Dzisiaj, zgodnie z obietnicą, żadnych chorób, samobójstw i polityki (zwłaszcza polityki). Czas na opowieść o miłości i twórczości.

Gdy pierwszy raz wspinałem się po schodach, aby poznać Josa, plan był taki: nieznajomy pan robi kolczugi. Trzy dni później miałem się wybrać na pierwszy kurs kowalstwa, w międzyczasie gotów byłem dowiedzieć się jak najwięcej o pracy z metalem. Poza tym, kolczugi są awesome. Nie przewidywałem wtedy, że ponad cztery lata później będziemy się przygotowywać do ślubu. W ogóle nic nie przewidywałem. W planach było tylko oglądanie kolczug.

(Etsy, model nie jest wliczony w cenę)

Obejrzałem i przymierzyłem kolczugi. Potem Jos zaczął pokazywać mi kolejne prace. Od pluszowych misiów przez gipsowe odlewy, um, członków męskich, skórzane kilty, prace z użyciem szybko twardniejącej żywicy, biżuterii… Moje usta otwierały się coraz szerzej. Zapewne wspominałem już, że intuicja, lub Bogowie, po godzinie znajomości dała głos:

– To TEN.

– Jaki TEN? – spytałem głupio.

– Ten jedyny. Właśnie ten.

Czytaj dalej

Wraz z postępem wydarzeń politycznych coraz większa grupa moich znajomych albo już wyjechała, albo jest w trakcie załatwiania, albo jeszcze hamletyzuje w temacie: czy wyjeżdżać z Polski, jeśli tak, to dokąd i jak tam będzie. Mam doświadczenie 9.5 roku na emigracji (#jezujezunieczyt), więc spróbuję odpowiedzieć na kilka pytań – z punktu widzenia emigranta, oczywiście.

Czy wyjeżdżać?

To zależy od kilku czynników. Jeśli jesteś heteroseksualnym, białym katolikiem i uważasz, że Polska wreszcie wstaje z kolan i staje się silnym graczem, z którym należy się liczyć, oczywiście serdecznie odradzam wyjazd (oraz zetknięcia z zagranicznymi mediami, z których dowiesz się, jak Polska jest naprawdę postrzegana za granicą). Jeśli jesteś niekatolikiem, niehetero, osobą niebiałą, kobietą, która nie chce zajść w ciążę, albo zwyczajnie masz dosyć zarabiania za dużo, żeby umrzeć i za mało, żeby przeżyć, wyjazd może być dobrym rozwiązaniem.

Czytaj dalej

Pisałem już o tym dwa razy (1, 2) ale mam znów coś do dodania, zwłaszcza, że mnie zapytano.

Jak wspominałem, w Holandii nie ma medycyny prywatnej. To znaczy w zasadzie jest, ale korzysta z niej bardzo niewiele ludzi, bo różni się tylko tym, że trzeba za nią płacić samemu. Z nieznanych mi powodów prywatne są wyłącznie gabinety dentystyczne, podstawowe ubezpieczenie ich nie refunduje i nie znam odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak jest. (W tym roku jestem bogaty i wykupiłem sobie refundację 75% kosztów za 11 euro miesięcznie.)

Najdłuższy okres, przez jaki musiałem czekać na jakąś usługę, wyniósł dwa miesiące i był to niestety okres wakacyjny. Przenosiłem się z jednego szpitala z kiepskim oddziałem psychiatrycznym do drugiego ze specjalistami od dwubiegunówki i list od jednego do drugiego szpitala gdzieś zaginął. W końcu „stary” lekarz zirytował się i zaczął wydzwaniać, list się znalazł i jestem pacjentem nowego szpitala. Oczekiwanie na wizytę trwa w zasadzie tyle, ile sam uważam za odpowiednie, jeśli mam kryzys, jak ostatnio, mogę widywać terapeutkę trzy razy w tygodniu (bo pracuje trzy dni w tygodniu), w razie potrzeby mogę mieć dwoje terapeutów i widywać ich codziennie. Na koniec wizyty terapeutka pyta „to za ile się umawiamy?” i dopasowuje kalendarz do mojej odpowiedzi.

Czytaj dalej

Z góry przepraszam osoby, które obrażę tym razem, jak zwykle nie jest to moją intencją.

Czytanie o uchodźcach, którzy ŚMIĄ mieć telefony komórkowe przypomniało mi definicję biedy, jaką sobie ukułem: człowiek jest biedny wtedy, kiedy inni mogą mu mówić, co mu wolno mieć, a co nie. Zacytuję za Polityką:

To, jak ważną sprawą może być always on, widać wyraźnie w sytuacji syryjskich uchodźców. Nie mając swobodnego dostępu do prądu, muszą zapewnić sobie działanie baterii w telefonie. Przez aplikacje i portale społecznościowe mogą kontaktować się z pozostawioną w obozach dla uchodźców rodziną. W drodze korzystają ze smartfonów, by wymieniać się informacjami o bezpieczeństwie trasy, osobach, które zajmują się ich przerzutem czy kursie walut. Sprawdzają mapy, korzystają z GPS i tłumaczą dokumenty. […] działają też organizacje – jak skandynawska Refugee Phone – które zbierają stare, niepotrzebne dawnym właścicielom smartfony i powerbanki i rozdają je uchodźcom.

(Życie na bateriach, Urszula Schwarzenberg-Czerny)

Zestawmy sobie to z oburzonymi komentarzami, że jadą na nas młodzi mężczyźni z ajfonami. Biedny człowiek nie może mieć ajfona, zatem uchodźcy muszą być bogaci, po prostu chcą być jeszcze bogatsi, NASZYM kosztem. Dzieci i rodziny zostawili, bo im przeszkadzały w polowaniu na europejskie pieniądze. Uchodźcy ze swoimi ajfonami jednocześnie rzucają się na nasze europejskie miejsca pracy ORAZ zasiłki dla bezrobotnych, pewnie w tych ajfonach wyczytali, jak to najlepiej urządzić. To dokładnie ten sam typ myślenia, który prezentowali wcześniej ludzie odmawiający zasiłkowiczom telewizora z wielkim ekranem. Bo kiedy jesteś biedny, nie wolno ci wydawać pieniędzy na to, na co masz ochotę, tylko na to, co zdaniem innych ludzi wypada. Telewizor 52 cale nie wypada. A 42? 32? Jakiej wielkości telewizor wolno nabyć ludziom na zasiłku?

Czytaj dalej