Część 1

(Zdjęcie: ścieżka z błotem, przemyślnie kryjącym się pod liśćmi.)

Wtorek

Wydarza się wielki – poważnie – cud: przesypiam noc bez zatyczek do uszu. W Amsterdamie nie udało mi się to od dwóch lat. Najpierw przez bar – hity nadawane były akurat na tyle głośno, żeby mózg mógł zająć się przypominaniem sobie tekstów „Billie Jean” i „Believe”. Sąsiedzi, jak wiadomo, kłócą się po nocach. (Terapeuta ich dzieci kupi kiedyś za terapię jacht.) Jos pochrapuje, cicho, ale na tyle, że dostarcza kolejnych wrażeń zmysłowych. Tym razem usypiam słuchając, jak deszcz uderza o dach.

Czytaj dalej

Poprzedni tydzień spędziłem w miejscu (niemalże) wolnym od internetu, soszjal medjów, a nawet Whatsappa. Pisałem coś w rodzaju dziennika. Po pierwsze primo po angielsku, a po drugie primo bardzo rozwlekle, więc poniżej wersja przetłumaczona i skrócona.

Poniedziałek

Jestem sam.

Trudno mi uwierzyć, że to się naprawdę dzieje. Od miesięcy, może lat chciałem uciec z miasta. Kiedyś moje wymarzone wakacje polegały na zwiedzaniu stolic krajów europejskich; Londyn – gdzie o trzeciej w nocy w środę imprezowicze zakorkowali centrum – wydawał mi się idealnym miejscem do życia. Kiedy się przeprowadzałem, miałem lat 29 i Amsterdam wydawał mi się lepszym wyborem. Może powinno mi dać do myślenia, że już wtedy Londyn wydawał mi się zbyt zatłoczony, ale nie dało.

Czytaj dalej

Piszę od wielu lat, ale brak mi słów, by opisać Islandię, a widziałem jej tylko malutki kawałek.

Większość kraju w ogóle nie nadaje się do zamieszkania, a do dużej części nie wpuszcza się turystów, nawet tych, którzy dysponują jeepem. Przyrodę najlepiej mogę chyba określić słowem „brutalna”. Kiedy bogowie tworzyli Islandię, nie byli przy tym zbyt subtelni. Lawa, kamienie, troszkę trawy i łubiny. Nie cackali się też przesadnie, jeśli chodzi o pogodę. Porywisty wiatr i powtarzające się co pół godziny rzęsiste ulewy to jedna sprawa, ale w połowie czerwca w Islandii nie zapada noc. W ogóle. Robi się trochę mniej słonecznie (no dobrze, trochę ciemniej pochmurno) i tyle. Celem zaśnięcia musieliśmy nabyć gustowne maseczki, na mojej oczywiście znalazł się wulkan i gdy Jos obudził się w „nocy” i spojrzał w moją stronę doznał lekkiego szoku.

Czytaj dalej

Po trzech latach obietnic wreszcie udało mi się zabrać Josa do Pragi.

Miasto to jest dla mnie wyjątkowe z kilku powodów. Po pierwsze primo, kiedy pierwszy raz udałem się poza granice 33 1/3 RP, celem była właśnie Praga. Pierwszym, co zrobiliśmy po przyjeździe było paniczne obrzucenie oczyma tajemniczych, pociągających wnętrz i natychmiastowa rejterada do McDo. Jednak nawet tam udało nam się znaleźć coś interesującego, mianowicie brambory. Oczywiście wszyscy zamówiliśmy brambory, po czym okazały się one być frytkami. Nie znoszę frytek, więc nieco się zmarszczyłem, ale co brambor, to brambor, więc nawet ze dwie zjadłem – celem uczczenia nowości. Tym razem było nas stać na stołowanie się w restauracjach, ale i tak skończyliśmy w McDonaldzie, bo zostało nam nieco za mało koron, a nie chcieliśmy wyciągać z bankomatu kolejnego tysiąca i zostać z ośmioma setkami. W rezultacie moich wyliczeń wydaliśmy wszystko oprócz dokładnie trzech koron, co przekłada się na 0.75 eurocenta.

Czytaj dalej