Zaczęła Szprotest.

To znaczy, oczywiście nie zaczęła Szprotest, bo to nie ona wymyśliła, że kobieta ma ładnie wyglądać, a mężczyzna dobrze zarabiać. Ale Szprotest napisała posta „Nie ja rządzę moim ciałem”, w którym można przeczytać między innymi:

Spora część znajomych mi kobiet jest wychowywana w przeświadczeniu, że ich pierwszym i podstawowym obowiązkiem jest wyglądać atrakcyjnie (przy czym przez atrakcyjność rozumiemy tutaj przystawanie do aktualnie modnych standardów, mierzone kilogramami i jędrnością skóry), nawet jeśli odbywa się to ze szkodą dla zdrowia i samopoczucia psychicznego. […] Atrakcyjność obowiązuje do czasu, gdy kobieta staje się matką (mnie zatem będzie obowiązywać do śmierci): jak wiadomo, wówczas niewiastę winno cechować całkowite poświęcenie progeniturze. Zbyt wypiękniona matka to znak, że dzieckiem zajmuje się za mało, kto to bowiem widział martwić się czymkolwiek innym, może jeszcze własnym wyglądem: ZŁA MATKA.

Kilka dni temu temat podchwyciła Naima, która w swym poście „Lokatorzy bez prawa do remontów i wyburzeń” zawarła przegenialny passus o tatuażach:

Tymczasem przytrafiła nam się kultura i społeczeństwo, i oto (w gigantycznym skrócie) ciała zostały podzielone na te, które mają służyć zabijaniu i byciu zabijanymi oraz te, które mają służyć produkowaniu nowych ciał. […] Zaniedbujących swoje role i użytkujących ciała zgodnie z własnym widzimisię szykanowano w sposób formalny lub symboliczny. Spektrum kar wahało się od zwiększonych podatków dla bezdzietnych/singli, przez zakaz pełnienia niektórych zawodów przez mężczyzn z tatuażami (osoba, która modyfikuje własne ciało zgodnie ze zwoim gustem najwyraźniej wyłamała się z umowy dzierżawnej i nie nadaje się na mięso armatnie ni służbowe – jest w tym pewien piękny symbolizm, że ucieczką od munduru i ujednolicenia kamaszem było wypalenie własnych znamion na skórze, permanentne odróżnienie się od reszty rozebranych do naga ciał na targowisku komisji rekrutacyjnej) po ostracyzm i wyzwiska względem zniewieściałych, niemęskich, słabych czy hipsterów.

To, co napisała Naima, jest bardzo dobrą odpowiedzią na pytanie, dlaczego mam tatuaże, ale o tym za moment.

*

Spędziłem wczoraj wieczór z moim przyjacielem, który w pewnym momencie wsiadł na temat, który regularnie ujeżdża, dokarmia i podlewa: temat „jaki ja jestem gruby”. Przyjaciel waży 67 kilogramów i nosi dżinsy rozmiaru 28-29. Nie widzi sprzeczności między „jaki ja jestem gruby” i faktem, że nie może dostać spodni w swoim rozmiarze, bo Holendrzy generalnie zaczynają się od rozmiaru 30.

Ja noszę rozmiar 34 i na ogół nie cierpię przesadnie z tego powodu. Dzięki moim medykamentom przybyło mi na wadze 18 kg i zacząłem wyglądać jak kowal, a nie jak pływak, ale na ogół — znów — się tym nie przejmuję. A jednak po słuchaniu przez 15 minut wałkowanego z upodobaniem „oczywiście wyglądam już nieco lepiej niż pół roku temu, ale to ciągle nie jest to” przerwałem przyjacielowi dość brutalnie:

— Czy mógłbyś przestać? Bo Ty może nie masz anoreksji, ale ja zaczynam powoli jej dostawać.

Zaśmialiśmy się obaj i porzuciliśmy temat, ale tak naprawdę, oczywiście, ta dyskusja się nie zakończyła i nie zakończy jeszcze bardzo długo.

Chorobę ujawniającą się w różnych postaciach, jako anoreksja, manoreksja, bulimia czy też body dysmorphic disorder obserwujemy na ogół u kobiet i homoseksualnych mężczyzn. Jak napisał elegancko mały obrzydluszek, och! literówka! pan Ziomecki w cytowanym w poprzedniej notce artykule, „mężczyźni są wzrokowcami”. (Miss Olgu postanowiła naprawić ten niesprawiedliwy stan rzeczy czepiając się hipsterów za to, że są hipsterami, a pani Cieślik niewysokich za to, że nie urośli — i to jest właśnie ten sposób, w jaki możemy pozbyć się dyskryminacji wobec pewnych grup społecznych — zacząć dyskryminować kolejne!)

Tymczasem nie istnieje obiektywny wzorzec atrakcyjności. Poważnie. Nie ma czegoś takiego. Nie istnieje kobieta obiektywnie piękna. Nie istnieje mężczyzna o obiektywnie pięknym ciele. Nie istnieje obiektywnie odpowiedni wzrost, owłosienie czy ubiór. Najlepszym dowodem na to są eksperymenty z komputerowym uśrednianiem najpiękniejszych twarzy, rezultatem których są twarze idealnie… nudne. No owszem, nie ma na nich pryszczy, krzywych nosów, zeza czy zmarszczek. Nie ma na nich w ogóle niczego, na czym chciałoby się zawiesić wzrok dwa razy.

Powtarzam to moim przyjaciołom i przyjaciółkom, kiedy jęczą, że czują się grubi (są i tacy, którzy narzekają, że są zbyt chudzi, ale jest ich mniej). Nie istnieje idealny obwód ciała, do którego należy aspirować, a odstępstwo od niego będzie karane. Istnieje natomiast MAINSTREAMOWY obwód ciała, odstępstwo od którego będzie wytykane przez mainstream. Podobnie istnieje też mainstreamowa fryzura, mainstreamowy ubiór i mainstreamowa muzyka. I tutaj muszę się zgodzić. Jeśli Waszym celem jest bycie jak najbardziej średnim średniakiem, będziecie musieli nad tym popracować. Bo natura, Bóg czy też Potwór Spaghetti nie stworzyli nas wszystkich tak znowu na swoje podobieństwo (to dotyczy zwłaszcza Potwora Spaghetti) jak się nam wmawia. Jednych stworzyli wyższych, jednych — niższych, niektórzy z nas mają tendencję do tycia, inni do chudnięcia, jedni mają włosy proste, inni kręcone. I to jest właśnie fajne.

Nigdy nie narzekałem na brak zainteresowania płci tej samej. Moja przyjaciółka kilka razy wytknęła mi, że to dlatego, że ja jestem „przystojny facet”. Ale przecież to nie jest OBIEKTYWNA prawda. Owszem, jeśli lubimy dużych misiów pokrytych grubą warstwą tatuaży, jestem dramatycznie przystojny. Jeśli natomiast lubimy wątłych blondynków, jestem ohydny. W artykule na Gazecie (spędzam tam zdecydowanie za dużo czasu) na temat męskiego zarostu większość damskich komentarzy brzmi mniej więcej tak: „a fuj, zgolić to”. Nie dogadałbym się z tymi damami. A to jest naprawdę większość. Podobnie jest z gejowskim życiem Amsterdamu — naprawdę nie podobam się WIĘKSZOŚCI. Różnica między mną, a moim przyjacielem i moją przyjaciółką leży tak naprawdę nie w obwodzie, tylko w tym, że ja wcale nie chcę się podobać większości, bo uważam, że większość nie ma gustu i się nie zna.

Zdaję sobie sprawę z faktu istnienia „forum dla brzydkich ludzi”, ale nie do końca wierzę w to, że osoby piszące na tym forum są „brzydkie” — bo nie do końca wierzę w istnienie czegoś takiego, jak obiektywna brzydota. Brzydkie to są reklamy wieszane na zruinowanych budynkach na warszawskim Tarchominie oraz Comic Sans. Ludzie są co najwyżej mniej lub bardziej średni. Claudia Schiffer, supermodelka, jak dla mnie wygląda jak budyń z pianką. Większość modeli płci męskiej wzbudza we mnie rozpaczliwe ataki ziewania. David Beckham i jego żona kojarzą mi się z insektami. To są podobno ci „obiektywnie atrakcyjni” ludzie. Dla mnie tymczasem obiektywnie atrakcyjny jest pewien 60-letni rugbysta z Berlina, z którym kiedyś zrobiłem sobie zdjęcie, bo mnie zżerało pożądanie. Zrobię powtórkę ze zdjęcia, bo jestem pewien, że by mu to nie przeszkadzało.

Docinanie samemu sobie za to, że „jestem za gruba” albo „jestem za niski” (tu wstawić sto wariacji na ten sam temat) kojarzy mi się nieodparcie z syndromem sztokholmskim, w którym oprawcą są media, ale też my sami. 99% reklam dręczy nas różnymi wersjami państwa Beckham i ich kręgu znajomych żywiących się kostkami lodu i amfetaminą, a pozostałe 1% wmawia nam, że kobieta ubrana w rozmiar 0 jest „puszystą modelką”. Główny przekaz, jaki ja wynoszę z reklam jest taki, że muszę się ubierać wyłącznie w marki niereklamowane, ponieważ nie jestem targetem właściwie żadnej firmy. Nawet ostatnio modni brodaci modele wciąż mają figury patyczaków. Ja nie mam i nigdy nie będę w majtadasach Calvina Kleina wyglądać tak, jak modele Calvina Kleina. Czy mnie to boli? Nie. To powoduje wyłącznie, że nigdy nie przejdzie mi przez myśl zakup majtek Calvina Kleina. (Dzięki czemu zaoszczędzę masę pieniędzy, one są przerażająco drogie.) Ale przecież wiem, że to ja jestem w mniejszości. Reklamowane towary przecież ktoś kupuje, skądś firmy mają pieniądze do wydania na reklamy.

Owszem, dzięki moim tatuażom, fryzurom i innym modyfikacjom wyróżniam się z prawie dowolnego tłumu, w którym się znajdę. Jestem z tego bardzo zadowolony. Kiedyś wyglądałem tak, jak wyglądałem, bo byłem okropnie nieśmiały i nie chciałem, żeby ludzie się do mnie odzywali. Teraz traktuję swój wygląd jako artystyczną wypowiedź na temat stereotypów „piękna”. Moje prywatne piękno ma krzaczastą brodę, brzuszek, tunele w uszach i feniksa na plecach. Jeśli Ci się to nie podoba, zalecam spoglądanie w innym kierunku. Ta porada dotyczy zwłaszcza Fochów, Kafeterii, komentatorów internetowych, a w szczególności osób, które mają problem z istnieniem drag queens.

Na Facebooku mojego przyjaciela odbyła się dziś kolejna odsłona dyskusji pt. „Czy w Paradzie Równości powinny brać udział drag queens”.

Fakt powtarzania od lat tej samej w gruncie rzeczy dyskusji mnie martwi. Nie dlatego, że w ogóle jest różnica zdań, bo różnice zdań są zdrowe. Dlatego, że rozmawiamy o czymś, co w ogóle nie jest problemem. Tygodnik Wprost zilustrował kiedyś artykuł o Paradzie Równości zdjęciem z berlińskiej Love Parade. Jeśli na polską Paradę nie przyjdzie ani jedna drag queen, to pominąwszy już powód (zakazano im? czy same się źle czuły? jak o nas świadczy jedno i drugie?) Parada stanie się jeszcze bardziej szarobura. A przecież tak bardzo staramy się udowodnić, że jesteśmy tacy sami. Czy wróblowatość to naprawdę jest aż taka wartość? Podobno dziwne jest to, że ubieramy się kolorowo i wesoło bawimy, a tymczasem nasze postulaty są polityczne. Czy polityczne postulaty wolno zgłaszać wyłącznie białym heteroseksualnym panom w garniturach?

Po siedmiu latach mieszkania w Amsterdamie zdecydowanie przywykłem do luksusu nieudowadniania już, że jestem taki sam. Bo nie jestem. Jestem odmieńcem i dobrze mi z tym, a ludzie nie mają z tym problemu. Nikt nie wpadłby na pomysł zakazywania mi wybierania się gdziekolwiek w jakimkolwiek stroju; gdyby ktoś na taki pomysł wpadł, nadzwyczaj bym się zdziwił i z troską spytał, czy wziął dziś swoje tabletki. Nie jestem drag queen, różnię się od „standardu” w inny sposób. Ale czy naprawdę ktoś wierzy, że powodem dla braku ustawy o związkach w Polsce jest pięć drag queens na Paradzie Równości? Czy to dlatego Platforma i PiS odmawiają nawet pierwszego czytania projektu ustawy? Czy drag queens wiedzą o tym, jak ogromną mają siłę polityczną?

Tak się złożyło, że szedłem sobie dzisiaj do domu piechotą, przyjechawszy tramwajem zamiast roweru. Z naprzeciwka nadchodził facet dość wyraźnie przebrany za Kapitana Haka z Piotrusia Pana, w błyszczących plastikowych czerwieniach, z (prawdziwym, o ile umiem stwierdzić) wąsem i w puklach loków. Facet pomachał do mnie ręką i nie było to teatralne machanie typu „patrz na mnie”, tylko zwyczajne „cześć” z elementem rozpoznania. Ja ubrany byłem w koszulkę na ramiączkach eksponującą tatuaże, w uszach miałem — jak zawsze — tunele, a na głowie powoli odrastającego irokeza. Freak poznał freaka i pomachał.

Tak się składa, że bardzo niedawno rozpoczął działalność nowy blog zatytułowany Skrzyżowany. Bloga pisze crossdresser o imieniu Michał. Michał analizuje reakcje ludzi na swój wygląd; na to, jak zachowują się dzieci, dorośli, metroseksualni, kobiety, mężczyźni. Mój przyjaciel zapytał na swoim Facebooku „dlaczego uczestnicy Parady nie mogą się ubrać tak, jakby szli do sklepu po bułki”. Pominąwszy pytanie, dlaczego by mieli, skoro nie idą wszakże do sklepu po bułki, odpowiedzieć można: a skąd wiesz, że tego nie robią? Michał w drodze po bułki wygląda tak:

Stoję na ulicy, mam na sobie ciasne szare spodnie: rurki od spodu pomalowane na różowo. Jak podwiniesz nogawkę, to na zewnątrz jest róż. Mam jeszcze damską kurtkę w moro z ćwiekami. No i makijaż, pomalowane paznokcie – te sprawy.

Bardzo mnie cieszy istnienie tego bloga i istnienie Michała, bo sugeruje, że może kiedyś będę miał odwagę w Polsce wyglądać i zachowywać się dokładnie tak samo, jak w Amsterdamie. Nie jest łatwo być crossdresserem na łódzkiej ulicy; nie jest łatwo iść w tym stroju po bułki. Ale Michał pisze o swojej „normalności” tak:

Miałem coming out dopiero w tym roku, a kończę 30 lat. Wyjście z szafy okazało się dosłowne. Wyjąłem ciuchy z szafy, założyłem je i strachliwie wypełzłem na ulicę, potem na rower, do pracy itp. Nie ma już chyba odwrotu, choć często męczą mnie myśli, że może warto odpuścić, ocucić się i stać się na powrót „normalnym”. W porządku, ale ten „normalny” i tak miał dużo dla siebie, bo prawie 20 lat. Prawdziwego siebie zostawiałem wtedy w czterech ścianach – na klucz, na cztery spusty, na amen. Dosyć. Nareszcie w pełni żyję i jest mi z tym dobrze (choć sporo ryzykuję).

Ja nie jestem już szczupłym, wystraszonym chłopcem, tylko dużym, niedźwiedziowatym facetem. Nie ubieram się w damskie stroje i nie maluję paznokci. A jednak będąc w Polsce nie miałem odwagi wziąć Zbrojmistrza za rękę. Nawet na Nowym Świecie w Warszawie — nie żartujmy w ogóle mówiąc o robieniu tego w mniejszej miejscowości. (Nie urażając Łodzi.) Crossdressing ORAZ bycie drag queen, bo to nie to samo, wymaga odwagi o wiele większej. Wyjście w sukience i makijażu po bułki wymaga odwagi straceńczej. Michał ją ma. Drag queens na Paradzie w Warszawie może mają, a może nie. Ja w każdym razie nie podjąłbym się ani oceniać tego, czy są wystarczająco odważne nie ubierając się tak na wypad do spożywczaka, ani też odmawiać im wstępu.

I może dlatego w Holandii jest mi lepiej, niż w Polsce.

Rozmawiałem w tym tygodniu z dwiema osobami na temat pracy i bezrobocia. Jedną z tych osób jest Nina, która machnęła o tym notkę. Którą polecam. Notkę, nie Ninę, choć Ninę polecam rzecz jasna również.

Mam takiego znajomego Holendra, który prowadzi wielce glamorós tryb życia. Imprezy, moda i uroda, zarwane noce, alkohol i dragi. Para się projektowaniem plakatów dla klubów amsterdamskich, robi zdjęcia z imprez dla gazet, DJ-uje i organizuje własne imprezy. Hipstuje niemiłosiernie w opiętych dżinsach, modnie podartych i spiętych agrafkami, heroinowo chudy i właściwie bez wieku. Naprawdę na oko nie da się powiedzieć, ile ma lat, blady, chudy i z cynicznym uśmiechem na kościstej twarzy. To on był drugą osobą, z którą — tak się złożyło — rozmawialiśmy na ten sam temat.

Jest jeden mały problem. Znajomy nie ma pieniędzy, bo z takiego trybu życia nie da się wyżyć. Spodnie nie są podarte z mody, tylko ze starości. Podobnie jego czteroletnie Conversy. Agrafki to w jego życiu artykuł pierwszej potrzeby, po części dlatego, że nie umie szyć. Spina więc nimi rozpadające się na kawałki ciuchy. A świat mody ubóstwia go nad życie… ale nie płaci. Chudy też jest dlatego, że ciężko się roztyć z diety złożonej z ryżu i szpinaku. Nie pali, bo to za drogo. Nie pije, bo to za drogo. Tabletka ecstasy na szczęście wychodzi tanio, a przy jego wadze da się takową podzielić na dwie imprezy.

Holender jest świadom dokonywanych wyborów. Mógłby ze swoim portfolio wkroczyć na rynek pracy i zapewne również w kryzysie znaleźć dobrze płatną pracę. Siedziałby w niej osiem godzin dziennie pięć dni w tygodniu, zarabiał tyle, żeby kupować nowe Conversy i dżinsy, jeść befsztyk i pić drinki z parasoleczką. Ale postanowił, że jego życie będzie Wyjątkowe. Że nie będzie żył „jak wszyscy”, tylko przeżyje życie po swojemu.

To kosztuje.

*

Liberalizm w połączeniu z kapitalizmem uczą nas, że życie należy brać za rogi i wytrząsać z niego wszystko, czego tylko nam się zechce. Każdy z nas ma szansę na karierę Billa Gatesa, który jak wiadomo zaczynał w garażu, budując komputer z motowidła i dwóch dżdżownic. Każda kobieta ma szansę zostać supermodelką, każdy mężczyzna wystąpić w reklamie Old Spice. Wystarczy tylko się postarać, a amerykański sen jest w naszym zasięgu.

Nie wiadomo czemu jednakowoż tak się składa, że nie każdy zostaje Billem Gatesem. Niektóre kobiety nie mają figury supermodelki, niektórzy mężczyźni budowy Supermana. Niektórzy z nas nigdy nie zarobią swojego pierwszego miliona, nawet po zsumowaniu wszystkich otrzymanych w życiu pensji. Jak to, dziwi się liberalizm. Zapewne się nie postarali wystarczająco! Trzeba jeść ciasto, jak rzekła pouczająco Maria Antonina. A tron przyjdzie.

Za otaczający nas kryzys gospodarczy oraz problemy z pracą dla młodych odpowiedzialne są nie tylko banki i uczelnie. Odpowiedzialne są również oczekiwania młodych, którzy bazują owe oczekiwania na tym, co im wmawiają nieco starsi. Należy otóż budować Karierę, być Indywidualnością i stawiać na Wyjątkowość. Nikt, zapytany w dzieciństwie, kim chciałby zostać, jak dorośnie nie odpowiada przecież „sprzedawcą w Biedronce” lub „zamiataczem ulic”. Celebrytą, biskupem, politykiem — takie odpowiedzi mogę sobie wyobrazić. Ale przecież tak samo, jak nie możemy wszyscy być w 10% najlepiej zarabiających, tak też nie możemy wszyscy zostać celebrytami, bo w świecie z sześcioma miliardami ludzi nie wystarczy oglądających na to, żeby każdy dostał swoje piętnaście minut.

*

Nie mam kasy.

Oczywiście fakt nieposiadania kasy pozostaje w ścisłym związku z faktem posiadania bipolara, z którego się wygrzebuję i powoli zaczynam rozważać powrót na rynek pracy. Nie wiem jednak, czy rynek jest gotów na moje pojawienie się na nim. Ponieważ w związku z chorobą chciałbym rynkowi postawić pewne warunki.

Nie jestem gotów przyjąć pracy ciężko stresującej, w nielimitowanych godzinach, zmianowej, w godzinach nocnych. Nie jestem gotów pracować w otoczeniu, które będzie pobudzać moją chorobę do kolejnych podrygów. Chciałbym znaleźć pracę ze stałą umową, aby uzyskać stabilność, o której tyle mówią mi lekarze. Oczywiście powinna to być praca na część etatu, pozostawiająca mi czas na naukę kucia, jednak płatna na tyle wysoko, żebym mógł się z niej utrzymać.

Nie znaczy to też, że jestem chętny przyjąć pracę w supermarkecie przy kasie. (Inna rzecz, czy to jest mało stresująca praca.) Chciałbym robić coś kreatywnego, rozwijającego i ciekawego, w sławetnym Młodym Zespole (TM), tworzyć fajne rzeczy, którymi zainteresuję wielu ludzi i które da się dołączyć do portfolio. Z zainteresowań wymienić mogę przyrodę, urodę, modę i wygodę, tak więc z pewnością znajdę pracodawcę w ciągu kilku sekund. Tak?

No więc nie wiem. Terapeuta, telewizja i poradniki samorozwoju powiedzą mi, że należy marzyć; liberał doda, że jeszcze trzeba się starać. Ale bezrobocie, również w Amsterdamie, rośnie; sklepy i punkty usługowe zamykają swe podwoje; ulice robią się jakby mniej ruchliwe, a bary mniej zapełnione. Czy to znaczy, że ludzie za mało marzą, a może starają się niewystarczająco? Czy zmniejszenie liczby turystów w mieście to oznaka, że władze miejskie nie marzą wystarczająco? Czy zamknięcie salonu piękności, który przy tej samej ulicy funkcjonował przez 14 lat oznacza, że po 14 latach pani Marianne van der Klomp przestała się starać?

A jednocześnie przecież są zawody, których kryzys nie tknął, ba — pracownicy są poszukiwani, najlepiej od zaraz i z możliwością przyuczenia. Ale te zawody nie są FAJNE. A my jesteśmy od iluś już lat uczeni tego, żeby tworzyć, realizować się, marzyć i sięgać ponad. Od czasu upadku komunizmu nie ma plakatów propagandowych zachwalających wspaniałości zawodu murarza, czy hydraulika. Jedyne plakaty, na których zachęca się do wstępowania w rzeszę pracowników McDonald’s to te opłacone przez McDonald’s. Jak wielu z nas rzeczywiście spełni swoje marzenia? Jak wielu z nas odkryje, że zapuściliśmy korzenie w zbyt małej doniczce? Gdzie leży granica kompromisu między pracą naszych marzeń, a skrzeczącą rzeczywistością niezapłaconych rachunków?

No i na koniec pytanie, które mnie dręczy od dłuższego czasu. Co robią osoby z dwubiegunówką, którym nie przytrafiło się posiadanie talentu Stephena Fry czy Robbiego Williamsa?

EDIT: Podesłano mi ten oto klip, który w zasadzie jest komediowy, ale jakoś mnie nie śmieszy.

Kiedy Francis Fukuyama w roku 1992 pisał „Koniec historii” nie spodziewał się zapewne, że w 2001 historia chrapnie głośniej, a w 2008 — wraz z rozpoczęciem tak pięknego kryzysu otworzy jedno oko i wycedzi leniwie: Pogłoski o mojej śmierci są nieco przesadzone.

W 2012 sam Fukuyama przyznał się do błędu, pisząc „Przyszłość historii”. (Przepraszam, link za paywallem, tłumaczenie fragmentów moje.) Choć ciągle uważa — a raczej kryje się za cytatem z Amartyi Sena — że „w generalnym klimacie opinii światowej rządy demokratyczne osiągnęły już status uważanych za generalnie odpowiednie” (brakuje mi tu kilku „być może oraz „zapewne”), dopuszcza już możliwość istnienia alternatywy. Na przykład chińskiej. Jakkolwiek zapewne pomyślicie, że woda sodowa uderzyła mi do głowy, pozwolę sobie nie zgodzić się z Fukuyamą i roztoczyć prognozę mroczniejszą: przyszłości, jaką rysuje dla nas Ruch Narodowy.

Mówią, że dążymy do chaosu. Wręcz przeciwnie. Tworzymy społeczno-polityczną nieumundurowaną armię, która w Polsce ma przywrócić porządek – zapowiada podczas I Kongresu Ruchu Narodowego Robert Winnicki. Kolejni prelegenci wypowiadają wojnę lewactwu, które „z polskością nie ma nic wspólnego”. – Albo oni, albo my. To jest wojna – mówi twardo lider Młodzieży Wszechpolskiej. Tłum wiwatuje.

Tłum na razie jest niewielki, bo raptem tysiąc osób, ale węgierskiemu Jobbikowi zajęło raptem 7 lat od założenia wysłanie posłów do Europarlamentu, a w roku 2010 — osiem lat po założeniu! — Jobbik zebrał ponad 12% głosów i wprowadził do węgierskiego parlamentu 43 posłów. Węgrzy pomagają teraz życzliwie Polakom w stworzeniu własnej partii „narodowej”, a w tym czasie „lewica” reformuje się po raz czterdziesty siódmy — w prezydium mając same nowe twarze, czyli Kalisza, Kwaśniewskiego, Siwca i Palikota.

Fukuyama z tonem lekkiego zdziwienia prześlizguje się nad ruchami ekstremalnej prawicy:

Pomimo generalnego rozzłoszczenia [społecznego] w związku z dofinansowywaniami Wall Street podczas kryzysu, w Ameryce nie powstał żaden nowy ruch lewicowo-populistyczny. Istnieje możliwość, że Occupy Wall Street nabierze jeszcze rozpędu, ale najbardziej dynamicznym ruchem, jaki do tej pory zobaczyliśmy była prawicowa Tea Party, której głównym celem jest państwo-regulator starające się zabezpieczyć zwykłych ludzi przed spekulantami finansowymi.

Tea Party skompromitowała się głównie przez postawienie na Sarę Palin, która posiadała wiele charyzmy i ładnie wyglądała w okularach, ale co się odezwała, to Republikanom spadało poparcie. Ruch Nowa Europa Palikota Plus Kalisza skompromitował się już na starcie, popełniając ten sam błąd co zwykle — nie sprawdzając, czy ktoś im nie zajął domeny internetowej. Wśród komitetu… chciałem powiedzieć, kierownictwa partii zasiedli znani i lubiani (tylko, że nie) heteroseksualni politycy płci wyłącznie męskiej, co miało pokazać otwartość na mniejszości i kobiety. Czy takie ugrupowanie naprawdę stanowi alternatywę dla tych wyborców, którzy pomstują na forum Onetu o złodziejach, żydokomunie i dupach przyspawanych do stołków?

Na kongresie Ruchu Narodowego wypowiedzieli się Robert Winnicki, Przemysław Holocher, Krysia Bosak i Artur Zawisza. Przykro mi to stwierdzić, ale ci panowie o wiele lepiej reprezentują polską prawicę, niż komitet sterujący — polską lewicę. Ruch Narodowy o wiele lepiej zidentyfikował własny target. Tutaj krótkowłosi panowie, w tym niektórzy z wąsami sprawdzą się o wiele lepiej, niż w Ruchu Nowa Europa Plus Wolności Lewicy. Sekcja Zawisza zajmie się Smoleńskiem, sekcja Bosak zajmie się osobami LGTB, sekcja Holocher zajmie się musztrą. Czym zajmie się w E+ Siwiec? Tym, co zwykle, tak samo, jak Miller w SLD. To już nawet Solidarność szybciej się uczy, co poznajemy po tym, że Krzaklewski od jakiegoś czasu nie jest przewodniczącym żadnej frakcji PiS i siedzi sobie w Europejskim Komitecie Ekonomiczno-Społecznym Cokolwiek To Jest.

Wrócę do Fukuyamy, bo za dużo mi się tu dygresji robi:

Średnie zarobki w Stanach w rzeczywistości przestały rosnąć od lat siedemdziesiątych. […] ponieważ Amerykanie nie są zwolennikami bezpośredniej redystrybucji, USA zamiast tego wdrożyło bardzo niebezpieczną i mało skuteczną formę redystrybucji w poprzednim pokoleniu, dopłacając do kredytów mieszkaniowych. [Brzmi znajomo? R.] Ten trend […] dał Amerykanom złudzenie, że ich standardy życiowe nieprzerwanie rosły w poprzedniej dekadzie. Mając to na uwadze widzimy, że pęknięcie bańki kredytowej w 2008-9 było co najwyżej okrutnym powrotem do stanu normalności. Amerykanie być może mają dziś tanie telefony komórkowe, ubrania i Facebooka, ale coraz częściej nie stać ich na mieszkanie, ubezpieczenie zdrowotne, czy własną emeryturę.

Ten stan, który powoli przenosi się i do Polski (która usiłuje sobie z tym radzić dokładnie za pomocą „Rodzin na swoim” i tym podobnych wynalazków) jest paliwem dla Ruchów Narodowych. Bo siedzimy sobie na tykającej bombie w nadziei, że się jakimś cudem wytyka. Po lewej stronie organizuje się Komitet Dekorowania Bomby Kwiatuszkami z hasłem „Kochaj Swoją Bombę, Innej Mieć Nie Będziesz”. Po prawej trwa pełne zapału dłubanie przy zapalniku, żeby sprawdzić, co się stanie, gdy połączymy kabelek niebieski z czerwonym. Brakuje nam po prostu kasy i ta kasa się nie zalęgnie. Kasę możemy zdobyć na trzy sposoby: dodrukować i modlić się do Bozi o to, żeby Pani Inflacja nie wpadła w gości, drastycznie i SZYBKO zmienić system redystrybucji, albo też rozpętać wojnę z kimś, kto ma więcej kasy i komu da się ją zabrać.

[Robert Winnicki] tłumaczy, jakich zmian chce Ruch Narodowy. We władzy wykonawczej – systemu prezydenckiego albo kanclerskiego. W ustawodawstwie – stop „legislacyjnej biegunce”. W sądownictwie – koniec wszechwładzy sędziów. W edukacji – ukrócić „tresurę testów” i wychowywać „w jednoznacznym duchu wartości”. W szkolnictwie wyższym – zamknąć „fabryki bezrobotnych”. W służbach porządkowych – nie pozwolić, by policji używano do walki z ruchami narodowymi, patriotycznymi i kibicami.

Ruch Narodowy chce najzwyczajniej w świecie powrotu do stanu, który być może jest dla ludzkości rzeczywiście naturalny. Stanu, w którym wioską rządzi silnoręki i jak się komuś nie podoba, to w mordę. Jak w tej chwili w Turcji, choć Winnicki pewnie dałby mi za to porównanie w mordę.

*

Oglądam sobie serial „Wikingowie” i pominąwszy zachwyty estetyczne nad 90% aktorów płci męskiej (ach, robić casting do tego serialu i jeszcze żeby mi za to płacono…) przeżywam również zachwyty nad naturą ludzką w wersji przed Facebookiem, medycyną i młotami parowymi.

W „Wikingach” przywództwo ma ten, kto najlepiej robi mieczem. Jeśli wyzwie poprzednika na pojedynek, jeden z nich ginie, a drugi obejmuje (lub utrzymuje) przywództwo. Oczywiście nie jest tak, że każdy może sobie wyzywać poprzednika na pojedynek, ale nie jest też tak, że władca może sobie pozwolić na niedopuszczanie do głosu żadnego przeciwnika. Przeciwnik musi po prostu najpierw zlać na kwaśne jabłko kilku lub kilkunastu mniej ważnych drugo- i trzecioplanowych przydupasów głównego bossa, aby zasłużyć na zaszczyt lania (ewentualnego) samego jarla.

Ten model rządów chce wprowadzić Ruch Narodowy. Koniec wszechwładzy sędziów oznacza tyle, że jarl Winnicki będzie mógł ruchem palca zmieniać ich decyzje. Jednoznaczny duch wartości — ponieważ w demokracji wartości mają to do siebie, że o ich jednoznaczności można dyskutować, w nowej Polsce jednoznaczność ducha wyznaczy jarl Winnicki. Fabryki bezrobotnych w szkolnictwie wyższym są szkodliwe, ale w systemie rynkowym popyt dyktuje podaż. W systemie RN podaż podyktuje jarl Winnicki. On też będzie kontrolować policję i wyznaczać cele dla armii:

Winnicki następnie rozprawia się z „lewactwem” środowisk Krytyki Politycznej, Ruchu Palikota czy SLD. – To są poglądy i organizacje, które z polskością nie mają nic wspólnego. Tę ideologiczną agresję musimy odeprzeć, tak jak odpychaliśmy bolszewizm i komunizm. Albo my, albo oni. To jest wojna – mówi twardo. Tłum w odpowiedzi wiwatuje.

Jako ten jedyny wzorcowy Polak, jarl Winnicki będzie mógł podać nam ścisłe kanony, wyznaczające to, kto ma coś wspólnego z polskością, a kto nie. Oczywiście, w wypadku, gdy ktoś narazi się jarlowi, przydupas jarla niezależnie od wartości i kanonów weźmie nóż i w nocy poderżnie temu komuś gardło. (Oczywiście nie należy tego odczytywać dosłownie, po coś w końcu mamy więzienia i szpitale psychiatryczne.) Taki system już poniekąd kiedyś mieliśmy, nie tak dawno, jarlowi się to nie spodoba i jego przydupas da mi za to w mordę, ale ten system nazywał się komunizm.

Programowe przemówienie na temat gospodarki Krzysztofa Bosaka zostaje przerwane w połowie okrzykiem elegancko ubranego starszego mężczyzny z przodu sali: – Krzysiu, przestań. Zanudzasz nas!

Były poseł LPR niezrażony kontynuuje wystąpienie. Nie upływają jednak trzy minuty, jak po jednej i drugiej stronie rzędu, w którym siedzi mężczyzna, zjawia się kilku ubranych w ciemne garnitury mężczyzn wyposażonych w krótkofalówki i słuchawki bezprzewodowe. Dwóch prosi sprawcę „zamieszania” o opuszczenie sali.

– To ja już nie mogę skomentować jego wystąpienia?! – oburza się adresat prośby.

Ostatecznie niezbyt dyskretna perswazja okazuje się skuteczna. Mężczyzna najwyraźniej ulega, a panowie w ciemnych garniturach – spełniwszy swój obowiązek – oddalają się. – Wycofajcie się – rzuca jeszcze na odchodnym komendę do krótkofalówki jeden z nich.

Komunizm upadł dlatego, że okazało się, że nie można zadekretować nieomylności. Mimo wszystkich wysiłków propagandy PRL w pewnym momencie zwyczajnie skończyło się jedzenie i I Sekretarz nie był w stanie sam dopilnować wszystkich zakładów pracy, aby naprodukowały każdego produktu odpowiednią ilość pomimo tego, że w każdym podręczniku połowę stron stanowiły pochwały przodowników pracy i jednoznaczny duch wartości. Innych trochę niż te jarla Winnickiego, owszem, nic tam na przykład o kibicach nie było.

Powrót do systemu kanclerskiego, lub, że dowcipnie posłużę się synonimem — dyktatury, może się odbyć bardzo prędko. Zapewne nie w wyborach 2014, bo to trochę za mało czasu na zorganizowanie porządnych struktur. Jobbik w pierwszych wyborach zdobył 2% głosów. Gazeta Wyborcza już poświęca więcej czasu Ruchowi Narodowemu niż Krytyce Politycznej. W 2016 może być kryzys rządu PiS-SLD-Korwin Mikke i jarl Winnicki objąć władzę.

Fukuyama uległ złudzeniu, że rodzaj ludzki może się czegoś nauczyć raz na zawsze. Ale ludzkość jest na to za głupia. Niczego nie nauczył nas Holocaust, skoro w POLSCE istnieją ruchy neonazistowskie, a Zawisza pozdrawia profesora Jasiewicza, który powiedział, że „Żydzi sami przez wieki pracowali na Holocaust”. (Zresztą im więcej mija lat, tym mniej osób wierzy w jakiś Holocaust.) Lata 1946-2001 będą kiedyś być może wspominane jako Złoty Wiek Europy. W każdym kraju trochę inaczej te daty się kształtują, trochę inni ludzie inaczej by je wyznaczyli, w Polsce może Złoty Wiek był między latami 1989-2013, może między 14 lipca 2006 a 16 listopada 2007, może dopiero nadchodzi. Ale jedno jest pewne: cokolwiek myśli na ten temat pan Fukuyama, historia nie jest jeszcze gotowa się skończyć.