Uwaga, osoby wierzące (w Polsce to oznacza tylko jedną rzecz) mogą się poczuć dzisiejszą notką urażone. Serdecznie zniechęcam je do lektury.

*

Wczoraj przed pójściem spać wymyśliłem temat na notkę. Miała się nazywać „Pamięć! Gdzie ona?” (ci, co wiedzą, to wiedzą) i traktować… nie wiem, o czym. Bo do rana zapomniałem. Bardzo chciałbym, żeby to był żart. Ale naprawdę nie wiem, czego miała dotyczyć. Zdaje się, że miałem coś znowu wspomnieć o tym, że leki zrąbały mi pamięć do reszty, ale – o ironio – naprawdę nie pamiętam.

Potem ten pomysł odsunąłem na bok, żeby się nim zająć rano (chłe, chłe), a do głowy przyszedł drugi. A potem trzeci. Leżałem sobie rozbudzony o pierwszej piętnaście, w nocy rzecz jasna i nagle zrozumiałem, że dwubiegunówka przemieściła się znowu z dołu na górę skali. Po czym poszedłem dosypać sobie pigułek nasennych.

Czytaj dalej

Z uwagi na profil mojego bloga – tzn. część, bo ten bałagan nie posiada profilu – dostaję wiele wiadomości od osób cierpiących na różne choroby umysłowe.

Kiedy mówię „wiele”, naprawdę mam to na myśli. Najczęściej jest to depresja i dwubiegunówka, ale trafiają się schorzenia, o których nigdy w życiu nie słyszałem. Często są to – jesteście – ludzie zdesperowani, dla których stanowię, powiedzmy, przedostatnią deskę ratunku. To znaczy chcę wierzyć, że nie ostatnią. Ponieważ nie jestem w stanie Wam/im pomóc.

Nie jestem ekspertem. Nie jestem lekarzem. Nie posiadam wiedzy, której nie zebrałem już w „Dwubiegunówce dla początkujących”. Nie mam żadnego wykształcenia. Przeczytałem bardzo dużo książek o bipolarze i mam, rzecz jasna, własne doświadczenia, ale siłą rzeczy są one ograniczone. Nie mam pojęcia chociażby o tym, jak wygląda system medyczny w Polsce. Tutaj na pierwsze spotkanie z lekarzem czekałem aż sześć tygodni, a potem w kryzysach mogłem się widywać z panią psychiatrką na przykład codziennie. Wszystkie leki opłaca mi ubezpieczenie. (Firma nawiasem mówiąc musi przeklinać dzień, kiedy się do nich przepisałem. W poprzedniej otwarto szampana.)

Czytaj dalej

Dzisiaj Jos powiedział mi, że nareszcie wyglądam normalnie. Przez moment nie rozumiałem, co ma na myśli, bo wyglądałem jak widać powyżej. (Specjalnie go poprosiłem o zdjęcie na blogaska.)

Jak pisałem kilka tygodni temu, działo się bardzo źle. Wprowadzałem w życie kolejne ograniczenia: zero alkoholu, zero używek, zero wyjść wieczornych, spanie w określonych godzinach. Potem straciłem kuźnię i na jakiś czas siłownię. Ale nawet nie zauważyłem, kiedy dodałem kolejne: zacząłem się ubierać „normalnie” i wyglądać „normalnie”. Nosić zwyczajne dżinsy, zwyczajne kurtki, zwyczajne fryzury. Oczywiście do pewnego stopnia, bo większość ludzi nie ma na głowie tatuaży, ale w jakiś sposób chciałem się przebrać za kogoś, kto nie nosi w sobie choroby umysłowej. Aż okazało się, że wszystkie moje ograniczenia w połączeniu z bólem ciała i mózgu elegancko wyprowadziły mnie z życia do egzystencji.

Z pancura z czerwonym czubem zmieniłem się z powrotem w grzecznego chłopca, którym byłem piętnaście lat temu. Przepraszam, że nie przyszedłem. Przepraszam, że mam depresję. Przepraszam, że nie piję piwa. Przepraszam, że mnie boli. Przepraszam, że mam alergię. Przepraszam, że jestem gruby. Przepraszam, że noszę ze sobą poduszkę, bez której nie mogę siedzieć. Przepraszam, że bez przerwy mrugam. Listę można ciągnąć w nieskończoność. Oczywiście moje przeprosiny nikomu się na nic nie zdały, bo nie poczułem się od nich ani trochę lepiej, a przepraszana osoba na ogół nie zauważała, że zgrzeszyłem. Przeprosiłem Josa, że kupiłem sobie książkę. Benjamina za to, że nie spotkałem się z jego przyjaciółką (którą od dawna chcę poznać). Lekarkę za to, że zawracam jej głowę. Aż nadszedł dzień, który określam Czarnym Wtorkiem. Przed południem chciałem już tylko nie czuć niczego nigdy więcej. Po południu wstąpiła we mnie furia i jak ręką odjął przestałem przepraszać.

Czytaj dalej