Twitterem trzęsie najnowsza afera. Zwykle albo nie zauważam, albo ignoruję, ale ta akurat mieści się w kręgu moich zainteresowań. W Londynie szykuje się otóż premiera sztuki teatralnej All in a Row, czyli Wszystko po kolei. Oto blurb, tłumaczenie moje:

Laurence lubi pizzę. Laurence niedługo idzie do szkoły. Laurence myśli, że sikanie na poduszkę mamy jest OK.

Jak każda para, Tamora i Martin mają wielkie nadzieje. Jednak gdy twoje dziecko jest autystyczne, nie-werbalne, czasami dopuszcza się przemocy, ambicje szybko zmieniają się w nierealne rojenia.

W rodzinie pełnej miłości, rozgoryczenia i odkryć, poznajcie Tam, Martina i Gary’ego, opiekuna Laurence’a, gdy mierzą się z trudami opieki nad swym ukochanym chłopcem. W ostatnią noc przed interwencją kuratora, kto jest tu ofiarą? Kto był zdrajcą? Kogo obwiniasz, kiedy nie masz już siły?

Nawet brzmi ciekawie, umiem sobie wyobrazić wiele kierunków, w jakich może pójść taka sztuka. Ale nie mam ochoty sobie tego wyobrażać – z prostego powodu. Oto aktorzy wybrani do roli ukochanego autystycznego synka:

AKTOR PIERWSZY

Aktor pierwszy z jakiegoś powodu się nie sprawdził, ostatecznie został więc obsadzony…

Czytaj dalej

Dla dokładności, jak na razie jest to kryzys 41-lecia.

Kiedy ktoś ma kryzys zdrowotny przez kilka tygodni, ludzie dzwonią, przynoszą kwiaty, prezenty, pytają, czy mogą pomóc. Wysyłają uściski, niektórzy nawet kartki pocztowe, jakieś tam dowody pamięci.

Po paru miesiącach, kiedy nie widać poprawy – a co gorsza niekiedy pogorszenie, ten strumyczek zaczyna wysychać. Część osób się nudzi, bo ile razy można spytać „jak się masz” i usłyszeć „źle”. Część obwinia chorego – to jest mechanizm psychologiczny, nie wymyślam tego na poczekaniu – podświadomie uważając, że skoro nie ma poprawy, to chory się nie stara wystarczająco. Część… zapomina. Dzwonią do mnie, zapraszają, ja nie przybywam, dzwonią, zapraszają, nie przybywam… i przestają dzwonić i zapraszać. Przestają też SMSować, pytać, jak jest.

Częścią mojego kryzysu jest dziwne skrzyżowanie odczuć: otóż obecność ludzi okropnie mi szkodzi i potrzebuję ciszy i samotności – ale jednocześnie czuję potrzebę kontaktu z ludźmi. Tylko ograniczonego i na moich warunkach. Niewielu jest gotowych się do mnie dostosować i cenię tych, którzy to czynią. Nie ma ich wielu. Liczba moich dalszych przyjaciół i znajomych spadła. Ale spadła też liczba osób, które uważałem za naprawdę bliskie. Nie jestem dla nich wystarczająco interesujący. Znów, jestem świadom, jak to działa i nie jestem zaskoczony. Tylko… no, sami wiecie.

A teraz opiszę ostatni rok. Bo mój kryzys trwa od roku, zmieniając się od głębokiego do mniej głębokiego, a potem z powrotem.

Czytaj dalej

Kilka dni temu WordPress przysłał mi powiadomienie: „Your stats are booming! Miłość po 30 is experiencing lots of traffic.” W pierwszym momencie się zdziwiłem, bo przecież niczego nie wrzucałem. Przypomniałem sobie w ciągu sekund. Jest początek stycznia.

Top trzy moich najpopularniejszych notek z ilością odsłon od chwili założenia bloga:

Jak popełnić samobójstwo szybko i skutecznie” (121,695)
„BDSM dla początkujących” (85,266)
„Jak NAPRAWDĘ wygląda kwestia eutanazji w Holandii” (9,361)

W ostatnich pięciu dniach notkę o samobójstwie przeczytało 3028 osób. Drugą w kolejności, czyli „Wstecznie”, 112. Tylko wczoraj do tej najpopularniejszej dokopały się 264 osoby. (Tutaj prośba: jeśli klikniesz, znajdziesz jakieś stare numery telefonów/adresy URL lub masz do dodania nowe, proszę o wrzucanie ich w komentarzach do TEJ notki. Pod tamtą musiałem wyłączyć komentarze i wolałbym drugi raz nie mówić, dlaczego.)

Myślę, że nie muszę mówić, że dalej będą triggery, klikacie na swoją odpowiedzialność i tak dalej.

Czytaj dalej

Odpowiedź: niewiele.

Mój kryzys trwa tak naprawdę od maja (albo nawet lutego), tylko się rozwijał powolutku, udając, że go wcale nie ma. Potem zaczął być zauważalny. Potem – bardzo zauważalny. Od jakichś dwóch miesięcy jadę na oparach.

Blog zaniedbany, sprzątanie zaniedbane, projektowanie i muzykowanie (a chcę do książki zrobić soundtrack) zaniedbane, mąż zaniedbany. W tej chwili tak naprawdę robię dwie rzeczy: 1) piszę, 2) czytam. Chyba, że jeszcze się liczy leżenie w łóżku i jedzenie, w takim razie robię cztery rzeczy. Aha, jeszcze latam po lekarzach.

Użeram się z holenderską biurokracją, która działa jak każda biurokracja. Z tym, że chirurg trzeci raz mi chyba spieprzył operację, chociaż tak naprawdę dowiem się w styczniu. W ogóle wielu rzeczy się dowiem pewnie w styczniu. Do tego czasu muszę dojechać na tychże oparach, których wczoraj było tak mało, że nawet na Whatsappie mnie nie było, za dużo roboty i interakcji.

Priorytetem absolutnym jest książka. Chciałem ją skończyć do końca grudnia, ale tak się złożyło, że niechcący wygrałem konkurs o którego istnieniu zapomniałem. Redaktorka, która jest czymś w rodzaju gwiazdy pop w dziedzinie redagowania książek najpierw napisała mi różne dziwne rzeczy, których nawet nie umiałem skomentować, po czym wytłumaczyła co miała na myśli i rzeczy nabrały sensu. Przepisuję teraz różne rozdziały, bo ona ma rację (plus Zuzz – pozdro). Siedzenie w historii Islandii i w mitologii nordyckiej pozwala mi nie myśleć. Myślenie w tej chwili jest złym pomysłem.

Nie zamykam bloga, niczego w ogóle nie zamykam, ale dopóki kryzys się nie skończy – a nie zakładałbym się, że to nastąpi w tym roku – jedyne postępy, jakich należy się (MOŻE) spodziewać będą dotyczyć strony www.bjornlarssen.com, właściwego jej Facebooka i pisanej książki. Posty na bloga piszę z wyprzedzeniem, bo akurat w środy mogę nie móc, aktualnie jest o książkach dotyczących mitologii nordyckiej. Po części dlatego, że te same rzeczy po raz któryś czyta mi się łatwiej. Jestem w trybie nastawienia na przeżycie. Bo mam za dużo rzeczy do zrobienia, żeby się udawać w charakterze prochów do Arnarstapi, aczkolwiek jest to miejsce cudownie piękne.

Powiedziałbym „trzymajcie kciuki”, ale mogą Wam odpaść, więc po prostu wysyłajcie jakieś wibracje, reiki, modlitwy do dowolnych bóstw również przyjmę. Opiekę lekarską mam, zgoła w nadmiarze, wolałbym jej mieć mniej. Mąż ciągle na stanowisku. A ja w tej chwili siedzę na kanapie w piżamie i czekam, aż będę mieć siłę się ubrać.

Taki żyzń. (Jos czyta moje notki w tłumaczeniu Google Translate, ciekawe, co mu z żyznia wyjdzie.)