Przeczytałem właśnie artykuł „Będąc młodą doktorką”, traktujący o tym, jak dr Chodzież (nazwisko zmienione) usiłuje przeżyć w Polsce i robić karierę naukową. Artykuł wydał mi się wielce pouczający, poucza mnie on w szczególności, aby nigdy nie wracać do Polski.

Mały cytacik:

Wczoraj powinnam dostać przelew za zajęcia w semestrze letnim w Instytucie X. Przelewu nie ma. Dzwonię do Centralnych Kadr. Pan z rozbrajającą szczerością mówi mi, że mieli niestety bardzo dużo umów do zrobienia i sto ostatnich postanowili przesunąć. Wypłata będzie za tydzień.

Czerwona mgła zasnuwa mi oczy. Obiecuję sobie, że kiedyś uduszę kogoś z tych na etacie, którzy nie wiedzą, jak to jest, kiedy dostaje się pieniądze raz na dwa-trzy miesiące, a zatrudnionym jest się na cztery, i nie wiadomo, czy przedłużą umowę.
[…] Babcia pyta przy wigilijnym stole, kiedy dzieci. „Masz już przecież 30 lat”. Tłumaczę, że umowa-zlecenie nie daje mi żadnej możliwości urlopu, że jeśli zajdę w ciążę i coś będzie nie tak, to po prostu przestanę zarabiać i będę mieć zero złotych. No i mogą mnie zwolnić z dnia na dzień. „Ale jesteś doktorem, pracujesz na Ważnym Uniwersytecie, tak?”. No tak. „No to przecież jest dobra praca, dziecko, co ty wymyślasz”. Nie udało mi się przybliżyć Babci konceptu umowy-zlecenia. Może to i dobrze, że żyje w nieświadomości.
W Polsce podobno mamy politykę prorodzinną. Chłe, chłe. Wszyscy wiedzą, że nie może być mowy o prawdziwej polityce prorodzinnej dopóki kobiety (i mężczyźni) żyją z umów śmieciowych na kilka miesięcy. Kto przy zdrowych zmysłach wpadnie na pomysł rozmnażania się nie wiedząc, czy w połowie ciąży nie wyląduje na bruku bez praw do zasiłku? Za co mają się te rodziny utrzymywać? Za becikowe?
Znajoma osoba pracuje na umowę o pracę, czemu nie, pełny etat, pensja minimalna. Reszta pieniędzy idzie pod stołem. Finansowo nie jest źle, jeśli pominąć dwa drobiazgi: 1) dowolna cięższa choroba = pensja minimalna (a raczej 80%, prawda? bo tyle zdaje się płaci ZUS?) oraz 2) emerytura nalicza się rzecz jasna od pensji minimalnej. Nie trzeba geniusza, aby obliczyć, ile tej emerytury będzie i na co starczy. Żona osoby nie pracuje, zajmuje się dziećmi. Jeszcze łatwiej obliczyć, ile wyniesie emerytura żony. Ale sorry, taki mamy klimat, Jeremi Mordasewicz przekonuje, że trzeba bardziej uelastycznić formy zatrudnienia, a przedsiębiorcy burzą się na wieść o podwyżce pensji minimalnej o 70 zł, bo ich na to nie stać. Po co w Polsce firmy, których nie stać na podwyżkę najniższych pensji o 70 zł? A chociażby po to, że gdyby pracodawcy nie mieli swoich firm, to musieliby znaleźć pracę. Za najniższą krajową. Kółeczko zgrabnie się domyka.
Inną sprawą są urzędy. Jednoosobowa firma musi płacić ZUS w wysokości ponad tysiąca złotych. To, czy firma ma jakieś przychody, ZUSu nie obchodzi. Jeśli firma dostanie ciężkiej grypy, albo złamie obie ręce, ZUS niewątpliwie bardzo się wzruszy, po czym przyśle ponaglenie, bo ponad tysiąc złotych się należy. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę.
Rezultatem mieszkania w Polsce przez 29 lat było moje zachowanie, kiedy występowałem o rentę inwalidzką. Ściągałem z Polski wszystkie możliwe papiery, moja mama załatwiała tłumacza przysięgłego, na rozmowie z lekarką urzędu pracy trzęsły mi się ręce jeszcze bardziej niż zwykle, kiedy całą tę makulaturę rozkładałem na stole. Lekarka spytała w końcu Zbrojmistrza podejrzliwie:
— Czemu on jest taki nerwowy?
— A, bo on jest z Polski, tam jest inaczej — objaśnił Zbrojmistrz, któremu wcześniej opowiedziałem, jak wygląda występowanie w Polsce o różne dokumenty.
Lekarka pokiwała głową, co sobie pomyślała nie wiem, ale zrobiła się jakby sympatyczniejsza.
Jednym z moich ostatnich wspomnień z Polski jest wymiana dokumentów w związku ze zmianą nazwiska. Jedyne instytucje, które są informowane o tym bez mojego pośrednictwa, to wojsko i urząd podatkowy, bo nie będzie się przecież czarci pomiot sprytnie chować przed podatkami i wojskiem. Wszystkie pozostałe instytucje należy oblecieć osobiście, bo co się będzie USC fatygować. Jedną z instytucji była Politechnika, gdzie potrzebowałem załatwić nowy dyplom, a miałem już wtedy załatwioną pracę w Amsterdamie i firma czekała na moje dokumenty, aby móc wystąpić o wizę. Na Politechnice dowiedziałem się, że na dyplom będę czekać około dwóch miesięcy. Dlaczego? Otóż muszą go podpisać dwie osoby, zdaje się dziekan i rektor, ale muszą go podpisać we właściwej kolejności, najpierw jeden, potem drugi, a tak się przypadkiem składa, że ten pierwszy jest teraz na urlopie, a ten drugi idzie na urlop, kiedy pierwszy wróci. Sugestię, aby podpisali w kolejności niewłaściwej, mimo obietnic, że nikomu nie powiem, pani odrzuciła ze wzgardą. LECZ — żeby nie było — jakimś cudem udało się dokonać właściwych machinacji, być może panowie spotkali się na kawie, albo jednak urlop się nie nałożył, w każdym razie dyplom otrzymałem zdaje się już po dwóch tygodniach wydzwaniania codziennie i pytania, czy może jest.
Pozostało mi udowodnienie Holendrom, że ja i Szacowny (wtedy) Małżonek jesteśmy parą. Jak wiadomo, polski USC nie wydaje zaświadczenia o możliwości zawarcia ślubu parom gejowskim, ponieważ te pary złośliwie zaświadczenia wykorzystują, a nie może być tak, żeby obywatel mógł złośliwie wziąć ślub z osobą, którą kocha. Co to, to nie. Nie wydaje też zaświadczenia o byciu stanu wolnego, ponieważ i te pary homoseksualne złośliwie wykorzystywały na pohybel 33 1/3 RP. W końcu udało się wyprosić w urzędzie pełną stronę tekstu o tym, jak to z uwagi na artykuły takie a takie w Polsce nie wydaje się takich zaświadczeń, Holendrzy byli przychylnie nastawieni i uznali, że to wystarczy. Spóźnieni o jedyne 27 dni wyjechaliśmy.
Takiego właśnie doświadczenia spodziewałem się w Holandii. Tymczasem założenie firmy trwało 10 minut, jedyne głupie pytanie dotyczyło przewidywanych zarobków w pierwszym roku (po przepytaniu próby losowej złożonej z mojego psa Gucia wpisałem 5000 euro), zlikwidowanie firmy zaś polegało na wydrukowaniu formularza z sieci, zaznaczeniu opcji „likwiduję firmę” i wysłaniu go do urzędu. Nie musiałem się fatygować osobiście, ważne było tylko to, żeby formularz nosił mój podpis. Z urzędem podatkowym rozliczam się online, przy czym większość danych jest już wypełniona za mnie, ja dopisuję wyłącznie poczynania firmy. Rentę dostałem, pani doktor odnosiła się do moich tłumaczeń przysięgłych z niejakim wstrętem, zaświadczenia od lekarzy w ogóle jej nie obeszły, bo i tak wysłała im swoje pytania pocztą, a moje nerwy były na marne. I jak ja mam Holendrom tłumaczyć, że w dziekanacie odsyłano mnie z kwitkiem, bo w podaniu brakowało adresu uczelni, a skąd dziekanat ma wiedzieć, gdzie się znajduje?
Wyjeżdżając byłem zdania, że Polsce potrzeba jakieś 20-30 lat, aby dogonić pod względami urzędowo-małżeńskimi kraje Zachodu. Minęło lat 8 i odnotowuję niezwykły postęp, mianowicie co jakiś czas pojawiają się pomysły ustaw o związkach rejestrowanych, odrzucane przed pierwszym czytaniem. Za jakieś kolejne 8 lat powinno dojść do odrzucenia po pierwszym czytaniu. W międzyczasie kompletnie zmienił się rynek pracy, który za moich czasów był trudny, ale jednak udawało mi się dostać umowę o pracę na etat, w której NIE figurowała pensja minimalna. (Najgorszym z moich chwilowych pracodawców był wydawca pisma — zmieniam nazwę — „Dobra Praca”, przyznającego między innymi nagrody najlepszym pracodawcom, którzy płacili „Dobrej Pracy” za otrzymane nagrody. Pracowałem tam dwa tygodnie, teoretycznie w ramach bezpłatnego okresu próbnego, złożyłem pół numeru, po czym wykopsano mnie i przyjęto następnego na okres próbny. Poziom ironii jak z Barei. Niemniej jednak taka sytuacja przydarzyła mi się tylko raz.) Rzecz jasna, daleko mi do szukania pracy w Polsce, jednak artykuły takie, jak cytowany na początku czytuję regularnie, a komentarze pod nimi sugerują, że są one jak najbardziej prawdziwe.
A teraz proszę mi wytknąć nieścisłości, brednie i dowieść, że się mylę…
Rysunek Jacka Gawłowskiego pochodzi z artykułu „Będąc młodą doktorką”.

Dziś ojciec Muchomorek opowie nam o genderze (jak zwykle)!

Redemptorysta zabrał głos podczas spotkania Rodziny Radia Maryja w Kędzierzynie-Koźlu. Takie zjazdy odbywają się co tydzień, za każdym razem w innym mieście. Oprócz mszy i wspólnych modlitw kilkanaście minut transmitowanej przez Radio Maryja i Telewizję Trwam uroczystości przeznaczone jest na spotkanie z redemptorystami. O. Rydzyk prawie zawsze zabiera wtedy głos – albo przyjeżdża, albo łączy się z wiernymi przez telefon. Tym razem wybrał tę drugą opcję, bo jest przeziębiony.

– To cud, że ojciec w ogóle mówi – stwierdził o. Benedykt Cisoń, który reprezentował Radio Maryja na miejscu.

CUD!!! Ja bym powiedział, że to za wstawiennictwem u relikwii paznokcia u nogi JP2. Santo subito!

O. Rydzyk jak zwykle zaczął od ciepłych słów pod adresem parafii, która gości słuchaczy radia. Najcieplej mówił o działającym w Kędzierzynie-Koźlu Ruchu Czystych Serc. To młodzieżowy ruch, którego członkowie rezygnują z uprawiania seksu przed ślubem.

– To jest wspaniały ruch. Polska będzie inna, jeżeli młodzież tak będzie formowana. Polska będzie piękna i uporządkowana, po Bożemu – stwierdził redemptorysta.

Aha, będzie mniej dzieci i więcej rozwodów ze względu na niedopasowanie seksualne. Pięknie i po Bożemu. (Co oni wszyscy mają za hysia na punkcie seksu? Polecam moją religię, nasze bóstwa kompletnie nie są zainteresowane wtykaniem komuś nosa pod kołdrę, chyba, że w nadziei na trójkąt.)

Bo zobaczcie, co robią przeciwnicy Pana Boga. Deprawują. W Polsce to idzie od rządu. Kiedyś od rządu szło „zrywać krzyże”, „religię wyrzucać” „czarni…” i tak dalej. Czy się dużo zmieniło? Teraz dopiero deprawują. Jakieś gender wprowadzają. Dowiedzcie się, co to jest, to jest coś strasznego – mówił o. Rydzyk.

Oj, panie Grzybku, ja bym na pana miejscu nie namawiał ludzi, żeby się dowiedzieli, co to jest gender, bo będzie ich potem zajebiście trudno straszyć. Na przyszły raz polecam powiedzieć „Jakieś gender wprowadzają. W ogóle o tym nie czytajcie, bo to grzech śmiertelny, tak jak Hary Ploter, picie maridżuany i wstrzykiwanie sobie ekstazi”.

Teraz na przykład mają jakąś tam konwencję przeciw przemocy. Przecież każdy jest przeciwko przemocy w rodzinie.

O? To ciekawe, a gdzie podpisiki i ratyfikacja?

Nazywają to tak, a tam jest gender. Popatrzcie, którzy posłowie to robią. Zapytajcie ich, idźcie do nich. Tych z Platformy, SLD i z PSL. Oni się bardzo ładnie kłaniają i do Kościoła pędzą się pokazywać katolikom, żeby głosy zdobyć. A to jest fałszywe takie, że aż szkoda gadać.

Tu się poniekąd zgadzamy…

Zaatakował też Ewę Kopacz, która w weekend była na inauguracji roku akademickiego na KUL-u.

– A parę lat temu w Lublinie szukała szpitala dla dziewczynki, żeby jej aborcję zrobili – stwierdził o. Rydzyk. Chodziło mu o sprawę z 2008 roku, kiedy Ewa Kopacz jako minister zdrowia pomagała szukać szpitala, który zgodzi się wykonać aborcję u 14-letniej zgwałconej dziewczynki.

A to podlizna z tej Kopacz, nie zmusiła dziecka do urodzenia. Mam wielką nadzieję, że wierni Sromotniczka wiedzą, o jaką sprawę chodzi.

Od aborcji redemptorysta płynnie przeszedł do wyborów samorządowych.

– Zwróćmy uwagę, kogo wybieramy. Jak jest nastawiony na rodzinę, na człowieka, żeby miał pracę, żeby rodzina się rozwijała. Wiecie o tym, że w roku 2050 Polaków będzie o 5 mln mniej? Polska umiera i Polskę deprawują – mówił o. Rydzyk.

I to wszystko dzięki wyborom samorządowym!

Zdjęcie: Sławomir Kamiński, Agencja Gazeta

Ucieszyłem się, widząc propozycję Piotra Szumlewicza, eksperta OPZZ, dotyczącą wprowadzenia o wiele bardziej progresywnej skali podatkowej, niż ta, którą „cieszymy” się w tej chwili. Ucieszyłem się, ponieważ sam mam dokładnie takie same poglądy. Ku swojemu zdziwieniu odkryłem jednak, że jestem w nich osamotniony. Oto wybór komentarzy:

Bardzo mądra i zasadna propozycja. Tylko dlaczego 95%? Sprawiedliwsze by było okrągłe 100% i zasiłek.

No tak, absolwent filozofii i socjologii. Bezproduktywny darmozjad.
Załóż Pan firmę Panie Szumlewicz. Zobaczymy czy będzie Pan wówczas skłonny oddać 95% swojego wynagrodzenia.

W tym kraju muszą wymrzeć pokolenia zainfekowane komuną, aby można było normalnie żyć. Gdy zaczną karać bogatych, przedsiębiorczych i zaradnych, to natychmiast cały kapitał wyjedzie z Polski a bolszewicka i kato-bolszewicka dzicz będzie żarła kartofle ze skwarkami bo związkowcy oczywiście „zawsze się wyżywią”.

Co za megakretyn! Ekspert nie wie, że przy 95% podatku nie zapłaci go NIKT? Co więcej, w grupach lepiej zarabiających (i z reguły lepiej umiejących efektywnie myśleć) nowe podatki na poziomie 50% i więcej wywołałyby masowe działania celem obejścia systemu. Budżet poszedłby z torbami w ciągu pierwszego roku obowiązywania nowych stawek. To proste i oczywiste.

Powaliło go, nic innego. Haruję jak wół po 60 godzin w tygodniu żeby zarabiać te 10-15 tysięcy miesięcznie a ten pan chce, żebym miał połowę tego, za pracę i tak dużo ponad siły? To jakiś żart. Ja rozumiem, że mu chodzi o cwaniaków co nic nie robią i dostają pensję kilkanaście tysięcy złotych, ale chyba zapomniał o ludziach, którzy się zajeżdżają w robocie, żeby zapewnić rodzinie dobry byt.

95% podatku za to, że ktoś dużo zarabia, czyli kara za wysokie zarobki. W Stanach chcieli wprowadzić wysokie podatki dla najbogatszych ale społeczeństwo nie wyraziło na to zgody ponieważ ludzie założyli, że oni sami mogą kiedyś stać się bogaci. I to jest myslenie godne podziwu.

I tak dalej.

Ciężko mi uwierzyć, że wszyscy komentujący co do jednego są prezesami-milionerami. Bo jeśli nie, powinni być mniej wiecej w stanie zrozumieć, o co w tej propozycji naprawdę chodzi. Wiele mówi ostatni komentarz (nawiasem mówiąc, w Stanach kiedyś istniały podatki powyżej 90% i był to okres wyjątkowej prosperity). Otóż społeczeństwo pozwoliło sobie wmówić, że każdy może kiedyś stać się bogaty. Co jest nieprawdą z bardzo prostego powodu: aby 90% społeczeństwa stało się bogate, musielibyśmy wydrukować ogromne ilości pieniędzy, co natychmiast zaowocowałoby gigantyczną inflacją, dzięki której wszystkie wydrukowane papiery stałyby się warte tyle, co wczorajsza gazeta.

Przykładem — nieświadomym — jest komentator, który „haruje po 10-12 godzin dziennie” aby zarabiać 10-15 tysięcy „za pracę ponad siły”. Jeśli praca jest ponad siły, może warto rozważyć pracowanie mniej? (Nie mówiąc już o tym, że nie jest tak, że w tej chwili podatek wynosi 0%, a pan Szumlewicz postuluje 50%, dzięki czemu biedny harujący ponad siły zarobi połowę.) Co powinno być celem życia, naharowanie się jak najwięcej ponad siły? Naprawdę? Może po zastanowieniu dałoby się pracować 8h dziennie, zarobić marne 6-8 tysięcy i dzięki 10 tysiącom kwoty wolnej od podatku jakoś z trudem wyżyć z tych grosideł? Otake Polske walczyliśmy?

Głosowanie na liberałów, którzy chcą podatku liniowego i zmniejszania sumy wolnej od podatku ma sens tylko w dwóch wypadkach. 1) kiedy jesteśmy milionerem lub synem milionera i nie opłaca nam się oddawanie pieniędzy w formie podatków — dotyczy to, powiedzmy, 0.1% społeczeństwa. 2) kiedy mamy realistyczne widoki na zostanie milionerem, małżonkiem/małżonką milionera i myślimy przyszłościowo. I tutaj właśnie następuje dziwaczna dyskrepancja, wskutek której liberałowie w takiej np. Holandii rządzą drugą kadencję z widokami na trzecią — z jakiegoś powodu ich wyborcy nie dysponują inteligencją wymaganą do dokonania trudnego działania matematycznego, jakim jest pomnożenie liczebności kraju, w którym zamieszkują przez 0.1% i rozważenia szans, jakie mają — ze swoją pracą w biurze i domkiem na kredyt — żeby magicznie znaleźć się w tymże 0.1%. W międzyczasie harują za 2 tysiące euro 30.5 godziny w tygodniu (tyle średnio pracuje Holender) i cieszą się jak dzieci, gdy podatki dla najbogatszych spadają, a wraz z nimi zasiłki, bo dzięki temu „budżet oszczędza”.

Pan Szumlewicz doskonale to rozumie, chociaż nie udało mu się tego przekazać w sposób taki, żeby ludzie o mózgach kompletnie wypranych przez liberalny etos „od syna miliardera all the way do miliardera” zrozumieli, co ma na myśli. Nie ma żadnego powodu, żeby prezes jakiejkolwiek firmy zarabiał 1.7 miliona rocznie. Jak powiedział kiedyś odchodzący poseł niderlandzkiej Partii Pracy, powiedzmy, że prezes ma większe potrzeby, w związku ze stresem dużo je, zje więc dwa obiady. No, niech zje trzy. Ale nie zje ich przecież stu. Dlaczego ma zarabiać sto razy więcej? A przecież rozbieżności między zarobkami pracowników i prezesów potrafią być większe, niż stukrotne. Prezesi firm są wymienialni o wiele prościej, niż prawdziwi specjaliści; widać to chociażby po roszadach dokonywanych podczas zmian rządu, gdy prezes PKP staje się prezesem Orlenu, prezes Orlenu zostaje ministrem zdrowia, a minister telekomunikacji prezesem TVP. Każdy z nich dostaje oczywiście sutą odprawę, żeby nie był pokrzywdzony tak okropnym losem. Odprawą dzieli się z pracownikami, bo… a nie, zapomniałem, nie dzieli się, bo i dlaczego. Przecież sobie na nią ZAPRACOWAŁ.

Masowe działania celem obejścia systemu są oczywiście niebezpieczeństwem i dlatego należy zadbać o to, żeby systemu nie dało się obejść. Spółki polskie z siedzibą na Cyprze powinny zacząć podlegać opodatkowaniu takiemu, jakiemu podlegają produkty spoza Unii Europejskiej. Firmy typu Amazon czy Apple, które mają przychód liczony w bilionach, magicznie zamieniający się w skromny milion w momencie płacenia podatków, powinny być karane tak długo, aż przestaną kręcić lody z siedzibą w Irlandii (skoro o tym mowa, być może warto by ukarać Irlandię, o czym zdaje się ostatnio mowa). A jeśli prezes nie może wytrzymać strasznego bólu portfela na myśl o tym, że powyżej miliona rocznie będzie musiał zapłacić podatek 95%, to przecież zawsze może ograniczyć swoje zarobki do miliona rocznie, a za resztę podnieść pensje pracownikom, lub dokonać inwestycji w coś innego, niż trzeci jacht.

To, o czym rozmawiamy — propozycja Szumlewicza — to nie jest populizm, to propozycja radykalnej zmiany systemu, w którym rozwarstwienie zarobków rośnie z roku na rok. Nie doganiamy jeszcze Stanów, w którym właściciele Wal-Martu tarzają się w dziełach sztuki, a pracownicy zarabiają poniżej granicy biedy, ale sądząc po komentarzach pod artykułem Szumlewicza, byłoby to niezwykle mile widziane — zwłaszcza wśród wyborców Nowej Prawicy. Zastanawia mnie jedno. Skąd przekonanie wyborców Nowej Prawicy, że to akurat oni szczęśliwie wylądują wśród 0.1% zarabiających powyżej miliona rocznie?

Zdjęcie: slate.com

Na początek, Krzysztof Janik udziela naprawdę szczerego wywiadu na temat SLD, po którym poparcie tej „partii” powinno spaść do zera.

AGATA KONDZIŃSKA: Lewica jest słaba i podzielona, z jej kadr korzysta PO, a z elektoratu – PiS. Około 20 proc. Polaków deklaruje lewicowe poglądy, a na SLD głosuje poniżej 10 proc. Dlaczego?

A, to zaraz pan Krzysiu pani pokaże.

[…] stawiam ostrożną tezę, że lewica w tej chwili zaczyna się odbudowywać. Te ruchy miejskie rzucające w niektórych miastach wyzwania lokalnym autorytetom. To, co się dzieje wokół portali lewicowych, to, co zaczął Sierakowski i niestety nie skończył.

Nie pamiętam silnego zbliżenia SLD i Krytyki Politycznej. 

– Był czas, kiedy bez SLD Krytyka by nie przetrwała. Nigdy się tym nie chwaliliśmy, bo autentyzm tego środowiska polegał na jego apartyjności.

Nigdy się tym nie chwaliliśmy — pochwalił się skromny Krzysiu.

SLD mówi, że ma stu wójtów, ale ja sam o 300 mogę powiedzieć, że byli moimi kolegami na różnych etapach mojego życia politycznego. 

To jest absolutnie niezaskakujące, Misiu Kamiński może to powiedzieć o jakichś 300 posłach, a Niesiołowski powyżej 400. Misiu nie był jeszcze tylko w Ruchu Palikota, ale to dlatego, że Ruch uformował się niedawno i Misiu nie zdążył.

W naszym kraju nie mamy klasycznego podziału ideowego w systemie partyjnym, nie mamy wyrazistych koncepcji programowych. Każda partia polityczna w Polsce jest obła, posługuje się paroma hasłami, które wywodzą się z rozmaitych systemów ideowych.

Ależ gówno prawda, panie Krzysiu, ja to panu chętnie wyłożę. PiS jest konserwatywną, socjalistyczną, populistyczną lewicą. PO jest oportunistyczną, konserwatywną centroprawicą. RP jest zbieraniną losowych ludzi pod wodzą populisty, który połapał się, że są hasła w Polsce kompletnie niezagospodarowane i próbuje to z różnym powodzeniem robić. PSL jest grupą ludzi, którzy bardzo lubią pieniądze. A SLD? A to nam pan Krzysiu zaraz sam wyzna.

Nawet śmierć generała Jaruzelskiego ujawniła inne podziały. Podziały partyjne. PiS, Nowa Prawica, wszyscy ci młodzi wkurzeni wykorzystali tę śmierć do ataku na obóz władzy. A ten obóz wobec tej śmierci zachował się całkiem przyzwoicie. Atak trwał tydzień albo dwa. To nie są żadne zasadnicze podziały programowe. PiS jest prawicowo-lewicowy, Platforma jest liberalno-socjalno-konserwatywna. SLD jest umiarkowanie konserwatywne światopoglądowo, natomiast umiarkowanie liberalne gospodarczo.

I po to jest ta notka. Chciałbym, żeby państwo sobie to bardzo dokładnie zapamiętali i może zapisali w telefonie, albo co i pamiętali o tym przy wyborach. SLD jest partią KONSERWATYWNĄ światopoglądowo i LIBERALNĄ gospodarczo. To zdaniem pana Janika oznacza słowo „lewica”. Zupełnie się nie dziwię, że „Krytyka Polityczna” nie chwaliła się powiązaniami z taką lewicą. U nas v Holandja się taka lewica nazywa „Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna”.

Poza tym, właśnie śmierć generała Jaruzelskiego ujawniła, że gówno prawda. Obóz władzy, czyli PO, nie był atakowany za bycie obozem władzy, tylko dlatego, że Kaczyński i jego pomagierzy tak długo powtarzają ohydne łgarstwa na temat „komucha Tuska” i Michnika, co wódkę pił z dygnitarzami, a w więzieniu miał luksusy, że dużo ludzi w końcu w te łgarstwa uwierzyło (tak samo, jak dużo ludzi poważnie wierzy, że geje żyją o 20 lat krócej). SLD nie było atakowane, bo się nie liczy, Miller nikogo nie interesuje, natomiast gdyby w chwili Jaruzelskiego był premierem, wycia, gwizdy i ataki dotyczyłyby jego. Jedyne, co zadowoliłoby „polską” „prawicę” w chwili Jaruzelskiego, to trumna z papieru utopiona szambem, na którą premier i prezydent uroczyście oddaliby mocz, podczas gdy kibice paliliby race i wołali „zakaz pedałowania, z Unią precz”.

To na czym polega kłopot SLD? 

– Na tym, że elektorat postpeerelowski, który w pewnym momencie był na tyle silny, że wyniósł SLD do władzy, się podzielił.

Ależ nie, panie Krzysiu, kłopot SLD polega na ludziach takich, jak pan, jak Miller i na tym, że jeszcze nie zapomnieliśmy wam konkordatu. Po tym wywiadzie kłopot będzie polegać też na zdaniu „SLD jest partią konserwatywną światopoglądowo i liberalną gospodarczo”.

Ale czas sobie uświadomić, że SLD jest partią centrolewicową. Jak tak zacznie o sobie myśleć, ma szansę odzyskać elektorat.

Czym się przejawia ta centrowość Sojuszu? 

– Umiarkowanym liberalizmem gospodarczym, umiarkowaną wiarą w interwencjonizm państwa, w jego skuteczność. I tolerancyjnym, bardzo liberalnym stosunkiem do światopoglądu. Choć dla świeckości polskiego społeczeństwa SLD robi dużo więcej niż Palikot, prof. Środa i całe to towarzystwo

W ogóle nikt tyle nie robi co SLD, a w szczególności pan Janik, gdyby nie pan Janik, to już by tu Jezus królował, w Sejmie modlono się o deszcz, Rydzyk miał własną rozgłośnię, Hoser odwoływał niepokornych księży, a w TVP robiono wywiady z uzdrowicielami… eee… przepraszam, zapomniałem, mowa o Polsce… to ja nie wiem, co pan Janik ma na myśli…

Bo spora część hierarchów ma ambicje polityczne. A ci przywiązani do PiS myślą nie tylko o tym, że będą mieć wpływ na władzę, gdy ta partia wygra, ale także o tym, że wtedy Kościół znów stanie się pewną ostoją demokratyzmu. Będzie taką umiarkowaną siłą jak za PRL, która będzie nawoływała do pewnego ładu moralnego, szacunku dla państwa, ale też, by słabych i wykluczonych chronić. 

O tak, Kościół chce się dobrać do władzy po to, żeby móc się stać umiarkowaną siłą, a deklaracje ignorowania prawa ludzkiego na rzecz boskiego to taka odmiana szacunku dla państwa. TO MA SĘS

Inni też chcą do PO. Na czym polega urok tej partii? 

– Na słabości opozycji. Na słabości PiS, które nie ma zrozumiałych pomysłów na Polskę. Oni deprecjonują całą III RP. W 2007 r. PO wygrała wybory na podobnej zasadzie jak kiedyś SLD. Był czas reform, zamieszania i oto pojawia się partia, która powiada: ludzie, damy wam trochę spokoju. I taką rentę wziął SLD w 1993 r. i 2001 r. Taką rentę wzięła PO w 2007 r. Gdyby na początku tej kadencji przeprowadziła kilka dużych reform, to dziś PO mogłaby iść do wyborów pod hasłem: „Damy wam cztery lata stabilizacji, spokoju, oddechu”. Nie mają tego argumentu. Dlatego przegrają te wybory.

Ależ nie. Ja pamiętam wybory w 2001 r. SLD szła po władzę jako alternatywa: jesteśmy prawdziwą lewicą, ukrócimy tych szaleńców z AWS, żadnych Krzaków i Balcerów. Liczyliśmy — ja i moi przyjaciele — na partię, która wprowadzi Polskę do Unii, uczyni ją nowoczesnym państwem, ukróci kościelne ciągoty, pozbędzie się ustawy antyaborcyjnej… Szokiem było dla nas odkrycie, że SLD, który miał prawie połowę głosów w Sejmie, księży zwyczajnie się bał, po wygranych wyborach zaczął realizować program partii opisanej przez pana Krzysia — konserwatywnej obyczajowo i liberalnej gospodarczo. A dodatkowo w ciągu kolejnych lat jasne się stało, że gospodarczo SLD zależało głównie na tym, żeby samo SLD mogło wyjść jak najlepiej na całej sprawie.

PO nie ma już żadnego uroku. PiS to partia, która co jakiś czas przedstawia jakiś tam program, ale nikt nie zwraca na to uwagi, bo dzień później w TV pojawia się Macierewicz, potem Pawłowicz, a na koniec Kaczyński i wszyscy bredzą tak potwornie, że uszy więdną. Z tymi ludźmi żadnego, najsensowniejszego programu nie da się wprowadzić w życie. SLD nie przekroczy 15 procent, dopóki będą tam ludzie pokroju Janika i Millera, a są to ludzie — mówiąc kolokwialnie — przyspawani do stołków i jest to wielkim przekleństwem Polski. O PSL nie będziemy rozmawiać, bo nie ma o czym. W tej chwili na PO głosują wyłącznie ludzie, którzy naprawdę nie są w stanie znieść bredni prezesa, chuchu Millera i całokształtu Krula. Palikot na prezesa partii się nie nadaje, ale ze stanowiska nie zrezygnuje, gdyż jest Palikotem. A polski system betonuje scenę na tyle porządnie, że założenie naprawdę nowej inicjatywy jest okropnie trudne i wymaga wielkich nakładów finansowych — które trzeba mieć.

I będzie rządził PiS? 

– Jestem pesymistą. Myślę, że PiS wygra i co więcej – uda mu się zbudować rząd. Do Sejmu wejdzie Korwin-Mikke i nie wykluczałbym, że podobnie stanie się z Ruchem Narodowym, który być może przyciągnie kolejną generację młodych wkurzonych i na tej zasadzie przekroczy 5 proc.

Nie sądzę, bo to ten sam elektorat, jeśli założyć, że młodych wkurzonych jest 10%, to Krul z 7% oznacza 3% dla RN i odwrotnie. Gorzej, jeśli tych młodych zrobi się 20%.

Dostrzegam też pewne tendencje oportunistyczne w środowisku ruchu ludowego.

LOL, zią, a teraz powiedz coś o tym, że księża czasami lubią przytulić młodych chłopców, a Leszek Miller czasami niechcący powie coś seksistowskiego.

Jak spojrzymy na ostatnie 25 lat, to okaże się, że to jedyna formacja, która trwa, ale której nie przyrasta. Mogą pojawić się opinie, że dla władzy warto odłożyć na bok różne szczytne hasła, zatkać nos i wejść w koalicję.

PSL I SZCZYTNE HASŁA

Panie Krzysiu, pan ostatnio na długo wyjeżdżał, albo co?

Sojusz ma już kandydata na prezydenta? […] Szukałby pan kandydata poza partią? 

– Tak. Jestem przekonany, że Leszek Miller szczerze prowadzi politykę otwarcia.

Och, ileż to dekad już Miller ją prowadzi…

Nowych i młodych jakoś u was nie widać. 

– Tworząc rząd, popełniliśmy błąd. Wtedy trzeba było znaleźć młodych i wciągnąć w struktury. Potem ratowaliśmy się Wojtkiem Olejniczakiem i Grzegorzem Napieralskim. Ale wtedy jeden i drugi za mało umieli. Wojtek był dobrym ministrem, bo to dobry działacz państwowy, ale nie ma nerwu partyjnego. Nie pojedzie, nie napije się, nie ustali kierunków działań. 

O, jak ja lubię, jak ta szczerość starego partyjniaka się ulewa. Wojtek jest dobry, ale nie pojedzie i się nie napije. NIE TO CO JA — w domyśle — JA TO JAK POLEJĘ TO HO HO. Może kandydata na prezydenta SLD szukać w barach? Na Starym Mieście w Warszawie jest takie miejsce, chyba się „Wódka i Zakąska” nazywa, może kandydat już tam siedzi i czeka na pana Krzysia.

Twierdzi pan, że Kaczyński teraz wygra i utworzy rząd. Będziemy mieć rząd zemsty i rozliczeń? 

– Obawiam się, że tak. Nie martwię się o siebie i swoją formację, bo my już rundę po prokuraturach odbyliśmy. PiS nie będzie w stanie opanować odruchu odwetu, bo on ich uwiarygodni w elektoracie. PiS może rozpocząć marsz w kierunku autorytaryzmu. Czy będziemy potrafili postawić temu tamę? Jeśli Kaczyński będzie to robił inteligentnie jak Orbán, to będzie nam szalenie trudno. Obniżenie rangi Trybunału Konstytucyjnego, przesunięcie ciężaru władzy do małego pałacu, to może być robione w rękawiczkach, codziennie po pół centymetra, bo Kaczyński nie jest durniem.

I tu się nie zgodzimy po raz ostatni, ponieważ ja uważam, że Kaczyński miał szansę dostać się do władzy już TYLE razy, że swojej… jak by to, żeby procesu uniknąć… pewnej wiotkości intelektualnej dowiódł. Występ z tabletu i ogólny profesor Gliński; złośliwości wobec Tuska w ostatnich dniach; wyrzucenie Kluzik-Rostkowskiej i ogłoszenie, że wtedy, kiedy po raz pierwszy o mało nie wygrał wyborów, to tylko dlatego, że był na silnych lekach; czy ja naprawdę muszę wymieniać? Kaczyński jest człowiekiem, który ma od dawna ułożony skład rządu, spisaną listę osób do osądzenia i — rzecz jasna — skazania, na pierwszym miejscu jest Tusk, na drugim Komorowski, na trzecim Sikorski i to jest oczywiste, ale wcale bym się nie zakładał, że w którejś tam setce i pana nie ma, panie Krzysiu. A czasu mało. Celem Kaczyńskiego jest wygrana tak wysoka, żeby nie potrzebować koalicji, a potem dobranie się do dupy wszystkim, którzy mu się narazili od przedszkola do dnia dzisiejszego. I nic nie będzie robione w rękawiczkach, bo chodzi o to, żeby wszyscy zobaczyli metaforyczne obcięte głowy na palisadzie.

Miało być i o tatuażach, ale to na drugi rzut już, bo zanudzę szanpaństwa.

Zdj. Sławomir Kamiński, Agencja Gazeta