Wersja TL;DR: na razie zostanę przy Spotify.

Z pewnym podekscytowaniem ściągałem aktualizację systemu do 10.10.4 (która popsuła mi wifi, ale na szczęście łatwo się dało naprawić) i iTunes 12.2. Po zainstalowaniu czego trzeba i obowiązkowym restarcie, ujrzałem następującą belkę menu:

Screen Shot 2015-07-02 at 15.25.15

Co trzeba wcisnąć, żeby wejść w Apple Music? Zgaduj zgadula, gdzie złota kula. Otóż trzeba wybrać pomiędzy opcjami For You (muzyka dobrana według mojego gustu, o czym za chwilę), New (samo się tłumaczy), Radio (Beats One) i Connect (feed artystów, którzy wrzucają co mają ochotę, w tym klipy, obrazki, etc.) Wybranie iTunes Store przeniesie nas do standardowego sklepu iTunes, gdzie możemy wyszukać płytę, ale gdy ją już znajdziemy, nie ma opcji streamingu, możemy ją jedynie kupić. Innymi słowy w tym samym programie możemy tę samą płytę znaleźć na dwa różne sposoby, z jednej strony da się streamować i ściągnąć na dysk, a z drugiej da się kupić i ściągnąć na dysk.

Co do streamowania i ściągania na dysk, wyszukałem „Control” Janet Jackson.

Czytaj dalej

Kiedyś, dawno temu, gdy rozpocząłem pracę w Holandii, w ramach pozapłacowych benefitów otrzymywałem €1,250 na zakup nowego komputera i nie kupiłem Maca.

W użyciu był wtedy Mac OS X Tiger, który z nieznanych mi powodów bez przerwy sprawiał problemy, zawieszał się, programy nagle padały bez możliwości zapisania danych. Tak więc wybrałem Windows i zasłużenie cierpiałem. Któż zapomni rozkosze ekranu „trwa instalacja aktualizacji 8 z 495, proszę nie wyłączać komputera” kiedy KONIECZNIE musisz wysłać natychmiast maila? Albo wyskakujące malutkie okienko z pytaniem „czy zrestartować teraz”, które umyka kompletnie uwadze, bo piszesz tekst, po czym system się restartuje bez zapisania owego tekstu? Wiele notek straciłem w ten sposób i po trzech latach, gdy Mac OS X ewoluował do wersji Snow Leopard, nabyłem Maca.

Moje życie nagle stało się o wiele przyjemniejsze i prostsze. Do iMaca dokupiłem iPhone i iPada i byłem niemal idealnym przykładem hipstera (jeszcze wtedy byłem szczupły), brakowało tylko Macbooka i kawy ze Starbucksa. Nic mi się co chwila nie restartowało, wszystko świetnie działało i ogólnie było ekstra, dopóki nie postanowiłem przyoszczędzić i przy odnowieniu kontraktu zamiast iPhone nabyć Szajsunga Crapaxy S III, najgorszy telefon, jakiego w życiu używałem, a trochę ich było.

Czytaj dalej

(Punkt dla tej osoby, która mi przypomni autora i tytuł książki, która zainspirowała tytuł, nie mam jej od lat, a chętnie bym zajrzał. W dzieciństwie mi się bardzo podobała.)

Wiem, że większość [delikatne sformułowanie – red.] czytelników nie przychodzi tutaj dla mojej muzyki, ale tworzenie tejże jest częścią mojego życia od najmłodszych lat. Jako dziecko miałem głos i słuch idealny. Wygrywałem wszystkie konkursy piosenki organizowane na koloniach zimowych i letnich, a wielką sławę zdobyłem, tłumacząc na polski utwór „Sealed With A Kiss” – dwa lata potem stara, bo piętnastoletnia dziewczyna miała w zeszyciku spisane różne teksty piosenek, w tym mój, a ja poprawiałem jej błędy. Nie chciała wierzyć, że dokonałem tego tłumaczenia w szacownym wieku lat 12, dopóki jej nie zaśpiewałem swojej wersji. W tych czasach dawałem impromptu koncerty przy ognisku, otoczony wianuszkiem dziewczyn z wielkimi oczami przepełnionymi zachwytem. Aż szkoda, że byłem 1) za mały i 2) gejem, bo dobiłbym do 500 partnerek przed ukończeniem 15 lat.

Nadeszła mutacja i upierdoliła mi głos. Ze skali porównywalnej z Mariah Carey zostały mi dwie oktawy w dobry dzień. Ale nie powstrzymało mnie to przed dalszym komponowaniem, próbami nagrywania (mój pierwszy album powstał tak, że z Atari 65XE wydobywała się muzyka, obok siedziałem ja i śpiewałem, a całość nagrywała się przez monofoniczny mikrofon magnetofonu Grundig, jeśli dobrze pamiętam) i pożądaniem SŁAWY. Michael Jackson, Prince, Ja. Rzecz jasna, nie w tej kolejności.

Czytaj dalej

Podczas premiery najnowszego modelu iPhone, Apple Watch i iOS8 miała miejsce również premiera nowej płyty U2. Zespół rozdaje album za darmo, zapewne powodowany niezwykłą dobrocią serca, Apple zapewnia im kanał dystrybucji, kląskają ptaszki, pachną kwiatki, zakochane kundle jedzą spaghetti. Bono, znany ze swojej działalności charytatywnej, po raz kolejny okazuje, jak wielkie ma serce, nieczułe na jakąś tam mamonę. Wszyscy zyskują, nikt nie traci.

Tylko, że nie.

Po pierwsze, U2 nie rozdali swojej płyty za darmo. Zapłacił za nią Apple, prawdopodobnie około stu milionów dolarów. (Istnieje możliwość, że część tych kosztów się Apple jeszcze zwróci, bo album jest dostępny za darmo tylko do 13 października, a nie na wieki wieków amen.) Bono z kolegami na tym nie stracili. Podatków też zapewne unikną. Bono lubi rozdawać przed kamerami pieniądze, ale nie swoje. Apple wrzuci sobie U2 w koszty produkcji iPhone 6.

Po drugie, płyty coraz częściej stają się narzędziem do promowania tras koncertowych. MDNA Madonny była dodawana do biletów na MDNA Tour. ARTPOP Lady Gagi było dostępne za $1.99 na Amazon Store chyba tydzień po wydaniu. Przemysł płytowy pogodził się z faktem, że piractwo istnieje i nie zniknie i odbija sobie straty za pomocą tzw. 360 Deals — kontraktów podpisywanych nie tyle na płytę, co na wizerunek artysty, dzięki czemu Britney Spears sprzedaje bieliznę, Kylie Minogue kołdry i poduszki (podobno z dużym sukcesem), a kto popadnie perfumy. Wielkie wytwórnie zapewniają promocję, koszta zwracają się z nawiązką i problem mają wyłącznie ci, którzy nie załapali się na kontrakt z wielką wytwórnią, czyli prawie wszyscy.

Obejrzałem na koncercie swojego ukochanego Asgeira. Wyprzedane Paradiso, pod sceną dziewczęta wyśpiewujące każde słowo, nawet w utworach po islandzku. Nie mogę się oprzeć pytaniu: ile z tych osób kupiło płytę? Przyznaję się szczerze: ja kupiłem sobie na koncercie, ponieważ bardzo chciałem mieć wersję winylową, a wydawanie 15 euro na winyl i 8 na wysyłkę nadzwyczaj mnie zniechęcało (w sklepie „fizycznym” zaś winyl kosztuje 22 euro). Młodzi, niezależni artyści traktowani są trochę w taki sposób, jakby powinni lizać nam buty za to, że robimy im łaskę słuchaniem ich utworów. Oczywiste jest to, że nikt za nie nie płaci — skoro U2 rozdają płytę za darmo, czemu miałbym płacić jakimś tam Asgeirom?

W wywiadzie z zespołem Grizzly Bear padają takie słowa:

Droste doesn’t expect a middle-class living, but he wouldn’t mind one. “I’d like to someday own a house, and be able to have children, and be able to put them through school, in an urban environment that one enjoys living in,” says Droste. “A lot of people do it. And doing it through music is harder than doing it as a lawyer.” I ask him if Grizzly Bear, with all its success, offers the beginnings of that. “No,” he says, very quickly. “I’d have to keep doing this forever. But the biggest thing you can’t do is focus on money.” I ask how he’d feel if it turned out that pursuing music had prevented him from accomplishing any of that other stuff—would that be worth it? “Totally,” he says, also very quickly. Even the way I’ve phrased it, as a sort of gamble, doesn’t sit well with him. “It’s not a gamble. You’re doing it because you love it. I’m not placing bets on it, like, ‘I hope this works, because otherwise my unborn child …’ I’m doing it because I really enjoy it.”

Niedawno czytałem artykuł, nie pomnę rzecz jasna gdzie, w którym autor uświadamiał czytelnikom, że to, ile płacimy współ-członkom społeczeństwa jest odwrotnie proporcjonalne do ich przydatności w tymże społeczeństwie. Muzyk, który potrafi stworzyć rzeczy niebywale piękne — na Ciebie patrzę, Asgeirze — zarabia grosze. Prawnik, który potrafi najpierw wycyckać przeciwnika, a potem własnego klienta — miliony. Mojego najlepszego przyjaciela oszukał na kilkadziesiąt tysięcy euro jego własny agent mieszkaniowy (ten sam zresztą, co mój, długa to historia). Agent za naszych czasów jeździł BMW, obstawiam, że zmienił je ze dwa razy od tego czasu, bo cóż to za wstyd mieć ten sam samochód przez dłużej, niż dwa lata. Mój przyjaciel boryka się z problemem, skąd wziąć pieniądze na prawnika, który w jego imieniu pozwie agenta.

Jak to się wiąże z U2? Bardzo prosto. Zespół jest w stanie zaśpiewać sobie za bilet na koncert ilość pieniędzy wprost proporcjonalną do ilorazu ilości fanów przez ilość miejsc w hali/na stadionie. Jeśli Madonna jedzie w trasę, w hali mieści się, powiedzmy 5 tysięcy osób, a na koncert KONIECZNIE chce wejść 30 tysięcy, może sobie pozwolić na bilety po 150 euro. Jeśli w trasę jadą Grizzly Bear, w klubie mieści się 300 osób, a na koncert KONIECZNIE chce wejść 150, jest oczywiste, że bilet nie może kosztować za wiele, chyba, że lubimy przestrzeń. Początkujący wykonawca automatycznie przegrywa, gdy w grę wchodzi możliwy zarobek na koncertach, więc musi próbować zarobić inaczej. Rodzajem artefaktu, który może sprzedawać, jest koszulka, płyta, kubek. Rozdające U2 za darmo Apple samo sobie strzela w stopę, sugerując jednoznacznie, że muzyka to coś, za co nie trzeba płacić — ale o wiele bardziej krzywdzi młodych wykonawców, dla których strata połowy sprzedaży nie jest różnicą między ogromnym jachtem i bardzo dużym jachtem, tylko między wyżyciem z muzyki, a znalezieniem pracy w biurze.

Oczywiście można powiedzieć, że muzyki i tak jest za dużo i może dobrze jej zrobi, jak się jej zrobi mniej. W związku z nadwyżką podaży nad popytem tracą artyści (którzy przymierają głodem), fani (którzy nie mają szans przekopać się przez tysiące nowych płyt, bo zanim zdążą, zalewa ich darmowe U2 wpychane na siłę do iTunes), małe wytwórnie (bo ciężko się przebić pomiędzy dużymi)… Kto zyskuje? Jak zwykle, najwięksi. Britney Spears gra obecnie serię „koncertów” w Vegas. Nikt nawet nie udaje, że rzeczywiście śpiewa. Trochę tańczy, trochę się giba. Ludzie wydają wielką kasę, bo przecież Sama Britney, a poza tym jesteśmy w Vegas, więc zaszalejmy. Ojciec Britney i jej wytwórnia liczą banknoty i lekko się ślinią z rozkoszy. A muzyka? Cóż, głośna jest dosyć. Nikt nie daje gwarancji, że jeśli połowa najmniej zarabiających i najmniej zdesperowanych zrezygnuje z tworzenia muzyki, ogólny poziom wzrośnie.

Zdaję sobie sprawę, że popularny w Polsce i nie tylko punkt widzenia jest taki: „nikt im nie każe śpiewać/grać”. Oczywiście, że nie. Tylko tyle, że mówiąc te słowa, ryzykujemy obudzenie się w świecie, w którym do słuchania pozostała tylko Britney i U2, do oglądania tylko Warsaw Shore i Here Comes Honey Boo-Boo, do czytania 50 Twarzy Sreya i Ałtorkasia Michalak. Bo tym chcieliśmy zapłacić wystarczająco dużo, żeby kontynuowali. Koncertów rzecz jasna zrobi się mniej ogólnie, bo mniej będzie artystów, więc wzrosną ceny, bo czemu nie. Na rynku pozostaną dwie stacje radiowe, „Złote Przeboje” i „Przeboje Złote” (no dobrze, mam wrażenie, że akurat to już nastąpiło). Nie wierzycie? To popatrzcie na scenę komputerową. Twarde prawidła rynku wyrżnęły firmy takie, jak Commodore, Atari, Amstrad, Sinclair, Tandy i pozostawiły nam Windows, Maca i Linuxa, stawiane na tych samych podzespołach. Jeśli nie lubisz Windows, Mac jest dla Ciebie za drogi, a Linux za skomplikowany, to możesz sobie szukać glinianej tabliczki. Być może chwila, w której Tim Cook wprowadzał na scenę Bono i jego kolesiów, była tą samą, w której dwadzieścia młodych zespołów zmuszone było się rozwiązać, bo nie miało z czego płacić rachunków za starego iPhone.