Ta notka stanowi kontynuację cienko śpiewającego Hartmana i trochę się w niej powtarzam.

Erika Liodice na stronie Writer Unboxed pisze: (tłumaczenie moje)

Jedyne słowa niosące moc większą niż te, które piszesz to te, które mówisz. Dotyczy to zwłaszcza słów, jakimi opisujesz siebie i swoją pracę. Na początku swojej pisarskiej kariery mówiłam na przykład „ale nie jestem prawdziwą pisarką”. W rzeczywistości pisanie było dla mnie tak ważne, że rozmawianie o tym z innymi – nawet najlepszymi przyjaciółmi – powodowało, że czułam się niesamowicie wrażliwa. Bałam się, że ludzie pomyślą w tajemnicy ona nie ma tego, co powinna mieć, więc wyprzedzałam ich i dołowałam samą siebie. Osiągnęłam tylko to, że dałam im przyzwolenie, by nie brać mnie i mojej pracy na poważnie. Co gorsza, pozwoliłam na to sobie, co negatywnie wpłynęło na rzecz, która była dla mnie tak ogromnie ważna. Dopiero kiedy zmieniłam swoje słowa i zaczęłam mówić o sobie jako powieściopisarce ludzie zainteresowali się moją pracą i zechcieli ją opublikować.

Janet Reid, agentka literacka:

Pewna kobieta, którą nazwiemy Przygotowaną, była w stanie zainteresować mnie samym tytułem swojej książki. (Muszę tu pozostać dyskretna w temacie szczegółów.) Spędziłyśmy więcej czasu na rozmowie o czym historia jest, raczej niż opisywaniu, co się w niej wydarza.

Gdy zapytałam mężczyznę, którego nazwiemy Prawie Opublikowanym o czym jest jego książka wydawał się bardzo zdeterminowany, by NIE zachęcić mnie do lektury. Bardzo oczywiste było, że czuje się źle mówiąc o sobie, lub chwaląc siebie [w sensie pochwał, nie chwalenia się – R.] w jakikolwiek sposób.

Czytaj dalej

W poprzedniej części serialu o tym, że nienawidzę ludzi pisałem, że chciałbym nie oglądać ludzi w ilościach większych niż te, które mi odpowiadają. Chciałbym też znajdować się w miejscach mi odpowiadających, zaś nie – w tych nieodpowiednich. Dzięki Waszym komentarzom na Buniu i blogu, rozmowom ze znajomymi i własnym doświadczeniom trochę sobie własne marzenia skonkretyzowałem.

Pogląd na to, czym byłoby dla mnie wymarzone miejsce do życia zaczął mi się krystalizować, gdy z moją przyjaciółką C. (wspomnianą w ostatniej notce), jej ówczesnym mężem, moim Szacownym Eks-Małżonkiem i psem D. wyjechaliśmy spędzić weekend na łonie natury. O tych wydarzeniach pisałem iks lat temu, ale ważne jest w sumie to, że gdy jechałem na miejsce ciągle uważałem, że najlepsze wakacje to łażenie po sklepach płytowych w Londynie w środku sezonu turystycznego. Jadąc do domu nienawidziłem głośnej muzyki, pijanych nastolatków, oraz czegoś, co po niderlandzku ładnie się nazywa „asociaal”. Nie wiem, czy po polsku „asocjalny” znaczy to samo, mam wrażenie, że nie. Spróbuję więc wytłumaczyć.

Asociaal to osoba, która pali papierosa stojąc pod znakiem „zakaz palenia”. Która o pierwszej w nocy pali gumy jeżdżąc skuterem pod oknami bloku mieszkalnego. Rozmawia przez telefon w kinie, mówiąc głośno, by przekrzyczeć dialogi. Piłą mechaniczną urąbuje żywe drzewo, bo se chce rozpalić ognisko, a zbieranie drewna jest trudne i nudne. (Właściwie nie wiem, jak to ognisko z żywego drewna rozpalili…) Osoba jadąca rowerem (OK) przez pasy (hmm) bez trzymanki (eee) ROZMAWIAJĄC PRZEZ FACETIME. Na video. Nie głosowo. Patrząc się w ekran i prowadząc rozmowę video. Na rowerze. Przejeżdżając przez ludzi. Albo po prostu nasz sąsiad, który odkrył, że bardzo lubi jeden kawałek Justina Biebera, a najbardziej lubi go bardzo głośno, z rozkręconymi basami, bez przerwy przez sześć godzin.

Czytaj dalej

Od jakiegoś czasu coraz trudniej jest mi wyjść z domu. Amsterdam jest bardzo zaludnionym miastem, a ja coraz gorzej reaguję na ludzi. Pod nami, na pierwszym piętrze, mieszka para małżeńska z dwójką dzieci. Kłócą się nieregularnie. Niedawno doszli do wrzasków „ja cię zabiję”. Po naszej interwencji, a potem telefonie na policję, ograniczyli się do „jak chcesz się ze mną rozwieść, droga wolna”. Rodzice ci wychowują dwóch chłopców, jakoś tak chyba 5 i 6 lat (nie rozróżniam wieku dzieci, dorosłych też nie, chłopcy na pewno są mali i tyle wiem na pewno).

Na parterze znajduje się bar. Na ogół niepopularny, od kiedy obok otworzył się drugi bar. Po prawej zaś stronie znajduje się hotel. Wszystkie budynki są stare i mają cienkie ściany. Palacze hotelowi wychodzą na tyły, a barowi – do przodu, przed budynek.

Aby wybrać się gdziekolwiek do miasta, nawet do parku, najpierw muszę udać się na prom. Od kilku miesięcy prom kursuje cały dzień co 7.5 minuty, bo kiedy kursował co 15 minut był zapchany nawet w środku dnia. Zatrudniono też ludzi „kierujących ruchem”, bo osoby czekające na prom dostawały małpiego rozumu w przekonaniu, że transport oddali się jeszcze zanim wysiadający go opuszczą. Dzięki regulacji ruchu nie muszę już złośliwie wjeżdżać w pchających się na mnie ludzi – a mania ta czepia się wszystkich, dzieci, staruszek, turystów i lokalsów. Ale wjeżdżania zaoszczędza mi też fobia społeczna, dzięki której coraz rzadziej w ogóle do promu docieram.

Czytaj dalej

Magdalena zapytała mnie na Buniu, w temacie kolejnej tożsamości:

A jak radzisz sobie z uczuciem, że uciekasz (w inne nazwisko, zawód itp.), a ucieczka jest porażką? Miałeś takie myśli?

Postanowiłem sprawdzić, czy już o tym pisałem i okazało się, że tak. W 2013. Od tego czasu bardzo dużo się zmieniło.

Kiedyś – wcale nie tak dawno, 2-3 lata temu – przed snem układałem sobie, nie do końca świadomie, listę rzeczy podłych i okrutnych. Generalnie były to powody, dla których jestem biedny, nieszczęśliwy, świat mnie kopie po oczach – ale też jak spieprzyłem, co mi się nie udało, jaki jestem beznadziejny i tak dalej. Teraz układam listę wdzięczności. Możecie wymownie wywinąć oczami do nieba. Dla mnie działa. Czasami, gdy mam dzień depresyjno-bolesny, lista jest krótka. Na ogół zasypiam, zanim dotrę do końca.

Zacytuję samego siebie:

Wydaje mi się, że moją największą porażką jest to, co stoi również u podnóża moich sukcesów. Na swoje potrzeby definiuję tę cechę charakteru jako „ognistość”. Jest ona podobno dość typowa dla dwubiegunowców i znamy ją z dowcipu o złotej rybce, spełniającej trzy życzenia: „Chcę jeża! E, do dupy z takim jeżem! Aaaaa, wyjmijcie mi jeża!”

Oraz:

Dużą porażką było dla mnie kupno gitary. Okazało się mianowicie, że aby grać na gitarze należy tę umiejętność ćwiczyć. Nie przychodzi to łatwo, a co gorsza bolą paluśki i robią się na nich bąble. Po trzech tygodniach i kilku słitaśnych fociach na fejsbuniu gitara zaległa w kącie, gdzie leżała, póki nie oddałem jej bratu. Mój brat w odróżnieniu ode mnie posiada i talent i determinację, więc zakup nie okazał się kompletnie zmarnowany.

Oraz:

Porażką pozostaje fakt, że nie napisałem książki. Zacząć zacząłem chyba z pięć. Tylko żadna z nich nie wyszła poza etap pierwszej wersji do redakcji. Problem leży w tym, że kiedy już tę pierwszą wersję skończę, historia mnie nudzi, bo wiem, jak się skończy. Nie wynalazłem zaś jeszcze sposobu na zaskakiwanie samego siebie wciąż od nowa własną prozą. Obiecuję samemu sobie, że zostanę Ałtorem już od jakichś 15 lat. Co ja pocznę, nie udało się i nie wiem, czy kiedykolwiek się uda.

Uśmiecham się do siebie, kiedy to czytam.

Czytaj dalej