Dotarłem do końca systemu medycznego w Holandii.

Głównymi stereotypami o Holendrach są: skąpstwo, bezpośredniość granicząca z chamstwem, radosne eutanazjowanie wyabortowanych dzieci małżeństw gejowskich, oraz palenie mnóstwa ziela. Na ogół jednocześnie. O eutanazji kiedyś już pisałem i zetknięcie się z systemowymi rozwiązaniami trochę zachwiało moją pewnością, że w razie czego będę mógł jej zażądać. Z bezpośredniością zetknąłem się wiele razy, ale przyznam, że wolę to od Platformy Obywatelskiej fałszywej uprzejmości lub zwykłego łgania w żywe oczy. Znam holenderskich palaczy ziela, co mam nie znać. Dwóch. Rozwinę za to nieco temat skąpstwa.

Jak wiadomo, nie ma takiego rządu/państwa, który miałby nieskończoną ilość pieniędzy do wsypania w system medyczny, tak więc w którymś momencie muszą się pojawić utrudnienia. W Polsce na przykład wygania się lekarzy za granicę, wyznacza terminy za 20 lat i generalnie czeka, aż pacjent zejdzie. Największym zachwytem napełnia me serce przekręt, tfu! rozwiązanie polegające na tym, że lekarz przez godzinę tygodniowo przyjmuje w ramach NFZ, a 39 godzin prywatnie, używając tego samego gabinetu i sprzętu. Bez dopłaty pacjent otrzymuje termin za trzy lata, a za dopłatą – na jutro, i może sobie jeszcze wybrać odpowiadającą godzinę. Amerykański system polega na tym, że część ludzi skazuje się tak po prostu na śmierć (Republikanie pracują nad powiększeniem tej grupy), część odstrzeliwuje (Republikanie pracują nad powiększeniem tej grupy), a zdrowi chodzą ci, co mają dobrą pracę, ciężarówki pieniędzy lub – najlepiej – jedno i drugie. Zanim ktoś wyskoczy mi z zaprzeczeniami uprzejmie zauważę, że mam bardzo dużo amerykańskich znajomych.

Czytaj dalej

Z Onetu:

W Norwegii wybuchł spory skandal po prezentacji oficjalnych strojów olimpijskich. Na swetrach przygotowanych dla tamtejszych sportowców znalazł się symbol używany w Norwegii przez środowiska neonazistowskie.

Mowa o runie przypominającej strzałkę skierowaną do góry. Jest to symbol nordyckiego boga Tyra, który „zawłaszczyli” sobie norwescy neonaziści. Firma produkująca swetry nie kryje jednak zdziwienia takim skojarzeniem. Według jej przedstawicieli symbol miał być odwołaniem do historii Norwegii, a ściśle do epoki Wikingów. W tamtych czasach kontrowersyjny dziś symbol oznaczał odwagę i zwycięstwo.

– Neonaziści zwykle maszerują z norweską flagą w dłoniach. Czy to oznacza, że mamy przestać jej używać? – retorycznie pyta przedstawicielka odpowiedzialnego za sweter koncernu Hilde Midthjell.

Również nie kryję zdziwienia takim skojarzeniem, więc dopytałem czytelników mojego Bunia. Po pierwsze primo, sprawa jest z października, ale właśnie połapał się New York Times, za nim jak mniemam Onet. Po drugie primo, ważniejszą częścią okazuje się wykrój – cytat za Agnieszką Wanag:

Po drugie, ten symbol używają naziści w Norwegii tak, jak ONR falangę w Polsce. Po trzecie, artykuł dotyczył tego, że gazetka, która zawiera wykroje (wzory?) na swetry wycofała przepis na ten sweter po tym, jak wcześniej w jednym z większych miast w Norwegii (Kristiansand) i przez szwedzki Goteborg przeszedł pochód neonazistów wymachujący tymi symbolami. Projektant swetra twierdzi, ze w ogóle nawet nie pomyślał o nazistach, tylko o nazwie ekipy sportowców – „Attacking Vikings”.

Czytaj dalej

Wczoraj z przyjacielem ze snu (spotkaliśmy się! żyje! warto było mieć sen!) roztrząsaliśmy problem serii zdarzeń.

Zapewne już o tym opowiadałem, ale powtórzę. Otóż grafikiem zostałem dlatego, że moja przyjaciółka zjadła babeczkę z innej cukierni, niż zwykle. Dostała od tego wysypki i nie przyszła na zajęcia. Miałem dwie godziny wolne, które zwykle spędzaliśmy razem, zamiast tego poszliśmy do Empiku i kupiłem singiel Suzanne Vega. Pochwaliłem się nim na liście dyskusyjnej i okazało się, że singiel ukazał się TYLKO w Polsce. Godzinę później miałem 36 maili z prośbami o nabycie przedmiotu, a jeden mail przyszedł od świetnego grafika, który zgadł, że to się wydarzy, zgadł, że student trzeciego roku matematyki nie ma góry pieniędzy i zaoferował mi pożyczkę (to było przed Paypalem). Poszedłem, zobaczyłem studio grafika zapchane książkami, dostałem wściku, zostałem zdecydowanie za długo, bo nie łapię hintów, że on chciałby iść do domu i powiedziałem mu, że zawsze chciałem być grafikiem. Tydzień później zadzwonił telefon i grafik spytał, czy chciałbym zostać asystentem kogoś innego. Ktoś inny okazał się być wykładowcą ASP. Zostałem grafikiem. Do tej pory zdawało mi się, że to cała historia.

Ale ta historia rozciąga się w obie strony, co zrozumiałem wczoraj. Gdyby anonimowa osoba w wytwórni nie zadecydowała, że singiel ukaże się tylko w Polsce; gdyby Suzanne Vega nie miała dwóch przebojów, „Luka” i „Tom’s Diner”, dzięki czemu nie ukazałoby się jej best of; gdyby postanowiła jednak zostać poetką, a nie śpiewać – nie byłbym zapewne grafikiem. Teraz w drugą stronę: gdybym nie był grafikiem, nie dostałbym świetnej pracy w Amsterdamie; gdyby nie ta praca, nie miałbym wypalenia zawodowego; gdyby nie to, nie dostałbym antydepresantów, które wywołały hipomanię; gdyby nie hipomania, nie zostałbym kowalem i nie poznał Josa; gdybym nie poznał Josa, nie zbliżałbym się do rocznicy ślubu.

Tym sposobem fakt, że Suzanne Vega nie została poetką spowodował, że zbliżam się do rocznicy ślubu.

Więcej o koncepcie ørlog w następnej notce. Powyżej piosenka, która jest winna temu, że wziąłem ślub z Josem.

M., A., Ray, Stacey Roca (Shell/Closer To Heaven)

Właśnie się obudziłem. Dokładnie 10 minut temu (gdy zaczynam wpis), bo najpierw poszedłem do toalety, kocham swoich czytelników, ale w hierarchii moich potrzeb pusty pęcherz jest najpierw i wcale się tego nie wstydzę. Co nie znaczy, że będę się tym chwalić na blo… ups…

W każdym razie, nie chodzi o toaletę, tylko o sen. Wiem, że cudze sny są potwornie nudne i nie obrażę się, jeśli pominiecie ten wpis.

Zanim przyjechałem do Holandii, moja najbliższa przyjaźń była podtrzymywana emailowo. Spotkaliśmy się kilka razy w ciągu 9 lat. Był to chłopak, z którym dzieliliśmy się każdą myślą, nową piosenką, odkryciem, wysyłaliśmy sobie kasety, tzn. on mnie, bo w Polsce dużej części muzyki po prostu nie było; on był głębokim, zakompleksionym introwertykiem w małym miasteczku na zadupiu Holandii, a ja byłem głębokim, zakompleksionym introwertykiem w Warszawie, małym miasteczku na zadupiu Europy (zwracam uwagę, że to było bardzo dawno temu, zaczęliśmy korespondencję, kiedy szczytem naszych marzeń było pewnego dnia przylecieć do Londynu i umrzeć, nawet na lotnisku, nie było jeszcze GUGLA, tak, były kiedyś czasy, kiedy nie było gugla). Odkrywaliśmy powolutku różne możliwości życiowe – aparat ortodontyczny; możliwość nabycia ubrania niewybranego przez mamę; nowy singiel Pet Shop Boys; podróżowanie. On ufarbował włosy i wyprostował zęby. Ja wyrzuciłem wszystkie nieokreślonego kształtu swetry i przestałem się ubierać w jasnoniebieskie koszule. Dzieliliśmy się opisami pierwszych pocałunków, nowego chłopaka/dziewczyny, problemów, które płyną z tego, że ma się 23 lata i nie jest się muzykiem w Londynie, o czym obaj marzyliśmy. Spotkaliśmy się w Amsterdamie, w Londynie, w Berlinie, znowu w Londynie, znowu w Amsterdamie… Przyjechałem do Holandii. I jakoś się tak zrobiło, że im bliżej byliśmy fizycznie, tym mniej mieliśmy kontaktu.

Czytaj dalej