Moja ostatnia próba samobójcza miała miejsce 4 października 2012 roku, dzień po otrzymaniu diagnozy ChAD. Jak łatwo zauważyć, była nieudana.

Fascynuje mnie dobór słów. Udana próba to taka, która kończy się śmiercią, nieudana – przeżyciem. W słowie „nieudana” czai się sugestia, że próbowałem za kiepsko. Po nieudanej próbie opracowałem nawet dwa sposoby na to, żeby się zabić na sto procent, szybko, względnie bezboleśnie i skutecznie. Niestety nie znalazłem sposobu, żeby zachować przy tym godność i decorum, nie wymyśliłem też, jak to zrobić, żeby moje zwłoki odkryła najlepiej przypadkowa, niezwiązana ze mną osoba, a przede wszystkim – żeby nie skrzywdzić nikogo z ludzi, którzy mnie kochają. Ale w stanie umysłu, w którym byłem wtedy, liczyła się tylko skuteczność, poza tym depresja wdzięcznie podpowiadała, że i tak nikogo nie obchodzę i nikt mnie nie kocha, więc nie ma o czym mówić.

Czytaj dalej

Dwubiegunówka to choroba, której dużą część stanowi nasz kalendarz.

W hipomanii przyjmujemy wszystkie zaproszenia, podejmujemy się wszystkich wyzwań i ignorujemy drobiazgi w stylu „doba ma tylko 26 godzin”. Oczywiście, że zajmę się dziś wieczorem twoim dwuletnim synkiem! Co prawda przyjąłem już zaproszenie na imprezę urodzinową, ale przecież mogę go zabrać ze sobą. A skoro mowa o rzeczach, które mogę zabrać ze sobą, to pracuję też nad projektem, który musi być gotowy na jutro rano, ale przecież mogę wziąć w plecaku laptopa, usiąść sobie gdzieś w kątku z twoim synkiem i spokojnie pracować podczas imprezy. No jasne, że jutro mam czas na randkę! W zasadzie już obiecałem koledze, że do niego wpadnę i pogadamy o jego złamanym sercu, ale to z pewnością nie potrwa dłużej, niż pół godziny, potem randka, a potem najwyżej wpadnę do niego z powrotem, możemy posiedzieć długo, bo i tak nie sypiam powyżej trzech godzin dziennie. Aha, a po drodze wrzucę poprawki do projektu z wczoraj, nie ma problemu.

Czytaj dalej

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że część czytelników w tym momencie zechce powiedzieć: nie, najgorsze jest bycie afrykańskim dzieckiem, które umiera z głodu. Owszem, my depresanci zdajemy sobie sprawę z tego, że obiektywnie rzecz biorąc można sobie wyobrazić wiele rzeczy o wiele gorszych, niż depresja. Większość z nas ma gdzie mieszkać, większość ma co jeść, większość ma ubezpieczenie medyczne. Ta wiedza szalenie przydaje się demonowi, który mieszka w naszej głowie nie płacąc czynszu, plecie sobie z niej bicz o nazwie „kto ci dał prawo użalać się nad sobą” i leje nas po wrażliwych częściach ciała.

Marian Keyes, bogata i popularna (słusznie) pisarka, która sprzedaje miliony książek na całym świecie, napisała na swoim blogu:

To jak być zatrutym, czułam się, jakby mój mózg wypluwał z siebie straszne, czarne, toksyczne chemikalia, które zatruwały wszystkie pozytywne myśli. Dobrze zdaję sobie sprawę, że moje życie jest godne pozazdroszczenia i z pewnością są tacy, którzy myślą „dlaczego, do cholery, ona ma mieć depresję?” Ale to, przez co cierpiałam nie dało się zmienić przez nowe podejście.

Dla mnie osobiście najgorsze w depresji jest to, że pożera filary, na których opiera się moja dusza. W stabilnym, „normalnym” stanie jestem pewien różnych rzeczy. Zbrojmistrz mnie kocha. Ja jego też. Uwielbiam muzykę. Piszę kolejną książkę. Dzisiaj wybieram się na meeting. Moja rodzina mnie kocha. Uczę się kowalstwa, co mnie uszczęśliwia. Rzeczy tak oczywiste, że nie ma co o nich myśleć, po prostu są i już.

Czytaj dalej