Niedawno dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy na temat „tych singli”. Ekspertem był kuc Konrad, sam żonaty. Skupił się on jednak wyłącznie na tym, jak single tkwią w pracy po 16 godzin na dobę, wciskając ludziom lodówki (to działa — już mam w domu sześć). A tymczasem single przecież zajmują się jeszcze czymś: seksem.

Dawno nie pisałem o seksie, a wyszukiwarka twierdzi, że nigdy nie rozpisałem porządnie tematu „fuck buddy vs friends with benefits”. To drugie można od biedy przetłumaczyć jako „przyjaciele z przywilejami”. Pierwsze z nieznanego mi powodu występuje w języku polskim jako „fucking friends” (czyli „pieprzeni przyjaciele”). Pozwolę sobie pozostać przy terminologii anglojęzycznej, lub raczej poprawnej terminologii anglojęzycznej. (Nawiasem mówiąc, zalinkowany artykuł myli FB z FWB, używając pojęć na zmianę, co sugeruje, że moa ekspercka wiedza na ten temat może się Polakom przydać.)

Czytaj dalej

Lekko drżące ręce, którymi przygotowuję się do schadzki (schadzka, też mi słowo, ale randka sugeruje romantyzm, tymczasem romantyzm nie jest planowany, Amerykanie z brutalną dosłownością proponują sex-date, jednak seks-randka brzmi jak oksymoron, pies-pingwin, tak więc) biorąc prysznic, myjąc włosy i brodę, wycierając się do sucha puchatym ręcznikiem, myjąc zęby dwa razy dłużej niż zwykle, przyodziewając się w gustowny t-shirt i świeżo wyprane dżinsy, klepiąc się po brzuchu, który mimo straty ośmiu kilogramów pozostaje bytem zauważalnym. Spojrzenie na zegarek po raz czternasty, ciągle nie ma godziny osiemnastej pięć, mimo to postanawiam już wyjść, ponieważ zwierzątko w żołądku rozhuśtane i rozchichotane zawiadamia mnie potężnym rykiem, że mi zależy, chociaż może nie powinno, nawet na pewno nie powinno, ale. Luby (luby!) z którym się schadzam nosi przepiękne miano Sierioża Korwin, mimo narodowości niderlandzkiej (cóż, rodzice mieli słowiańską fantazję), z wyglądu jest podobny do Sebastiena Chabala, na którego punkcie mam hopla od chwili, gdy zobaczyłem go w telewizji podczas meczu rugby, który drużyna narodowa Francji rzecz jasna wygrała, bo jakże mogłoby być inaczej, gdy Chabal, bestia rozmiaru niedźwiedzia i urody smagłego Wikinga, na sam widok jego barów drużyna przeciwna jakby zmalała, a brodą zmiażdżył to, co z drużyny przeciwnej pozostało, po czym oklaski i wręczenie pucharu.

Ale ja tu robię dygresje, podczas gdy Sierioża czeka i nalewa wody do wanny, co już samo w sobie stanowi element przyciągający, albowiem wanny nie są dobrem powszechnie spotykanym w Amsterdamie. Zdając sobie sprawę z absurdu brania prysznica przed kąpielą dochodzę krokiem na siłę niespiesznym do promu, którego rzecz jasna jeszcze nie ma, albowiem godzina osiemnasta pięć. Zwierzątko w żołądku uprawia samo ze sobą grę w krzesełka, Sebastien Chabal, Asgeir (jak to możliwe, żeby kompletnie obcy człowiek zapytał mnie, czy znam Asgeira, Islandczyka, który na mojej liście Top 10 Islandczyków prześcignął w zeszłym roku Björk?) i Madonna w słuchawkach w sposób zupełnie nieprzystający do sytuacji.

Prom, tramwaj, uważne pilnowanie przystanku, Google Maps, mój telefon ma problemy ze wskazywaniem kierunku i uparcie twierdzi, że idę bokiem. Bokiem czy nie, ważne, że idę we właściwym kierunku, zwierzątko jakby przyczajone, może to napad nagłej odwagi, być może wartoby go wykorzystać w sposób mądrzejszy, niż schadzka (ha!) – ale teraz już za późno, Sebastien/Sierioża czeka obok wanny, chociaż może jeszcze nie, cholera, jestem za wcześnie, ale co mi szkodzi zadzwonić i tak, przecież nawet jeśli jest nagi, to wcale w niczym nie zaszkodzi, a wręcz. Sierioża otwiera, uśmiechnięty od ucha do ucha, od Chabala różni się posiadaniem brzucha wydatniejszego od mojego, co zauważam rozdarty między próżnością, a ulgą. Gada coś. Zdejmuję buty i kurtkę, czego się napijesz, wody – proszę jak zwykle, nie dodając, że planuję się za nim wepchnąć do kuchni i upewnić, że rzeczywiście nalewa mi wody prostu z kranu, a nie ze specjalnie w tym celu przygotowanej butelki. Sierioża gada, ignorując moją prośbę nalewa herbaty do dwóch filiżanek. Mimo wizji samego siebie, budzącego się w wannie pełnej lodu z silnym bólem na wysokości nerki straceńczo pociągam łyk herbaty ziołowej (jakie zioła?), która okazuje się całkiem smaczna. Po pierwszym łyku na wszelki wypadek odstawiam filiżankę, poniekąd z żalem, myśląc nie wiadomo czemu o Zbrojmistrzu, który doskonale wie, z kim się znajduję, choć nie wie, gdzie. Sierioża gada. Może to nieśmiałość? Pokazuje mi swoje obrazy i rzeźby, zachwycam się posłusznie, och, cudowne, magnifique, sacrebleu, pokazuje mi zdjęcia swoich rodziców, pokazuje mi wreszcie wannę, którą rzeczywiście posiada i do której trzeba napuścić wody, która leci strumyczkiem dość niemrawym.

Sierioża gada. Woda leci. Włączamy przyniesioną przeze mnie Björk, Vulnicura, album o treści nadzwyczaj anty-schadzkowej, Sierioża zachwyca się grzecznie pomiędzy akapitami, ja wtrącam coś od siebie i odnotowuję, że robi przerwę, żeby mnie wysłuchać, a potem odpowiada na temat. Więc jednak nieśmiałość, a nie tylko wielkie ego, wielkie ego odpowiedziałoby “ale dość już o mnie, porozmawiajmy o tobie, jak ci się podobam?”. Woda ciurka, jakby uprawiała strajk włoski, z jednej strony nie mogę się doczekać kąpieli, z drugiej wcale mi się nie spieszy do rozbierania, bo Sierioża wprowadził atmosferę typową raczej dla otwarcia nowej wystawy w galerii, niż – ach – seksu. Z drugiej strony w wannie seksu raczej uprawiać nie będziemy, mityguję się, przestawiając błyskawicznie na doznania higieniczne. Do wody dodał olejku eterycznego o zapachu trawy cytrynowej (usypiającego? pyta czujne zwierzątko, ale nie miałoby to sensu, skoro planuje wejść do wody wraz ze mną…), który pachnie aż tutaj, przebijając herbatę ziołową, którą sam w międzyczasie dopił, dając mi motywację do zaczerpnięcia drugiego łyka.

Siedzimy w wannie. Sierioża gada, ale teraz gadam i ja, zupełnie nie wiem kiedy zjechaliśmy na doznania duchowe, nagle opowiadam mu o swojej chorobie, ma wielu znajomych z bipolarem (czemu mnie to nie zaskakuje, wśród nas, artystów choroby psychiczne są w tym sezonie wyjątkowo modne), zwierzątko zwinęło się w kulkę i zasnęło. Sierioża jest artystą chwilowo bezrobotnym, albowiem magistrat w Arcueil ujrzawszy jego wyobrażenie Wercyngetoryksa spalił się z wrażenia i zaprzestał zamawiania kolejnych dzieł. Artysta czuje się sobą wtedy, gdy pracuje nad dużymi projektami, jak na przykład Wercyngetoryks, jednakowoż w związku z kryzysem na rynku rzeźbiarskim panuje aktualnie posucha – informował mnie Chabal, jednocześnie przypadkiem przemieszczając stopę tak, aby, zresztą nieważne.

Przyświadczyłem, że kryzys, panie, i owszem, przypadkiem kładąc dłoń na łydce artysty, który co jak co, ale nogi miał godne gracza w rugby. Kilka przypadków później dolaliśmy do wanny nieco gorącej wody, albowiem atmosfera robiła się z gatunku mrożących krew w żyłach, nawet pomimo stóp i łydek, które powoli zaczynały sugerować, że gramy w Twistera. Wreszcie skończyłem herbatę i odetchnąłem z ulgą, stwierdziwszy, że ani trochę nie robię się senny. Vulnicura dobiegła nieuniknionego końca. Woda powoli robiła się znów cieplejsza.

Wymieniliśmy nieuniknione w tych warunkach uwagi na temat odchudzania. Sierioża gorąco zachwalał zalety soku z kale, brokułów i innych potwornych składników, co nachalnie kojarzyło mi się z Goopy Paltrow, Czułem się zupełnie nieschadzkowo, nawet pomimo przypadkowychstópiłydek, ale było mi całkiem dobrze, pominąwszy fakt, że woda schładzała się w wybitnie niesportowym tempie. Gdy zaproponował wyjście z wanny i przemieszczenie się w ogólnym kierunku salonu, zgodziłem się z mieszanką ulgi i oczekiwania. Oczekiwanie nie trwało długo, ponieważ zdążyłem wyłącznie wstać i przyjąć ręcznik, gdy rzeźbiarz padł przede mną na kolana zupełnie dosłownie, co wprawiło mnie natychmiast w zupełnie sprzyjający schadzkom nastrój. Artysta okazał się utalentowanym w wielu dziedzinach, co doceniłem fizjologicznie i werbalnie, po czym powstał z kolan i pocałował mnie.

Przez moją głowę przebiegło naraz wiele spłoszonych myśli: – ojej – on dziwnie smakuje – jak to możliwe, żeby tak smakować, czy ludzie dzisiaj – bogowie, czemu on dziwnie – to sok z kale i produktów trawiastych – to na pewno sok z kale, chyba, że, ale na pewno – jak ja mam się skupić w tych warunkach! – to nawet nie jest obrzydliwe, to jest po prostu aseksualne jak Keanu Reeves – jak by mu tutaj elegancko zasugerować, żeby umył zęby – to wszystko podczas, gdy nasze usta i języki wykonywały rytualne gesty powitalne, a ślina – ja chyba nie lubię soku z kale – poprzestanę na mojej metodzie odchudzania – ale Chabal – dlaczego Chabal, dlaczego zawsze, dlaczego nigdy Chabal.

Stopy – dłonie – splot – uchwyt – usta – kale, dlaczego kale! – kolana – usta, znowu – prowadzę go w kierunku południowym, zdecydowany unikać dalszych pocałunków, lecz rugbysta ma na ten temat swoje zdanie, moje oko pada na zdjęcie zupełnie autentycznego Chabala, wycięte z gazety (moja siostra stwierdziła, że jesteśmy nie-do-odróżnienia, informuje z zapałem rzeźbiarz) tak mi przykro, naprowadzam, muszę się niedługo zbierać, rozumiesz, lekarstwa, wcześnie spać, oczywiście, tak, następnym razem może bez kąpieli, he he he, oczywiście, co za pech, że, do widzenia, Sierioża gada, następnym razem, tak, następnym razem zrobimy wszystko i jeszcze więcej, lecz teraz tramwaj, jadę do domu, obwąchując podejrzliwie brodę, trzeba wziąć kolejny prysznic, bo przecież nie przywiozę Zbrojmistrzowi w prezencie obcego człowieka we włosach i brodzie, zwłaszcza pachnącego kale i brokułami.

Resztę drogi spędzam myśląc różne rzeczy o pier

niczkach z polskiego sklepu i o kur

czaku po klatchiańsku, na którego dostałem przepis od Niny, i o graczach w rugby, którzy zapewne też spożywają różne dziwne rzeczy, a w międzyczasie przestaję się dziwić, że Chris Martin i Goopy Paltrow rozstali się, skoro kale.

*

Ogłaszam konkurs: pierwsza osoba, która poda autora i tytuł książki, którą czytałem pisząc tę notkę, otrzyma w prezencie “Kronos” Gombrowicza, który co prawda do czytania nie nadaje się ani ani, ale ładnie prezentuje się na półce, ewentualnie jako podstawka pod chyboczący się mebel. Podpowiedź: tytuł notki jest mylący. Z konkursu wyłączona jest Nina, która doskonale wie, co czytam.

Zdjęcie: kale, praca użytkownika Rasbak, Wikimedia Commons

— W innych okolicznościach poślubiłbym cię — mówi tow. Gierek.

Leżymy razem w łóżku, w przerwie seks-randki. Przez pierwszą godzinę niespiesznie zdzieraliśmy z siebie kolejne warstwy ubrań, ciesząc się sobą nawzajem jak najlepszymi prezentami pod choinkę. Teraz nadeszła przerwa na zwyczajne przytulanie przed przejściem do dalszej części. Leżę w jego ramionach czując się jak mały chłopczyk — tow. Gierek ma 202 cm wzrostu i 120 kg wagi — i niespodziewanie zostaję uderzony w brzuch wyznaniem.

Już od dłuższego czasu coś mi szeptało, że Gierek się we mnie zakochał. Nie tak to miało być. To, że seks-partnerzy się we mnie zakochują, jest niestety normalne, nie usiłuję się tu chwalić, bo nie ma czym, sprawia to wyłącznie problemy. Na ogół gdy się to działo natychmiast zrywałem stosunki (ha, ha) z delikwentem, zirytowany tym, że popsuł mi się kolejny i znowu muszę szukać nowego do haremu. Tym razem nie ma haremu, nie ma manii, jestem obrzydliwie stabilny od początku grudnia i wyznanie każe mi podać w wątpliwość moje dotychczasowe przekonanie, że mężczyźni zakochują się nie we mnie, a w hipomanii. Dzięki której błyszczą mi oczy, skóra staje się jakby złocista, uśmiech pełniejszy, a seks niewiarygodnie przyjemny.

Wiem dobrze, o które okoliczności mu chodzi: o te, które grają właśnie w squasha, a o 5 rano wstają do pracy. O okoliczności o imieniu Zbrojmistrz. Gierek o Zbrojmistrzu wie, zresztą Zbrojmistrz o nim także, jest świadom tego, co robię, gdzie i z kim. Przesłał Gierkowi za moim pośrednictwem pozdrowienia. Ten nieco zaskoczony odpowiedział po chwili, że pozdrawia wzajemnie.

Gierek jest, co tu ukrywać, świetnym facetem. Z zawodu nauczyciel angielskiego, muzycznie jesteśmy dopasowani, potrafimy spędzić godzinę rozmawiając o Janet Jackson, po czym płynnie przejść do Prince’a. Dziś słuchamy nowego D’Angelo. Jest inteligentny, w moim typie, bardzo utalentowany w łóżku (jak również na kanapie, pod ścianą i na blacie kuchennym). Ma wielu przyjaciół. Jest biseksualny i jego planem życiowym jest wyszaleć się porządnie, a potem spotkać Tę Jedyną, z którą spłodzi kilkoro ślicznych dzieci. Zupełnie nie ma tu miejsca na ślub ze mną, ba, w ogóle na uczucia wykraczające poza przyjacielskie. Okoliczności nie przewidują takich odstępstw.

A ja? Bardzo go lubię, naprawdę bardzo. Uwielbiam spotykać się z nim na seks, przytulanki i długie rozmowy. Fizycznie jest tak odmienny od Zbrojmistrza, że dużo bardziej by się nie dało, chyba, że byłby kobietą. Daje mi mnóstwo przyjemności, nie tylko seksualnej. Ale do Zbrojmistrza brakuje mu tak wiele, że właściwie nie startuje nawet w tym samym wyścigu. Gdyby Zbrojmistrza nie było… wtedy na pewno bym się zastanowił. Ba, może nawet powiedziałbym „tak”.

Związki otwarte, moim zdaniem, wcale nie są bardziej niebezpieczne niż zamknięte. Święty sakrament małżeński nigdy nie przeszkadzał w zdradach ani kobietom, ani mężczyznom. Każdy może we wtorek być szczęśliwym mężem i ojcem, a w środę spotkać osobę, na której widok trafi go piorun. I mi się to kiedyś zdarzyło. Byłem wtedy z Szacownym jeszcze-nie-eks-Małżonkiem, przyszedłem do pracy, szef przedstawił mnie nowemu pracownikowi, odwróciłem się, spojrzałem w jego oczy, podałem rękę i zakochałem się na śmierć i życie. Na miękkich kolanach jakoś dotarłem do biurka, po kilku minutach wstałem, udałem się do ubikacji i z rozmachem zwymiotowałem. Przez następne dwa tygodnie nie byłem w stanie jeść nic oprócz jogurtu, a kiedy Majid wszedł do naszego pokoju z jakąś sprawą zawodową, jogurt stanął mi w gardle i pobiegłem go zwymiotować. Nie mogłem spać, na siłowni robiłem co dnia nowe rekordy mimo wygłodzenia i niedospania, nie byłem w stanie dotknąć Szacownego. Nigdy nie byłem tak permanentnie zdenerwowany. W końcu wyznałem Szacownemu, co się wydarzyło, dodałem też, że nie planuję z tym nic robić, bo jesteśmy razem na dobre i złe. I zostaliśmy razem. Po kilku tygodniach znowu zacząłem być w stanie coś przełknąć, co nie zmieniło faktu, że kiedy Majid po pół roku odchodził z firmy, aby wyjechać na stałe do Paryża, wszystkie objawy wróciły z nową gwałtownością. Różniliśmy się wszystkim, chociażby tym, że on był pobożnym muzułmaninem, a ja nie do końca. Nigdy nie powiedziałem mu wprost, co czuję, ale na sam koniec przeprowadziliśmy krótką rozmowę dwuznacznikami, z której zrozumiałem, że on nigdy nie pozwoli sobie na bycie gejem, bo nie pozwala mu na to religia. Jedynie to mnie uratowało.

W innych okolicznościach… Gierek może czytał o dwubiegunówce (wiem, bo mi to powiedział), ale nigdy nie widział mnie, jak w stanie manii odbijam się od ścian, zaczynam robić pięć rzeczy naraz i żadnej nie jestem w stanie skończyć, wjeżdżam z rozmachem rowerem w turystę, który ośmielił się iść po drodze, a nie po chodniku, uderzam go tak mocno, że o mało nie spadam z roweru, od kierownicy coś odpada, a ja jadę dalej, nie oglądając się nawet, krzycząc „następny!!!”. Nie widział mnie, jak w depresji koczuję na kanapie, czytając kolejne książki, bo to jedyne, do czego jestem zdolny, aż dopóki nawet czytanie nie odpada i wtedy już tylko leżę na kanapie, wstając wyłącznie wtedy, gdy przypili mnie głód lub potrzeba toalety. Nie widział mnie w stanie zaawansowanej nietrzeźwości, miotanego zmianami nastroju z manii na depresję co kilkanaście minut. Nie wie, jak głęboko w finansowej dupie tkwię ze swoim zasiłkiem, wystarczającym akurat na zapłacenie wszystkich rachunków i zjedzenie czegoś od czasu do czasu, ale już na nowe buty albo spodnie nie. To wszystko i więcej widział Zbrojmistrz; wyciągał mnie z depresji tak strasznej, że siadałem na ziemi na przystanku tramwajowym i odmawiałem wstania; praktycznie niósł do domu, bo nie mogłem ruszać nogami; odwiedzał mnie w szpitalu; wspomagał finansowo, gdy nadchodziły niespodziewane rachunki na 350 euro; przynosił kawę i herbatę, kiedy wstanie przekraczało moje możliwości. Tych okoliczności tow. Gierek nie zna i najprawdopodobniej nigdy nie pozna. Gdyby nie te okoliczności… o Bogowie, skąd ja mam wiedzieć, co by było gdyby nie te okoliczności? Może byłbym wesołym singlem? Może nadal pracowałbym w tej samej firmie? Może niebo byłoby różowe, a trawa niebieska?

Tow. Gierek leży obok i nic nie mówi; jakby czekał na odpowiedź.

— W innych okolicznościach może powiedziałbym „tak” — wzdycham, na głos, chociaż nie planowałem tego powiedzieć.

Nie wiem, co zrobić. Może powinienem z nim zerwać dla jego własnego dobra. Ale skąd ja mam wiedzieć, co jest dla niego dobre? Przecież jest dorosły, ma 32 lata, wie doskonale, na co może liczyć, a na co nie może. Zna okoliczności. Wie, że mieszkam ze Zbrojmistrzem, a do starego mieszkania przyjeżdżam głównie po to, żeby się z nim spotykać. Wie, że jedyne czteroliterowe słowo na „L”, którego wolno mu używać, to „like”. A ja wiem, że chciałby użyć innego, że chciałby więcej, niż może dostać. Wiem też, że więcej nie dostanie. Wiem, bo mi powiedział, że „nigdy nie umawia się z osobami w związku, bo z tego wynikają komplikacje”. No i wynikły. Robi mi się go żal, co jest zupełnie nieseksownym uczuciem.

Pochrapuje; zasnął w moich ramionach. D’Angelo śpiewa „Betray My Heart”. Czuję się, jakbym nagle został postacią w filmie klasy B.

Zdjęcie: troll.me

Jak na bloga o takim tytule nader rzadko wspominam o swoim życiu osobistym… Życie osobiste tymczasem się toczy, choć może bardziej na miejscu byłoby stwierdzić, że rozstawiło namiot, rozpaliło grilla i rozkoszuje się urokliwą pogodą. (Powiedzmy, że moje życie osobiste jest gdzieś w Australii.)

Zamieszkaliśmy razem ze Zbrojmistrzem. Moja pierwsza próba współmieszkania wyglądała tak, że w wyniku depresji i jej różnych objawów Szacowny Eks-Małżonek wprowadził się do mnie, żeby mnie nie zostawiać samego i już jakoś tak zostało. Druga jest owocem dyskusji i przemyśleń i udaje się szokująco dobrze. Z rzadka Zbrojmistrz wykonuje coś, co nazywamy „mamowaniem”, tzn. wie Lepiej, gdzie powinna wisieć chochla lub jak się zmywa garnek (tu dygresja: Holendrzy nie spłukują płynu do naczyń. Gorzej. Nalewają gorącej wody z płynem do zlewu i myją w tym wszystkie naczynia, po czym odstawiają je — kapiące pianą — na suszarkę. To naprawdę nie jest wyjątkowy pomysł Zbrojmistrza, ten naród tak ma. Z drugiej strony rosną wyjątkowo dorodni i długo żyją, więc najwyraźniej to nie zabija. Ja jednak zmywam naczynia po swojemu i to Zbrojmistrz musi dopasowywać się do moich dziwacznych zwyczajów, zgodnie z którymi marnuje się mnóstwo wody na — pffft — płukanie naczyń. Koniec dygresji). Na ogół mamowanie odnotowuje sam i zaczyna się z siebie śmiać, czasami muszę mu na to zwrócić uwagę.

Od chwili zamieszkania razem pokłóciliśmy się raz. Kłótnia trwała 15 sekund i poszło o to, czy ja umiem dodawać zagęstnika do sosów, czy też alibo nie. (Przegrałem — dodawać umiałem, ale nie zwróciłem uwagi, że tej trutki są dwa rodzaje i drugi — który wziąłem w dłoń swą szlachetną — dodaje się inaczej.) Więcej nam się jakoś nie udało. Sam przewidywałem, że będziemy się żreć o sprzątanie, ale jak się okazuje obaj mamy do tej czynności podobne podejście (dość luźne), więc generalnie sprząta i zmywa ten, któremu bałagan w danej chwili przeszkadza.

Jak na człowieka, który zdaje się 12 lat spędził mieszkając samodzielnie Zbrojmistrz jest mistrzem kompromisu, co ułatwia fakt, że na ogół obaj chcemy tego samego. Ja zaś odkryłem u siebie zachowania mojej rodzicielki — pasywno-agresywne milczenia i trzęsienie się bródki — a z chwilą odkrycia żwawo przystąpiłem do tłuczenia ich łopatą po łbach i trucia muchozolem. Wygląda na to, że przez te 37 lat czegoś się nauczyłem, a mianowicie tego, o czym już wcześniej pisałem — jeśli w naszych kłótniach ważne jest to, kto wygra, a kto przegra, równie dobrze możemy się rozstać natychmiast. W kłótniach ważne powinno być jedno — ich jak najszybsze zakończenie w jak największym stopniu satysfakcjonujące obie strony. (Naszą kłótnię o sos zakończyło moje stwierdzenie „potem pogadamy, głodny jestem” i zjedzenie sosu, tudzież tego, co w nim pływało.)

Tak więc mieszka nam się doskonale, kochamy się nadal — a za miesiąc trzecia rocznica spotkania — i gdyby nie moja choroba, naprawdę nie byłoby na co narzekać. No, może pominąwszy drobny fakt, że zepsuł mi się komputer, a kiedy próbowałem odzyskać dane z kopii zapasowej, owa również się zepsuła. Aktualnie zgrzytając zębodziurkami testuję backup w chmurze, chociaż nie wierzę chmurom i wcale nie chcę im dawać swoich danych. Z drugiej strony aktualnie w dyski twarde też nie wierzę…

Na koniec zaś pochwalę się nowym teledyskiem, bo tu go jeszcze chyba nie było, a ładny jest moim skromnym zdaniem.