Zestrzelenie samolotu Malaysia Airlines było całkowicie przewidywalne. Nie w szczegółach. Mógł to być samolot KLM, LOT, EasyJet, dowolnej linii, która uwierzyła w zapewnienia, że powyżej pewnej wysokości przelotowej lot nad tym terytorium jest bezpieczny. Bo zapewnienia pochodziły od osób przekonanych, że terrorystom można wierzyć.

Osoby te przechodzą właśnie bardzo intensywne lekcje propagandy sowieckiej. Nie: rosyjskiej. Putin kieruje się pięknymi wzorcami — zdałoby się zapomnianymi. Już rozwiązał zagadkę — to Ukraina zestrzeliła samolot. Ale to tak naprawdę nic ważnego, bo jak twierdzi lider terrorystów, Striełkow — w samolocie żywi byli tylko piloci, a reszta to martwe ciała. (Piloci zapewne byli samobójcami.) Powiedziałbym zgryźliwie, że Macierewicz mógłby się od nich uczyć, ale Macierewicz już też się zdążył uaktywnić, a bracia Karnowscy i inne Gmyzy dołączyli — w skrócie, to wina Tuska. Czyli jak zwykle Polska uprawia wojenkę domową, wykorzystując wszystko, dowolna ilość martwych ludzi to dla Gmyzów nic innego niż amunicja przeciwtuskowa.

Rosja rzeczywiście nie od dziś robi rzeczy niewybaczalne. Kiedy przez parlament rosyjski przechodziła ustawa anty-LGTB, niektóre kraje wyraziły oburzenie, po czym wróciły do standardowych stosunków z Rosją, bo kasa. Kiedy Rosja napadała na Ukrainę — a coś mi mówi, że te wydarzenia były powiązane, chodziło o sprawdzenie, czy Zachód wyrwie się z marazmu — niektóre kraje posunęły się nawet do dotkliwych sankcji (np. „od tej pory pan Putin musi pokazywać paszport przechodząc przez naszą granicę”). Teraz terroryści, bo nie będę używał pięknego słowa „separatyści” zestrzelili — prawdopodobnie przypadkowo — samolot pasażerski. Putin natychmiast zdecydował, po której stronie stanąć. A robi, ze swojego punktu widzenia, słusznie również pod kątem Polski — bo takie zachowanie podleje benzyny lotniczej do ognia „dyskusji” między frakcją pro- i kontra-smoleńską.

Co się wydarzy teraz? Możliwe, że wielki przeciwnik sankcji przeciwko Rosji, premier Holandii Mark Rutte, pójdzie po rozum do głowy i zrozumie, że jego oszczędność kosztowała Holandię 192 trupy. Możliwe, że nie, bo w Holandii mieszka dużo ludzi, a biznes is biznes. Możliwe, że Obama przestanie potrząsać szabelką i coś zrobi (ale co?), podobnie Merkel i Cameron. Ale najbardziej obawiam się tego, że Rosja jest tak silnym ekonomicznie potentatem, że nie wydarzy się nic. Po raz trzeci usłyszymy „och, zła Rosjo, to nieładnie tak zestrzeliwać samoloty, fuj fuj pac pac, obiecaj, że już tego nie zrobisz”, po raz trzeci Putin triumfująco stanie przed kamerami i obwieści, że to wina Ukrainy, a na koniec król Willem-Alexander spotka się z nim na piwko i powie, wiesz, my z tym gadaniem o sankcjach to musieliśmy, ale oczywiście BFF jesteśmy, przybij piątkę.

willemputin

W katastrofie zginęło ponad stu naukowców zajmujących się HIV i AIDS. Być może wraz z nimi zginęła nadzieja na szczepionkę. Nie jestem aż takim paranoikiem, żeby wierzyć, że to w nich celowała rakieta, ale jestem przekonany, że rosyjska propaganda znajdzie sposób, żeby zaprezentować to jako sukces. Bo przecież na AIDS chorują tylko geje. Ci od napastowania dzieci, znaczy. Jak się Terlikowski doczyta, to strach myśleć, czego się dowiemy. Ale notka o trzeciej wojnie światowej to już jest zupełnie inny temat…

Zapytano mnie, czy powodem złożenia wniosku o paszport niderlandzki akurat przedwczoraj była ostatnia akcja USC. Nie, przypadkowo się tak złożyło, nie chodzi też o Golgota Picnic, o Chazana, o taśmy. Chodzi o dwie rzeczy: dzięki Stefanii miałem 816 euro potrzebne do wystąpienia o dokument, a wyniki wyborów do Europarlamentu dodatkowo motywują, żeby na wszelki wypadek nie czekać za długo.

Kiedy przybyłem do Holandii w 2006, przysięgałem sobie, że o paszport wystąpię w dzień po tym, jak upłynie mi wymagane 5 lat pobytu w kraju. Nic takiego się nie stało, bo w międzyczasie pojawił się burnout, a potem inne problemy, które zmusiły mnie do przejścia na rentę, dzięki czemu 816 euro stało się sumą, której nie wydaję pochopnie. Tak więc o paszporcie niderlandzkim zwyczajnie na jakiś czas zapomniałem, aż zaczęła mnie martwić lokalna antyimigrancka polityka.

W maju 2012 byłem w trakcie hipomanii, co objawiało się między innymi tym, że miałem mnóstwo energii i niczego się nie bałem. Tak więc udałem się na egzamin o nazwie Korte Vrijstellingstoets, o którego istnieniu większość imigrantów w ogóle nie wie, bo odpowiednie ministerstwo jego istnienie… ukrywa. Oficjalnie aby ubiegać się o paszport trzeba przejść przez kurs obywatelskości, Inburgeringscursus, a po tymże rocznym kursie zdać trzyczęściowy (chyba) egzamin, na którym pojawiają się pytania typu „jaka znana aktorka występowała w telewizyjnej ekranizacji sztuki na podstawie książki Gerarda Reve ‚Matka i Syn’ w roku 1983?”. Strona internetowa ministerstwa ds. imigracji, IND wspomina jednak o „…lub innych dokumentach” i ma na myśli właśnie Korte Vrijstellingstoets, który jest półtoragodzinnym egzaminem przy komputerze, w trakcie którego — egzaminu, nie komputera — padają pytania typu: „Ahmed gorszy się krótką spódnicą sąsiadki. Co mu mówisz? a) To szmata i zdzira! b) Tu jest Holandia, Ahmedzie, i każdemu wolno się ubierać tak, jak chce!” Przysięgam, że nie żartuję. Do KV trzeba oczywiście rozumieć niderlandzki (choć mówić niekoniecznie), znać się nieco na obyczajach, na podstawach prawa (poległem sromotnie na pytaniu o dofinansowanie wynajmu, bo nigdy mi nie było potrzebne dofinansowanie wynajmu, podobno pojawiają się pytania o ciążę i ginekologa, też mógłbym nie znać odpowiedzi) i w zasadzie tyle. Jest jeden kruczek: trzeba dostać 75% punktów i zdać za pierwszym razem, inaczej won ze sceny i na Inburgeringscursus. Z uwagi na hipomanię w dwa miesiące przygotowałem się, pojechałem (z gorączką) i zdałem.

Kiedy przedwczoraj składałem wniosek o paszport, pani urzędniczka zaczęła mi tłumaczyć coś, czego nie zrozumiałem — odniosłem wrażenie, że mówi mi, że paszport niderlandzki może być mi odebrany. Nieco się zachłysnąłem, więc zaczęła tłumaczyć powoli i wyraźnie, że nie mogę mieć dwóch obywatelstw, bo Unia Europejska, i tak dalej. — Ach! — przerwałem. — Przepraszam, pani mówi o polskim paszporcie! Nie, ten to mogę i zaraz oddać, chce pani? — Nie chciała, zrobiła tylko ksero.

Na obywatelstwo poczekam teraz od 6 do 12 miesięcy, więc jeszcze tak zaraz go nie będzie. Ale przyznam, że po przeczytaniu o USC moja decyzja była dla mnie odrobinę ważniejsza. Po prostu nie chcę być obywatelem państwa, które swoim obywatelom okazuje jawną pogardę i utrudnia im życie, bo są nie tej orientacji, co Kościół przykazał. Wolę mieszkać w kraju, gdzie rzadkie przypadki przemocy przeciwko homoseksualistom generują artykuły na pierwszych stronach gazet i szok w społeczeństwie. A homofobia i w Holandii żyje, bo nie jest tak, że przebywam w raju i otaczają mnie anieli tolerancji. Tyle, że tutaj homofobia jest szokującym ekstremizmem, a nie — na przykład — trzymanie się za ręce lub pocałunek. (Czego niedawno dowiedział się Krul, z którym Wilders i Le Pen nie chcą współpracować, bo jest dla nich zbyt ekstremalny.)

Nie będę Was prosić o trzymanie kciuków, bo po 12 miesiącach mogłyby Wam odpaść. Tym, którzy w skansenie pozostali, życzę jak najwięcej szczęścia i powodzenia w zmienianiu go krok po kroku. Mi się zwyczajnie nie chce, nie mam na to zdrowia i czasu. Wiem, że są tacy, którzy na wieść o tym, że lewak-homoseksualista wystąpił o paszport holenderski zorganizują z radości imprezę z zamawianiem piw, ale na szczęście właśnie uruchomiłem proces, dzięki któremu — o ile wszystko pójdzie dobrze — już za rok będą mi mogli nafiukać.

Krytyka Polityczna zwróciła uwagę na zjawisko, które ja odnotowałem na swoim Facebooku, kompletnie nie zauważywszy, że ma miejsce również w mojej głowie:

Poziom wyobcowania jest taki, że większość Polaków przygląda się szybkiej akcji likwidowania przez nie wiadomo kogo demokratycznie wybranego przez nich samych rządu (ten wybór został potwierdzony nie dalej niż 25 maja, w wyborach do Parlamentu Europejskiego, które minimalnie wygrała partia rządząca, a jej przeciwnicy jednak je przegrali), jakby to nie był ich rząd i jakby to nie było ich państwo. Obojętnie, czy akcję zielonych ludzików wobec rządu Tuska – którego efektywność w tej sprawie podobna jest do efektywności rządu w Kijowie w obwodzie donieckim – robiliby niekontrolowani agenci polskich służb obecni lub emerytowani, agenci służb obcych, biznesowi oligarchowie […] większość z nas siedziałaby przed telewizorami rozbawiona, zafascynowana, zaciekawiona (w zależności od tego, jak reagujemy na dobre kino akcji), bo taki zbudowano w III RP przez 25 lat kapitał społeczny, bo taki jest poziom wyalienowania Polaków od własnego państwa.

Chciałbym tu wspomnieć o dwóch wydarzeniach, na które reaguję osobiście.

Po pierwsze primo, uważam, że Hanna Gronkiewicz-Waltz to najlepsza prezydentka Warszawy, jaką kiedykolwiek widziałem. Z jednym drobnym wyjątkiem. Mianowicie takim, że pani Gronkiewicz-Waltz twardo odmawia patronatu Paradzie Równości, tym samym dając dwa sygnały: 1. przenoszę swoje prywatne poglądy na poziom polityczno-publiczny, 2. dla homoseksualistów w Warszawie miejsca nie ma. (Tęcza się tak do końca nie liczy, bo jestem zdania, że HGW sprzeciwia się raczej temu, że usuwają ją kibole, niż popiera jej przesłanie.) Rezultatem tego prostego działania jest to, że kiedy widzę moich znajomych linkujących różne inicjatywy lokalne i zapraszających do ciekawych miejsc w Warszawie, wzdycham ze smutkiem i ignoruję ich — co mnie obchodzi w końcu, czy w mieście nieprzyjaznym mi z zasady uda się zorganizować coś fajnego?

Po drugie primo, z Pochodnych Kofeiny dowiaduję się dla odmiany, że:

Polski USC nie pomoże wziąć ślubu dwóm panom

Urząd stanu cywilnego nie może wydać zaświadczenia Polakowi, że może zawrzeć za granicą małżeństwo z osobą tej samej płci. Brakuje podstaw prawnych.

– Od odmowy urzędu stanu cywilnego w sprawie wydania zaświadczenia przysługuje zainteresowanemu odwołanie do sądu cywilnego, ale już nie do Sądu Najwyższego – to druga konkluzja z zakończonej we wtorek sprawy przed Sądem Najwyższym.

Opowiem najpierw dykteryjkę. Otóż kiedy jechaliśmy z Szacownym Eks-Małżonkiem (miano mylące, bo nigdy nie wzięliśmy ślubu, ale tak go nazywam na blogach od 10 lat i nie będę teraz zmieniać) do Holandii, poproszono nas o zaświadczenie, że pozostajemy w związku. Oczywiście, w Polsce niczego takiego para homoseksualna otrzymać nie może. W związku z tym Holandia poprosiła o zaświadczenie, że obaj jesteśmy stanu wolnego i tu pojawiła się ciekawostka: otóż taki papierek w Polsce podobno nie istnieje. Istnieje zaświadczenie, że jest się zamężną i żonatym, natomiast stan wolny jest rzekomo zakładany domyślnie w przypadku braku zaświadczenia o byciu w związku małżeńskim. Po wściekłym guglu wyczytałem, że zaświadczenia wydawano, ale zaprzestano, bo… pary tej samej płci korzystały z nich, żeby zawierać za granicą małżeństwo…

Polski USC nie tyle „nie pomoże”, polski USC pracuje ciężko nad szkodzeniem, jak to zauważyły Pochodne. W Holandii urzędy służą pomaganiu obywatelom, w co po ośmiu latach ciągle jest mi trudno uwierzyć, bo mam PTSD po Polsce. Urząd skarbowy przysyła listy z informacją, że przejrzał moje papiery i na pewno nie będzie się ich już czepiać, zamiast — jak polski — trzymać mnie w napięciu, bo może 4 lata i 11 miesięcy po fakcie inspektor nagle skontroluje moje wydatki. Urząd pracy przydziela psychologa, darmowe szkolenia, zresztą nie będę zanudzać tym smędzeniem, bo nie o to chodzi. Urzędy polskie, jak widać, 25 lat po upadku komunizmu nadal dopierdalają, bo mogą.

Zjawisko, na które zwraca uwagę Krytyka Polityczna — oglądanie „śmiesznego filmu o Donaldzie w taśmach” — bierze się właśnie stąd. To, że homoseksualiści i ateiści czują się w Polsce obco, wiadomo od dłuższego czasu, ale jak się okazuje nawet biali, heteroseksualni katolicy dystansują się od kraju, który rzekomo noszą w serduszku. PO od lat wygrywa wybory nie dlatego, że wyborcy identyfikują się z partią, tylko po to, żeby nie wygrał ich Polskęzbaw. Teoretycznie najbardziej swój kraj kochają Prawdziwi Polacy, ale oni też nie kochają przecież Polski istniejącej, tylko jakiś dziwni neonazistowski fantom rządzony przez Krula i gromadę łysych. Polskę pod wodzą Tuska postrzegają jako okupowane terytorium pokryte grubą warstwą gejów, komunistów i Żydów. Nie ma czegoś takiego, jak rząd państwa polskiego, jest mniejsze zło rządzące Polską (dziękuję, Kuba).

To, co dzieje się dzisiaj postrzegam jako konsekwencję nieudanego POPiS-u. To wtedy, kiedy nie udało się zawiązać prawicowej koalicji zaczęła się eskalacja wyzwisk, oskarżeń, ataków wszelkimi możliwymi środkami, eskalacja, w której nie ma czegoś takiego, jak oskarżenie zbyt podłe lub bluzg zbyt obrzydliwy. Oskarżenia o zdradę i nawoływania o Trybunał Stanu padają średnio cztery razy w tygodniu. Nawet tragedia smoleńska, w której przecież zginęły osoby ze wszystkich stron polityki, kobiety, mężczyźni, lewica, prawica — została zawłaszczona i wykorzystana do nawalanki na poziomie „to twoja wina, zdrajco Tusku”. Czy można się dziwić, że po iluś latach słuchania i oglądania na co dzień takich spektakli do wyborów europejskich udaje się dwadzieścia kilka procent obywateli? Ja jestem zdziwiony, że poszło aż tyle. A co sam czuję, patrząc na aferę taśmową? Nic. Co mnie obchodzi los rządu Tuska? Polska nie jest moim krajem i nie będzie nim ani za Tuska, ani za Millera, ani za Kaczyńskiego, ani za Korwina, bo polski USC nie ma podstaw, żeby wydać zaświadczenie. Niech mnie polski USC pocałuje w dupę i vice versa, że zacytuję piękny dowcip o Wałęsie.

Przyznam, że na początku zrobiło mi się okropnie głupio — komentujące poprzednią notkę osoby mają 100% racji, że ze skrótu LGTB zostało mi coś jakby duże G, mniejsze L, bardzo małe B i niewidoczne niemal T. Odzwierciedla to niestety strukturę moich znajomych. Ale rzeczywiście (to też z komentarzy) nie pisałem o osobach aseksualnych, pochodzenia azjatyckiego, Romach, muzułmanach, rudowłosych, okularnikach (ileż ja wycierpiałem w podstawówce jako jedyny okularnik…) i tak dalej — chociaż „Zasada jest ta sama, odstajemy od normy, więc niszczymy rodzinę, deprawujemy dzieci, kradniemy IM kobiety i miejsca pracy (dobra, facetów też), skrycie panujemy nad światem, lub też po prostu nie podoba im się nasz ryj” (Jiima Arunsone).

Tymczasem po prawej najnowszy sondaż prezydencki i kompletnie mniejsza o jego rezultat. Przyjrzyjcie się kandydatom. Reprezentują Was? Bo mnie na przykład nie. Wszyscy co do jednego to BHM, z wyjątkiem ewentualnie Jarosława Kaczyńskiego, który może jest homo, może aseksualny, ale z tego powodu niestety nie staje się ani trochę lepszy w roli mojego reprezentanta. Ani jednej kobiety, pal diabli z jakiej opcji. Ani jednego otwartego geja, transa, biseksualisty, aseksualisty, Azjaty, muzułmanina. Jeden niewierzący, który niestety zmienił szyld tyle razy, że nie do końca wierzę nawet w to, że naprawdę nazywa się Palikot. Najbardziej boli chyba ten Miller, bo pokazuje, że wyborcy SLD nie nauczyli się absolutnie niczego przez 20 lat.

W momencie, kiedy rozpoczynamy rozmowę o tym, jak zmienić świat dookoła nas nie wydaje mi się, żeby właściwe było natychmiastowe podnoszenie ręki i mówienie „nie wspomniałeś o rudowłosych, więc foszę się na ciebie”, bo kończymy z tym, co podsumowały Sztuczne Fiołki:

1557227_735388669813707_1799278745_o

Nie uważam się za wroga ani związków zawodowych, ani osób niepełnosprawnych, ani osób biseksualnych i mam wielką nadzieję, że żadna z tych grup nie postrzega jako wroga mnie. A jednak zdarzają się sytuacje, w których zamiast współpracować dla polepszenia naszej wspólnej rzeczywistości robimy sobie o, tak:

„Marsze te mają na celu promowanie nienaturalnych zachowań seksualnych – przekonują posłowie PiS, Jan Filip Libicki oraz Jacek Tomczak.”

Ciekawe jest to, że pan poseł Libicki jeździ na wózku i walczy o równość dla osób niepełnosprawnych — ale, jak widać, tylko dla niepełnosprawnych, podobnie, jak poseł Godson zwalcza rasizm, ale homofobia to co innego, homofobia jest dobra. Ciekawi mnie, czy Libicki i Godson te same poglądy mieli również zanim zostali posłami i dobrali się do Fruktów (TM)? Skąd ta potrzeba, żeby pozostać tą jedyną mniejszością, która dołączy do grona BHM, podczas gdy pozostałe zostaną Tam, Gdzie Ich Miejsce? Czy ze słusznego w sumie mniemania, że w 0.1% i tak nie zmieści się pozostałe 99.9%, więc miło by było, gdybym chociaż ja, poseł Libicki zdołał jakoś dołączyć?

Szukając wypowiedzi posła Libickiego znalazłem taki oto komentarz z mało przeze mnie odwiedzanego portalu senior.pl:

Zrobiło mi się dziś bardzo przykro. Dlaczego? Bo w polsatowym dzienniku wieczornym obejrzałem sobie „naszego” posła Filipa Libickiego, który wypowiadając się w sprawie ostatniej poznańskiej Parady Równości przyłączył się do poprawnego dziś politycznie chóru głosów sprzeciwiających się demonstrowaniu odmienności.
Wydaje mi się, że przed wyborami pytał na tej grupie czy ma kandydować na posła. I co, tak nas dziś reprezentuje? Czy już zapomniał o ludziach, którzy na ulicy jego samego wytykali palcami? Takie coś przeżył przecież kiedyś każdy z nas i nie podejrzewam, żeby jego akurat miałoby to ominąć. To przykre, że zostanie posłem automatycznie zwalnia z myślenia. Niby wiem, że jest posłem z ramienia PiS, ale przecież nawet on musi sobie zdawać sprawę, że w młodowszechpolskim obrazie świata zamieszkanego przez pięknych i młodych aryjskich blondynów nie bardzo mieszczą się oprócz homoseksualistów również starzy, chorzy i kulawi.

Wspomniany w mojej poprzedniej notce kumpel naprawdę nie jest podłym draniem, który korzystając ze swego majątkowego statusu wśród 100 najbogatszych Polaków lubi się znęcać nad podludźmi. Jest sympatycznym gościem, który nie do końca sobie rozważył pewne fakty, na przykład te, że z uwagi na wykonywany zawód dla pewnej grupy zawsze będzie tym, czym dla innej grupy są Żydzi, a dla jeszcze innej homoseksualiści. Samo bycie BHM nie powoduje, że stajemy się królami świata. Ułatwia, ale nie powoduje. Najprostszą drogą do zostania CEO dużej firmy jest jednakowoż zaczynanie od samego dołu jako syn CEO dużej firmy. Niekoniecznie tej samej, wszak tatusiowie grają w golfa i chodzą na te same imprezy organizowane przez znajomych. Wśród których to znajomych mało jest ludzi takich, jak mój kumpel lub ja. Rzekłbym zgoła, że nie ma ich wcale i wystarczy mi do wysnucia tej opinii risercz ziemkiewiczowski przeprowadzony wśród próby losowej złożonej z mojego kciuka i pluszowego misia Bubu.

Skupiliśmy się na problemie bez żadnej, tak naprawdę, wagi: poprawności politycznej, ograniczającej rzekomo nasze wolności. Poprawność polityczna służy tylko jednemu: unikaniu obrażania innych ludzi bez potrzeby. Marcin, komentator poprzedniej notki, wspomniał na swoim blogu o osobach, które piszą o Krystynie Pawłowicz per „pan poseł”. Marcin uważa, że to „hejt”. Ja piszę o Pawłowicz per „poseł”, czerpiąc perwersyjną przyjemność z faktu, że nazywając ją tak, jak sama sobie tego życzy rozmywam jej płciowość. Czy fakt, że Pawłowicz nienawidzi mnie, daje mi prawo do nienawidzenia Pawłowicz? Owszem, Jezus kazałby mi nadstawić drugi policzek, ale ja nie jestem wyznawcą Jezusa.

A jednak: nie nienawidzę posła Pawłowicz. Nie nienawidzę insektologa Niesiołowskiego, chorągiewki Palikota, kończpanwstyduoszczędzia Millera. Nienawidzę faktu, że nie potrafię odzobaczyć informacji, zgodnie z którą 85 najbogatszych osób na świecie ma tyle majątku, co 3.5 miliarda najbiedniejszych. Odpowiadam na pytanie postawione w tytule: moimi wrogami jest tych 85 osób oraz ci, którzy doprowadzili do stworzenia (a teraz podtrzymują ten stan) pożal się Thorze „prawa” dzięki któremu taka sytuacja zachodzi i jest legalna.

Jakiś czas temu wypisałem się na tydzień z Facebooka. Było temu winne nieduże w sumie zdarzenie: znajomy gej wrzucał sobie na walla klipy z Soczi. Skomentowałem to słowami „watch Pussy Riot being whipped by Cossacks in HD! #boycottsochi” na co znajomy odpisał obrażony „no chyba się nie spodziewasz, że ludzie przestaną oglądać sporty zimowe, bo olimpiada jest w Rosji”. No więc może jestem naiwny, ale tak, spodziewam się. Dopóki nasza walka z systemem ogranicza się do podpisywania petycji na Facebooku (prezydent Ugandy tak się strasznie przejął petycją na Facebooku, że aż prawie się dowiedział, że takowa istnieje!!1!), po czym przechodzimy gładko do picia Coca-Coli (sponsor olimpiady), kupowania urządzeń Samsunga (sponsor olimpiady), wcinania Big Maców (sponsor olimpiady) i postowania słit klipusiów na fejsbuniu, wspieramy reżim Putina i dajemy zupełnie bezpośredni sygnał, że to, co Putin robi jest w porządku. Chcę wierzyć, że mój znajomy nie jest aż tak cyniczny, żeby olewać bojkot tylko dlatego, że Rosja jest daleko, a w Polsce nikt go jeszcze nie aresztuje. Zwracam jednak uwagę, że kiedy już PiS dojdzie do władzy, to się może zmienić — i oczywiście podpiszę wtedy petycję na Facebooku, ale nie sądzę, żeby nowe polskie władze bardzo się tym miały przejąć.

Nie wspierając się na całym froncie wspieramy 0.1 procenta bogatych BHM (którzy mogą rzecz jasna czasami być czarni, czasami być kobietami, a czasami zgoła lesbijkami, choć przyznam, że o transseksualistach nic mi jeszcze nie wiadomo — BHM to stan umysłu i konta). Nie jest ważne, czy mój kumpel dzięki przeczytaniu moich notek bardzo się przejmie i zamiast na Kaczyńskiego zagłosuje na Komorowskiego, który woli uczestniczyć w Paradzie Jamników, niż w Paradzie Równości. Ważne jest to, że mając rzekomo najlepszy ustrój na świecie, demokrację parlamentarną, mamy w wyborach wybór sprowadzający się do dziesięciu nieomal identycznych kandydatów. Jest mi wszystko jedno, czy prezydent będzie się mnie brzydzić jak Komorowski, ignorować uprzejmie moje istnienie skoro już zagłosowałem wzorem Millera, czy też wygadywać na mój temat potworne androny, po czym te androny zwalczać (większość pozostałych). Jestem przekonany, że przedłożoną ustawę o zakazie promocji homoseksualizmu podpisałoby grzecznie co najmniej siedmiu z poniższych kandydatów, zaś pozostali dwaj najpierw zrobiliby sondaż opinii publicznej.

Liczę na to, że pewnego dnia pojawi się na scenie polityk, któremu będzie zależało na tym, żeby „Dom Wszystkich — Polska” rzeczywiście stał się domem WSZYSTKICH — muzułmanów, ateistów, rudowłosych, okularników, gejów, aseksualistów, heteroseksualnych kibiców Legii Warszawa. Jednak mój cynizm podpowiada mi mdląco, że ten polityk z pewnością dawno się już pojawił. Zdążył powiedzieć kilka zdań, po czym pozostali rzucili się na niego i tłukli sejmowymi iPadami tak długo, aż nie pozostało po nim nic oprócz kawałków skrwawionych kości. Gdyby wspomniany wcześniej Jezus wrócił na Ziemię, jak to zdaje się zapowiada Biblia, wsadzonoby go do izolatki w Tworkach (izolatki, żeby jakichś, tfu, cudów nie narobił) zanim zdążyłby powiedzieć „nadstawcie drugi policzek”.