunku nowoczesnej amerykańskiej powieści obyczajowej. Jednak Eugenides ma większe ambicje, przynajmniej na pierwszy rzut oka — jego bohaterowie zwiedzają świat, Mitchell zostaje wolontariuszem w hospicjum Matki Teresy, podczas gdy Cunningham ogranicza się do rzuconego mimochodem „dopiero następnego ranka okazało się, że młodzian ma na nazwisko Mars i jest dziedzicem wielkiej fortuny” — co zresztą jest dla fabuły kompletnie bez znaczenia. Akcja „Królowej Śniegu” rozgrywa się praktycznie w stu procentach w Nowym Jorku, wykochanym i wypieszczonym przez autora podobnie, jak postaci, poruszające się konkretnymi ulicami, przechodzące obok konkretnych kafejek, stacji metra. Założę się, że wybrawszy się do Hameryki byłbym w stanie wykonać podróż śladami Liz i Beth (co ciekawe, to warianty tego samego imienia — przypadeg?) i trwałaby dokładnie tyle, co opisana przez Cunninghama.

Wszystkie właściwie postaci cierpią na syndrom, który kiedyś był — i wciąż bywa — również moim udziałem: „is this it?” Mitchell rozwiązuje swoje rozterki, zostając wolontariuszem; Tyler wmawia sobie, że kokaina jest mu potrzebna jako paliwo dla talentu, a w ogóle to opiekuje się umierającą Beth; Madeleine, która w życiu chce głównie pisać o okresie wiktoriańskim, zżerana jest wątpliwościami, czy aby na pewno nie powinna robić czegoś WAŻNIEJSZEGO. Jonathan z „Domu na krańcu świata” tak długo zadaje sobie pytanie „czy to aby na pewno może być facet dla mnie?”, że kończy na tytułowym krańcu świata w braterskim związku z Bobbym. Liz, świadoma pewnej schematyczności swojego związku z młodym Andrew, pozwala mu trwać mimo to, bo dzięki temu nie musi myśleć nad szukaniem kogoś właściwszego (co, mam wrażenie, jest dokładnie tym, co Madonna robi z Baby Brahimkiem, czy jak się nazywa jej najnowszy wybranek). Ja sam spędziłem lata, przed poznaniem Zbrojmistrza, pytając siebie „is this it?”; dziś zadaję sobie to pytanie w kwestii swojej stabilności umysłowej.

Eugenidesowi nie do końca mogę wybaczyć zakończenie. Nie jest co prawda aż tak prostackie, jak się obawiałem przez ostatnie 200 stron, ale nie zachwyca jednak swoim wyrafinowaniem. Może nie jestem obiektywny, bo denerwuje mnie opis choroby Leonarda, ale trudno mi sobie poradzić z odpuszczeniem mu sposobu, w jaki pod koniec książki wydaje się miarkować: „ojej! mam kontrakt z wydawcą na 320 stron, a już napisałem 280. Trzeba to szybko zakończyć!” Ciężko jest uniknąć spoilerów i napisać cokolwiek o zakończeniu „Królowej Śniegu”, ale trzymało mnie ono w niepewności dosłownie do ostatnich zdań, a odkładając książkę (tzn. klikając przycisk „Library” w Kindlu) czułem niedosyt, w związku z którym odświeżam sobie wszystkie pozostałe książki autora.

Czasu na czytanie mam dużo, bo ostatnie tygodnie spędziłem na oddziale psychiatrycznym szpitala w Amsterdamie. Wydawało mi się do tej pory, że jedzenie szpitalne powinno być paskudne. Otóż nie. Nie przybyło mi kilka nowych kilogramów obywatela wyłącznie dlatego, że wypuszczają mnie na siłownię. Wczoraj na obiad podano dwa rodzaje ryby, cztery opcje wegetariańskie w tym dwie wegańskie, pyszny gulasz, trzy rodzaje ziemniaków, dziki ryż, dwa lub trzy rodzaje warzyw, trzy sosy i dwie surówki. Tego wszystkiego jemy, ile mamy ochotę. Holendrzy, przyzwyczajeni nie wiem do czego, kręcą nosem, ja, nawykły do polskich szpitali z ich gumowymi klopsami i barszczem z farby akwarelowej z cukrem odżywiam się trzy razy zdrowiej, niż w domu.

Współzawodnicy są zadziwiająco mało interesujący. Zdawałoby się, że psychiatryk powinien dostarczyć wielu uciech i przerażeń, tymczasem na moim oddziale — przypadków łatwych — siedzą cztery bipolary, jedno zaburzenie odżywiania, jedno wypalenie zawodowe, jedna demencja i jedno nie wiem co, bo wygląda na kompletnie zdrowe. Dostajemy metalowe sztućce i szklane szklanki. Jedyne oznaki, że jestem na oddziale psychiatrycznym, a nie np. chirurgii to nieotwierające się w ogóle okna oraz terapia zajęciowa, która wygląda dokładnie tak, jak na filmach (w odróżnieniu od elektrowstrząsów i prawie wszystkiego innego, które NIE wygląda tak, jak na filmach).

Co tu właściwie robię? Cóż, już w kwietniu, a może marcu — dopiero teraz to do mnie dociera — moja dwubiegunówka zaczęła wykonywać jakieś dziwaczne podskoki i koziołki, w maju wsiadła zaś na rollercoaster i ruszyła z kopyta. Po dużej ilości seksu, niewielkiej ilości przemocy, zerwaniu więzów z trzeźwością i nawiązaniu nowych z czymś, co najłatwiej określić uczuciem „fuck you, world” mój lekarz zaproponował mi hospitalizację, a ja — na tyle samo-świadom, żeby rozumieć, że jest źle — zgodziłem się i ostatnie dwa tygodnie spędziłem tutaj, głównie na czytaniu, cierpliwym znoszeniu efektów ubocznych, ćwiczeniu na siłce i jedzeniu.

Historie Cunninghama i Eugenidesa mają zakończenia; Cunningham, drań jeden, wykonał zakończenie otwarte, a Eugenides zamknięte. Moja historia na razie nie ma zakończenia, ma za to rozdział, którego się jako żywo nie spodziewałem i nie umiałem go sobie wyobrazić. A jednak chyba poszło nieźle, zważywszy na to, że bipolarna znajoma z oddziału nie chce mnie wypuścić, pielęgniarki i pielęgniarze lubią (choć i tu, na oddziale psychiatrycznym trafiłem na pielęgniarza, który jest zdania, że z epizodu mieszanego można się „jakoś wyciągnąć” i trzeba „po prostu się tak nie poddawać”…!), a nowe leki jak na razie wydają się działać — odpukać, rzecz jasna. Zbrojmistrz trwa dzielnie u mojego boku, choć przyznam, że w ostatnich miesiącach nie uprzyjemniałem mu życia jakoś nadmiernie. Ciąg dalszy, jak to zwykle bywa, nastąpi.

Zdjęcie: Flickr, Several Seconds

Wychowano mnie na potulne dziecko, siedzące cicho w kątku z wyrazem twarzy “nie podchodzić”. Dużą zasługę miała w tym niestety moja mama, która ostrzegała mnie — z jak najlepszymi intencjami — “tylko uważaj”, kiedy wychodziłem z domu. Z uwagi na to, że nigdy nie wytłumaczono mi, na co mam konkretnie uważać, na wszelki wypadek uważałem na wszystko, w tym na szanse i możliwości. Po co komu taka szansa, jeszcze się nie uda, pogryzie, albo niebo mi upadnie na głowę, albo — bo ja wiem — samochód mnie przejedzie. Lepiej siedzieć u siebie w domu, gdzie też niebezpiecznie, bo w każdej chwili w okno może wlecieć mi samolot, ale jednak ilość niebezpieczeństw jest przynajmniej troszkę ograniczona.

Kiedy miał miejsce mój jedyny chyba okres nieograniczonej i podniebnej hipomanii, czyli jakoś tak między końcem 2011, a połową 2012, odkryłem nagle, że nie boję się NICZEGO. Zatraciłem umiejętność odczuwania strachu. Dość szybko okazało się, że jednak niektórych rzeczy warto się bać, ponieważ wpadłem w dość dziwne (acz interesujące) towarzystwo, zleciałem z hulajnogi na Słowacji (bo hamulce są dla starych babć, a nie PRAFDZIFYH MENSZCZYZN), wjechałem na starszego pana na przejściu dla pieszych (bo światła, etc.) i tylko cudem chodzę nadal po świecie wolny od chorób wenerycznych. Ale odkryłem też, że większość moich obaw i fobii kompletnie nie ma pokrycia w rzeczywistości. Nie ma i już. Mogę wchodzić bez strachu do nieznanych mi podrzędnych oberży, spotykać się z bardzo dziwnymi ludźmi, robić bardzo dziwne rzeczy… ale też zwyczajnie pozbywać się pająków (i raz szczura, Amsterdam jest dość nieszczęśliwym miejscem dla osoby nielubiącej gryzoni) z mieszkania, wykonywać i odbierać rozmowy telefoniczne, pisać do kompletnie obcych muzyków na Twitterze i Facebooku nie bojąc się Co Będzie Jeśli. Zostawać kowalem i podrywać sobie Zbrojmistrza. Świat był wtedy mój. Aż, jak wiadomo, hipomania się skończyła.

Aktualnie jest rok 2014 i hipomanię widuję co najwyżej przelotnie, przez kilka dni, świadom niebezpieczeństw, jakie niesie ograniczam dawkę antydepresantu i na tym się zabawa kończy. Ale większość strachów nie wróciła już nigdy. Niektórych rzeczy wystarczyło, jak się okazuje, doświadczyć raz. Nie mogę powiedzieć, że nie boję się niczego, bo boję się holenderskiego systemu prawnego, podatkowego i zasiłkowego z prostej przyczyny — nie rozumiem ich i nie znam. Ale nie boję się ludzi, nawet tych wyglądających naprawdę przerażająco, ponieważ poznałem tak wielu złych i dobrych ludzi, od wyjątkowo sympatycznych dilerów do karków na motocyklach, że ciężko jest na mnie zrobić wrażenie. Poza tym, jeśli ktoś pamięta, jak wyglądam i w co lubię się ubierać, rozumie zapewne, że tatuaże, piercingi, irokezy lub łyse głowy i skóry & mundury naprawdę nie mają szans mnie wystraszyć. Boję się raczej pań z łagodnym głosem i długopisem zawieszonym nad ważnym formularzem.

Cały ten przydługi wstęp zmierza w jednym kierunku. W tym tygodniu udało mi się wreszcie doświadczyć czegoś, o czym marzyłem od lat: podróży na motocyklu. Pierwsze 450 km mam za sobą, na razie w charakterze pasażera, ale jednak. Moja ramoneska też, po piętnastu latach, wreszcie się przejechała i bardzo przydała, bo przy 160 km/h robi się ciut wietrznie, a popadywało też lekutko. W ciągu kilku dosłownie sekund — mimo braku hipomanii — zakochałem się w prędkości i byłem nieomal rozczarowany, że rozpędziliśmy się tylko do 160 km/h (nie w Holandii, bo tu nie wolno, tylko w Niemczech). Mimo tego, że moja sytuacja finansowa leży i kwiczy, zdążyłem już pooglądać mój wymarzony motocykl na allegro — zupełnie bez związku, czy ktoś nie chciałby kupić nereczki za 5 tysięcy euro?

Przywieziono mnie do raju. Mój przyjaciel i jego mąż zakotwiczyli mianowicie na uboczu małej miejscowości w Niemczech, gdzie mają domek na połowie hektara bajki. Bajki niestety nie stworzyła dla nich dobra wróżka, tylko 16 lat pracy własnych rąk, ale efekt zapiera dech w piersiach. Kwiecie, zieleń, drzewa, woda i CISZA. Już od dawna podejrzewam, że wyrosłem z mieszkania w mieście, ale teraz wiem to na pewno: raj to dla mnie dom z ogrodem na wsi i motocykl, na wypadek, gdybym potrzebował znaleźć się w miejscu bardziej uczęszczanym. Kiedy mówię “dom”, mam oczywiście na myśli miejsce, gdzie da się nie tylko mieszkać, ale i kuć.

W domku gościnnym spędziłem tylko jeden wieczór, ale przeżyłem czyste, niezmącone szczęście. Siedziałem na podłodze, patrząc na zmianę w hulający w kominku ogień i za oszklone drzwi, za którymi przyroda spała pod gwiazdami, wzdychając cichutko. W takiej chwili do życia nie potrzeba już naprawdę nic więcej, oprócz towarzystwa Zbrojmistrza, który niestety na trzeciego na motocyklu się nie zmieścił. Korespondując na Facebooku na temat świeżo zakupionego kowadła z dwudziestoletnim kowalskim nerdem z okolic Amsterdamu rozmyślałem sobie od niechcenia o tym, jak bardzo innym człowiekiem jest Ray w roku 2014 w porównaniu z tym z roku 2011. Jak wielką rolę odegrała w tej zmianie moja choroba dwubiegunowa; jak wielką bycie zmuszonym do dokonania zmian; jak wielką odwaga, najpierw podsycana hipomanią, ale potem już nie, aby ich dokonać. Co pomyślałby Ray sprzed lat 10 czy zgoła 20 o tym człowieku, którym jestem teraz? Czy chłopiec, bojący się wyjść z domu i wsiąść do autobusu bo “tylko uważaj” w ogóle by uwierzył w kuźnię, wieczory w barach, tatuaże i podróże na motocyklu?

Przede mną kolejne zmiany: spróbowałem ostatnio pracy na ochotnika (przy pomocy urzędu pracy i przydzielonej mi psycholożki) przy projekcie i… nie udało się. Ataki paniki, problemy ze snem, gwałtowne wahania nastroju podobne do tych z końcówki 2012 spowodowały, że musiałem projektowi podziękować. Boję się — tego, że nie uda mi się do pracy wrócić już nigdy. Przynajmniej nie do takiej, w której da się zarobić. Psycholożka delikatnie wspomniała mi o tym, że powinienem poczytać o występowaniu o długotrwałą rentę. Uwaga, choć naprawdę sformułowana z taktem i delikatnością, wzbudziła we mnie reakcję konia ukłutego ostrogą. Nie jestem człowiekiem, który umie się poddawać. Ale nie chcę też być człowiekiem, który z uporem byka wali raz za razem czołem w ścianę. Coś muszę zmienić, coś muszę zrobić. Tyle, że nie wiem co. Co można zrobić, kiedy mamy odwagę dokonywać zmian, ale nie wiemy, jakich zmian należy dokonać? Tego nie wiem. Plan długookresowy mam: kuźnia, dom z ogrodem, kominek, motocykl. Planu na krótszy okres nie posiadam.

Pozwolą państwo, że przyznam się, że mnie to przeraża.

Zdjęcie: Yamaha XJR1300, Wrenchmonkeys

Moja akceptacja dwubiegunówki jest, na ile umiem to ocenić, pełna. Wcinam proszki, chodzę do lekarza (który jest konowałem i usiłuję się go pozbyć, ale moja średnia znajomość niderlandzkiego systemu medycznego mi to szalenie utrudnia), zakończyłem terapię z oceną celującą, moderuję forum dla bipolarów i nie tylko. Diagnoza i lektura wielu źródeł, od autobiografii do pism medycznych bardzo wiele mi wyjaśniła i umożliwiła lepsze zrozumienie samego siebie. Najzwyczajniej w świecie nareszcie wiem, dlaczego „od zawsze” wykazywałem pewne dziwne zachowania, których sam nie rozumiałem i które mnie bolały. Wydaje mi się, że pytanie o protezę dotyczyło właśnie tego, ponieważ nastąpiło zaraz po moim stwierdzeniu, że zaakceptowałem siebie takiego, jakim jestem w stu procentach. Po prostu swoje dziwactwa zwalam na bipolara i kompletnie się nimi nie przejmuję.

Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, dwubiegunówka bardzo wiele mi dała. Pierwsza ciężka depresja skłoniła mnie do wyjazdu do Amsterdamu i podjęcia terapii. Druga ciężka depresja skłoniła mnie do poszukiwania innego zajęcia, którym okazało się kowalstwo, a hipomania, która nadeszła potem umożliwiła mi podążanie tą ścieżką i poderwanie Zbrojmistrza. Przy okazji pozbyłem się różnych fobii i strachów za pomocą desensytyzacji — odkrywszy bowiem, że nie boję się niczego (interesujący efekt uboczny niewłaściwych leków podlewanych whisky) z premedytacją zacząłem się wystawiać na wszystkie bodźce, które do tej pory mnie przerażały. Dzięki temu w tej chwili boję się już chyba tylko osób nieprzewidywalnych — pijanych kibiców, osób w stanie ciężkiej psychozy, urzędu pracy.

Przestałem przejmować się rzeczami, które mają na mnie znikomy wpływ, np. polską polityką. Zajęło mi to jedyne 7 i pół roku, ale wreszcie się udało. Na gazetę.pl zaglądam nadal, z przyzwyczajenia, ale jeśli dobrze zrozumiałem nowy komunikat o systemie Piano (10 artykułów za darmo, reszta płatna) niedługo się to skończy. Na brednie Kuchcińskich i Kemp macham ręką, chyba, że są zabawne. Ostatnim, co mnie naprawdę zdenerwowało był występ Kuby Strzyczkowskiego z najnowszym kabaretem „Dyktatura Homoseksualna w Trójce”, głównie dlatego, że kiedyś dużo Trójki słuchałem. Choć rzecz jasna nie z uwagi na Strzyczkowskiego. Znajomy Holender zachowuje się tak, jak kiedyś ja, wrzucając na Facebooka różne informacje o tym, co tym razem zrobił premier Rutte, co się dzieje w Soczi i jak zmienia się system emerytalny (podpowiedź: nie na lepsze), po czym wpada w depresję. Mi się znudziło.

Rezygnuję z muzyki. Być może dokończę album, który dłubię od dwóch lat, a być może nie, bo nawet kończyć mi się nie chce — umówmy się, że śpiewak ze mnie nie lepszy niż z Cezarego Pazury, a skoro nawet Lady Caca rozdaje swoje płyty za darmo jako bonusy do biletów na koncerty, to nie mam żadnych szans nawet na zwrot kosztów. Dużo świetnej muzyki robią inni, ja nie muszę. Śpiewam jeżdżąc na rowerze, co stanowi świetny sposób na odstraszanie gołębi ze ścieżki rowerowej. Jest mi z tym dobrze i wcale nie czuję, że odrzucam coś niezwykle dla mnie ważnego. To, co miałem do nagrania, nagrałem, umieściłem w Internecie, nie podbiłem Ameryki. Czas na reorientację.

Reorientacja jest rzeczą przerażającą dla normalnych ludzi, ale dla nas bipolarów jest normalką, ponieważ zmieniamy zdanie na różne tematy z taką samą częstotliwością, z jaką mamy wahania nastroju. Dziewczynka z dowcipu o złotej rybce i jeżu („Chcę jeża! Eee, do dupy z tym jeżem! Aaaaa, wyjmijcie mi jeża!”) to właśnie ja. Zostawałem już gitarzystą, kulturystą, pisarzem (to mi nie przeszło nadal, ale chyba jednak zajmę się tym na stare lata), blogów nawet się nie doliczę, chciałem szyć, robić kolczugi, uczyć się gotować i chyba tylko praca w supermarkecie nadal mnie nie pociąga. Może dlatego rozważam również rezygnację z projektowania, ponieważ komentarz Rosy pod poprzednim postem jest prawdziwy również w Holandii. Grafików jest jak psów, z czego mnóstwo jest lepszych ode mnie, tańszych (o czym pisałem), młodszych, wymieniać można długo. Klientów, którzy chcą ode mnie stron WWW lub innych dzieł plastycznych można liczyć na palcach — może nie jednej ręki, ale stopy nadal zostają na później. Tymczasem zaś zostałem niepostrzeżenie zawalony po uszy zleceniami kowalskimi. Jak się dowiedziałem wczoraj, „chodzą po mieście dobre opinie o mnie”. Dowiedziałem się tego od nowego klienta, z którym rozmawiałem o pracy, którą mam dla niego wykonać. Potem zaś wybrałem się na otwarcie wystawy, na której znalazły się fotografie z użyciem prac moich i Zbrojmistrza, gdzie właściciel galerii zachwycił się moją nową pracą (jeśli zaglądasz na mojego kowalskiego Facebooka, wiesz, o której mówię) i zażądał, żeby mu ją sprzedać.

Gdyby nie dwubiegunówka… w ogóle nie umiem sobie wyobrazić swojego życia. To znaczy, mam jakieś tam wizje. Raczej smutny, zgryźliwy, markotny facet, siedzący na tyłku 8 godzin dziennie (albo więcej) w swojej pracy w oddziale banku, wciskający klientom kredyty, na które ich nie stać lub obdzwaniający tych, którzy przestali je spłacać. Przypominam, że z wykształcenia jestem matematykiem. Byłby to facet, któremu Suzanne Vega nie zadedykowała piosenki ze sceny, do którego Shirley Manson nie zaśpiewała środkowej części „Cherry Lips” podczas koncertu Garbage, który nie tańczył półnago z Front 242 i nie głaskał po głowie Kelego Okereke. Facet, który nigdy nie miał irokeza, nie zrobił sobie tatuażu (może jeden, malutki, gdzieś, gdzie nie widać), nie pojawił się na zdjęciu z wiecu w Gazecie Wyborczej, nie rozebrał wszystkich klientów swojego ulubionego baru gejowskiego w niedzielny wieczór, żeby sprawdzić, który ma najbardziej owłosioną klatę, nie rozmawiał z bogami, nie leżał godzinami na podłodze walcząc z myślami samobójczymi i nie ma na przedramionach blizn. Normalny człowiek.

Tyle, że słowo „normalny” nigdy nie było w moich ustach komplementem.

Ciągle nie wiem, jak odpowiedzieć na pytanie M. „Proteza” wydaje mi się niewłaściwym określeniem, ale nie do końca wiem, jakie jest lepsze. Choroba wiele mi odebrała i wiele mi dała; jest tak bardzo częścią mnie, że moje wyobrażenie siebie samego bez niej jest równie użyteczne, jak bajania insektologów o Annie Grodzkiej. Może bez niej byłbym teraz prezesem SLD, może właścicielem złotego Mercedesa, może żebrakiem pod mostem. Dzięki niej potrafię wreszcie zaakceptować wszystkie swoje odbicia, dziwactwa, fryzury, stroje, nawet kowalstwo (czy uwierzycie, że po ponad dwóch latach nadal walczę z myślą, że nikt „normalny” w XXI wieku nie zostaje kowalem?) i po prostu być.

Trzy lata temu miałem kasy jak lodu, u boku DJa odkrywałem uroki używek nielegalnych nawet w Amsterdamie, imprezowałem w każdy weekend, ciągle chorowałem i byłem strasznie nieszczęśliwy, kompletnie nie rozumiejąc, dlaczego, bo przecież mam wszystko. Straciłem wszystko, co właśnie wymieniłem i nareszcie rozumiem naturę daru, jaki otrzymałem od bogów. Bez alkoholu, bez dragów, codziennie w łóżku przed północą, 10.5 pigułki dziennie o różnych porach, zero wypadów na całą noc, ciągle wiszące nade mną widmo bankructwa, karta stałego klienta w szpitalu w Amsterdamie. To ja. Jestem szczęśliwy.