Notkę Rozpaczy wrzuciłem w sobotę.

W poniedziałek rano odkryłem maila od redaktorki. Screenshot powyżej, tłumaczenie poniżej:

Pozdrowienia i Gratulacje!

W załączeniu ostatni (OSTATNI!!!) zestaw poprawek! Rzuć okiem i daj znać, jeśli masz jakieś pytania.

Oprócz tego zadbaj, żeby spędzić trochę czasu na czczeniu ogromnego osiągnięcia, jakim jest napisanie książki. Dziękuję Ci za cudowną przyjemność pracy z Tobą nad Storytellers, oraz za to, że jesteś tak gorliwym, myślącym i robiącym wrażenie* człowiekiem, z którym pracowałam.

(Powyższe tłumaczenie, w szczególności określenie „robiący wrażenie” zamiast „impressive” jest powodem, dla którego na polski moją powieść będzie tłumaczyć ktoś niebędący mną.)

Chciałbym powiedzieć, że natychmiast ogarnęła mnie dzika ekstaza, złapałem Josa w objęcia i odtańczyłem w tej pozycji kankana, lub chociaż z głośnym rykiem wybiegłem nago na ulicę, machając islandzką flagą. Prawda jest taka, że zrobiło mi się w sumie nawet miło. Nawet pomijając stan emocjonalno-umysłowy, jaki towarzyszył mi od tygodni lamictal (po polsku lamotrygina) obcina mi górki i dołki. Między innymi usuwa 99.5% myśli i obsesji samobójczych. Usuwa też podekscytowanie, dzikie wrzaski radości, tudzież dwuosobowego kankana.

(Wrzucam „Czytaj dalej”, bo następny akapit jest długi, ale nie będę smucić, wprost przeciwnie.)

Czytaj dalej

Odpowiedź: niewiele.

Mój kryzys trwa tak naprawdę od maja (albo nawet lutego), tylko się rozwijał powolutku, udając, że go wcale nie ma. Potem zaczął być zauważalny. Potem – bardzo zauważalny. Od jakichś dwóch miesięcy jadę na oparach.

Blog zaniedbany, sprzątanie zaniedbane, projektowanie i muzykowanie (a chcę do książki zrobić soundtrack) zaniedbane, mąż zaniedbany. W tej chwili tak naprawdę robię dwie rzeczy: 1) piszę, 2) czytam. Chyba, że jeszcze się liczy leżenie w łóżku i jedzenie, w takim razie robię cztery rzeczy. Aha, jeszcze latam po lekarzach.

Użeram się z holenderską biurokracją, która działa jak każda biurokracja. Z tym, że chirurg trzeci raz mi chyba spieprzył operację, chociaż tak naprawdę dowiem się w styczniu. W ogóle wielu rzeczy się dowiem pewnie w styczniu. Do tego czasu muszę dojechać na tychże oparach, których wczoraj było tak mało, że nawet na Whatsappie mnie nie było, za dużo roboty i interakcji.

Priorytetem absolutnym jest książka. Chciałem ją skończyć do końca grudnia, ale tak się złożyło, że niechcący wygrałem konkurs o którego istnieniu zapomniałem. Redaktorka, która jest czymś w rodzaju gwiazdy pop w dziedzinie redagowania książek najpierw napisała mi różne dziwne rzeczy, których nawet nie umiałem skomentować, po czym wytłumaczyła co miała na myśli i rzeczy nabrały sensu. Przepisuję teraz różne rozdziały, bo ona ma rację (plus Zuzz – pozdro). Siedzenie w historii Islandii i w mitologii nordyckiej pozwala mi nie myśleć. Myślenie w tej chwili jest złym pomysłem.

Nie zamykam bloga, niczego w ogóle nie zamykam, ale dopóki kryzys się nie skończy – a nie zakładałbym się, że to nastąpi w tym roku – jedyne postępy, jakich należy się (MOŻE) spodziewać będą dotyczyć strony www.bjornlarssen.com, właściwego jej Facebooka i pisanej książki. Posty na bloga piszę z wyprzedzeniem, bo akurat w środy mogę nie móc, aktualnie jest o książkach dotyczących mitologii nordyckiej. Po części dlatego, że te same rzeczy po raz któryś czyta mi się łatwiej. Jestem w trybie nastawienia na przeżycie. Bo mam za dużo rzeczy do zrobienia, żeby się udawać w charakterze prochów do Arnarstapi, aczkolwiek jest to miejsce cudownie piękne.

Powiedziałbym „trzymajcie kciuki”, ale mogą Wam odpaść, więc po prostu wysyłajcie jakieś wibracje, reiki, modlitwy do dowolnych bóstw również przyjmę. Opiekę lekarską mam, zgoła w nadmiarze, wolałbym jej mieć mniej. Mąż ciągle na stanowisku. A ja w tej chwili siedzę na kanapie w piżamie i czekam, aż będę mieć siłę się ubrać.

Taki żyzń. (Jos czyta moje notki w tłumaczeniu Google Translate, ciekawe, co mu z żyznia wyjdzie.)

Aktualnie nie piszę, ponieważ mój Macbook zaczł pisaać ootak,  więc jst ww naprwie. Chromebook nie nadaje się do pracy nad książką (w zasadzie do mało czego się nadaje). Tak więc mam czas na czytanie i uaktualnianie blogów. Dzisiaj będzie o tym, jak do tej pory wyglądał mój proces twórczy.

Pierwszy draft, wtedy pod tytułem Liquid fire, solid ice powstał między 1 a 14 stycznia 2017 roku. Wylałem z siebie historię. Drugi zajął mi trzy miesiące i wtedy zacząłem wiedzieć, co muszę sprawdzić w ramach researchu, żeby nie wyjść na Ziemkiewicza. Rozesłałem go też do beta-czytelników. Prawie cały feedback okazał się ogromnie pomocny.

Trzeci draft zajął mi około pół roku, po czym wysłałem go do korekty do mojej magicznej redaktorki. Owa zasugerowała kilka drobnych poprawek, jak na przykład przepisanie całości od zera z zupełnie inną strukturą. To było ponad rok temu… Bazowałem jeszcze wtedy na przeczytanej wielokrotnie poradzie, by napisać pierwszy dla siebie, drugi dla beta-czytelników, a trzeci do publikacji. Czyli w sumie trzy. Nie wiedziałem, że to metafora.

Czytaj dalej

Zgodnie z prośbą Moreni z wczorajszego komentarza.

Praca nad pierwszą książką CHYBA zbliża się do końca. Aktualny tytuł, który na razie zmienił się pięć razy, to ‚Storytellers’. Wziął się z tego, że w rzeczywistości każda osoba opowiadająca historię jakiegoś wydarzenia jest niewiarygodnym narratorem. Bardzo mało rzeczy jest 100% faktami, którym nie można zaprzeczyć. Gdy przychodzimy do domu, a na podłodze leży stłuczona szklanka wiemy na pewno, że szklanka jest stłuczona. Jest to oczywisty fakt i nikt nam nie wmówi, że białe jest białe i tak dalej. Ale co, jeśli w domu nie było nikogo? Co jeśli był, ale się wypiera? Jeśli mamy dwójkę dzieci, z których każde donosi na to drugie, a drugie zaprzecza i oskarża pierwsze? A jeśli w rzeczywistości nastąpiło malutkie lokalne trzęsienie ziemi? (To nie do końca żart, dzisiaj za naszym oknem jeżdżą takie ciężarówy, że budynek się trzęsie.) A szklanka to przecież drobiazg. Co z zemstą, zazdrością, miłością, przemocą, morderstwem w samoobronie alibo nie, dowolnym procesem sądowym? Dużą część ‚Storytellers’ stanowi opowieść z przeszłości snuta przez jednego z bohaterów. Ale czy opowieść jest prawdziwa, a jeśli tak – w jakim stopniu? Co miałyby na ten temat do powiedzenia inne występujące w niej osoby? Kto opowiadając o sobie przedstawi siebie jako złego człowieka, a pozostałych jako dobrych? Sięgając po zużyty przykład, czy Hitler byłby uznawany za uosobienie zła gdyby drugą Wojnę Światową wygrali Niemcy?

Czytaj dalej