Moje przeżycia z warszawską komunikacją publiczną wzbudzają we mnie uczucia niepodobne do ludzkich, więc podzielę się z Wami — czemu mam cierpieć samotnie.

W piątek miałem sesję tatuażu. Dosyć porządną, 4.5 godziny. Kolorowaliśmy tygryska. Z uwagi na krwawienie nie jestem nadal pewny, jak będzie wyglądać rezultat, na dłoni używaliśmy (tzn. Robert używał) tuszu żółtego, kolor, który obserwuję w tej chwili, to czerwonawa pomarańcz. Za tydzień się dowiem, czy wyszło ładnie. Na razie wyglądam, jakbym się opalił w bardzo dziwny sposób.

Po wyjściu z salonu byłem nieco skołowany, ale pamiętałem, że mijałem metro, więc dotarłem dość powoli do przystanku metra, zszedłem na dół i odkryłem, że staje tu wyłącznie linia M2. Tej informacji nie podano przy wejściu, bo przecież wszyscy wiedzą. Wlazłem niemrawo na górę i rozejrzałem się. Przystanek 518 znajdował się naprzeciw mnie, tyle, że w przeciwnym kierunku, niż potrzebowałem. Przeszedłem kawałek ulicą, nie znalazłem przystanku, przeszedłem na drugą stronę Nowego Światu, przystanku nadal nie było, więc niemrawo dotarłem do przystanku Uniwersytet.

Czytaj dalej

Temu, że setki osób wylądowały w szpitalach po zażyciu dopalaczy, winny jest rząd.

Aktualna polityka „zwalczania narkomanii” funkcjonuje tak. Co jakiś czas rząd publikuje uaktualnioną listę substancji zakazanych. Chemicy pracujący dla producentów dopalaczy biorą się do roboty i generują substancje bardzo podobne do tych na liście, ale różniące się jednym malutkim drobiazgiem, ot, dodatkowy atom tu czy tam. Dzięki temu substancja nie pojawia się na rządowej liście. A testy? Nie rozśmieszajcie mnie. Ot, może jeden odważniejszy chemik spróbuje swojego produktu, przeżył, znaczy, można puszczać na rynek. W ładnym opakowaniu z nazwą i napisem „odżywka do kwiatów, nieprzeznaczona do spożycia przez człowieka”.

Kar za sławnego „Mocarza” nie będzie, bo nie ma w nim żadnej substancji z rządowej listy. No i poniekąd słusznie. Wszystko jest w zgodzie z obowiązującym prawem, które jest idiotyczne. Tymczasem zamyka się w więzieniu za posiadanie oleju z marihuany. W ogóle nie będę się podejmować roztrząsania tematu pt. „czy to aby na pewno pomaga”, bo to najmniej ważne – nie zamyka się przecież w więzieniu osób handlujących „lekami” homeopatycznymi, a w odróżnieniu od białych pigułeczek z cukru olej z marihuany przynajmniej COŚ zawiera. Nigdy nie słyszałem o wypadku, żeby ktoś używał oleju po to, żeby się „upalić” (naoliwić?), chociażby dlatego, że wyszłoby to tej osobie okropnie drogo. Ale prawodawcy nie przejmują się brakiem sensu, z uporem maniaka „walcząc z narkomanią”.

Czytaj dalej

(Numer trzy był na Buniu)

Z przerażeniem czytam o tym, co się dzieje w Grecji. Mam znajomych Greków, ale obaj mieli na tyle rozumu, żeby wyemigrować dawno temu, więc nie mam dostępu do wieści z pierwszej ręki, czytam wyłącznie w gazetach.

Odnoszę wrażenie, że Aleksis Tsipras został rzucony na pożarcie, a wraz z nim 11 milionów ludzi. Unii Europejskiej nie spodobało się, że Grecy ośmielili się zagłosować na Syrizę. Trzeba sobie było wybrać rząd, który grzecznie podnosiłby podatki i obcinał emerytury, zdają się mówić brukselscy biurokraci. Tsipras wygrał dzięki obietnicom, że skończy się polityka zaciskania pasa, która według Międzynarodowego Funduszu Walutowego miała uratować kraj. Skończyło się trochę inaczej. Oto wykres, przedstawiający przewidywania IMF versus to, co wydarzyło się rzeczywiście (znalezione na FB Lewica)

11057997_10153913452060828_4937716319825602354_n

 

Głównym powodem kryzysu greckiego jest fakt, iż greckim sportem narodowym było uchylanie się od płacenia podatków. Zwyczajnie niezapłaconych podatków na koniec 2014 było 76 miliardów euro (głównie, choć nie w całości, zakumulowane od 2009), ale kolejne miliardy kryją się w szarej strefie, której całkowitą „wartość” obliczano przed kryzysem na więcej niż ćwierć produktu krajowego brutto.

Czytaj dalej

Czasami jest tak, że człowiek wie za dużo.

Panie Anna Dąbrowska i Agata Szczerbiak popełniły tekst o Razem. Pominę całość, bo chodzi mi o drobny detal:

Grodzka mówi, że życzy Razem jak najlepiej, ale też przestrzega: – Na lewicy jest dziś czas na jedność, a oni jako jedyni nie chcieli zasiąść w zeszłym tygodniu do stołu na zaproszenie OPZZ. To źle wróży. Oni na to, że nie zamierzają pompować świeżej krwi we Frankensteina. Właściwie to podjęli tę decyzję już na początku roku, kiedy obiecali, że pomogą Grodzkiej zebrać podpisy do jej rejestracji na prezydenta, ale nic z tego nie wyszło. – Liczyłam na nich, ale przynieśli, mówiąc dyplomatycznie, mało satysfakcjonującą liczbę podpisów – relacjonuje Grodzka. Jak się dowiadujemy z innego źródła: było ich zaledwie 20 (!). Porażka Grodzkiej, już w przedbiegach, miała dać im alibi dla własnej inicjatywy, którą planowali podobno od dłuższego czasu.

Powiedzieć, że ta informacja jest niedokładna, to komplement. Po pierwsze, na początku roku Razem nie istniało. Kongres odbył się 16 maja, pierwszy mem na stronie Facebooka pochodzi z 18 marca. Pominąwszy ten drobiazg, podpisów NIE było 20. Po 20 przynosiły pojedyncze osoby, inne przynosiły więcej. Dalej przeczytacie, co na to szef sztabu wyborczego Anny Grodzkiej, więc nie będę się bawił w liczenie, brak mi „innego źródła”, z którego mógłbym się „dowiedzieć”.

Czytaj dalej