Dużo ciekawych komentarzy pod poprzednią notką, bardzo dziękuję. Nie zaskoczyło mnie tak naprawdę ani to, że wielu moich czytelników zmaga się z problemami podobnymi do tych, które sam miałem, ani to, że wielu z nich się do tej pory nie ujawniało. Te dwie rzeczy rzecz jasna są ze sobą powiązane.

Fobie, utrudniające nam życie, są trudne do przezwyciężenia między innymi dlatego, że nie są logiczne. Boimy się wykonać telefon, czy też odezwać do innej osoby, ale nie dlatego, że mamy powody, które potrafimy logicznie wyłuszczyć. Boimy się i już. Mi osobiście pomogło rozważanie dość długo i częściowo na piśmie pytania CZEGO się boję, ale nie twierdzę, że pomoże każdemu.

Skoro mowa o każdym, Daria zapytała mnie również:

Ray, masz może swój jakiś sprawdzony sposób na zagadanie ? Tematy, które się zawsze sprawdzają, żarty, które zawsze śmieszą ?

Absolutnie nie. Każdy ma inne poczucie humoru, inne zainteresowania… Na ogół zauważam inną osobę dlatego, że ma w swoim wyglądzie coś interesującego — nietypową fryzurę, nietypowy t-shirt, buty… Wybieram się wtedy do tej osoby i mówię jej: cześć, nazywam się Ray i chciałem powiedzieć, że bardzo podoba mi się Twoja fryzura/t-shirt/buty. W przypadku odzieżowym można również spytać gdzie kupiłaś/eś coś tak fajnego? Ale — zawsze musimy liczyć się z tym, że druga osoba zwyczajnie nie będzie nami zainteresowana tak, jak my nią. Nas być może bardzo ekscytuje, że ktoś inny słucha zespołu Tyr, ale tego kogoś innego może w ogóle to nie rusza, że my też kochamy album Eric The Red. Mój sposób pozwala nawiązać rozmowę, ale nie gwarantuje, że rozmowa przetrwa dłużej, niż dwa zdania. Tyle, że ja się tym w ogóle nie przejmuję, bo nie uważam, że każdy musi się mną interesować, każdemu muszę się podobać i z każdym być w stanie nawiązać kontakt.

Tutaj pasuje mi komentarz mat:

ze small talkami w firmowej kuchni nie mam problemu, raczej z tym, żeby zabiegać o zainteresowanie, spotkania itp. tzn już nie mam problemu odkąd doszłam do wniosku, że lubię to w sobie. jak już sobie zdałam z tego sprawę to nagle okazało się, że wychodzę na piwo z 5 osobową ekipą z pracy i jest mega fajnie.

No i właśnie. Ja też kiedyś chciałem być kochany przez wszystkich, a czułem się przez wszystkich ignorowany (w najlepszym wypadku). Aż mi przeszło i zacząłem akceptować swoje dziwactwa. Przestałem zabiegać o to, żeby lubiły mnie osoby, które mnie nie akceptowały takim, jakim byłem. I ku mojemu wielkiemu zdziwieniu to WTEDY zacząłem być lubiany. Nie przez wszystkich; nie przez średnią społeczeństwa. Ale przez grupę freaków, squattersów, artystów i generalnie ludzi, którzy pasowali do mnie tak samo, jak ja pasowałem do nich. Ja po prostu nie jestem taki, jak inni. Oni też nie są tacy, jak inni. (Pytanie, kim są inni i jak wygląda średni inny, to materiał na… inną notkę.) Owszem, w moim dziale w firmie — gdzie pracowały głównie dzieciate pary hetero — rzadko zdarzało mi się nawiązać bliższy osobisty kontakt. Ale kiedy zrozumiałem, że NIE MUSZĘ go nawiązywać… wtedy zaczęło mi się udawać.

Grześ pisze:

E tam, pomaga.
Niby to wiem i sam się śmieję ze swojego przejmowania się, ale i tak zawsze mam wrażenie: Bosze, po co to powiedziałeś, Bosze, jak gupio wypadłeś, Bosze…

Nieśmiałość i kompleksy często łączą się z poczuciem własnej wyjątkowości. Ciężko jest nam (mówię nam, bo rzecz jasna mam na myśli także siebie) przyjąć do wiadomości, że ludzie NAPRAWDĘ nie zajmują się skrzętnym zapisywaniem popełnionych przez nas gaf i niepasujących do sytuacji dowcipów. Częścią problemu mojej nieśmiałości było właśnie silne doznanie, że nie powinienem się odzywać, bo powiem coś głupiego. Tak więc na wszelki wypadek nie mówiłem nic, dzięki czemu zapracowałem na reputację nietowarzyskiego milczka. A przecież tak bardzo chciałem, żeby mnie lubiano! Tak się starałem!

Kluczem okazało się niestaranie — ale też odnotowanie, że każdy mówi głupoty. Szczególnie w sytuacji towarzyskiej, kiedy jesteśmy po kilku piwach  dowcipy zaczynają być głupie, gafy padają średnio co pięć minut, a jedyną osobą, która je odnotowuje, jest ta, która je wypowiedziała. Przyjrzyjcie się tymczasem politykom. Ileż głupot wygaduje CO DNIA Jarosław Kaczyński czy Stefan Niesiołowski? A to są przecież reprezentanci narodu, wybrani naszymi głosami i sowicie opłacani. Jak bardzo liczy się źle dobrany dowcip przy piwie w zestawieniu ze Smoleńskiem?

gmina_wiżajny:

Teraz jest trend na naprawianie w człowieku wszystkiego i wszystko w zasadzie nadaje się na terapię / operację / sesję z kołczem. Odstawanie od radosnej, korporacyjnej, wyluzowanej normy z reklam telefonów komórkowych budzi w ludziach poczucie winy. We mnie też cały czas budzi, ale staram się buntować i trochę się ze sobą pogodzić.

No właśnie. Tak się czułem przez całe lata: czemu ja jestem taki nie taki? Przecież wszyscy w reklamach tak się dobrze bawią, i kochają futbol, i są tacy razem piękni i szczęśliwi. A ja siedzę w domu i zadręczam się, że trzy godziny temu powiedziałem do kolegi coś, co on być może źle zinterpretuje i co teraz.

Terapie i sesje z kołczem pomagają, jeśli męczymy się sami ze sobą. Ale nie wierzę w to, że jest jeden obiektywny standard, do jakiego należy aspirować. Z pewnością nie jestem tym standardem również ja. Sam aspiruję do tego, żeby być szczęśliwym kowalem, to jest cała moja życiowa aspiracja w tej chwili. A czy będę szczęśliwym kowalem zamężnym, czy singlem — intro- czy ekstrawertycznym — z irokezem czy bez, to jest zupełnie nieważne. W reklamie telefonu miałbym szansę wylądować, czemu nie. W roli „dziwnego włochatego wytatuowanego kryminalisty”, zapewne. I kompletnie mi z tym dobrze, bo lubię wyglądać tak, jak wyglądam i robić to, co robię.

Nigdy nie będę ślicznym blond tatusiem z bejbi w ramionach, jadącym z żoną Toyotą na wakacje w ośrodku dla rodzin wielodzietnych. Nigdy nie zaprzyjaźnię się z Michałem Figurskim, nie wystylizuje mnie Michał Piróg i nigdy nie zatańczę z gwiazdami. Nie będę gwiazdą pop, tenisistą ani kickbokserem. Nigdy nie będę najpopularniejszą osobą w barze dla modnych i popularnych dwudziestosiedmioletnich biznesmenów i menażerów. Wszystkie te rzeczy mam w dupie. 🙂 I myślę, że tak naprawdę zaakceptowanie tego, że nigdy nie będziemy osobami, którymi powinniśmy być według reklam jest kluczem do tego, żebyśmy stali się zwyczajnie szczęśliwi. A jak dowodzi mat, do szczęśliwości nie jest potrzebne zaadaptowanie się do najbliższego stereotypu, tylko zaakceptowanie, że pewne cechy mamy, zawsze będziemy mieć i nauczenie się kochania samego/samej siebie razem z tymi cechami.

W Polsce właśnie ma się ukazać „50 szmir Greya”, czyli wielki hicior rynków wydawniczych, opowiadający o (rzecz jasna) niewinnej i dziewiczej Anastasii Steele i o (rzecz jasna) zdeprawowanym, lecz jakże przystojnym (rzecz jasna) milionerze Christianie Greyu. Grey, jak to przystojni milionerowie, lubi seks z udziwnieniami, a Ana, jak to dziewice, usiłuje go skłonić, żeby zamiast tego robił to po ciemku i w pozycji misjonarskiej. Tu wstawić 600 stron, na każdej z których Ana przygryza wargę.

Ja zaś kupiłem sobie na Kindle książkę Jaya Wisemana „SM 101: A Realistic Introduction” i czytam z zainteresowaniem. Wiseman, eks-pracownik pogotowia ratunkowego, opowiada o swoich doświadczeniach z BDSM, a ma o czym opowiadać — 25 lat praktyki, założony przez siebie klub Gemini w połączeniu ze świadomością ryzyka niektórych praktyk dla zdrowia i życia oraz talentem pisarskim dają lekturę absolutnie fascynującą.

BDSM to coś, co część ludzi przeraża, u części wywołuje obrazę i oskarżenia o zboczone praktyki seksualne, a u części nerwowy chichocik. Ci, którzy się BDSM oddają, nader rzadko gotowi są się do tego przyznać, a jeśli już, to raczej z zawstydzeniem i mamrotaniem pod nosem, że oczywiście bardzo rzadko i wyłącznie gdy skłoni ich do tego przystojny milioner. Wiseman przemyślał sprawę dokładnie i uznał, że z uwagi na prowadzenie własnej działalności szef go nie zwolni, z uwagi na nieposiadanie żony ta się z nim nie rozwiedzie, dzieci i tak nie widuje więc prawa do ich widywania nie utraci, a opinia obcych ludzi mu zwisa i powiewa. Po czym opublikował książkę i podpisał ją swoim nazwiskiem.

Bardzo interesujące jest spojrzenie na zdjęcie Wisemana, który opisuje siebie jako dominującego heteroseksualistę, lubi zadawać ból, ale otrzymywać niekoniecznie, a najbardziej kręci go wiązanie:

Nie wygląda jak groźny brutalny psychopata, prawda? Może dlatego, że nim nie jest.

*

Wiseman dużo pisze o pytaniu, które regularnie zadają sobie osoby lubiące BDSM: dlaczego? Czy jest to efekt traumy z dzieciństwa? (Według autorki „50 szmir Greya” jest, według psychologów nie.) Kompensowanie czegoś? Jakieś uszkodzenie mózgu? Nie będę streszczać odpowiedzi Wisemana na te pytania, podam swoją.

Jakiś czas temu wybrałem się do terapeuty opowiadać mu o swoich problemach związkowych i konwersacja zjechała na moje zainteresowanie BDSM. Rozważałem dość długo kwestię odpowiedzi na pytanie „dlaczego?” aż terapeucie się znudziło i poinformował mnie, że odpowiedź na to pytanie jest nieistotna, natomiast istotne jest znalezienie odpowiedzi na pytanie o jeden stopień głębiej: dlaczego pytam dlaczego? Przecież nikogo nie krzywdzę wbrew woli tej osoby, nikt nie krzywdzi mnie wbrew mojej woli, nie cierpi wskutek moich upodobań nikt niezainteresowany. Dlaczego potrzebuję uzasadnienia?

Umilkłem, zastanowiłem się i uznałem, że istotnie w sumie aż tak mnie to nie ciekawi.

Zainteresowanie BDSM potrafi być źródłem pewnych problemów. Zarówno po stronie domów (aktywów), jak i subów (pasywów) trafiają się psychopaci. Jedni lubią torturować bezbronne ofiary nie bacząc na błagania o zaprzestanie „zabawy”, drudzy chcą po prostu cierpieć, nieważne, jak bardzo autodestruktywnie i nie cofając się przed niczym. Dla żadnej z tych grup nie ma granic, czy zainteresowania odczuciami drugiej osoby. Nie ma to nic wspólnego ze „zdrowym” BDSM, jedno i drugie jest oznaką poważnych zaburzeń psychicznych, ale dla osoby „z zewnątrz” różnica może być ciężka do zrozumienia. Nawet dla osoby z dużym doświadczeniem napotkanie niebezpiecznego psychopaty może zakończyć się źle. Osobiście odmawiam spotkań, jeśli ktoś, z kim rozmawiam online lub w barze sprawia na mnie złe wrażenie, lub nie wydaje mi się szczery. Moja intuicja jak na razie nigdy mnie nie zawiodła. Często intuicję zawodzę ja, ignorując wskazania większej głowy na rzecz wskazań główki mniejszej, ale nigdy w przypadku BDSM. Jeśli nie czuję się stuprocentowo pewnie i nie ufam drugiej osobie, nie ma takiej siły, która by mnie skłoniła do spotkania.

*

BDSM, podobnie jak pornografia, przedstawia sobą zupełnie inne problemy w przypadku osób homo- i heteroseksualnych.

Para homoseksualna nie ma na ogół problemu poprawności politycznej (chociaż widziałem kiedyś protest przeciwko filmowi, w którym trzech blondynów dominowało czarnoskórego mężczyznę i przyznam, że mną ten widok również wstrząsnął o wiele bardziej, niż gdyby trzech czarnoskórych dominowało jednego blondyna). W przypadku pary hetero stereotypy dotyczące płci potrafią boleć o wiele bardziej niż razy batem — zarówno „mężczyzna dominujący kobietę” jak i „kobieta dominująca mężczyznę” niosą ze sobą bardzo nieprzyjemne konotacje dla osoby wychowanej na stereotypach płciowych, to pierwsze kojarzy się z przemocą domową, a drugie — z niemęskością i zniewieścieniem. (Rzecz jasna nie mi się kojarzy…)

Wiseman i temu poświęca dłuższy fragment tekstu, wymieniając 12 różnic między grą S/M uprawianą za obopólną zgodą, a przemocą domową, mniejsza które z partnerów znęca się nad którym. Różnice te dają się tak naprawdę streścić w tych dwóch słowach: obopólna zgoda. Nie: wymuszona, nie: brak zainteresowania jej istnieniem, nie: wmawianie „tradycyjnych ról w małżeństwie” typu „jak się kobity nie bije, to jej wątroba gnije”. Obopólna zgoda.

Wiseman wspomina o przeczytanym eseju autorstwa feministki (nazwiska niestety nie podał) która stwierdza, że kobieta „nie jest w stanie udzielić zgody na bycie stroną pasywną w S/M” ponieważ system patriarchalny zgodę na niej poniekąd wymusza. Jest to niestety podobny argument do tego, jakim niektóre gałęzie feminizmu posługują się zwalczając pornografię: kobieta nie jest w stanie zgodzić się na występ w filmie porno kręconym dla mężczyzn z własnej woli, ponieważ system ją uprzedmiotawia i czyni przedmiotem niezdolnym do podjęcia obiektywnej decyzji. Dotyczy to również prostytucji, etc. Osobiście uważam ten argument za nadzwyczaj nietrafiony i raczej antyfeministyczny — stwierdzenie, że kobieta nie jest zdolna do decyzji, czy ma ochotę być związana, czy nie wydaje mi się bardzo patriarchalne. Co tam będzie kobieta sama decydować, na co ma ochotę! My jej powiemy, a jak ona uważa inaczej, to znaczy, że system wyprał jej mózg i że ona się myli.

Nie jest to wyłącznie problem feminizmu i dominowanych kobiet. W 1990 roku w Manchesterze w ramach Operation Spanner skazano 16 homo- i biseksualnych mężczyzn, którzy uprawiali seks S/M. Domów skazano za napaść, a subów — za pomoc w napaści… na samych siebie. Brytyjskie prawo zostało wtedy zinterpretowane następująco: nie można udzielić zgody na uszkodzenie własnego ciała podczas seksu (mimo, że można jej udzielić podczas boksu i innych sportów walki, kolczykowania i procedur medycznych nieratujących zdrowia jak np. chirurgia plastyczna).

*

Nie potrafię ocenić, czy łatwiej jest być partnerem aktywnym, czy pasywnym.

Bywałem w obydwu rolach i łatwiej odnajduję się w pasywnej, ponieważ dokładnie wiem, gdzie leżą moje granice i jestem bardzo skłonny do mówienia „stop” w momencie, gdy partner zbliża się do ich przekroczenia. W aktywnej potrzebuję tego samego — sub musi mi okazywać, że podoba mu się to, co z nim robię. Trafił mi się kiedyś partner, który w milczeniu znosił wszystko i nie okazywał ani przyjemności, ani jej braku. Po pięciu minutach przerwałem sesję, ponieważ czułem się źle i zupełnie mnie to nie kręciło.

W BDSM najbardziej kręcą mnie chyba konotacje psychologiczne. Między domem w garniturze, z batem w dłoni i nagim subem, doprowadzonym do płaczu, ale żądającym kontynuacji rozgrywa się bardzo skomplikowana gra, której najmniej ważnym elementem jest sam bat. BDSM to łamanie tabu, i właśnie to łamanie tabu jest tym, co ekscytuje partnerów. Wiele gier S/M w ogóle nie zawiera w sobie tego, co „normalni” ludzie uważają za seks — nie następuje penetracja, seks oralny, nie następuje orgazm, często w ogóle nie występuje żadna stymulacja genitaliów. Zdarzyło mi się kiedyś odbyć bardzo satysfakcjonującą sesję, podczas której nie została zdjęta w ogóle żadna część garderoby, wszystko odbywało się w jednym z amsterdamskich barów, a nieuświadomiony świadek poprosił, żebyśmy „przestali się już bić”. Strasznie nas to rozbawiło.

Nie jestem pewien, co myśleć o popularności „Greya”. Mnóstwo bywało już powieści z BDSM w podkładzie, wiele z nich było o wiele lepiej napisanych, ale nie wiadomo czemu to akurat Ana Steele podbiła wyobraźnię czytelniczek. Być może dlatego, że autorka napisała zwyczajnego Harlekina z biczowaniem. Być może bardziej wyrafinowana proza była zwyczajnie za trudna i zbyt, bo ja wiem? przerażająca? realistyczna? Przeciętnej czytelniczce utworów o Greyu nigdy nie przydarzy się spotkanie z bogatym milionerem i zostanie jego kochanką. Lektura książki E. L. James jest równie bezpieczna, jak fantazje — wszystko pozostaje między autorką, a czytelniczką. A jeśli pod wpływem lektury pani Kasia z Poznania nabędzie seksowną bieliznę, a jej mąż Stefan — kajdanki z futerkiem, more power to them.

Z drugiej strony, jeśli już interesuje Was BDSM, polecam raczej utwór Wisemana. Występuje w nim o wiele mniej milionerów, za to o wiele więcej faktów.

Ciąg dalszy nastąpi, chyba, że sobie nie życzycie 😉

No więc (nie zaczyna się zdania od no więc, przerywa mi moja pani od historii)

…no więc Ewa Kopacz złamała się pod naciskiem mediów i wyciągła obie wersje ustaw o związkach rejestrowanych ze słynnej niszczarki.

Pod Sejmem od tygodnia siedzą różne osoby. Różne osoby, te same czy inne, spędziły weekend na nagrywaniu 460 kopii płytki z klipem o tym, dlaczego ustawę należy uchwalić. Różne osoby znalazły się na manifestacji parę tygodni temu. Różne osoby piszą petycje, wysyłają listy, namawiają się nawzajem do kręcenia wzmiankowanego klipu, jedna z tych osób dała mi znać dziś na Gadu, że cały dzień spędzi jutro pod Sejmem. Nie ma tych osób może zbyt wiele, ale…

W 2003 roku, kiedy profesora Szyszkowska zgłaszała swój projekt ustawy, nikt nie siedział pod Sejmem. Nikt nie kręcił klipów, nie zakładał stron na Fejspupku, nie organizował manifestacji, nie drukował wielkich bannerów. Gdzie skończył projekt ustawy Szyszkowskiej, wiemy, prawdaż?

Nie mam pojęcia, czy w ogóle dojdzie do pierwszego czytania ustawy o związkach, który z projektów ma większe szanse i który jest bardziej sensowny. Ale o wiele bardziej podoba mi się to, co się dzieje tym razem. Mimo tego, że tych wszystkich zaangażowanych osób jest, bo ja wiem, może sto. W kraju posiadającym rzekomo 38 milionów obywateli. A jednak te sto osób najzwyczajniej w świecie ZAPIERDALA. Za darmo. Nikt im nie płaci. Poseł Biedroń w ten weekend opublikował informację o tym, że wydaje WŁASNĄ POCZTÓWKĘ. No, warto było posła Biedronia wybrać po to, żeby wydał pocztówkę. Tymczasem różni ludzie, którzy nie mieli szczęścia dostać się do Sejmu, nagrywają 460 kopii płyty z filmem, bo cóż przyjemniejszego można w weekend robić. Potem te 460 kopii będą dystrybuować w Sejmie, z listami dopasowanymi do adresata, żeby posłowi Kempie nie dostało się „szanowny panie”.

Kochani — Miłość nie wyklucza, W związku z miłością, Trzyczęściowy garnitur, Katarzyna Formela i wszyscy inni, których nie miałem przyjemności poznać, a którzy zapierdalacie w weekend przy nagrywaniu płytek — strasznie miło wiedzieć, że jesteście. Bo jednym z powodów mojego wyjazdu 6 lat temu było to, że takich ludzi nie było. A przynajmniej ja ich nie znałem i nie widziałem. Byłem gotów zostać bojownikiem o prawa mniejszości, ale nie byłem gotów zostać bojownikiem o prawa mniejszości jednoosobowej. A tak to wyglądało, kiedy w 2006 student gender studies mówił mi, że wkurwia go moje wyemancypowanie.

Teraz zajmuję się zupełnie czym innym. Prawa posiadam w zasadzie wszystkie, a z moim wyglądem nie muszę się przejmować tym, czy młodzi Marokańczycy są homofobami, czy nie — na widok Zbrojmistrza i mnie jakoś nie są. Jeśli zechcę wziąć ślub, to jedynym problemem będzie przekonanie Zbrojmistrza, że to dobry pomysł, żaden urząd nie będzie nam sprawiać problemów. Jeśli zechcę adoptować dziecko… cóż, nigdy nie próbowałem, zdaje się, że to trudny proces, ale moja orientacja seksualna nie będzie akurat tym, co urząd będzie rozważać. A w ogóle, zauważyliście, że napisałem „ślub”, a nie „związek rejestrowany”, prawda?

Kiedy byłem dzieckiem, mamusia uczyła mnie, żeby nie rzucać się w oczy, nie pchać się, jeno siedzieć w kątku i czekać, aż mnie zauważą. Pewnego dnia, gdy miałem lat, bo ja wiem, osiem? wybrałem się z rodzicami na koncert Majki Jeżowskiej. Majka w pewnym momencie przystąpiła do rozdawania plakatów. Rzuciło się na nią na oko trzysta dzieci płci wszelakiej, a Majka powiedziała do mikrofonu: usiądźcie grzecznie, a dam wszystkim! No, to usiadłem. Ja i może pięcioro innych przygłupich dzieci. Reszta kontynuowała oblężenie. I — wiecie co? Reszta dostała plakaty. A ja nie.

Nie siedźcie w kątku. Nikt Was nie zauważy, jeśli będziecie siedzieć w kątku. W Holandii osoby LGTB nie dostały swoich praw za pomocą siedzenia w kątku. Wielka Brytania nie dostała 21 punktów w skali od -2 (Rosja) do 30 (w domu u Cher) w ankiecie Lambdy dlatego, że brytyjscy LGTB siedzieli w kątku. Poczytajcie o Outrage!, o Peterze Thatchellu (taki brytyjski Biedroń) (przepraszam Thatchella za to porównanie), porównajcie Neila Tennanta i Boya George’a z Jackiem Poniedziałkiem i Michałem Pirogiem. Nagrywajcie płytki, wysyłajcie listy, twórzcie petycje online, występujcie w telewizji, piszcie książki, wdzierajcie się do kościołów i całujcie się na ambonie. Tak się zdobywa prawa, a nie za pomocą posiadania jednej jedynej posłanki, która składa projekt, wzbudzając rechot pozostałych 459 posłów.

Więcej dla osób LGTB zdziałał Michał Witkowski swoim istnieniem, niż Robert Biedroń swoją pocztówką. Bardzo jest dla mnie znaczące, że Biedroń w dniu sobotniej demonstracji przeciwko wrzuceniu ustaw o związkach w gardziel sejmowej niszczarki znajdował się na demonstracji na Kaszubach przeciwko zakazowi używania tabaki. Bo jakkolwiek bardzo mnie cieszy posiadanie posła-geja i posłanki-transseksualistki, tak wolałbym posiadać posłów, których mogę wspierać niezależnie od orientacji. Sam fakt, że Biedroń jest gejem (i ma pocztówkę!!!!!!!) nie wystarczy mi, żeby na niego zagłosować. Wolałbym zagłosować na posła-heteryka, nawet białego, żonatego i w garniaku, który spędziłby dzień z ludźmi z Miłość Nie Wyklucza na nagrywaniu płytek. To są moi ludzie i tym ufam.

W Holandii mam trzy ugrupowania polityczne, które zaspokajają moje potrzeby w 90% lub więcej, dzięki czemu mogę wybrzydzać i wybierać to najlepsze. W Polsce nadal nie posiadam ani jednej partii, o której mógłbym powiedzieć, że mnie reprezentuje. Dlatego też nie biorę udziału w polskich wyborach. Ale to nie znaczy, że źle życzę tym 36 milionom, które nadal mieszkają w pol-skansenie. A najlepiej w tej konkretnej chwili życzę tym może stu osobom, które zapierdalają pod górkę, by WSZYSTKIM obywatelom żyło się lepiej. Jeśli ustawa (którakolwiek) zostanie jutro przyjęta do pierwszego czytania, to będzie ich zasługa.

AKTUALIZACJA:

Dalsze Informacje nadal nie dotarły, więc odmawiam rozmowy na ten temat i przechodzę do zupełnie innego…

*

Jakoś tak się złożyło, że dużo osób płci różnej rozmawiało ze mną ostatnio na temat otwartych związków, w których są lub też chciałyby być.

Otwartych związków jest, mam wrażenie, tyle rodzajów, ile osób w związkach. Są tacy, którzy w ogóle nie uprawiają seksu między sobą, tylko wyłącznie z innymi. Są takie pary, w których związek otwarty jest jednostronnie, zaś drugi partner czasami chce wiedzieć, co robi pierwszy, a czasami nie. Są takie, w których związek teoretycznie otwarty jest dwustronnie, ale zadowolona z tego jest tak naprawdę tylko jedna osoba. Są takie, które chodzą razem do seks-klubów, rozdzielają się przy wejściu, spotykają parę godzin później i idą do domu. Są takie, które uznają wyłącznie trójkąty i są takie, które uznają wszystko, oprócz trójkątów. I wszystko, ale to wszystko pomiędzy.

Kiedy mieszkałem jeszcze w Polsce, idea związku otwartego wydawała mi się dziwna i przerażająca. W ogóle nie potrafiłem sobie wyobrazić, że można uprawiać seks bez miłości, wydawało mi się to raczej obrzydliwe i sądziłem, że osoby, które robią takie rzeczy to jacyś dziwni zboczeńcy. Coś a la ekshibicjoniści — idziesz spokojnie ulicą, a tu wyskakuje na ciebie otwarty związek i rozchyla poły płaszcza.

Po zerwaniu z Szacownym Eks-Małżonkiem spotkałem niejakiego Erniego, któremu wspomniałem nieśmiało, że nie do końca mam ochotę na monogamię, bo chciałbym, że tak powiem, rozeznać się w rynku. Odpowiedź Erniego zdziwiła mnie nieco — rzekł on mianowicie, że w Amsterdamie właściwie prawie nikt nie jest monogamiczny, a on to już na pewno nie. Po czym bardzo prędko okazało się, że moje i jego wyobrażenie związku otwartego nieco się rozmijają. W moim wyglądało to tak, że jeśli przypadkiem spotkam kogoś niesamowicie atrakcyjnego, np. na siłowni, to wolno mi rozważyć, czy aby się z nim nie spotkać. W przypadku Erniego wyglądało to nieco inaczej — ot, nie miał nic do roboty w niedzielny wieczór, więc poszedł do darkroomu i odbył seks z Portugalczykiem, który mu się nawinął.

Od tego czasu minęło parę lat, a ja nauczyłem się paru rzeczy i poznałem paru ludzi. Na przykład, słodkiego faceta, po uszy zakochanego w partnerze, co nie przeszkadza mu zupełnie w regularnym uczestnictwie w fetyszystycznych seks-imprezach podlanych (posypanych?) dużą ilością narkotyków. Parę lesbijek lubiących ostre S/M łącznie z piętnowaniem rozgrzanym żelazem (nie, nie pomagałem im przy tym…) oraz lalki Barbie, kotki i kwiatuszki. Uroczego dealera narkotyków, który w wolnych chwilach kolekcjonuje sztukę dwudziestowieczną, czyta mnóstwo książek w pięciu różnych językach i podsyła mi nowe pomysły związane z kowalstwem (np. sugestię, żebym nawiązał współpracę z producentem luksusowych trumien). I nauczyłem się jednej rzeczy: nieoceniania ludzi. Nie ma czegoś takiego, jak osoba w stu procentach zła, ani w stu procentach dobra. Matka Teresa uważała, że prezerwatywy i aborcja to „największe problemy, przed jakimi stoi świat” i przetrzymywała pieniądze ofiarowane dla biednych na kontach Watykanu. Hitler przed napisaniem „Mein Kampf” utrzymywał się ze swojego malarstwa, spędzał mnóstwo czasu na wykładach, koncertach, w operze i teatrze i ogólnie rzecz biorąc był zapewne uroczym młodym artystą. (Żeby nie było, ja tej dwójki nie porównuję.) Co więcej, poznałem już dwóch kowali, którzy mnie ołgali, więc jak widać nawet członkowie mojej ukochanej profesji nie są bez wad — czegóż więc można się spodziewać po Matce Teresie…

Do czego zmierzam z całym tym postem? Do niczego. Cieszą mnie moje obserwacje i bardzo ekscytuje poznawanie świata we wszystkich jego przejawach. Ciekaw jestem też, czy są takie zachowania lub postawy, które w Waszych oczach natychmiast dyskwalifikują daną osobę totalnie, w stu procentach i nie do naprawienia. Osobiście nie toleruję rasistów, homofobów, antysemitów i seksistów, więc nie jest bynajmniej tak, że jestem gotów pochylić się z dobrotliwym uśmiechem i poklepać po główce Adolfa, bo przecież był artystą — ale wiemy przecież wszyscy, że w Polsce o wiele prędzej znajdziemy chętnego do pochwały dowolnego rasisty, homofoba, antysemity i seksisty, niż ciemnoskórego Żyda-geja. Nawet, jeśli ten pierwszy wrzeszczy „Rosja kur…”, a ten drugi wszelkie wolne chwile spędza na pomocy ubogim.

*

Odpowiadam na pytania niezadane.

Owszem, w Holandii jazda rowerem po trzech piwach jest niekarana, z wyjątkiem sytuacji, w której rowerzysta doprowadzi do wypadku z udziałem samochodu lub pieszego. W przypadku samochodu, kierowca samochodu musi jeszcze udowodnić, że to nie jego wina. Mówię wyłącznie na podstawie swoich doświadczeń w jeździe na rowerze po pijaku. Być może w rzeczywistości jest to karane bardzo surowo, ale nie znam żadnej osoby, której by się to przytrafiło, znam setki osób, w tym dwie niepijące, a na rowerze w Amsterdamie jeżdżą właściwie wszyscy i przez większość czasu, więc próbka jest statystycznie znacząca. Z drugiej strony, z tych setek znajomych mi osób, samochód posiadają trzy.

Owszem, w Holandii zamówienie trzech gram ziela dla psa rasy pudel jest niekarane. Nie oznacza to, że nie jest przestępstwem. Jest przestępstwem karanym niczym, o zerowej szkodliwości społecznej i dowolnej innej. Przestępstwem karanym CZYMŚ byłoby zamówienie sześciu gramów w jednej przesyłce, przy czym najprawdopodobniejszą karą (w wypadku, gdyby ktokolwiek odnotował zbrodnię) byłoby odebranie przesyłki i pouczenie, żeby następnym razem zamawiać po pięć gramów w jednej przesyłce.

Owszem, w Holandii stwierdzenie, że Biblię napisali „napruci winem” jest niekarane. Prawdopodobnie w celu ukarania tak twierdzącego musieliby go pozwać autorzy Biblii lub ich spadkobiercy, zakładając, że zadbali o przedłużenie praw autorskich powyżej standardowych 50 lat od powstania dzieła.

Owszem, zostaję tutaj i nigdzie się nie wybieram…