Kilka dni temu w wywiadzie dla New York Times Cynthia Nixon (Miranda z „Seksu w wielkim mieście”) powiedziała, że jej homoseksualizm jest kwestią wyboru: przez jakiś czas była w związku heteroseksualnym z Danielem Mozesem, a teraz jest w związku homoseksualnym z Christine Marinoni (niektórym z nas znaną jako Rojo Caliente).

„Całkowicie to odrzucam” – mówi teraz Nixon. – „Niedawno miałam wystąpienie, które miało wesprzeć homoseksualistów, i miałam powiedzieć: «Byłam heteroseksualna i homoseksualna, i wolę to drugie ». Oni próbowali mnie zmusić, żebym zmieniła to zdanie, ponieważ wynika z niego, że homoseksualizm może być wyborem. A dla mnie to właśnie jest wybór. Rozumiem, że dla wielu ludzi nie jest, ale dla mnie jest i nikt nie będzie za mnie definiował mojego homoseksualizmu. Pewna część naszej wspólnoty bardzo by chciała, żeby nie można było tego postrzegać w kategoriach wyboru, bo jeśli by tak było, to znaczy, że można z tego zrezygnować. (…) A dlaczego miałoby to być w jakikolwiek sposób gorsze? Wydaje mi się, że ulegamy w tym miejscu bigotom, którzy tego właśnie od nas oczekują. A nie powinniśmy, moim zdaniem, pozwolić im, by określali pole debaty. Mam również wrażenie, że ludzie myślą, że do pewnego momentu żyłam w nieświadomości, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jestem lesbijką. To obraża mnie, ale i wszystkich mężczyzn, z którymi się spotykałam”.

(Polskie tłumaczenie: gazeta.pl)

Podziwiam szczerość Nixon, która mówiąc to naraziła się właściwie wszystkim. Homofobom — bo oto proszę, niby normalna, a tu wybiera zboczenie. Homoseksualistom — bo daje homofobom amunicję, mówiąc, że owszem, jej orientacja jest kwestią wyboru — a cóż prostszego, niż ekstrapolować tę wypowiedź na absolutnie wszystkie osoby homoseksualne. Właściwie nie naraziła się tylko dwóm grupom: osobom, które czują tak samo jak Nixon oraz osobom, które są ze swoją orientacją kompletnie pogodzone.

Moja orientacja absolutnie nie była kwestią wyboru. Najbardziej szalone pieszczoty jakim oddawałem się w towarzystwie kobiet płci odmiennej doszły (escandalo!) do wyżyn pocałunku w usta. Bez języczka — takiego „cmok”, jakim obdarzam swoje przyjaciółki. Nigdy nie wątpiłem w swoją orientację, choć przez chwilę — znużony wszechobecną w Polsce homofobią — rozważałem, czy aby nie jest możliwe, abym był biseksualistą. Niestety tak się składa, że moje dwa fetysze — zarost na twarzy i owłosiona klata — prezentują sobą wyłącznie mężczyźni i enerdowskie pływaczki, a tymczasem komunizm się skończył i enerdowskich pływaczek już nie ma. (Co najmniej jedna — co zupełnie nie śmieszne — musiała zmienić płeć, ponieważ ordynowane jej „kuracje” okazały się nieodwracalne.)

Nie mam żadnego problemu z deklaracją Nixon. Wiele razy czytałem o tym, że orientacja seksualna kobiet jest o wiele bardziej płynna, niż ta męska, być może po części przez to, że kobieta nie potrzebuje erekcji do uprawiania seksu. Tyle, że dla mnie moja orientacja nie stanowi problemu, nie czuję potrzeby wykluczania ani heteryków, ani biseksualistów, ani osób aseksualnych i w związku z tym stwierdzenie Cynthii Nixon jest dla mnie informacją kompletnie pozbawioną ładunku emocjonalnego. Tyle, że większość ludzi nie rozumuje w ten sposób, co ja — i dlatego jej wypowiedź wzbudziła taką burzę.

Dla prawicy kwestia wyboru wiąże się z rozróżnieniem na wybór prawidłowy (bycie hetero) i nieprawidłowy (wszystko inne). Możnaby uznać, że Nixon podała im na tacy argument za prawdziwością ich tez, w ten sposób działając na niekorzyść wspólnoty LGTB. Tyle, że wymaga to przyjęcia prawdziwości drugiej części implikacji — nieprawidłowości homoseksualizmu. Tego, że dokonany „wybór” jest złem. Tego, że obcy ludzie mogą osądzać nasz wybór partnerów pod kątem ich płci, tak, jak kiedyś osądzali go pod kątem ich rasy. Innymi słowy, to nie Nixon daje prawicy broń, tylko my, poddając się ich osądowi i smętnie potakując, tak, żyjemy w grzechu i trwamy w mylnym błędzie. Dokonaliśmy złego wyboru i musimy teraz za niego cierpieć.

Pewien rodzaj aktywizmu LGTB opiera się na strategii heroicznego bronienia oblężonego zamku: owszem, jesteśmy inni (w podtekście: gorsi), ale prosimy uprzejmie, abyście nam też pozwolili żyć, obiecujemy, że wtopimy się w tło i będziemy udawali, że jesteśmy dokładnie tacy sami. Ta strategia odnosi sukcesy do pewnego momentu; do momentu, kiedy pozwolimy sobie czegokolwiek zażądać, chociażby nieszczęsnych związków partnerskich. (Broń Istoto nie małżeństw, bo przecież Tradycja & Moralność, a my homo jesteśmy wszakże niemoralni i nie mamy żadnych tradycji.) Wtedy prawica podnosi larum: łojezusicku! Homosie chcą się nam w kościołach żenić ZUPEŁNIE JAK LUDZIE! Zaraz zechcą z koniem, kozą i zdechłym chomikiem!

Może czas już — w roku 2012 — na nową świecką tradycję? Jesteśmy wszakże obecni od wieków, rodzą i wychowują nas na ogół rodzice heteroseksualni, ale jako osoby tolerancyjne nie mamy im tego za złe i nie domagamy się, aby się rozwiedli i weszli w związki z osobami tej samej płci. Domagamy się za to, żeby traktowano nas zwyczajnie po ludzku. Żeby nam nie wtykano nosa do łóżka i nie oceniano dokonywanych wyborów. Pal diabli, czy homoseksualizm to wybór, czy nie. Jeśli nie masz ochoty, nie musisz przecież tego wyboru dokonywać. Ja panom Suskiemu i Niesiołowskiemu do łóżka nie zaglądam, nie dowcipkuję na temat urody ich żon i nie porównuję ich do kóz i chomików. A skoro oni tak się moim związkiem interesują, to może mają jakiś powód? Czyżby zaczynali się chwiać w postanowieniu o słuszności dokonanego WYBORU orientacji hetero i rozważali zmianę? Rozumiem obawę przed nieznanym i gotów jestem umówić się z dowolnym z nich na kawę i wuzetkę i przybliżyć temat. Byle mnie żaden nie podrywał, bo dam w pysk.

PS. Już po skończeniu przeze mnie tekstu okazało się, że Nixon złożyła samokrytykę, stwierdzając, że zgodnie z linią partii jest biseksualna, homoseksualizm nie jest wyborem, etc. Szkoda, że czuła, że musi to powiedzieć.

Kinga Dunin pisze o książce Danuty Wałęsy:

Czy Danuta Wałęsa jest feministką? Nie ja wymyśliłam to pytanie. Pojawia się ono w jej autobiograficznej książce, pojawia się w jej omówieniach. Odpowiedź samej zainteresowanej jest przewidywalna: jasne, że nie. I nawet znajdujemy coś w rodzaju wyjaśnienia: bo kobieta, jak zechce, może wszystko osiągnąć, wszystko to, co mężczyźni. Musi tylko dużo bardziej się postarać. Dla niektórych z tej konstatacji wynika feminizm, dla niektórych nie. Dla mnie jest tu o jedną przesłankę za mało. Brakuje odpowiedzi na pytanie, czy chcemy to zmienić. Nie ma prostszej definicji „obiektywnego” feminizmu: jest to przekonanie, że kobiety mają gorzej i należy to zmienić. Cała reszta to komentarze i przypisy. Pełno w nich sporów o to, w czym gorzej i jak zmienić.

Nie podoba mi się prosta definicja obiektywnego feminizmu. Podobną prezentuje Wikipedia:

Feminism is a collection of movements aimed at defining, establishing, and defending equal political, economic, and social rights and equal opportunities for women.

Zdaję sobie sprawę, że nie jestem Susan Sontag, Kingą Dunin, czy nawet Agnieszką Graff, ale osobiście postrzegam feminizm inaczej: feminism is a collection of movements, ble, ble, and social rights and equal opportunities FOR BOTH GENDERS. Feminizm uważam za ważny i przydatny bezpośrednio również dla mnie osobiście, mimo, iż jestem mężczyzną płci odmiennej; widzę w nim spore, nie tylko potencjalne zyski dla mężczyzn i z takim widzeniem feminizmu identyfikuję się o wiele silniej, niż z „kobiety mają gorzej”.

Kobiety, rzecz jasna, MAJĄ obiektywnie gorzej. Gdybyśmy stworzyli listę nierówności pomiędzy płciami, kobiety obrywają o wiele częściej — i nie mówię nawet o kulturach, w których kobieta jest przedmiotem, a jej zdanie na żaden właściwie temat nie posiada wagi większej, niż zdanie odkurzacza lub kota. Mówię o kulturze polskiej, w której cały czas przyjęte jest za normalne to, że mąż i żona wracają z pracy, po czym żona gotuje obiad, sprząta, prasuje, pierze i pomaga dzieciom robić lekcje, zaś mąż odpoczywa, gdyż przecież jest zmęczony. W której żona zarabia 70% tego, co mąż, po prostu dlatego, że nie posiada penisa. W której nie można zgwałcić prostytutki, w której mamy reżysera A. Holland, psychologa E. Woydyłło czy też pisarza D. Wałęsę.

Wszystko powyżej jest, rzecz jasna, prawdą. A jednak to mężczyźni żyją krócej, to oni częściej dostają zawałów, to oni są wychowywani w przekonaniu, że jedynym prawdziwym męskim zachowaniem jest picie, palenie i jedzenie boczku smażonego w głębokim tłuszczu (co nie zmienia faktu, iż pisma dla panów na stronie 13 piszą o cygarach i koniakach, a na stronie 14 o tym, jak osiągnąć sześciopak na brzuchu). Kobieta, która jest zadowolona ze swojej pracy na niskim stanowisku, nie spotyka się z takim zaskoczeniem społeczeństwa, jak mężczyzna, który wcale nie chce być dyrektorem, prezesem, czy też zwyczajnie lubi posiedzieć sobie z dziećmi, wyjść z nimi na spacer, ugotować obiad i odkurzyć mieszkanie, podczas, gdy żona pracuje zarobkowo.

Postrzeganie feminizmu w Polsce pod koniec roku 2011 mało się niestety różni od tegoż postrzegania w roku 2001. Podczas gdy ruchy LGTB coś tam zdołały osiągnąć, feminizm z niezrozumiałych (dla mnie) powodów nie dorobił się przyzwoitego PR, czego efektem jest to, że aktorki, piosenkarki, pisarki i żony eks-prezydentów nadal odżegnują się od feminizmu, często budując zdania typu „nie jestem oczywiście feministką, ale [tu wstaw piętnaście podstawowych postulatów feminizmu]”. Mężczyzn, rzecz jasna, w ogóle się o takie rzeczy nie pyta, z wyjątkiem czołowej polskiej specjalistki ds. feminizmu J. Korwin-Mikke, która regularnie wypowiada się na ten jakże jej świetnie znajomy temat.

Feminizm — taki, jak ja go rozumiem — bliższy jest zapewne teorii queer niż stwierdzeniu, że „kobiety mają gorzej”. Dzięki swojemu feminizmowi nie mam żadnego problemu z tym, że moją szefową jest kobieta, że zarabiam mniej niż ona, że to ona wydaje mi rozkazy, a gdybym przypadkiem był hetero, nie miałbym problemu z tym, że to ja siedziałbym w domu gotując obiady, a ona chodziła do pracy i zarabiała na nasze życie. Z tym, że nie miałbym problemu również z sytuacją odwrotną. Feminizm rozumiem po prostu tak — kobiety i mężczyźni powinni być traktowani tak samo, z paroma wyjątkami wynikającymi z biologii. Nie spodziewamy się zastać na porodówce mężczyzny z wielkim brzuchem i zaaferowanej żony trzymającej go za rękę i przygotowującej do cesarskiego; nie spodziewamy się, zamawiając tragarzy, że przybędą kobiety. Faceci są silniejsi fizycznie, kobiety zaś rodzą dzieci. Z powyższego nie wynika absolutnie nic poza tym, co napisałem, a już na pewno nic, co usprawiedliwiałoby różnice zarobków, czy też zwalanie na kobiety wszelkich prac domowych.

Dzięki swojemu feminizmowi czuję się bardzo wyzwolony z różnych oczekiwań, jakie społeczeństwo (nie tylko polskie, holenderskie czasami też) usiłuje zwalać mi na głowę. Nie muszę — choć czasami bardzo lubię — być samcem alfa; nie muszę zdobywać, wygrywać, dominować i rządzić; nie muszę unikać lekarza, bo to niemęskie się skarżyć na problemy ze zdrowiem; nie muszę chodzić nieumyty i hodować brzucha piwnego, bo tylko cioty i baby używają dezodorantu. Tak samo moja przyjaciółka-feministka nie musi chodzić do pracy, lecz może siedzieć w domu i zajmować się dziećmi, do pracy wysyłając męża. Dlatego, że oboje przedyskutowali istniejącą sytuację i dokonali takiego wyboru RAZEM. Wiedzieliście, że są takie feministki, które gotują, sprzątają i nie są nawet lesbijkami? Założę się, że panie Korwin-Mikke i Wałęsa nie wiedzą.

Jak wiadomo, uprawiam z sukcesem randkowanie w internecie. (Poza internetem zresztą też, i także z sukcesem.) Mógłbym zapewne ogłosić, że za jedyne 999 zł możecie przybyć na moje eksklusivne seminarium, na którym jako Artysta Podrywu podzielę się sekretami swych sukcesów, ale określenie „Artysta Podrywu” wzbudza we mnie jedynie rechocik, zaś niektóre z ich metod rozpoznaję od pierwszego kopa i są doskonałą metodą, aby wzbudzić we mnie serdeczną i szczerą niechęć od pierwszego wejrzenia. Tak więc sekretami podzielę się za darmo, ale tylko pod warunkiem, że powstrzymacie się od określeń typu „Casanova” czy „Artysta Podrywu” i dalej będziecie o mnie mówić „ten bolek z irokezem”.


Sekret pierwszy: zdjęcia. Zamieszczanie w profilu zdjęcia łokcia w wyjątkowo pociągającej pozie, czy też ilustrowanie profilu o nazwie „wrazliwy_romantyk21” zdjęciem genitaliów może nie zaowocować wybitnymi sukcesami. Zdjęcia należy dopasować do targetu, na którym nam zależy. Jeśli poszukujemy męża, najchętniej intelektualisty kochającego muzykę poważną, nasze najbardziej cycate zdjęcie z wakacji w Kairze niekoniecznie musi być właściwym wyborem. Jeśli chcemy zrobić wrażenie naszym wyjątkowo rozwiniętym poczuciem humoru, nie robimy miny pt. „Niemcy mnie biją” ani „właśnie usłyszałem o tragedii smoleńskiej”. No i przede wszystkim NIE zamieszczamy zdjęć przerabianych, zrobionych 20 kg temu, pod tym jednym kątem, na którym wyglądamy zupełnie inaczej niż w rzeczywistości… chyba, że zadowala nas flirt wyłącznie internetowy i w ogóle nie mamy ochoty nigdy wybrać się na żadną randkę w realu. Bo realu nie wyczyścimy w fotoszopie.


Stawiajmy na to, co nas wyróżnia. Jeśli mamy wyjątkowo krzywe zęby, zaprezentujmy je w uśmiechu. Jeśli mamy dużo tatuaży i kolczyk w nosie, pochwalmy się nimi. Przecież i tak nie chcielibyśmy spotkać osoby, która na widok naszego krzywego uśmiechu powie „eee… ja się chyba pomyliłem” i ucieknie w podskokach. Po cholerę ukrywać coś, co jak najbardziej wyróżnia nas wśród innych? Pochwalmy się tym — właśnie po to, aby odróżnić się od tłumu niewydziaranych bezkolczykowców z równymi zębami.


Sekret drugi: tekst. Jeśli piszemy „nie wiem co tu napisać, spytaj”, możemy równie dobrze napisać wprost: „jestem nudziarzem i nie ma we mnie nic interesującego”. O co miałbym spytać osobę prezentującą zdjęcie łokcia i informującą, że nie wie, co napisać? I po co miałbym to zrobić? Jeśli szukamy wyłącznie seksu, napiszmy, co lubimy w łóżku; jeśli szukamy kumpla do gry w tenisa, napiszmy, że szukamy kumpla do gry w tenisa; jeśli lubimy filmy Almodovara, kolekcjonujemy oryginalne wydania Małego Księcia, czy też ubóstwiamy pasjami gotować zupy, napiszmy o tym na profilu. W ten sposób zwiększamy szanse spotkania osoby, która ma te same zainteresowania — lub też uważa, że nasza pasja zupogotowawcza czyni z nas człowieka niezwykłego i fascynującego. Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś podekscytował się informacją, że druga osoba „nie wie, co tu napisać” i poczuł z nią głęboką więź.


Sekret trzeci: wiadomość. Mój sposób na odzywanie się do ludzi jest prosty — zaglądam na ich profil, a jeśli coś mnie w nim interesuje, to o to pytam, lub komentuję. Jeśli nie zainteresuje mnie nic, to, cóż, hmm, nie wysyłam wiadomości, bo co też miałbym w niej napisać? Nigdy nie piszę rzeczy typu „cześć” lub „co tam?”. Takie teksty zostawiam osobom, których opis informuje, że nie wiedzą, co tu napisać. Czasami rzucam lekko złośliwą uwagą, czy dowcipem w swoim stylu. To nie zawsze działa; część osób się za takie rzeczy obraża, część ich nie rozumie, część — cholera wie, w każdym razie nie odpisują nic. Na tym polega robienie przesiewu: przecież nie chcielibyśmy spotykać się z osobą, przy której nad każdym wypowiedzianym zdaniem trzeba myśleć przez 20 minut, żeby przypadkiem się nie obraziła za nieodpowiednio zaakcentowany spójnik.


Sekret czwarty: zerżnięty z artystów podrywu. Nie zniechęcamy się. Nie obrażamy na rzeczywistość. Nie każdemu się spodobamy. Być może zgoła większości się nie spodobamy. Część osób zwyczajnie lubi wyłącznie wątłych, długowłosych blondynów i zaloty muskularnego czarnowłosego pancura wzbudzą w nich taki sam zachwyt, jak nieoczekiwany atak opryszczki. Przyjmujemy do wiadomości, życzymy szczęścia i oddalamy się w kierunku, z którego przybyliśmy. Przecież docelowo i tak musimy spotkać tylko jedną osobę. Kto nam powiedział, że to ma być właśnie ta? Owszem, jej zainteresowanie zbieractwem dżdżownic nas zachwyca, ale jej akurat nasza kolekcja pcheł nie. Trudno. Chcieliśmy. Nie wyszło. We move on.


I tu sekret piąty: nie łżemy. Nie adaptujemy się do wymagań. Jesteśmy sobą. Jeśli poświęciliśmy swe życie zbieraniu pcheł, a napotkana osoba pcheł nienawidzi, mamy wybór — albo oddajemy kolekcję na przemiał, albo z osobą pozostajemy oddanymi przyjaciółmi (którzy na wszelki wypadek spotykają się wyłącznie poza domem, odziani w kombinezony przeciwchemiczne). Bardzo wiele osób na randkach łże w żywe oczy na temat swojego zainteresowania sportem (tak, lubi, oglądać w TV), wybitnych zdolności kulinarnych (zamawia pizzę najlepiej w mieście!) tudzież zamiłowania do wędrówek wysokogórskich (w miarę możliwości przy użyciu gór płaskich i usianych sklepami z obuwiem). Te same osoby po trzech miesiącach płaczą w rękaw przyjaciółce: on jest okropny! ciągle mnie ciąga na boisko, każe gotować obiady, a jak wspominam o wyjeździe do Turcji na ol inklusiw, to on o górach i o górach!!! Czy naprawdę muszę tłumaczyć powody, dla których osoby te przekonane są o swoim braku szczęścia w miłości?


Sekret szósty: nie targetujemy się za dokładnie. Jednym z powodów moich licznych sukcesów jest to, że nie lecę wyłącznie na facetów przerażająco atrakcyjnych, w wieku od 31 do 31 i dwa miesiące, rudych w tym jednym wyjątkowym odcieniu, ale nie piegowatych, z brodą o długości między 9 a 11 mm, ubierających się u Kenzo i pachnących Diesel Fuel. Podoba mi się dużo różnych rzeczy, nie przeszkadza mi, jeśli facet ma brzuszek (o wiele bardziej przeszkadza mi, jeśli jest wyrzeźbiony jak Apollo, ja nie jestem i nie lubię, jak mi się o tym przypomina), nie lecę na pieniądze, na samochód i mieszkanie w dobrej okolicy, lecę za to energicznie i z przytupem na złośliwe poczucie humoru, czytelnictwo, dobry (tzn. podobny do mojego) gust muzyczny oraz przyjemną konwersację. O tym, czy te wszystkie rzeczy pan prezentuje wiem, ponieważ przejrzałem jego profil i pokonwersowaliśmy parę dni przed spotkaniem. Nigdy nie spotykam się z osobami, które „nie lubią długo pisać”, a na profilu informują wyłącznie o rozmiarze członka. Sztuka zadawania prostych pytań — ot, chociażby, „jakiej muzyki słuchasz”, „kto jest Twoim ulubionym pisarzem” oraz „czy lubisz Wulffmorgenthalera i Pid’Jina” pozwala mi dosyć prosto ustalić, czy konwersacja będzie się nam kleić.


No i sekret siódmy, który właściwie jest taki sam, jak czwarty: podchodzimy do sprawy z poczuciem humoru. Najgorszą randką w moim życiu było spotkanie z trenerem fitness, który, jak się okazało, przesyłał mi zdjęcia zrobione 20 kg temu (na zimę nieco mu się przytyło), zaś do kina przyprowadził dwóch kumpli. Przez cały film oni konwersowali po hiszpańsku, zaś ja obmyślałem najpierw wymówkę, dzięki której zaraz po filmie będę mógł się zmyć, zaś potem — notkę, którą zamieszczę na blogu. Nie spędziłem wieczora pijąc na smutno i wyznając lustru, że ci faceci to są jacyś pojebani i resztę życia z pewnością spędzę samotnie. Owszem, po roku cotygodniowych randek z trenerami fitness zapewne ciężko byłoby nam zachować czarujący uśmiech i musujące poczucie humoru, ale wtedy zawsze możemy sobie zrobić miesiąc przerwy i jako singiel wybrać się na wakacje do Turcji, wzdychając w upojeniu, jak to dobrze, że nareszcie nikt nas nie zmusza do łażenia po górach.

Mógłbym skomentować wynik wyborów, ale mi się nie chce. 

Kiedy wyjeżdżałem z Polski pięć lat temu, byłem sporo na lewo od SLD. Szczerze mówiąc, byłem sporo na lewo od Krytyki Politycznej, ruchów LGTB oraz genderystów i feministek. Odkrycie, że usiłuję walczyć o prawa i zmiany, które w Holandii są oczywistą oczywistością, a w Polsce nikogo nie interesują i nawet wśród osób, które skorzystałyby na ich wprowadzeniu moje postulaty powodują niepewność i chęć ucieczki zdołowało mnie dość mocno. Zrozumiałem, że chęć zmiany poglądów CAŁEGO kraju nie jest do końca zdrowym pomysłem i prościej będzie pojechać gdzieś, gdzie nie będę musiał zajmować się tłumaczeniem „osobom, które mają mnóstwo przyjaciół gejów” dlaczego adopcja przez parę homoseksualną nie jest złem na miarę zatrudnienia Nergala w programie TVP. 

Po ostatnich holenderskich wyborach okazało się, że mamy premiera-liberała, a w koalicji chrześcijan i nazioli. Coś tak, jakby w Polsce premierem został Korwin-Mikke, a do koalicji dobrał sobie PiS i NOP. Premier zajmuje się aktualnie demontowaniem systemu ulg podatkowych, co szczególnie uderza w firmy podobne do mojej, czyli zarejestrowane jako not-for-profit — dla liberała firma not-for-profit to jakieś dziwo kierowane przez idiotów. Zaostrza system podatkowy, celując w uboższych, imigrantów i z lubością ograniczając dostęp do zasiłków. A czemu Rutte został premierem? Wyłącznie z powodu jednej obietnicy: niezmieniania systemu zwrotu podatku za kredyt mieszkaniowy. 

Holendrzy, jak większość ludzi w krajach rozwiniętych, żyją na kredyt. System holenderski wygląda tak, że kiedy kupujecie mieszkanie, każda rata kredytu jest objęta zwrotem podatku. Moja rata wynosi jakieś 960 euro miesięcznie, z czego zwraca mi się jakieś 320. Tyle, że ja jestem ubogim imigrantem (hihi) i kupiłem tzw. starter. System ten obejmuje zaś również milionerów, którzy kupują domy za 2 miliony euro na raty wyłącznie dlatego, że system zwróci im z tego 600 tysięcy. 

Przed wyborami poprzedni premier dokonał odkrycia Ameryki w konserwach: oturz!!1!! niestety kraju nie stać na utrzymywanie tego rodzaju ulgi podatkowej. Każda partia dzieliła się swoimi pomysłami: kompletna likwidacja ulgi, ograniczenie kwoty wolnej od podatku do np. 500 tysięcy euro, czy też działanie ulgi wyłącznie przez pierwsze 5-10 lat od zakupu. VVD — partia liberalna — była jedyną, która obiecała utrzymanie ulgi w obecnym kształcie, po czym zupełnie niespodziewanie dla wszystkich, wliczając samą siebie, wygrała wybory. 

Rząd złożony z liberałów, chrześcijan i nazioli zupełnie nie zaspokaja moich wymagań, więc czuję się niemalże tak, jak czułem się w Polsce, oglądając podział mandatów między partię prawicową, partię bardziej prawicową, partię postkomunistów zainteresowanych wyłącznie stołkami i partię rolniczą. W Holandii kibicuję przynajmniej opozycji, ale jak wiedzą wyborcy PiS nie jest to los wyjątkowo ekscytujący. W Polsce, niespodziewanie, zacząłem przez jakieś pięć minut rozważać kibicowanie Palikotom, ale rozważanie zakończyło się nadzwyczaj szybko, gdy partia zdecydowała się na nazwę „Ruch Poparcia Palikota”. Cieszę się, że pani Grodzka weszła do Sejmu, trzymam kciuki za zdjęcie krzyża, ale niestety idea podatku liniowego kompletnie mnie nie kręci. 

W krajach Zgniłego Zachodu obserwuje się odradzanie lewicy. W Polsce niespecjalnie to widać, po części dlatego, że nie ma się co odradzać — chyba, że uznamy PiS za lewicę. Natomiast kryzys, który dotknął bardzo wielu ludzi, uświadomił im, że jest jedna grupa, która kompletnie uniknęła jakichkolwiek konsekwencji: najbogatsi i bankowcy. (Określenie „jedna grupa” wydaje mi się uzasadnione.) Podczas, gdy najbiedniejsi potracili swoje z trudem wyproszone kredyty — albo, co gorsza, wciśnięte im na siłę przez bankowców, którym zależało na wypracowaniu premii — prezesi banków bardzo ucieszyli się z rządowych zapomóg, dzięki czemu ich premie liczone w milionach dolarów/euro nie były zagrożone.

Kojarzycie maklera ze słynnego klipu, który mówi, że światem nie rządzą rządy państw, tylko Goldman Sachs? Ma rację. Zbudowaliśmy wspólnymi siłami system, który opiera się na kilku pewnikach: życiem rządzą banki i kredyty, małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny, a w przypadku wątpliwości na JAKIKOLWIEK temat należy spytać księdza. Drugi i trzeci pewnik w krajach Zgniłego Zachodu już padły. Powoli zaczyna chwiać się pierwszy. Do coraz większej ilości ludzi dociera, że nie jest tak do końca fajnie, jeśli do zrozumienia dowolnej umowy bankowej musimy posiadać wykształcenie prawnicze; jeśli prezes banku zarabia 500 razy tyle, co jego szeregowy pracownik; jeśli różnice klasowe owocują tak ciekawymi efektami ubocznymi, że winnymi podczas zamieszek w Anglii okazują się najbiedniejsi (których nigdy nie będzie stać na domy, sklepy i samochody, które spalili) oraz najbogatsi (którzy wiedzą, że jakby co tatuś zapłaci, więc mają wszystko w dupie i dobrze się bawią). 

Chciałbym zobaczyć polityka, który powie: spierdoliliśmy sprawę. Poddaliśmy się bez walki, rozkraczyliśmy nogi i pozwoliliśmy się zerżnąć bankierom, którzy sami również sprawę spierdolili, po czym metodą na głodnego kota miauczeli tak długo, aż grzecznie wręczyliśmy im miliony celem pokrycia strat. Uzyskane miliony chłopcy w drogich garniturach wydali na dywidendy i premie. A może tak wymyślić system, dzięki któremu nie będziemy płacić prezesom banków milionowych premii? Dzięki któremu pani Józia z Głodowej Wólki dostanie umowę kredytową na jednej stronie, a nie stu pięćdziesięciu, i ta jedna strona NIE będzie wydrukowana czcionką rozmiaru trzy punkty? 

Palikot na pewno nie będzie tym, który się tym zajmie, z prostego powodu, że popiera on podatek liniowy. Ja zaś popieram niski VAT, wysoką pensję minimalną i bardzo wysoki podatek dla najlepiej zarabiających. Kiedy mówię bardzo wysoki, mam na myśli 90%. Nie ma żadnego powodu, dla którego prezes banku miałby zarabiać 500 razy tyle, co sprzątaczka. Dwa razy tyle, oczywiście, to zrozumiałe; trzy, pięć razy, no cóż, tak już jest, niektórzy mają o wiele więcej stresów i obowiązków, pięciokrotne zarobki mają być może sens, chociażby jeśli wliczyć wydatki na psychoterapeutę i kokainę. Ale 500 razy? 500 razy nie ma żadnego uzasadnienia. Każdy z nas ma taki sam żołądek. 

*

Jutro o 12 Occupy Amsterdam. Wybieram się.