Do notki zainspirował mnie komentarz Rosy do poprzedniej notki oraz lektura listu nieszczęśliwej kobiety do focha (rozumiem desperację, ale czy nie można było chociaż do Wysokich Obcasów…)

Kiedy zrozumiałam, że kocham też tego DRUGIEGO mężczyznę, nie wiedziałam co zrobić. Czekałam, aż mi przejdzie. Niestety stało się przeciwnie. Na jednym z wyjazdów firmowych ON wyznał, że jestem Jego miłością od pierwszego wejrzenia i marzy o tym, żeby spędzić ze mną życie. To było jeszcze gorsze, niż gdyby nie odwzajemniał moich uczuć.

Wcale nie byłam szczęśliwa, raczej rozbita. […] To, że tak samo mocno kocham dwóch mężczyzn jest dla mnie prawdziwą tragedią. Ale nie jestem w stanie dobrowolnie zrezygnować z żadnego z nich.

Jestem w stanie zrozumieć uczucia foszanki, bo sam kiedyś się zakochałem jak od uderzenia pioruna w mężczyźnie, którego spotkałem w pracy. Mieszkałem wtedy z Szacownym Eks-Małżonkiem i nowa miłość nie była mi ani do niczego potrzebna, ani jej nie szukałem, ani sam nie chciałem sobie na nią pozwolić. Reakcje organizmu były tak silne, że zdarzyło mi się pobiec do łazienki i zwymiotować, gdy nieświadom moich uczuć kolega z pracy wszedł do pokoju. Na szczęście długo z nami nie popracował, bo nie pasował do mnie w żaden sposób, jego istnienie źle wpływało na mój związek, a dodatkowo ja wtedy jeszcze nie umiałem sobie wyobrazić niczego innego, niż tylko monogamiczne „żyli długo i szczęśliwie”.

Od tego czasu dużo się nauczyłem, o sobie i o innych ludziach. Nawet już kiedyś o tym napisałem. Nadal eksperymentuję z monogamią i nie tylko, a pomaga mi w tym fakt, że w pełni świadomie kocham trzech mężczyzn, każdego z nich inaczej. Zbrojmistrza kocham jako partnera, mojego przyjaciela-kowala kocham jako mojego przyjaciela-kowala, mojego sponsora z programu 12 kroków kocham tak, jak można kochać osobę, z którą jest się bardziej szczerym, niż ze sobą samym. Żaden z nich nie musi się obawiać „konkurencji” drugiego, a ja doskonale sobie potrafię wyobrazić, że foszanka może kochać dwóch różnych mężczyzn i bardzo mi daleko do potępiania jej za to.

Rosa napisała w swoim komentarzu:

Czy geje (nie wiem, na ile masz wiedzy o lesbijkach) radza sobie z niemonogamicynymi formami zwiazkow? Ja trafilam na dwa rodzaje ludzi- tych, ktorzy chcieli mnie raz, moze dwa przeleciec i poslubic inna i tych, ktorzy chca poslubic mnie. Gdy pada slowo przyszlosc, o niczym innym niz malzenstwo nie ma mowy.

Kiedy jeszcze mieszkałem w Polsce, znałem tylko jeden konstrukt związku — „małżeństwo”. Idea związku otwartego wydawała mi się nieludzka i potworna, bo jakże to tak można z innym, niż Mój Ukochany TŻ. Zachowywałem się oceniająco i postrzegałem wszystko tak czarno-biało, jak tylko mogłem. Na swoje usprawiedliwienie mam młodość i fakt, że katolickie poczucie winy lało się wtedy w Polsce z kranu nawet w domach ateistycznych. Do tej pory słowo „singiel(ka)” to w Polsce powód do drwin z „tej biednej mazepy, co sobie chłopa nie znalazła”, a idea powiedzenia mężowi o istnieniu kochanka egzystuje w sferze mrzonek.

Mój poprzedni związek, z DJem, był w zasadzie monogamiczny. Mówię „w zasadzie”, ponieważ pod koniec wyszło na jaw tyle łgarstw z jego strony, że nieomal zdziwiony byłbym, gdyby mnie nie zdradzał. Ze Zbrojmistrzem jesteśmy niejako odwrotnie w związku w zasadzie otwartym, tyle, że niespecjalnie nam się chce z tej otwartości korzystać. A jednak gdyby miał on napotkać drugiego mężczyznę i zakochać się w nim — jak foszanka — chciałbym o tym wiedzieć. Nie sądzę, żebym się od niego domagał wyboru „on albo ja” (chyba, że ten drugi lubiłby Celine Dion i domagał się słuchania jej na cały regulator w mojej obecności). Bo Zbrojmistrz stanowi w moim życiu tak ważny punkt i tak silną podstawę, że seks z innym, a nawet miłość do innego nie mogłaby tego popsuć — dopóki nie przestanie kochać również mnie. To, co nas łączy jest po prostu tego rodzaju, że obecność innych osób nie jest ważna — dopóki ta więź nie zniknie i inni nie zaczną pojawiać się ZAMIAST.

Gdy poznałem Zbrojmistrza, byłem po pierwsze w stanie hipomanii, który sprzyja postawie „przelecieć wszystko, co ma w miarę obłe kształty”, po drugie — cynicznie przekonany, że nie jestem w stanie pokochać, po trzecie — miałem swój harem i nie miałem planów z niego rezygnować. Wszystkie te rzeczy uległy zmianie, przy czym pierwsza wpłynęła na drugą i trzecią. W międzyczasie w moim otoczeniu związki zawiązywały się i rozwiązywały. Mój przyjaciel Stefcio i jego mężczyzna mają problem tego rodzaju, że mężczyzna Stefcia ma swój harem i uważa to za rzecz OK, ale Stefciowi odmawia zezwolenia na szukanie przygód z nieznajomymi. Stefcio zaś nie ma haremu, a zakaz zapoznawania się z nieznajomymi uniemożliwia mu zbudowanie owego, co wzbudza w Stefciu poczucie niesprawiedliwości. Inny z moich kumpli, nazwijmy go Guciem, przez cztery lata męczył się (to jego słowa) w związku zamkniętym, otworzył go trzy miesiące temu, a po czterech tygodniach jego ukochany — który do tej pory nalegał na monogamię — powiedział mu, że spotkał kogoś nowego, zakochał się i odchodzi. Zaś jeden z członków mojego dawnego haremu, z którym nadal utrzymuję kontakty — uroczy drań zwany Bambim — jest w związku od 29 lat, kocha męża ogromnie, ale jeśli chodzi o seks, wszystko już ze sobą zrobili dwieście razy i zwyczajnie im się znudziło. Czemu mieliby z tego powodu się rozstawać, skoro kochają się i są szczęśliwi razem?

Nie umiem powiedzieć, czy jest dla mnie idealny rodzaj związku. Ten, który mam teraz, pasuje mi teraz. Za trzy miesiące wiele się może zmienić (np. mogę wpaść w hipomanię). Chciałbym jednak dodać jeszcze jedno. Moja ulubiona Kylie Minogue i jej ukochany Andres Velencoso zerwali ze sobą po pięciu latach. Wielu fanów, jak również żądne krwi tabloidy, ma na ten temat wiele do powiedzenia, głównie w stylu „co za szkoda, wszyscy myśleli, że tym razem się uda”. Moim zdaniem pięć lat razem nie oznacza, że się „nie udało” — tak samo, jak fakt, że film się kiedyś kończy nie oznacza, że wyjście do kina było nieudane. Bo życie to podróż, a nie cel. Również to miłosne.

Roso, czy udało mi się odpowiedzieć?

Zaczęła Szprotest.

To znaczy, oczywiście nie zaczęła Szprotest, bo to nie ona wymyśliła, że kobieta ma ładnie wyglądać, a mężczyzna dobrze zarabiać. Ale Szprotest napisała posta „Nie ja rządzę moim ciałem”, w którym można przeczytać między innymi:

Spora część znajomych mi kobiet jest wychowywana w przeświadczeniu, że ich pierwszym i podstawowym obowiązkiem jest wyglądać atrakcyjnie (przy czym przez atrakcyjność rozumiemy tutaj przystawanie do aktualnie modnych standardów, mierzone kilogramami i jędrnością skóry), nawet jeśli odbywa się to ze szkodą dla zdrowia i samopoczucia psychicznego. […] Atrakcyjność obowiązuje do czasu, gdy kobieta staje się matką (mnie zatem będzie obowiązywać do śmierci): jak wiadomo, wówczas niewiastę winno cechować całkowite poświęcenie progeniturze. Zbyt wypiękniona matka to znak, że dzieckiem zajmuje się za mało, kto to bowiem widział martwić się czymkolwiek innym, może jeszcze własnym wyglądem: ZŁA MATKA.

Kilka dni temu temat podchwyciła Naima, która w swym poście „Lokatorzy bez prawa do remontów i wyburzeń” zawarła przegenialny passus o tatuażach:

Tymczasem przytrafiła nam się kultura i społeczeństwo, i oto (w gigantycznym skrócie) ciała zostały podzielone na te, które mają służyć zabijaniu i byciu zabijanymi oraz te, które mają służyć produkowaniu nowych ciał. […] Zaniedbujących swoje role i użytkujących ciała zgodnie z własnym widzimisię szykanowano w sposób formalny lub symboliczny. Spektrum kar wahało się od zwiększonych podatków dla bezdzietnych/singli, przez zakaz pełnienia niektórych zawodów przez mężczyzn z tatuażami (osoba, która modyfikuje własne ciało zgodnie ze zwoim gustem najwyraźniej wyłamała się z umowy dzierżawnej i nie nadaje się na mięso armatnie ni służbowe – jest w tym pewien piękny symbolizm, że ucieczką od munduru i ujednolicenia kamaszem było wypalenie własnych znamion na skórze, permanentne odróżnienie się od reszty rozebranych do naga ciał na targowisku komisji rekrutacyjnej) po ostracyzm i wyzwiska względem zniewieściałych, niemęskich, słabych czy hipsterów.

To, co napisała Naima, jest bardzo dobrą odpowiedzią na pytanie, dlaczego mam tatuaże, ale o tym za moment.

*

Spędziłem wczoraj wieczór z moim przyjacielem, który w pewnym momencie wsiadł na temat, który regularnie ujeżdża, dokarmia i podlewa: temat „jaki ja jestem gruby”. Przyjaciel waży 67 kilogramów i nosi dżinsy rozmiaru 28-29. Nie widzi sprzeczności między „jaki ja jestem gruby” i faktem, że nie może dostać spodni w swoim rozmiarze, bo Holendrzy generalnie zaczynają się od rozmiaru 30.

Ja noszę rozmiar 34 i na ogół nie cierpię przesadnie z tego powodu. Dzięki moim medykamentom przybyło mi na wadze 18 kg i zacząłem wyglądać jak kowal, a nie jak pływak, ale na ogół — znów — się tym nie przejmuję. A jednak po słuchaniu przez 15 minut wałkowanego z upodobaniem „oczywiście wyglądam już nieco lepiej niż pół roku temu, ale to ciągle nie jest to” przerwałem przyjacielowi dość brutalnie:

— Czy mógłbyś przestać? Bo Ty może nie masz anoreksji, ale ja zaczynam powoli jej dostawać.

Zaśmialiśmy się obaj i porzuciliśmy temat, ale tak naprawdę, oczywiście, ta dyskusja się nie zakończyła i nie zakończy jeszcze bardzo długo.

Chorobę ujawniającą się w różnych postaciach, jako anoreksja, manoreksja, bulimia czy też body dysmorphic disorder obserwujemy na ogół u kobiet i homoseksualnych mężczyzn. Jak napisał elegancko mały obrzydluszek, och! literówka! pan Ziomecki w cytowanym w poprzedniej notce artykule, „mężczyźni są wzrokowcami”. (Miss Olgu postanowiła naprawić ten niesprawiedliwy stan rzeczy czepiając się hipsterów za to, że są hipsterami, a pani Cieślik niewysokich za to, że nie urośli — i to jest właśnie ten sposób, w jaki możemy pozbyć się dyskryminacji wobec pewnych grup społecznych — zacząć dyskryminować kolejne!)

Tymczasem nie istnieje obiektywny wzorzec atrakcyjności. Poważnie. Nie ma czegoś takiego. Nie istnieje kobieta obiektywnie piękna. Nie istnieje mężczyzna o obiektywnie pięknym ciele. Nie istnieje obiektywnie odpowiedni wzrost, owłosienie czy ubiór. Najlepszym dowodem na to są eksperymenty z komputerowym uśrednianiem najpiękniejszych twarzy, rezultatem których są twarze idealnie… nudne. No owszem, nie ma na nich pryszczy, krzywych nosów, zeza czy zmarszczek. Nie ma na nich w ogóle niczego, na czym chciałoby się zawiesić wzrok dwa razy.

Powtarzam to moim przyjaciołom i przyjaciółkom, kiedy jęczą, że czują się grubi (są i tacy, którzy narzekają, że są zbyt chudzi, ale jest ich mniej). Nie istnieje idealny obwód ciała, do którego należy aspirować, a odstępstwo od niego będzie karane. Istnieje natomiast MAINSTREAMOWY obwód ciała, odstępstwo od którego będzie wytykane przez mainstream. Podobnie istnieje też mainstreamowa fryzura, mainstreamowy ubiór i mainstreamowa muzyka. I tutaj muszę się zgodzić. Jeśli Waszym celem jest bycie jak najbardziej średnim średniakiem, będziecie musieli nad tym popracować. Bo natura, Bóg czy też Potwór Spaghetti nie stworzyli nas wszystkich tak znowu na swoje podobieństwo (to dotyczy zwłaszcza Potwora Spaghetti) jak się nam wmawia. Jednych stworzyli wyższych, jednych — niższych, niektórzy z nas mają tendencję do tycia, inni do chudnięcia, jedni mają włosy proste, inni kręcone. I to jest właśnie fajne.

Nigdy nie narzekałem na brak zainteresowania płci tej samej. Moja przyjaciółka kilka razy wytknęła mi, że to dlatego, że ja jestem „przystojny facet”. Ale przecież to nie jest OBIEKTYWNA prawda. Owszem, jeśli lubimy dużych misiów pokrytych grubą warstwą tatuaży, jestem dramatycznie przystojny. Jeśli natomiast lubimy wątłych blondynków, jestem ohydny. W artykule na Gazecie (spędzam tam zdecydowanie za dużo czasu) na temat męskiego zarostu większość damskich komentarzy brzmi mniej więcej tak: „a fuj, zgolić to”. Nie dogadałbym się z tymi damami. A to jest naprawdę większość. Podobnie jest z gejowskim życiem Amsterdamu — naprawdę nie podobam się WIĘKSZOŚCI. Różnica między mną, a moim przyjacielem i moją przyjaciółką leży tak naprawdę nie w obwodzie, tylko w tym, że ja wcale nie chcę się podobać większości, bo uważam, że większość nie ma gustu i się nie zna.

Zdaję sobie sprawę z faktu istnienia „forum dla brzydkich ludzi”, ale nie do końca wierzę w to, że osoby piszące na tym forum są „brzydkie” — bo nie do końca wierzę w istnienie czegoś takiego, jak obiektywna brzydota. Brzydkie to są reklamy wieszane na zruinowanych budynkach na warszawskim Tarchominie oraz Comic Sans. Ludzie są co najwyżej mniej lub bardziej średni. Claudia Schiffer, supermodelka, jak dla mnie wygląda jak budyń z pianką. Większość modeli płci męskiej wzbudza we mnie rozpaczliwe ataki ziewania. David Beckham i jego żona kojarzą mi się z insektami. To są podobno ci „obiektywnie atrakcyjni” ludzie. Dla mnie tymczasem obiektywnie atrakcyjny jest pewien 60-letni rugbysta z Berlina, z którym kiedyś zrobiłem sobie zdjęcie, bo mnie zżerało pożądanie. Zrobię powtórkę ze zdjęcia, bo jestem pewien, że by mu to nie przeszkadzało.

Docinanie samemu sobie za to, że „jestem za gruba” albo „jestem za niski” (tu wstawić sto wariacji na ten sam temat) kojarzy mi się nieodparcie z syndromem sztokholmskim, w którym oprawcą są media, ale też my sami. 99% reklam dręczy nas różnymi wersjami państwa Beckham i ich kręgu znajomych żywiących się kostkami lodu i amfetaminą, a pozostałe 1% wmawia nam, że kobieta ubrana w rozmiar 0 jest „puszystą modelką”. Główny przekaz, jaki ja wynoszę z reklam jest taki, że muszę się ubierać wyłącznie w marki niereklamowane, ponieważ nie jestem targetem właściwie żadnej firmy. Nawet ostatnio modni brodaci modele wciąż mają figury patyczaków. Ja nie mam i nigdy nie będę w majtadasach Calvina Kleina wyglądać tak, jak modele Calvina Kleina. Czy mnie to boli? Nie. To powoduje wyłącznie, że nigdy nie przejdzie mi przez myśl zakup majtek Calvina Kleina. (Dzięki czemu zaoszczędzę masę pieniędzy, one są przerażająco drogie.) Ale przecież wiem, że to ja jestem w mniejszości. Reklamowane towary przecież ktoś kupuje, skądś firmy mają pieniądze do wydania na reklamy.

Owszem, dzięki moim tatuażom, fryzurom i innym modyfikacjom wyróżniam się z prawie dowolnego tłumu, w którym się znajdę. Jestem z tego bardzo zadowolony. Kiedyś wyglądałem tak, jak wyglądałem, bo byłem okropnie nieśmiały i nie chciałem, żeby ludzie się do mnie odzywali. Teraz traktuję swój wygląd jako artystyczną wypowiedź na temat stereotypów „piękna”. Moje prywatne piękno ma krzaczastą brodę, brzuszek, tunele w uszach i feniksa na plecach. Jeśli Ci się to nie podoba, zalecam spoglądanie w innym kierunku. Ta porada dotyczy zwłaszcza Fochów, Kafeterii, komentatorów internetowych, a w szczególności osób, które mają problem z istnieniem drag queens.

Na Facebooku mojego przyjaciela odbyła się dziś kolejna odsłona dyskusji pt. „Czy w Paradzie Równości powinny brać udział drag queens”.

Fakt powtarzania od lat tej samej w gruncie rzeczy dyskusji mnie martwi. Nie dlatego, że w ogóle jest różnica zdań, bo różnice zdań są zdrowe. Dlatego, że rozmawiamy o czymś, co w ogóle nie jest problemem. Tygodnik Wprost zilustrował kiedyś artykuł o Paradzie Równości zdjęciem z berlińskiej Love Parade. Jeśli na polską Paradę nie przyjdzie ani jedna drag queen, to pominąwszy już powód (zakazano im? czy same się źle czuły? jak o nas świadczy jedno i drugie?) Parada stanie się jeszcze bardziej szarobura. A przecież tak bardzo staramy się udowodnić, że jesteśmy tacy sami. Czy wróblowatość to naprawdę jest aż taka wartość? Podobno dziwne jest to, że ubieramy się kolorowo i wesoło bawimy, a tymczasem nasze postulaty są polityczne. Czy polityczne postulaty wolno zgłaszać wyłącznie białym heteroseksualnym panom w garniturach?

Po siedmiu latach mieszkania w Amsterdamie zdecydowanie przywykłem do luksusu nieudowadniania już, że jestem taki sam. Bo nie jestem. Jestem odmieńcem i dobrze mi z tym, a ludzie nie mają z tym problemu. Nikt nie wpadłby na pomysł zakazywania mi wybierania się gdziekolwiek w jakimkolwiek stroju; gdyby ktoś na taki pomysł wpadł, nadzwyczaj bym się zdziwił i z troską spytał, czy wziął dziś swoje tabletki. Nie jestem drag queen, różnię się od „standardu” w inny sposób. Ale czy naprawdę ktoś wierzy, że powodem dla braku ustawy o związkach w Polsce jest pięć drag queens na Paradzie Równości? Czy to dlatego Platforma i PiS odmawiają nawet pierwszego czytania projektu ustawy? Czy drag queens wiedzą o tym, jak ogromną mają siłę polityczną?

Tak się złożyło, że szedłem sobie dzisiaj do domu piechotą, przyjechawszy tramwajem zamiast roweru. Z naprzeciwka nadchodził facet dość wyraźnie przebrany za Kapitana Haka z Piotrusia Pana, w błyszczących plastikowych czerwieniach, z (prawdziwym, o ile umiem stwierdzić) wąsem i w puklach loków. Facet pomachał do mnie ręką i nie było to teatralne machanie typu „patrz na mnie”, tylko zwyczajne „cześć” z elementem rozpoznania. Ja ubrany byłem w koszulkę na ramiączkach eksponującą tatuaże, w uszach miałem — jak zawsze — tunele, a na głowie powoli odrastającego irokeza. Freak poznał freaka i pomachał.

Tak się składa, że bardzo niedawno rozpoczął działalność nowy blog zatytułowany Skrzyżowany. Bloga pisze crossdresser o imieniu Michał. Michał analizuje reakcje ludzi na swój wygląd; na to, jak zachowują się dzieci, dorośli, metroseksualni, kobiety, mężczyźni. Mój przyjaciel zapytał na swoim Facebooku „dlaczego uczestnicy Parady nie mogą się ubrać tak, jakby szli do sklepu po bułki”. Pominąwszy pytanie, dlaczego by mieli, skoro nie idą wszakże do sklepu po bułki, odpowiedzieć można: a skąd wiesz, że tego nie robią? Michał w drodze po bułki wygląda tak:

Stoję na ulicy, mam na sobie ciasne szare spodnie: rurki od spodu pomalowane na różowo. Jak podwiniesz nogawkę, to na zewnątrz jest róż. Mam jeszcze damską kurtkę w moro z ćwiekami. No i makijaż, pomalowane paznokcie – te sprawy.

Bardzo mnie cieszy istnienie tego bloga i istnienie Michała, bo sugeruje, że może kiedyś będę miał odwagę w Polsce wyglądać i zachowywać się dokładnie tak samo, jak w Amsterdamie. Nie jest łatwo być crossdresserem na łódzkiej ulicy; nie jest łatwo iść w tym stroju po bułki. Ale Michał pisze o swojej „normalności” tak:

Miałem coming out dopiero w tym roku, a kończę 30 lat. Wyjście z szafy okazało się dosłowne. Wyjąłem ciuchy z szafy, założyłem je i strachliwie wypełzłem na ulicę, potem na rower, do pracy itp. Nie ma już chyba odwrotu, choć często męczą mnie myśli, że może warto odpuścić, ocucić się i stać się na powrót „normalnym”. W porządku, ale ten „normalny” i tak miał dużo dla siebie, bo prawie 20 lat. Prawdziwego siebie zostawiałem wtedy w czterech ścianach – na klucz, na cztery spusty, na amen. Dosyć. Nareszcie w pełni żyję i jest mi z tym dobrze (choć sporo ryzykuję).

Ja nie jestem już szczupłym, wystraszonym chłopcem, tylko dużym, niedźwiedziowatym facetem. Nie ubieram się w damskie stroje i nie maluję paznokci. A jednak będąc w Polsce nie miałem odwagi wziąć Zbrojmistrza za rękę. Nawet na Nowym Świecie w Warszawie — nie żartujmy w ogóle mówiąc o robieniu tego w mniejszej miejscowości. (Nie urażając Łodzi.) Crossdressing ORAZ bycie drag queen, bo to nie to samo, wymaga odwagi o wiele większej. Wyjście w sukience i makijażu po bułki wymaga odwagi straceńczej. Michał ją ma. Drag queens na Paradzie w Warszawie może mają, a może nie. Ja w każdym razie nie podjąłbym się ani oceniać tego, czy są wystarczająco odważne nie ubierając się tak na wypad do spożywczaka, ani też odmawiać im wstępu.

I może dlatego w Holandii jest mi lepiej, niż w Polsce.

Rozmawiałem w tym tygodniu z dwiema osobami na temat pracy i bezrobocia. Jedną z tych osób jest Nina, która machnęła o tym notkę. Którą polecam. Notkę, nie Ninę, choć Ninę polecam rzecz jasna również.

Mam takiego znajomego Holendra, który prowadzi wielce glamorós tryb życia. Imprezy, moda i uroda, zarwane noce, alkohol i dragi. Para się projektowaniem plakatów dla klubów amsterdamskich, robi zdjęcia z imprez dla gazet, DJ-uje i organizuje własne imprezy. Hipstuje niemiłosiernie w opiętych dżinsach, modnie podartych i spiętych agrafkami, heroinowo chudy i właściwie bez wieku. Naprawdę na oko nie da się powiedzieć, ile ma lat, blady, chudy i z cynicznym uśmiechem na kościstej twarzy. To on był drugą osobą, z którą — tak się złożyło — rozmawialiśmy na ten sam temat.

Jest jeden mały problem. Znajomy nie ma pieniędzy, bo z takiego trybu życia nie da się wyżyć. Spodnie nie są podarte z mody, tylko ze starości. Podobnie jego czteroletnie Conversy. Agrafki to w jego życiu artykuł pierwszej potrzeby, po części dlatego, że nie umie szyć. Spina więc nimi rozpadające się na kawałki ciuchy. A świat mody ubóstwia go nad życie… ale nie płaci. Chudy też jest dlatego, że ciężko się roztyć z diety złożonej z ryżu i szpinaku. Nie pali, bo to za drogo. Nie pije, bo to za drogo. Tabletka ecstasy na szczęście wychodzi tanio, a przy jego wadze da się takową podzielić na dwie imprezy.

Holender jest świadom dokonywanych wyborów. Mógłby ze swoim portfolio wkroczyć na rynek pracy i zapewne również w kryzysie znaleźć dobrze płatną pracę. Siedziałby w niej osiem godzin dziennie pięć dni w tygodniu, zarabiał tyle, żeby kupować nowe Conversy i dżinsy, jeść befsztyk i pić drinki z parasoleczką. Ale postanowił, że jego życie będzie Wyjątkowe. Że nie będzie żył „jak wszyscy”, tylko przeżyje życie po swojemu.

To kosztuje.

*

Liberalizm w połączeniu z kapitalizmem uczą nas, że życie należy brać za rogi i wytrząsać z niego wszystko, czego tylko nam się zechce. Każdy z nas ma szansę na karierę Billa Gatesa, który jak wiadomo zaczynał w garażu, budując komputer z motowidła i dwóch dżdżownic. Każda kobieta ma szansę zostać supermodelką, każdy mężczyzna wystąpić w reklamie Old Spice. Wystarczy tylko się postarać, a amerykański sen jest w naszym zasięgu.

Nie wiadomo czemu jednakowoż tak się składa, że nie każdy zostaje Billem Gatesem. Niektóre kobiety nie mają figury supermodelki, niektórzy mężczyźni budowy Supermana. Niektórzy z nas nigdy nie zarobią swojego pierwszego miliona, nawet po zsumowaniu wszystkich otrzymanych w życiu pensji. Jak to, dziwi się liberalizm. Zapewne się nie postarali wystarczająco! Trzeba jeść ciasto, jak rzekła pouczająco Maria Antonina. A tron przyjdzie.

Za otaczający nas kryzys gospodarczy oraz problemy z pracą dla młodych odpowiedzialne są nie tylko banki i uczelnie. Odpowiedzialne są również oczekiwania młodych, którzy bazują owe oczekiwania na tym, co im wmawiają nieco starsi. Należy otóż budować Karierę, być Indywidualnością i stawiać na Wyjątkowość. Nikt, zapytany w dzieciństwie, kim chciałby zostać, jak dorośnie nie odpowiada przecież „sprzedawcą w Biedronce” lub „zamiataczem ulic”. Celebrytą, biskupem, politykiem — takie odpowiedzi mogę sobie wyobrazić. Ale przecież tak samo, jak nie możemy wszyscy być w 10% najlepiej zarabiających, tak też nie możemy wszyscy zostać celebrytami, bo w świecie z sześcioma miliardami ludzi nie wystarczy oglądających na to, żeby każdy dostał swoje piętnaście minut.

*

Nie mam kasy.

Oczywiście fakt nieposiadania kasy pozostaje w ścisłym związku z faktem posiadania bipolara, z którego się wygrzebuję i powoli zaczynam rozważać powrót na rynek pracy. Nie wiem jednak, czy rynek jest gotów na moje pojawienie się na nim. Ponieważ w związku z chorobą chciałbym rynkowi postawić pewne warunki.

Nie jestem gotów przyjąć pracy ciężko stresującej, w nielimitowanych godzinach, zmianowej, w godzinach nocnych. Nie jestem gotów pracować w otoczeniu, które będzie pobudzać moją chorobę do kolejnych podrygów. Chciałbym znaleźć pracę ze stałą umową, aby uzyskać stabilność, o której tyle mówią mi lekarze. Oczywiście powinna to być praca na część etatu, pozostawiająca mi czas na naukę kucia, jednak płatna na tyle wysoko, żebym mógł się z niej utrzymać.

Nie znaczy to też, że jestem chętny przyjąć pracę w supermarkecie przy kasie. (Inna rzecz, czy to jest mało stresująca praca.) Chciałbym robić coś kreatywnego, rozwijającego i ciekawego, w sławetnym Młodym Zespole (TM), tworzyć fajne rzeczy, którymi zainteresuję wielu ludzi i które da się dołączyć do portfolio. Z zainteresowań wymienić mogę przyrodę, urodę, modę i wygodę, tak więc z pewnością znajdę pracodawcę w ciągu kilku sekund. Tak?

No więc nie wiem. Terapeuta, telewizja i poradniki samorozwoju powiedzą mi, że należy marzyć; liberał doda, że jeszcze trzeba się starać. Ale bezrobocie, również w Amsterdamie, rośnie; sklepy i punkty usługowe zamykają swe podwoje; ulice robią się jakby mniej ruchliwe, a bary mniej zapełnione. Czy to znaczy, że ludzie za mało marzą, a może starają się niewystarczająco? Czy zmniejszenie liczby turystów w mieście to oznaka, że władze miejskie nie marzą wystarczająco? Czy zamknięcie salonu piękności, który przy tej samej ulicy funkcjonował przez 14 lat oznacza, że po 14 latach pani Marianne van der Klomp przestała się starać?

A jednocześnie przecież są zawody, których kryzys nie tknął, ba — pracownicy są poszukiwani, najlepiej od zaraz i z możliwością przyuczenia. Ale te zawody nie są FAJNE. A my jesteśmy od iluś już lat uczeni tego, żeby tworzyć, realizować się, marzyć i sięgać ponad. Od czasu upadku komunizmu nie ma plakatów propagandowych zachwalających wspaniałości zawodu murarza, czy hydraulika. Jedyne plakaty, na których zachęca się do wstępowania w rzeszę pracowników McDonald’s to te opłacone przez McDonald’s. Jak wielu z nas rzeczywiście spełni swoje marzenia? Jak wielu z nas odkryje, że zapuściliśmy korzenie w zbyt małej doniczce? Gdzie leży granica kompromisu między pracą naszych marzeń, a skrzeczącą rzeczywistością niezapłaconych rachunków?

No i na koniec pytanie, które mnie dręczy od dłuższego czasu. Co robią osoby z dwubiegunówką, którym nie przytrafiło się posiadanie talentu Stephena Fry czy Robbiego Williamsa?

EDIT: Podesłano mi ten oto klip, który w zasadzie jest komediowy, ale jakoś mnie nie śmieszy.