Piszę od wielu lat, ale brak mi słów, by opisać Islandię, a widziałem jej tylko malutki kawałek.

Większość kraju w ogóle nie nadaje się do zamieszkania, a do dużej części nie wpuszcza się turystów, nawet tych, którzy dysponują jeepem. Przyrodę najlepiej mogę chyba określić słowem „brutalna”. Kiedy bogowie tworzyli Islandię, nie byli przy tym zbyt subtelni. Lawa, kamienie, troszkę trawy i łubiny. Nie cackali się też przesadnie, jeśli chodzi o pogodę. Porywisty wiatr i powtarzające się co pół godziny rzęsiste ulewy to jedna sprawa, ale w połowie czerwca w Islandii nie zapada noc. W ogóle. Robi się trochę mniej słonecznie (no dobrze, trochę ciemniej pochmurno) i tyle. Celem zaśnięcia musieliśmy nabyć gustowne maseczki, na mojej oczywiście znalazł się wulkan i gdy Jos obudził się w „nocy” i spojrzał w moją stronę doznał lekkiego szoku.

Czytaj dalej

Po trzech latach obietnic wreszcie udało mi się zabrać Josa do Pragi.

Miasto to jest dla mnie wyjątkowe z kilku powodów. Po pierwsze primo, kiedy pierwszy raz udałem się poza granice 33 1/3 RP, celem była właśnie Praga. Pierwszym, co zrobiliśmy po przyjeździe było paniczne obrzucenie oczyma tajemniczych, pociągających wnętrz i natychmiastowa rejterada do McDo. Jednak nawet tam udało nam się znaleźć coś interesującego, mianowicie brambory. Oczywiście wszyscy zamówiliśmy brambory, po czym okazały się one być frytkami. Nie znoszę frytek, więc nieco się zmarszczyłem, ale co brambor, to brambor, więc nawet ze dwie zjadłem – celem uczczenia nowości. Tym razem było nas stać na stołowanie się w restauracjach, ale i tak skończyliśmy w McDonaldzie, bo zostało nam nieco za mało koron, a nie chcieliśmy wyciągać z bankomatu kolejnego tysiąca i zostać z ośmioma setkami. W rezultacie moich wyliczeń wydaliśmy wszystko oprócz dokładnie trzech koron, co przekłada się na 0.75 eurocenta.

Czytaj dalej

Ostatnie dni spędziłem głównie na pilnowaniu samego siebie, żeby nie żyć w przyszłości. Mam tendencję do zapominania, że znajduję się w czasie teraźniejszym. Siedząc przy ognisku myślę, że jutro nie będę przy nim siedzieć; robiąc zdjęcia przy wodospadzie melancholijnie wzdycham, że w Amsterdamie nie zobaczę niczego podobnego. Jak mawia Eugenia, jeśli jedną nogą stoję w przeszłości, a drugą w przyszłości, sikam na dzień dzisiejszy. Od jakiegoś czasu powoli uczę się tego unikać. I wiecie co? Jeśli akurat nie czuję się zbyt źle, żeby widzieć światełko w tunelu, to działa. Tak więc tęsknić zacząłem dopiero wtedy, gdy wsiedliśmy do samochodu gospodarza i ruszyliśmy w ostatnią podróż spaghetti.

Czytaj dalej

Resztę urodzin spędziłem równie przyjemnie, mianowicie pozwolono mi rozpalić ognisko.

Miejsce niespecjalnie się do tego nadaje, ponieważ jest prawie w całości zadrzewione, fragmenty niezadrzewione są zaś wysypane białym żwirkiem, który po moich zabiegach przestałby być biały. Gospodarstwo ma kominek, ale zdecydowanie za mały na moje potrzeby, służy zdaje się do grzania, a nie oglądania. Jednak okazało się, że na miejscu jest wielki, stary grill, z którego da się zdjąć pokrywę. Dobroczyńca wydawał się nieco spłoszony, po czym wyszło na jaw, że spodziewał się, że rozpalę ogień na przykład dziesięciometrowy. Co prawda palnik gazowy i zamykana koza nie zaspokajają moich potrzeb, ale grill o metrowej średnicy już tak, więc miły człowiek szybko się odstresował. Ja zaś w pewnym momencie spojrzałem w górę i przypomniałem sobie, że gwiazdy poza miastem są z innej planety.

(Bardzo mi przykro, że nie mogę tu dodać zdjęcia…)

Czytaj dalej