No więc (nie zaczyna się…) irytuje mnie niewiele osób, bo jestem człowiekiem spokojnym i raczej łagodnym.

Nie irytuje mnie Terlikowski (nawet mimo jego najnowszego bon-mociku: „Aborcja w późnym stadium polega na wywołaniu porodu i odłożeniu dziecka, by zmarło”). Domaganie się od Terlikowskiego, żeby przestał gadać takie rzeczy, jest domaganiem się od papieża, żeby Watykan błogosławił małżeństwa par jednopłciowych, domaganiem się od Rydzyka, żeby zaznajomił się ze sztuką nowoczesną i zaczął ją chwalić w Radyju, domaganiem się od Madonny, żeby ubrała się w skromny golf i długą spódnicę, ścięła włosy jak to przystoi osobie w jej wieku i zaczęła prowadzić skromne życie pustelnicy. Bessęsu i już. Astromaria nie zacznie pochwalać GMO, a jeśli zacznie, nikt nie uwierzy, że robi to poważnie. Jarosław Kaczyński nie wyściska Tuska, a jeśli to zrobi, wszyscy pomyślą, że znowu bierze silne lekarstwa. Irytowanie się Kaczyńskim, który wygłasza androny jest tym samym, co irytowanie się, że wiatr wieje. Nic nie zmienimy, a nerwy sobie zszarpiemy kompletnie niepotrzebnie.

Nie irytują mnie osoby zwyczajnie głupie z powodu podobnego powyższemu — wymaganie intelektualnej głębi od osoby o głębi płaskiego talerza źle świadczy raczej o nas, niż o owej osobie. Są ludzie, którzy NIE SĄ w stanie wyrosnąć umysłowo ponad bezkrytyczne powtarzanie zasłyszanych andronów i już. Stereotypy są takim ludziom niezwykle potrzebne, bo przyjęcie do wiadomości, że ludzie różnią się od siebie jest dla nich nieomal niewykonalne. Ten rodzaj osób często podpisuje się nickami typu „normalny”, „katolik” lub „prawdziwypolak” i czyni to z dumą.

Nie irytują mnie ludzie, którzy mają poglądy inne od moich, ale potrafią o nich dyskutować. Ba, tych lubię najbardziej, zwłaszcza, jeśli są w stanie przyznać się do błędu. Chcę wierzyć, że sam do nich należę. Nie znaczy to, że jestem chorągiewką, która zmienia poglądy w zależności od tego, skąd wiatr zawieje. Ale jeśli udowodni mi się ponad wszelką wątpliwość, że się mylę, przepraszam i przyjmuję punkt widzenia rozmówcy za swój — aż dopóki kolejny rozmówca nie udowodni mi, że poprzedni się mylił.

Irytują mnie na ogół osoby podobne Raczkowi z poprzedniej notce. Nie da się odmówić mu inteligencji i oskarżyć o płyciznę intelektualną — a jednak gada straszliwe androny. Wiem, skąd się one wzięły; wzięły się one z ustawienia samego siebie w pozycji Większości, Która Ma Rację. Tyle, że ja po pierwsze primo nie wierzę w istnienie Większości, Która Ma Rację, a po drugie primo w szczególności nie widzę w niej Raczka.

Członkowie Większości, Która Ma Rację, na ogół ulegają wewnętrznym sprzecznościom. Czym innym jest, jeśli heteroseksualny biały mężczyzna chwali system premiujący heteroseksualnych białych mężczyzn. Czym innym jest, gdy robi to kobieta, gej lub osoba ciemnoskóra. Kobieta, wmawiająca mi, że szklany sufit nie istnieje; gej, opowiadający o tym, czym się charakteryzuje Prawdziwy Mężczyzna; Arabka, chwaląca prawo zakazujące jej prowadzenia samochodu; wyborczyni Korwina; wszystkie te osoby niezmiernie mnie irytują, ponieważ straszliwie szkodzą. Nie, nie sobie. Innym.

Nie mogę przejść bez zgrzytania zębami obok celebrytki, która radośnie opowiada, jak to nie jest RZECZ JASNA feministką, ponieważ JAK WSZYSCY WIEMY feministki są włochate i nienawidzą mężczyzn, a ona przecież lubi gotować dla swojego Misia. Nie trawię ministry, odpowiadającej bez mrugnięcia okiem na pytanie „kiedy znajduje pani czas na prasowanie dla męża?”. Otwiera mi się w kieszeni otwieracz do konserw, gdy Raczek opowiada o tym, kto jest prawdziwym mężczyzną (Raczek), a kto nie jest (osoby nieposiadające cech Raczka), bo mam o nim lepsze zdanie i wolałbym usłyszeć raczej „a czy naprawdę są cechy osobowości przynależne mężczyznom i kobietom i czy jesteście państwo pewni, że te rzekomo męskie są lepsze?”. Naprawdę, ja wiem, że Raczek, pani przedsiębiorca członek Dominika Staniewicz i Doda przeleźli jakoś przez ten płot oddzielający mniejszości od fruktów, ale czy naprawdę właściwym zachowaniem jest załatanie dziury i spalenie mapy, żeby nikt jej przypadkiem nie znalazł? Nie moglibyśmy tego cholernego płotu, bo ja wiem, przewrócić?

Bardzo jest niewiele truizmów, które są prawdziwe dla KAŻDEJ jednostki ludzkiej. Owszem, źle jest zabijać, torturować, kraść, kłamać i ogólnie robić bliźniemu co Tobie niemiłe. A jednak robimy to co dnia, w majestacie prawa, chociażby w Hiszpanii, gdzie ludzie pracują za darmo, bo mają ciągle nadzieję, że szefostwo im zapłaci, a w międzyczasie przymierają głodem — ale na szczęście priorytety są zachowane, więc banki dostały 40 miliardów euro, oj, będą premie dla prezesów. W Rzymie, gdzie papież błogosławi Rebekę Kadagę, która zobowiązała się przeprowadzić przez ugandyjski parlament prawo, karzące seks między osobami tej samej płci karą dożywocia, a to jeżeli nie uda się przeprowadzić wersji z karą śmierci. O ile w Hiszpanii jak wiadomo sami komuniści i bezbożnicy, o tyle chyba nawet Terlikowski nie oskarży o to samo papieża. Więc jak to jest z tym, że Wszyscy Przecież Wiemy, Że? Czy na pewno Wszyscy Wiemy, że seks pozamałżeński jest zły? Czy na pewno Wszyscy Wiemy, że nie chcielibyśmy, aby nasze dzieci miały wielu partnerów? (Z komentarzy do którejś z poprzednich notek, nie wymyśliłem sobie tego.) Wszyscy Wiemy, że oczywiście nie jesteśmy homofobami, ale lepiej, żeby nasze dzieci były hetero… a jeśli już muszą być homo, to z pewnością Wszyscy Wiemy, że adopcja w Polsce jest nierealna, bo społeczeństwo nie jest na to gotowe, hę?

No i właśnie to mnie irytuje, co zapewne da się poznać po tonie ostatnich akapitów 🙂

Czy udało mi się kogoś z Was zirytować? Jeśli nie, powiedzcie, co irytuje Was.

Dwa blogi na tokfm.

Autorka pierwszego, Dominika Staniewicz, przedstawiająca się wyłącznie wyrazami w rodzaju męskim (wykładowca, socjolog, ekspert, minister, przedsiębiorca, członek, etc.) a więc z pewnością nie feministka, pisze:

Moja prawda jest taka: ci którzy pracują na swój sukces, jeśli posiadają cechy pożądane na rynku (towar pod tytułem ”umiejętności”), potrafią się komunikować i mają swój cel – osiągną go wcześniej czy później. Ich ciężka praca zmaterializuje się w postaci gotówki. Nie jest sprawiedliwym, aby od tych, którzy tworzą innym możliwości zarabiania, oczekiwano budowania mini państwa. Nie jest sprawiedliwym społecznie, aby musieli za swój sukces ponownie zapłacić cenę wysokich podatków i dawki nienawiści od tych, którym nie wyszło. Sprawiedliwość społeczna jest złudna.

Jako przedsiębiorca i członek pani Dominika zapewne kogoś zatrudnia, tak zgaduję, co więcej, jej przedsiębiorstwo „działa w sektorze usług HR”, czyli uprawia headhunting. Ciekawe, czy płaci swoim pracownikom legalnie, czy pod stołem. I ciekawe, co im mówi, jak proszą o podwyżkę. „Sprawiedliwość społeczna jest złudna”?

Ale po kolei. Mamy czas oburzonych, niezadowolonych i protestujących. Wszyscy domagają się równych praw i sprawiedliwości społecznej, najlepiej pod hasłem „wszystkim po równo”.

No więc wcale nieprawda, pani przedsiębiorco członku.

Chociaż w sumie, dzięki temu jesteśmy narodem, który „potrafi”. I tak: czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy. Nieważne czy się uczyłeś i ciężko pracowałeś, nieważne czy inwestowałeś w siebie własne pieniądze, nieważne czy byłeś jednym z obiboków, którzy może i ukończyli szkołę średnią, ale nic poza tym ze swoim życiem nie zrobił. „Należy się”. Roszczenia i gwarancje, których oczekujemy właściwie na każdym kroku.

Na przykład gwarancja, że się dostanie emeryturę, albo nie umrze na ulicy, jeśli będzie się miało pecha zemdleć i uderzyć w głowę. Co rzeczywiście może się przydarzyć na każdym kroku.

Za to ludzie, którzy mieli szczęście, lub po prostu zapracowali na swój sukces, są postrzegani jako „układowi”, oszuści, wyzyskujący wszystkich dookoła. Nie daj Panie Boże, żeby zarabiali dużo więcej niż przykładowe dwa tysiące. To się dopiero zaczyna. Zazdrość w imię sprawiedliwości społecznej. Szerzą się hasła „zabrać bogatym”, dać biednym. Podwyższyć podatki i kontrolować, sprawdzać.

Nieśmiało się domyślam, że pani ekspert minister zarabia więcej, niż dwa tysiące.

Dlaczego mam swoje ciężko wypracowane pieniądze przekazywać naszemu rządowi i Panu R.? Bo zapewnił mi edukację? Bo mamy drogi (byle jakie choć to się zmienia)? Bo mam opiekę medyczna, z której nie korzystam ze względu chociażby na pielęgniarki i lekarzy, którzy są – subtelnie mówiąc – mało sympatyczni?

No, chociażby. Na wszystkie te pytania odpowiadam twierdząco. Mamy drogi, mamy edukację i mamy opiekę medyczną. Nie wiem, ile pani Dominika zarabia, ale nie wierzę, że urodziła się mówiąc pięcioma językami, od tej chwili przemieszcza się wyłącznie drogą teleportacji, a o chorobach wyłącznie słyszała, ale nie daje wiary tym plotkom.

Zostawmy niesympatycznych lekarzy, co by tylko leżeli za dwa tysiące i przejdźmy do polemiki autorstwa dzikowego — ten jest miłośnikiem fantastyki i antyutopii, więc gdzie mu tam do pani przedsiębiorcy eksperta, ale za to jakoś mi bliżej do jego poglądów.

Nie cierpię ludzi, którzy życie znają z książek lub z wydajemiesie. To szczególnie często dotyczy osób w jakiś sposób chowanych pod kloszem – na oddzielnych podwórkach, z ekskluzywnych przedszkolach pięciojęzycznych i innych kuźniach socjopatów.

Mocny początek, który oddaje moje poglądy na temat liberałów.

Człowiek jest sumą swoich doświadczeń. I to jest niekompletny obraz. Jest też sumą swojego otoczenia – bliższego i dalszego. I to jest niekompletny obraz. Jest też sumą włożonej w niego pracy przez to otoczenie – czy trafił na dobrego nauczyciela, nietoksycznych rówieśników, infrastrukturę pozwalającą rozwijać talenty, których w dzieciństwie może nie być świadomy. A dopiero potem pracy i szczęścia.
[…] Może autorce trudno to sobie wyobrazić, ale niektórzy wcale nie chcą zarabiać więcej i więcej! Niektórzy chcą być zdrowi, niektórzy chcą mieć spokój, czuć się bezpieczniej, mieć dobre drogi, bogate w księgozbiory biblioteki lub światowej klasy muzea. Poza indywidualnym bogactwem materialnym żadnego z powyższych „marzeń” nie da się osiągnąć wyłącznie własną pracą. Poza tym, często są to płaszczyzny na tyle niszowe, że zebranie chętnych „współfundatorów” byłoby niemożliwe, np. jeżeli ktoś chce zapewnić opiekę chorym członkom rodziny (teraz, nie za 10 lat, gdy się dorobi). […] Najlepszym przykładem jest pogotowie ratunkowe, którego potrzebujemy najczęściej wówczas, gdy trudno nam wklepać PIN ze złotej lub czarnej karty, a na co dzień nie korzystamy.

Nie muszę komentować dzikowego, bo się z nim zgadzam.

W holenderskiej polityce panuje akurat walka na noże, ponieważ świeżo zawiązana koalicja lewicowo-liberalna ma niejakie problemy z ustaleniem wizji świata — coś tak, jakbyśmy posadzili przedsiębiorcę eksperta i miłośnika antyutopii i kazano im stworzyć program dla rządu. Wyborcy centrolewicowej PvdA oskarżają swoją partię o zdradę ideałów i to samo, co dziwne, robią wyborcy liberalnej VVD. Bo nie jest łatwo pogodzić dwa tak różne systemy postrzegania świata i otaczających ludzi, a co dopiero wyłonić z tego jakiś spójny obraz.

Holendrzy zabrali się na przykład za reformę składki zdrowotnej, która tutaj nie jest uzależniona od pensji; może to dziwne dla Polaka, ale nie jest i już. Tak więc tyle samo płacił do tej pory zarabiający 1200 euro, co ten zarabiający 12000 euro. Teraz składka miałaby przynajmniej w pewnym stopniu zależeć od pensji. Nie spodobało się to rzecz jasna liberałom, którzy podobnie jak przedsiębiorca Dominika uważają, że 1) biedni są po prostu leniwi, bo jakby nie byli leniwi, to by byli bogaci, 2) a gdyby już byli bogaci, to by nie korzystali ze służby zdrowia, albowiem bogaci nie chorują, bo to w pewnych sferach nie wypada. Jeśli już chorują, to nie korzystają rzecz jasna z tej samej służby zdrowia, co biedni, bo ktoś mógłby ich zobaczyć i draka w „Fakcie” pewna. Nie spodobało się to też wyborcom i politykom partii spoza koalicji, którzy wskazali, słusznie zresztą, że projekt nie został z nikim skonsultowany, ot, tak rzucony mediom na pożarcie. Reforma prawdopodobnie nie nastąpi.

Druga z reform jest zdecydowanie bardziej liberalna i polega na dłubaniu w emeryturach, podatkach i zasiłkach. Podniesiony zostanie wiek ich przyznawania z 65 do 67 lat; wprowadzona zostanie górna granica możliwej emerytury, żeby nie trzeba było za wiele wypłacać; obniżona zostanie za to maksymalna stawka podatku dochodowego. Zaś zasiłek dla bezrobotnych nie będzie wypłacany dłużej niż 24 miesiące (co w tej chwili ma miejsce i pozwala osobie w wieku 63 lat, wyrzuconej z pracy, dotrwać do emerytury). Jak się domyślacie, wyborcy PvdA na te wieści nie padli trupem z zachwytu, tylko zaczęli głośno wyrażać swoje niezadowolenie.

Problemem nie tylko Polski, ale Europy w roku 2012 jest nie to, że bogaci płacą za duże podatki, ani też nie to, że ubożsi chcieliby zarabiać tyle samo, co bogaci, nic przy tym nie robiąc. Problemem jest to, że zbudowaliśmy dziwny system-wydmuszkę przypominający piramidę postawioną do góry nogami i coraz mniej jest chętnych do trzymania tego dziwnego urządzenia w stabilnej pozycji (niemal jak pan Andrzej, co trzyma kredens). Ruch Oburzonych nie polega na tym, pani przedsiębiorco socjologu, że mamy wszyscy zarabiać po tyle samo. Polega na tym, że każdy człowiek ma taki sam żołądek i nie do końca rozumie, czemu pan przedsiębiorca zajeżdża z fasonem nowym Porsche i zawiadamia pracowników, że w tym roku nie będzie podwyżek, bo jest kryzys.

Problem Grecji, który niedługo stanie się problemem Polski, polega na tym, że umowy śmieciowe, renty wypłacane znajomym i zasiłki dla osób prowadzących pod stołem działalność pozwoliły przedsiębiorcom i ministrom podobnym pani Dominice zaoszczędzić tyle kasy, że budżet Grecji upadł — bo jakkolwiek pani Dominika może prychać pogardliwie na myśl o drogach, tak ich budowa kosztuje. A wściekłe demonstracje pod parlamentem greckim nie biorą się z tego, że trzeba teraz oszczędzić, tylko z tego, że zmniejszenie zarobków o 20% będzie o wiele bardziej odczuwalne dla osoby zarabiającej 1200 euro, niż 12000.

Na posiadanie poglądów pani Dominiki może sobie pozwolić osoba o zarobkach pani Dominiki. Tyle, że jeśli ktoś przypadkiem — cytuję — nie posiada cech posiadanych na rynku (towar pod tytułem „umiejętności”), nie potrafi się komunikować, lub — jak napisał dzikowy — jego celem NIE jest wyłącznie kąpanie się w gotówce, to nie znaczy ani tego, że chce dostawać mityczne dwa tysiące za leżenie, ani też tego, że wskazana jest jego śmierć głodowa. Ktoś przecież musi kupować smartfony Apple (produkowane w Chinach, żeby zaoszczędzić), ktoś musi kupować ciuchy C&A (produkowane w Bangladeszu, żeby zaoszczędzić), a ten sam ktoś czasami ma jeszcze takie niezwykłe wybryki, że chciałby na przykład mieć dziecko, mieszkać nie u mamy i co jakiś czas pójść do kina. I nie jest tak, że pani Dominika i dzikowy powinni zarabiać tyle samo jako przedsiębiorca minister w randze członka i bibliotekarz w małej miejscowości. Ale nie widzę też powodu, dla którego pani Dominika miałaby zarabiać na przykład 100 razy tyle, co ów bibliotekarz. Nie wiem, ile jada, ale chyba nie aż tyle — a parafrazując wypowiedź pewnej dumnej damy, nie wszyscy możemy jeść ciastka.

Wyborcza zorganizowała akcję o nazwie „Pytania bez tajemnic”. Na początek akcji sondaż i komentarze do niego w wykonaniu profesora Antoniego Sułka. Pyta Agnieszka Kublik.

Polacy potrafią ze sobą rozmawiać o życiu?

Nie bardzo. Kiedyś to się rozmowy o życiu prowadziło często, nawet do rana.

No bo wódka wychodzi z mody 🙁

Jeżeli nie rozmawiamy o najważniejszych sprawach, bo tak traktuję rozmowy o życiu, to o czym?

– Żeby o tym naprawdę rozmawiać, trzeba być gotowym do odsłonięcia się i być ciekawym innych ludzi.

No ale co to są rozmowy o życiu? Czy rozmowa o życiu to rozmowa o kredycie mieszkaniowym? Posiadaniu dziecka? O piętnastu marszach napierdalających się po mordach celem godnego uczczenia Święta Niepodległości?

30-40 proc. przyznaje, że nigdy nie zadaje sobie pytań: „kim jestem?”, „jak żyć?”. Czyli pytań o sens życia w ogóle. Pytań fundamentalnych. […] Wielu Polaków przyznało się, że żyje w ogromnym pośpiechu, ale po zastanowieniu się okazało się, że nie wiedzą, po co się tak spieszą. Czyli tak się spieszą, że nie mają czasu zastanowić się, po co to robią. Po prostu przyjęli, że uczestniczą w jakimś wyścigu, że coś im ucieknie, że gdzieś nie zdążą. Ale dokąd biegną i co chcą osiągnąć? O tym już nie myślą.

Kocham pana, panie Sułku!

Ale pani Agnieszka wie lepiej, jakie jest najfundamentalniejsiejsze z pytań:

Pytanie o istnienie Boga jest zawsze aktualne. W Polsce zadaje je sobie połowa. Tylko?

– 20 proc. zastanawia się nad tym często, 37 proc. rzadko, 37 proc. – nigdy. Ale to nie jest pytanie dnia codziennego. Jeśli ktoś chciałby na co dzień rozważać kwestię istnienia Boga, powinien się zamknąć w klasztorze i nic innego nie robić.

Całe szczęście, że odpowiedź profesora Sułka brzmi właśnie tak, bo już się miałem zapłakać w desperacji. „Pytanie o istnienie Boga jest zawsze aktualne” w świecie, w którym Polacy nie mają czasu zapytać samych siebie o to, kim są i po co żyją?

Co to znaczy rozmawiać o życiu? Dla mnie rozmowa o życiu, to strasznie nieostre pojęcie. Życie to życie, jak mawiają filozofowie z grupy Opus. (Dokładnie mawiają, „Żywe to życie”, ale nie czepiajmy się szczegółów.) Czy rozmowa o kredycie w banku, o stażu w prywatnej firmie lub o zakupach na kolację nie jest rozmową o życiu? Życie przecież składa się z pracy, kredytu i zakupów w tym samym stopniu, co z wpatrywania się we własny pępek i debat o Ojczyźnie i Bogu.

O życiu rozumianym jako sprawy fundamentalne rozmawiałem ostatnio wiele z lekarzami i terapeutami, ale też ze znajomymi, z których wielu strasznie zazdrości mi kuźni. Nie dlatego akurat, że jest to kuźnia, że łażę z brudem za paznokciami, wielką naszywką BLACKSMITH na kurtce i oparzeniami na rękach, tylko dlatego, że kocham kuźnię ogromną miłością i wiem na pewno, że kowalstwo jest tym, co chcę robić. Nie wiem, czy mi się uda i w jakim stopniu; nie wiem, czy pewnego dnia nie zapadnę na jakieś schorzenie wykluczające dalszą pracę; ale wiem, że kocham tę robotę całym sobą. Tymczasem ludzie w moim otoczeniu bardzo często pracują gdzieś dlatego, że w sumie jak już zaczęli to głupio zmieniać, zwłaszcza podczas kryzysu; wartości moralne wynoszą z tego, co im powiedzieli rodzice, nigdy nie zadając sobie pytań „a właściwie dlaczego tak jest”; ubierają się w to, co wszyscy; oglądają to, co wszyscy; ogólnie robią to, co wszyscy i wielu z nich trwa w takim marazmie dopóki nie nadejdzie wypalenie zawodowe, załamanie, rozwód lub inne wydarzenie, które w końcu zatrzęsie fundamentami ich życia.

*

Właśnie mija rok od kiedy po raz ostatni wyszedłem ze starej pracy, zdałem kartę wstępu, dotarłem do domu o godzinie 15 i zdałem sobie sprawę, że nie czeka na mnie nic i nikt. Byłem wtedy singlem, miałem kasę i nie miałem żadnych pomysłów na to, co ze sobą robić. Nie mogłem pracować jako grafik, bo próby odpalenia Ilustratora zupełnie dosłownie powodowały u mnie mdłości. Niczego innego wcześniej nie robiłem, więc nie miałem niczego, do czego mógłbym wrócić. Tak więc najpierw skończyłem inne posiadane w domu używki, po czym wieczór spędziłem w ulubionym barze, zalewając się w trupa i NIE rozmawiając o życiu. Nie wiedziałem nawet, czym to życie miałoby być. Ogólnie średnio chciało mi się żyć i nastrój miałem raczej dekadencko-nihilistyczny.

Rok później używki są wyłącznie bladym wspomnieniem — potrzebne mi były wtedy, kiedy nie znałem sposobu na życie; kiedy ten sposób znalazłem, przestałem mieć czas na głupoty. Pić w ogóle mi nie wolno, ale niespecjalnie mnie to martwi, bo nie mam robaka do zalewania. Sposób na życie znalazłem; realizacja może nastręczyć wielu trudności, ale mam cel i planuję go osiągnąć. Mam ukochanego mężczyznę. Mam ukochane miasto (żeby tylko mniej tu padało…) Nie mam kasy, nie mam etatu i nie mam pewności jutra. Ale rok temu czułem, że egzystuję; teraz czuję, że żyję. W międzyczasie musiałem sobie zadać bardzo dużo pytań. Czy były to pytania o życie? Głównie. Czy zastanawiałem się nad istnieniem Boga? Katolickiego akurat nie.

Co jest najważniejsze w moim życiu? To pytanie zadałem sobie i odpowiedziałem na nie z wielką łatwością — osoby, które kocham. Moja rodzina, mój mężczyzna, moi przyjaciele. Czy jestem dobrym człowiekiem? Uważam, że jestem (chociaż osoby, definiujące moralność za pomocą posiadania prawicowych poglądów, wiary w Jezusa i ilości partnerów seksualnych z pewnością by się nie zgodziły). Dlaczego powinienem pomagać innym? O to samego siebie nie pytam, po prostu staram się pomagać bez powodu. Czy czuję się samotny? Czasami tak, a czasami nie, przy czym w obu tych wypadkach nie muszę siebie o to pytać, bo uczucia mają to do siebie, że czują się same z siebie, niepytane. Czy jest ktoś, kto mnie kocha? Wiem, że jest. Czy moje życie ma sens? A czy w ogóle czyjekolwiek ma? To pytanie wydaje mi się głupie — spytałbym raczej, co jest sensem mojego życia. Sensem mojego życia jest przeżyć je tak, żebym umierając nie myślał w panice: czemu nie spróbowałem zrobić tego, co naprawdę chciałem i czemu częściej nie mówiłem ukochanym osobom, że je kocham. Zaskoczy Was to być może, ale prawie nikt nie myśli na łożu śmierci „cholera, czemuż nie spędziłem więcej czasu w biurze?” lub „cóż za szkoda, że nie zdążyłem zapłacić na czas podatków”.

A czy Wy zadajecie sobie pytania o życie? Które — i jak na nie odpowiadacie?

Tytuł nie jest ironiczny.

Tim Ribberink, 20-latek mieszkający we wsi Tilligte koło niemieckiej granicy, popełnił samobójstwo. Tim był ofiarą prześladowań osób homoseksualnych (tak, mowa o Holandii). Pracował w lodziarni, gdzie koleżanki dopytywały się, czy nie jest aby gejem; chłopak obracał sprawę w żart i unikał odpowiadania na pytanie. Na stronie DinnerJudge.nl pojawiły się dwie „recenzje” jego lodziarni, podpisane jego nazwiskiem, z których jeden brzmiał „jestem przegrańcem i homo”, po czym następował adres. Nic więcej na razie nie wiadomo.

Tim pozostawił po sobie liścik, który jego rodzice przekazali prasie, chcąc zwrócić uwagę na problem prześladowania. Liścik był krótki. „Kochani Mamo i Tato, całe moje życie śmiano się ze mnie, napastowano, dręczono i wykluczano. [Ale] Wy jesteście fantastyczni. Mam nadzieję, że nie jesteście na mnie źli. Do następnego spotkania, Tim.” Rodzice nie zdawali sobie sprawy, że Tim był ofiarą prześladowań aż do jego śmierci.

Pastor Marinus van den Berg odczytał we wtorek oświadczenie rodziców: „Chcemy, żeby ci, którzy dręczyli [Tima] pomyśleli o konsekwencjach swojego zachowania. Czy mieszkają w Tilligte, czy też nie. […] Chcemy, żeby naprawdę zajęto się problemem prześladowania.” Według van den Berga nowy rząd musi zająć się obiecaną ustawą o przeciwdziałaniu prześladowaniom. „Trzeba stworzyć krajowy rejestr prześladowców, włączyć w niego szkoły i drużyny sportowe i zakazać anonimowych wpisów w internecie”, powiedział pastor.

Tak się złożyło, że kilka tygodni temu Mariska de Haas, redaktorka naczelna tutejszego pisma katolickiego Katholiek Nieuwsblad, miała pecha uzewnętrznić publicznie swoje poglądy na temat homoseksualistów, a w szczególności lesbijek. „Bardzo niepokoiłabym się, gdyby mój syn był gejem, bo homoseksualni mężczyźni mają szokująco wielu partnerów […] wiele dziewcząt, które są lesbijkami, było w przeszłości napastowanych” rzekła de Haas pismu Fabulous Mama. „Wielu chłopców w wieku lat 15 lub 16 jest napastowanych przez starszych mężczyzn” dodała, po czym stwierdziła, że sama już widzi po swoich dzieciach, że nie są homoseksualne. „Gdyby były, czułabym, że jako rodzice zrobiliśmy coś złego.” Dzieci Mariski mają lat 6 (dziewczynka) i 4 (chłopiec).

Wypowiedzi de Haas wzbudziły szok w Holandii, po części dlatego, że Holendrzy zdążyli w międzyczasie przywyknąć do własnego obrazu jako narodu tolerancyjnego, w którym jedyne objawy nietolerancji pochodzą z zagranicy (np. z Maroko, Turcji lub Polski). Tymczasem de Haas jest blond Holenderką, zupełnie nie wyznaje wiary muzułmańskiej i ani trochę nie przystaje do obrazu wściekłego brodatego imama potrząsającego Koranem. Tak więc kiedy raptem kilka dni po ukazaniu się magazynu z wypowiedziami de Haas media zajęły się samobójstwem Tima, wściekły felietonista Luuk Koelman napisał „list otwarty do rodziców”.

W liście/felietonie, wzorowanym na wywiadzie z Mariską de Haas, stwierdzał, że to wszystko ich wina — „mój syn ma 4 lata, ale ja już wiem, że jest hetero — ale gdyby i tak okazał się gejem, czułabym, że jako rodzice zrobiliśmy coś złego”, przeplatając cytaty z de Haas cytatami z oświadczenia rodziców Tima. Burza, która rozpętała się po liście otwartym Koelmana, zatrzęsła krajem. Koelman wycofał swoją kolumnę, kiedy de Haas zaczęto grozić śmiercią. Metro (w którym ukazał się jego felieton) odcięło się od autora i przeprosiło. Autor przeprosił również — rodzinę Tima Ribberinka. Mariska de Haas opublikowała na Twitterze zgorszone „nie do wiary, że ktoś usiłuje wykorzystać śmierć Tima do autopromocji!”. Koelman odciął się stwierdzeniem, że de Haas wcale nie jest lepsza niż ci, którzy dręczyli chłopaka bezpośrednio.

Czy ktoś na tym wszystkim wygrał? Nie sądzę. Zdecydowanie nie Tim. Owszem, udało się zwrócić uwagę na to, że Holandia nie osiągnęła jeszcze tego stopnia tolerancji, którym chciałaby się chwalić. Ale czy cena jest tego warta? Marisce de Haas udało się pokazać, że fundamentalizm religijny mało się różni w wykonaniu uśmiechniętych blondynek i brodatych imamów. Luukowi Koelmanowi udało się pokazać, że czasami można mieć rację i posunąć się za daleko. A tymczasem nadal nie wiadomo, kto dokładnie dręczył Tima, gdzie, kiedy i po co. Ba, nie wiadomo nawet, czy chłopak był gejem. Tego szczegółu nie wyjawił nawet rodzicom.