Dwa blogi na tokfm.

Autorka pierwszego, Dominika Staniewicz, przedstawiająca się wyłącznie wyrazami w rodzaju męskim (wykładowca, socjolog, ekspert, minister, przedsiębiorca, członek, etc.) a więc z pewnością nie feministka, pisze:

Moja prawda jest taka: ci którzy pracują na swój sukces, jeśli posiadają cechy pożądane na rynku (towar pod tytułem ”umiejętności”), potrafią się komunikować i mają swój cel – osiągną go wcześniej czy później. Ich ciężka praca zmaterializuje się w postaci gotówki. Nie jest sprawiedliwym, aby od tych, którzy tworzą innym możliwości zarabiania, oczekiwano budowania mini państwa. Nie jest sprawiedliwym społecznie, aby musieli za swój sukces ponownie zapłacić cenę wysokich podatków i dawki nienawiści od tych, którym nie wyszło. Sprawiedliwość społeczna jest złudna.

Jako przedsiębiorca i członek pani Dominika zapewne kogoś zatrudnia, tak zgaduję, co więcej, jej przedsiębiorstwo „działa w sektorze usług HR”, czyli uprawia headhunting. Ciekawe, czy płaci swoim pracownikom legalnie, czy pod stołem. I ciekawe, co im mówi, jak proszą o podwyżkę. „Sprawiedliwość społeczna jest złudna”?

Ale po kolei. Mamy czas oburzonych, niezadowolonych i protestujących. Wszyscy domagają się równych praw i sprawiedliwości społecznej, najlepiej pod hasłem „wszystkim po równo”.

No więc wcale nieprawda, pani przedsiębiorco członku.

Chociaż w sumie, dzięki temu jesteśmy narodem, który „potrafi”. I tak: czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy. Nieważne czy się uczyłeś i ciężko pracowałeś, nieważne czy inwestowałeś w siebie własne pieniądze, nieważne czy byłeś jednym z obiboków, którzy może i ukończyli szkołę średnią, ale nic poza tym ze swoim życiem nie zrobił. „Należy się”. Roszczenia i gwarancje, których oczekujemy właściwie na każdym kroku.

Na przykład gwarancja, że się dostanie emeryturę, albo nie umrze na ulicy, jeśli będzie się miało pecha zemdleć i uderzyć w głowę. Co rzeczywiście może się przydarzyć na każdym kroku.

Za to ludzie, którzy mieli szczęście, lub po prostu zapracowali na swój sukces, są postrzegani jako „układowi”, oszuści, wyzyskujący wszystkich dookoła. Nie daj Panie Boże, żeby zarabiali dużo więcej niż przykładowe dwa tysiące. To się dopiero zaczyna. Zazdrość w imię sprawiedliwości społecznej. Szerzą się hasła „zabrać bogatym”, dać biednym. Podwyższyć podatki i kontrolować, sprawdzać.

Nieśmiało się domyślam, że pani ekspert minister zarabia więcej, niż dwa tysiące.

Dlaczego mam swoje ciężko wypracowane pieniądze przekazywać naszemu rządowi i Panu R.? Bo zapewnił mi edukację? Bo mamy drogi (byle jakie choć to się zmienia)? Bo mam opiekę medyczna, z której nie korzystam ze względu chociażby na pielęgniarki i lekarzy, którzy są – subtelnie mówiąc – mało sympatyczni?

No, chociażby. Na wszystkie te pytania odpowiadam twierdząco. Mamy drogi, mamy edukację i mamy opiekę medyczną. Nie wiem, ile pani Dominika zarabia, ale nie wierzę, że urodziła się mówiąc pięcioma językami, od tej chwili przemieszcza się wyłącznie drogą teleportacji, a o chorobach wyłącznie słyszała, ale nie daje wiary tym plotkom.

Zostawmy niesympatycznych lekarzy, co by tylko leżeli za dwa tysiące i przejdźmy do polemiki autorstwa dzikowego — ten jest miłośnikiem fantastyki i antyutopii, więc gdzie mu tam do pani przedsiębiorcy eksperta, ale za to jakoś mi bliżej do jego poglądów.

Nie cierpię ludzi, którzy życie znają z książek lub z wydajemiesie. To szczególnie często dotyczy osób w jakiś sposób chowanych pod kloszem – na oddzielnych podwórkach, z ekskluzywnych przedszkolach pięciojęzycznych i innych kuźniach socjopatów.

Mocny początek, który oddaje moje poglądy na temat liberałów.

Człowiek jest sumą swoich doświadczeń. I to jest niekompletny obraz. Jest też sumą swojego otoczenia – bliższego i dalszego. I to jest niekompletny obraz. Jest też sumą włożonej w niego pracy przez to otoczenie – czy trafił na dobrego nauczyciela, nietoksycznych rówieśników, infrastrukturę pozwalającą rozwijać talenty, których w dzieciństwie może nie być świadomy. A dopiero potem pracy i szczęścia.
[…] Może autorce trudno to sobie wyobrazić, ale niektórzy wcale nie chcą zarabiać więcej i więcej! Niektórzy chcą być zdrowi, niektórzy chcą mieć spokój, czuć się bezpieczniej, mieć dobre drogi, bogate w księgozbiory biblioteki lub światowej klasy muzea. Poza indywidualnym bogactwem materialnym żadnego z powyższych „marzeń” nie da się osiągnąć wyłącznie własną pracą. Poza tym, często są to płaszczyzny na tyle niszowe, że zebranie chętnych „współfundatorów” byłoby niemożliwe, np. jeżeli ktoś chce zapewnić opiekę chorym członkom rodziny (teraz, nie za 10 lat, gdy się dorobi). […] Najlepszym przykładem jest pogotowie ratunkowe, którego potrzebujemy najczęściej wówczas, gdy trudno nam wklepać PIN ze złotej lub czarnej karty, a na co dzień nie korzystamy.

Nie muszę komentować dzikowego, bo się z nim zgadzam.

W holenderskiej polityce panuje akurat walka na noże, ponieważ świeżo zawiązana koalicja lewicowo-liberalna ma niejakie problemy z ustaleniem wizji świata — coś tak, jakbyśmy posadzili przedsiębiorcę eksperta i miłośnika antyutopii i kazano im stworzyć program dla rządu. Wyborcy centrolewicowej PvdA oskarżają swoją partię o zdradę ideałów i to samo, co dziwne, robią wyborcy liberalnej VVD. Bo nie jest łatwo pogodzić dwa tak różne systemy postrzegania świata i otaczających ludzi, a co dopiero wyłonić z tego jakiś spójny obraz.

Holendrzy zabrali się na przykład za reformę składki zdrowotnej, która tutaj nie jest uzależniona od pensji; może to dziwne dla Polaka, ale nie jest i już. Tak więc tyle samo płacił do tej pory zarabiający 1200 euro, co ten zarabiający 12000 euro. Teraz składka miałaby przynajmniej w pewnym stopniu zależeć od pensji. Nie spodobało się to rzecz jasna liberałom, którzy podobnie jak przedsiębiorca Dominika uważają, że 1) biedni są po prostu leniwi, bo jakby nie byli leniwi, to by byli bogaci, 2) a gdyby już byli bogaci, to by nie korzystali ze służby zdrowia, albowiem bogaci nie chorują, bo to w pewnych sferach nie wypada. Jeśli już chorują, to nie korzystają rzecz jasna z tej samej służby zdrowia, co biedni, bo ktoś mógłby ich zobaczyć i draka w „Fakcie” pewna. Nie spodobało się to też wyborcom i politykom partii spoza koalicji, którzy wskazali, słusznie zresztą, że projekt nie został z nikim skonsultowany, ot, tak rzucony mediom na pożarcie. Reforma prawdopodobnie nie nastąpi.

Druga z reform jest zdecydowanie bardziej liberalna i polega na dłubaniu w emeryturach, podatkach i zasiłkach. Podniesiony zostanie wiek ich przyznawania z 65 do 67 lat; wprowadzona zostanie górna granica możliwej emerytury, żeby nie trzeba było za wiele wypłacać; obniżona zostanie za to maksymalna stawka podatku dochodowego. Zaś zasiłek dla bezrobotnych nie będzie wypłacany dłużej niż 24 miesiące (co w tej chwili ma miejsce i pozwala osobie w wieku 63 lat, wyrzuconej z pracy, dotrwać do emerytury). Jak się domyślacie, wyborcy PvdA na te wieści nie padli trupem z zachwytu, tylko zaczęli głośno wyrażać swoje niezadowolenie.

Problemem nie tylko Polski, ale Europy w roku 2012 jest nie to, że bogaci płacą za duże podatki, ani też nie to, że ubożsi chcieliby zarabiać tyle samo, co bogaci, nic przy tym nie robiąc. Problemem jest to, że zbudowaliśmy dziwny system-wydmuszkę przypominający piramidę postawioną do góry nogami i coraz mniej jest chętnych do trzymania tego dziwnego urządzenia w stabilnej pozycji (niemal jak pan Andrzej, co trzyma kredens). Ruch Oburzonych nie polega na tym, pani przedsiębiorco socjologu, że mamy wszyscy zarabiać po tyle samo. Polega na tym, że każdy człowiek ma taki sam żołądek i nie do końca rozumie, czemu pan przedsiębiorca zajeżdża z fasonem nowym Porsche i zawiadamia pracowników, że w tym roku nie będzie podwyżek, bo jest kryzys.

Problem Grecji, który niedługo stanie się problemem Polski, polega na tym, że umowy śmieciowe, renty wypłacane znajomym i zasiłki dla osób prowadzących pod stołem działalność pozwoliły przedsiębiorcom i ministrom podobnym pani Dominice zaoszczędzić tyle kasy, że budżet Grecji upadł — bo jakkolwiek pani Dominika może prychać pogardliwie na myśl o drogach, tak ich budowa kosztuje. A wściekłe demonstracje pod parlamentem greckim nie biorą się z tego, że trzeba teraz oszczędzić, tylko z tego, że zmniejszenie zarobków o 20% będzie o wiele bardziej odczuwalne dla osoby zarabiającej 1200 euro, niż 12000.

Na posiadanie poglądów pani Dominiki może sobie pozwolić osoba o zarobkach pani Dominiki. Tyle, że jeśli ktoś przypadkiem — cytuję — nie posiada cech posiadanych na rynku (towar pod tytułem „umiejętności”), nie potrafi się komunikować, lub — jak napisał dzikowy — jego celem NIE jest wyłącznie kąpanie się w gotówce, to nie znaczy ani tego, że chce dostawać mityczne dwa tysiące za leżenie, ani też tego, że wskazana jest jego śmierć głodowa. Ktoś przecież musi kupować smartfony Apple (produkowane w Chinach, żeby zaoszczędzić), ktoś musi kupować ciuchy C&A (produkowane w Bangladeszu, żeby zaoszczędzić), a ten sam ktoś czasami ma jeszcze takie niezwykłe wybryki, że chciałby na przykład mieć dziecko, mieszkać nie u mamy i co jakiś czas pójść do kina. I nie jest tak, że pani Dominika i dzikowy powinni zarabiać tyle samo jako przedsiębiorca minister w randze członka i bibliotekarz w małej miejscowości. Ale nie widzę też powodu, dla którego pani Dominika miałaby zarabiać na przykład 100 razy tyle, co ów bibliotekarz. Nie wiem, ile jada, ale chyba nie aż tyle — a parafrazując wypowiedź pewnej dumnej damy, nie wszyscy możemy jeść ciastka.

Wyborcza zorganizowała akcję o nazwie „Pytania bez tajemnic”. Na początek akcji sondaż i komentarze do niego w wykonaniu profesora Antoniego Sułka. Pyta Agnieszka Kublik.

Polacy potrafią ze sobą rozmawiać o życiu?

Nie bardzo. Kiedyś to się rozmowy o życiu prowadziło często, nawet do rana.

No bo wódka wychodzi z mody 🙁

Jeżeli nie rozmawiamy o najważniejszych sprawach, bo tak traktuję rozmowy o życiu, to o czym?

– Żeby o tym naprawdę rozmawiać, trzeba być gotowym do odsłonięcia się i być ciekawym innych ludzi.

No ale co to są rozmowy o życiu? Czy rozmowa o życiu to rozmowa o kredycie mieszkaniowym? Posiadaniu dziecka? O piętnastu marszach napierdalających się po mordach celem godnego uczczenia Święta Niepodległości?

30-40 proc. przyznaje, że nigdy nie zadaje sobie pytań: „kim jestem?”, „jak żyć?”. Czyli pytań o sens życia w ogóle. Pytań fundamentalnych. […] Wielu Polaków przyznało się, że żyje w ogromnym pośpiechu, ale po zastanowieniu się okazało się, że nie wiedzą, po co się tak spieszą. Czyli tak się spieszą, że nie mają czasu zastanowić się, po co to robią. Po prostu przyjęli, że uczestniczą w jakimś wyścigu, że coś im ucieknie, że gdzieś nie zdążą. Ale dokąd biegną i co chcą osiągnąć? O tym już nie myślą.

Kocham pana, panie Sułku!

Ale pani Agnieszka wie lepiej, jakie jest najfundamentalniejsiejsze z pytań:

Pytanie o istnienie Boga jest zawsze aktualne. W Polsce zadaje je sobie połowa. Tylko?

– 20 proc. zastanawia się nad tym często, 37 proc. rzadko, 37 proc. – nigdy. Ale to nie jest pytanie dnia codziennego. Jeśli ktoś chciałby na co dzień rozważać kwestię istnienia Boga, powinien się zamknąć w klasztorze i nic innego nie robić.

Całe szczęście, że odpowiedź profesora Sułka brzmi właśnie tak, bo już się miałem zapłakać w desperacji. „Pytanie o istnienie Boga jest zawsze aktualne” w świecie, w którym Polacy nie mają czasu zapytać samych siebie o to, kim są i po co żyją?

Co to znaczy rozmawiać o życiu? Dla mnie rozmowa o życiu, to strasznie nieostre pojęcie. Życie to życie, jak mawiają filozofowie z grupy Opus. (Dokładnie mawiają, „Żywe to życie”, ale nie czepiajmy się szczegółów.) Czy rozmowa o kredycie w banku, o stażu w prywatnej firmie lub o zakupach na kolację nie jest rozmową o życiu? Życie przecież składa się z pracy, kredytu i zakupów w tym samym stopniu, co z wpatrywania się we własny pępek i debat o Ojczyźnie i Bogu.

O życiu rozumianym jako sprawy fundamentalne rozmawiałem ostatnio wiele z lekarzami i terapeutami, ale też ze znajomymi, z których wielu strasznie zazdrości mi kuźni. Nie dlatego akurat, że jest to kuźnia, że łażę z brudem za paznokciami, wielką naszywką BLACKSMITH na kurtce i oparzeniami na rękach, tylko dlatego, że kocham kuźnię ogromną miłością i wiem na pewno, że kowalstwo jest tym, co chcę robić. Nie wiem, czy mi się uda i w jakim stopniu; nie wiem, czy pewnego dnia nie zapadnę na jakieś schorzenie wykluczające dalszą pracę; ale wiem, że kocham tę robotę całym sobą. Tymczasem ludzie w moim otoczeniu bardzo często pracują gdzieś dlatego, że w sumie jak już zaczęli to głupio zmieniać, zwłaszcza podczas kryzysu; wartości moralne wynoszą z tego, co im powiedzieli rodzice, nigdy nie zadając sobie pytań „a właściwie dlaczego tak jest”; ubierają się w to, co wszyscy; oglądają to, co wszyscy; ogólnie robią to, co wszyscy i wielu z nich trwa w takim marazmie dopóki nie nadejdzie wypalenie zawodowe, załamanie, rozwód lub inne wydarzenie, które w końcu zatrzęsie fundamentami ich życia.

*

Właśnie mija rok od kiedy po raz ostatni wyszedłem ze starej pracy, zdałem kartę wstępu, dotarłem do domu o godzinie 15 i zdałem sobie sprawę, że nie czeka na mnie nic i nikt. Byłem wtedy singlem, miałem kasę i nie miałem żadnych pomysłów na to, co ze sobą robić. Nie mogłem pracować jako grafik, bo próby odpalenia Ilustratora zupełnie dosłownie powodowały u mnie mdłości. Niczego innego wcześniej nie robiłem, więc nie miałem niczego, do czego mógłbym wrócić. Tak więc najpierw skończyłem inne posiadane w domu używki, po czym wieczór spędziłem w ulubionym barze, zalewając się w trupa i NIE rozmawiając o życiu. Nie wiedziałem nawet, czym to życie miałoby być. Ogólnie średnio chciało mi się żyć i nastrój miałem raczej dekadencko-nihilistyczny.

Rok później używki są wyłącznie bladym wspomnieniem — potrzebne mi były wtedy, kiedy nie znałem sposobu na życie; kiedy ten sposób znalazłem, przestałem mieć czas na głupoty. Pić w ogóle mi nie wolno, ale niespecjalnie mnie to martwi, bo nie mam robaka do zalewania. Sposób na życie znalazłem; realizacja może nastręczyć wielu trudności, ale mam cel i planuję go osiągnąć. Mam ukochanego mężczyznę. Mam ukochane miasto (żeby tylko mniej tu padało…) Nie mam kasy, nie mam etatu i nie mam pewności jutra. Ale rok temu czułem, że egzystuję; teraz czuję, że żyję. W międzyczasie musiałem sobie zadać bardzo dużo pytań. Czy były to pytania o życie? Głównie. Czy zastanawiałem się nad istnieniem Boga? Katolickiego akurat nie.

Co jest najważniejsze w moim życiu? To pytanie zadałem sobie i odpowiedziałem na nie z wielką łatwością — osoby, które kocham. Moja rodzina, mój mężczyzna, moi przyjaciele. Czy jestem dobrym człowiekiem? Uważam, że jestem (chociaż osoby, definiujące moralność za pomocą posiadania prawicowych poglądów, wiary w Jezusa i ilości partnerów seksualnych z pewnością by się nie zgodziły). Dlaczego powinienem pomagać innym? O to samego siebie nie pytam, po prostu staram się pomagać bez powodu. Czy czuję się samotny? Czasami tak, a czasami nie, przy czym w obu tych wypadkach nie muszę siebie o to pytać, bo uczucia mają to do siebie, że czują się same z siebie, niepytane. Czy jest ktoś, kto mnie kocha? Wiem, że jest. Czy moje życie ma sens? A czy w ogóle czyjekolwiek ma? To pytanie wydaje mi się głupie — spytałbym raczej, co jest sensem mojego życia. Sensem mojego życia jest przeżyć je tak, żebym umierając nie myślał w panice: czemu nie spróbowałem zrobić tego, co naprawdę chciałem i czemu częściej nie mówiłem ukochanym osobom, że je kocham. Zaskoczy Was to być może, ale prawie nikt nie myśli na łożu śmierci „cholera, czemuż nie spędziłem więcej czasu w biurze?” lub „cóż za szkoda, że nie zdążyłem zapłacić na czas podatków”.

A czy Wy zadajecie sobie pytania o życie? Które — i jak na nie odpowiadacie?

Tytuł nie jest ironiczny.

Tim Ribberink, 20-latek mieszkający we wsi Tilligte koło niemieckiej granicy, popełnił samobójstwo. Tim był ofiarą prześladowań osób homoseksualnych (tak, mowa o Holandii). Pracował w lodziarni, gdzie koleżanki dopytywały się, czy nie jest aby gejem; chłopak obracał sprawę w żart i unikał odpowiadania na pytanie. Na stronie DinnerJudge.nl pojawiły się dwie „recenzje” jego lodziarni, podpisane jego nazwiskiem, z których jeden brzmiał „jestem przegrańcem i homo”, po czym następował adres. Nic więcej na razie nie wiadomo.

Tim pozostawił po sobie liścik, który jego rodzice przekazali prasie, chcąc zwrócić uwagę na problem prześladowania. Liścik był krótki. „Kochani Mamo i Tato, całe moje życie śmiano się ze mnie, napastowano, dręczono i wykluczano. [Ale] Wy jesteście fantastyczni. Mam nadzieję, że nie jesteście na mnie źli. Do następnego spotkania, Tim.” Rodzice nie zdawali sobie sprawy, że Tim był ofiarą prześladowań aż do jego śmierci.

Pastor Marinus van den Berg odczytał we wtorek oświadczenie rodziców: „Chcemy, żeby ci, którzy dręczyli [Tima] pomyśleli o konsekwencjach swojego zachowania. Czy mieszkają w Tilligte, czy też nie. […] Chcemy, żeby naprawdę zajęto się problemem prześladowania.” Według van den Berga nowy rząd musi zająć się obiecaną ustawą o przeciwdziałaniu prześladowaniom. „Trzeba stworzyć krajowy rejestr prześladowców, włączyć w niego szkoły i drużyny sportowe i zakazać anonimowych wpisów w internecie”, powiedział pastor.

Tak się złożyło, że kilka tygodni temu Mariska de Haas, redaktorka naczelna tutejszego pisma katolickiego Katholiek Nieuwsblad, miała pecha uzewnętrznić publicznie swoje poglądy na temat homoseksualistów, a w szczególności lesbijek. „Bardzo niepokoiłabym się, gdyby mój syn był gejem, bo homoseksualni mężczyźni mają szokująco wielu partnerów […] wiele dziewcząt, które są lesbijkami, było w przeszłości napastowanych” rzekła de Haas pismu Fabulous Mama. „Wielu chłopców w wieku lat 15 lub 16 jest napastowanych przez starszych mężczyzn” dodała, po czym stwierdziła, że sama już widzi po swoich dzieciach, że nie są homoseksualne. „Gdyby były, czułabym, że jako rodzice zrobiliśmy coś złego.” Dzieci Mariski mają lat 6 (dziewczynka) i 4 (chłopiec).

Wypowiedzi de Haas wzbudziły szok w Holandii, po części dlatego, że Holendrzy zdążyli w międzyczasie przywyknąć do własnego obrazu jako narodu tolerancyjnego, w którym jedyne objawy nietolerancji pochodzą z zagranicy (np. z Maroko, Turcji lub Polski). Tymczasem de Haas jest blond Holenderką, zupełnie nie wyznaje wiary muzułmańskiej i ani trochę nie przystaje do obrazu wściekłego brodatego imama potrząsającego Koranem. Tak więc kiedy raptem kilka dni po ukazaniu się magazynu z wypowiedziami de Haas media zajęły się samobójstwem Tima, wściekły felietonista Luuk Koelman napisał „list otwarty do rodziców”.

W liście/felietonie, wzorowanym na wywiadzie z Mariską de Haas, stwierdzał, że to wszystko ich wina — „mój syn ma 4 lata, ale ja już wiem, że jest hetero — ale gdyby i tak okazał się gejem, czułabym, że jako rodzice zrobiliśmy coś złego”, przeplatając cytaty z de Haas cytatami z oświadczenia rodziców Tima. Burza, która rozpętała się po liście otwartym Koelmana, zatrzęsła krajem. Koelman wycofał swoją kolumnę, kiedy de Haas zaczęto grozić śmiercią. Metro (w którym ukazał się jego felieton) odcięło się od autora i przeprosiło. Autor przeprosił również — rodzinę Tima Ribberinka. Mariska de Haas opublikowała na Twitterze zgorszone „nie do wiary, że ktoś usiłuje wykorzystać śmierć Tima do autopromocji!”. Koelman odciął się stwierdzeniem, że de Haas wcale nie jest lepsza niż ci, którzy dręczyli chłopaka bezpośrednio.

Czy ktoś na tym wszystkim wygrał? Nie sądzę. Zdecydowanie nie Tim. Owszem, udało się zwrócić uwagę na to, że Holandia nie osiągnęła jeszcze tego stopnia tolerancji, którym chciałaby się chwalić. Ale czy cena jest tego warta? Marisce de Haas udało się pokazać, że fundamentalizm religijny mało się różni w wykonaniu uśmiechniętych blondynek i brodatych imamów. Luukowi Koelmanowi udało się pokazać, że czasami można mieć rację i posunąć się za daleko. A tymczasem nadal nie wiadomo, kto dokładnie dręczył Tima, gdzie, kiedy i po co. Ba, nie wiadomo nawet, czy chłopak był gejem. Tego szczegółu nie wyjawił nawet rodzicom.

 

Dużo ciekawych komentarzy pod poprzednią notką, bardzo dziękuję. Nie zaskoczyło mnie tak naprawdę ani to, że wielu moich czytelników zmaga się z problemami podobnymi do tych, które sam miałem, ani to, że wielu z nich się do tej pory nie ujawniało. Te dwie rzeczy rzecz jasna są ze sobą powiązane.

Fobie, utrudniające nam życie, są trudne do przezwyciężenia między innymi dlatego, że nie są logiczne. Boimy się wykonać telefon, czy też odezwać do innej osoby, ale nie dlatego, że mamy powody, które potrafimy logicznie wyłuszczyć. Boimy się i już. Mi osobiście pomogło rozważanie dość długo i częściowo na piśmie pytania CZEGO się boję, ale nie twierdzę, że pomoże każdemu.

Skoro mowa o każdym, Daria zapytała mnie również:

Ray, masz może swój jakiś sprawdzony sposób na zagadanie ? Tematy, które się zawsze sprawdzają, żarty, które zawsze śmieszą ?

Absolutnie nie. Każdy ma inne poczucie humoru, inne zainteresowania… Na ogół zauważam inną osobę dlatego, że ma w swoim wyglądzie coś interesującego — nietypową fryzurę, nietypowy t-shirt, buty… Wybieram się wtedy do tej osoby i mówię jej: cześć, nazywam się Ray i chciałem powiedzieć, że bardzo podoba mi się Twoja fryzura/t-shirt/buty. W przypadku odzieżowym można również spytać gdzie kupiłaś/eś coś tak fajnego? Ale — zawsze musimy liczyć się z tym, że druga osoba zwyczajnie nie będzie nami zainteresowana tak, jak my nią. Nas być może bardzo ekscytuje, że ktoś inny słucha zespołu Tyr, ale tego kogoś innego może w ogóle to nie rusza, że my też kochamy album Eric The Red. Mój sposób pozwala nawiązać rozmowę, ale nie gwarantuje, że rozmowa przetrwa dłużej, niż dwa zdania. Tyle, że ja się tym w ogóle nie przejmuję, bo nie uważam, że każdy musi się mną interesować, każdemu muszę się podobać i z każdym być w stanie nawiązać kontakt.

Tutaj pasuje mi komentarz mat:

ze small talkami w firmowej kuchni nie mam problemu, raczej z tym, żeby zabiegać o zainteresowanie, spotkania itp. tzn już nie mam problemu odkąd doszłam do wniosku, że lubię to w sobie. jak już sobie zdałam z tego sprawę to nagle okazało się, że wychodzę na piwo z 5 osobową ekipą z pracy i jest mega fajnie.

No i właśnie. Ja też kiedyś chciałem być kochany przez wszystkich, a czułem się przez wszystkich ignorowany (w najlepszym wypadku). Aż mi przeszło i zacząłem akceptować swoje dziwactwa. Przestałem zabiegać o to, żeby lubiły mnie osoby, które mnie nie akceptowały takim, jakim byłem. I ku mojemu wielkiemu zdziwieniu to WTEDY zacząłem być lubiany. Nie przez wszystkich; nie przez średnią społeczeństwa. Ale przez grupę freaków, squattersów, artystów i generalnie ludzi, którzy pasowali do mnie tak samo, jak ja pasowałem do nich. Ja po prostu nie jestem taki, jak inni. Oni też nie są tacy, jak inni. (Pytanie, kim są inni i jak wygląda średni inny, to materiał na… inną notkę.) Owszem, w moim dziale w firmie — gdzie pracowały głównie dzieciate pary hetero — rzadko zdarzało mi się nawiązać bliższy osobisty kontakt. Ale kiedy zrozumiałem, że NIE MUSZĘ go nawiązywać… wtedy zaczęło mi się udawać.

Grześ pisze:

E tam, pomaga.
Niby to wiem i sam się śmieję ze swojego przejmowania się, ale i tak zawsze mam wrażenie: Bosze, po co to powiedziałeś, Bosze, jak gupio wypadłeś, Bosze…

Nieśmiałość i kompleksy często łączą się z poczuciem własnej wyjątkowości. Ciężko jest nam (mówię nam, bo rzecz jasna mam na myśli także siebie) przyjąć do wiadomości, że ludzie NAPRAWDĘ nie zajmują się skrzętnym zapisywaniem popełnionych przez nas gaf i niepasujących do sytuacji dowcipów. Częścią problemu mojej nieśmiałości było właśnie silne doznanie, że nie powinienem się odzywać, bo powiem coś głupiego. Tak więc na wszelki wypadek nie mówiłem nic, dzięki czemu zapracowałem na reputację nietowarzyskiego milczka. A przecież tak bardzo chciałem, żeby mnie lubiano! Tak się starałem!

Kluczem okazało się niestaranie — ale też odnotowanie, że każdy mówi głupoty. Szczególnie w sytuacji towarzyskiej, kiedy jesteśmy po kilku piwach  dowcipy zaczynają być głupie, gafy padają średnio co pięć minut, a jedyną osobą, która je odnotowuje, jest ta, która je wypowiedziała. Przyjrzyjcie się tymczasem politykom. Ileż głupot wygaduje CO DNIA Jarosław Kaczyński czy Stefan Niesiołowski? A to są przecież reprezentanci narodu, wybrani naszymi głosami i sowicie opłacani. Jak bardzo liczy się źle dobrany dowcip przy piwie w zestawieniu ze Smoleńskiem?

gmina_wiżajny:

Teraz jest trend na naprawianie w człowieku wszystkiego i wszystko w zasadzie nadaje się na terapię / operację / sesję z kołczem. Odstawanie od radosnej, korporacyjnej, wyluzowanej normy z reklam telefonów komórkowych budzi w ludziach poczucie winy. We mnie też cały czas budzi, ale staram się buntować i trochę się ze sobą pogodzić.

No właśnie. Tak się czułem przez całe lata: czemu ja jestem taki nie taki? Przecież wszyscy w reklamach tak się dobrze bawią, i kochają futbol, i są tacy razem piękni i szczęśliwi. A ja siedzę w domu i zadręczam się, że trzy godziny temu powiedziałem do kolegi coś, co on być może źle zinterpretuje i co teraz.

Terapie i sesje z kołczem pomagają, jeśli męczymy się sami ze sobą. Ale nie wierzę w to, że jest jeden obiektywny standard, do jakiego należy aspirować. Z pewnością nie jestem tym standardem również ja. Sam aspiruję do tego, żeby być szczęśliwym kowalem, to jest cała moja życiowa aspiracja w tej chwili. A czy będę szczęśliwym kowalem zamężnym, czy singlem — intro- czy ekstrawertycznym — z irokezem czy bez, to jest zupełnie nieważne. W reklamie telefonu miałbym szansę wylądować, czemu nie. W roli „dziwnego włochatego wytatuowanego kryminalisty”, zapewne. I kompletnie mi z tym dobrze, bo lubię wyglądać tak, jak wyglądam i robić to, co robię.

Nigdy nie będę ślicznym blond tatusiem z bejbi w ramionach, jadącym z żoną Toyotą na wakacje w ośrodku dla rodzin wielodzietnych. Nigdy nie zaprzyjaźnię się z Michałem Figurskim, nie wystylizuje mnie Michał Piróg i nigdy nie zatańczę z gwiazdami. Nie będę gwiazdą pop, tenisistą ani kickbokserem. Nigdy nie będę najpopularniejszą osobą w barze dla modnych i popularnych dwudziestosiedmioletnich biznesmenów i menażerów. Wszystkie te rzeczy mam w dupie. 🙂 I myślę, że tak naprawdę zaakceptowanie tego, że nigdy nie będziemy osobami, którymi powinniśmy być według reklam jest kluczem do tego, żebyśmy stali się zwyczajnie szczęśliwi. A jak dowodzi mat, do szczęśliwości nie jest potrzebne zaadaptowanie się do najbliższego stereotypu, tylko zaakceptowanie, że pewne cechy mamy, zawsze będziemy mieć i nauczenie się kochania samego/samej siebie razem z tymi cechami.