Poprzedni tydzień spędziłem w miejscu (niemalże) wolnym od internetu, soszjal medjów, a nawet Whatsappa. Pisałem coś w rodzaju dziennika. Po pierwsze primo po angielsku, a po drugie primo bardzo rozwlekle, więc poniżej wersja przetłumaczona i skrócona.

Poniedziałek

Jestem sam.

Trudno mi uwierzyć, że to się naprawdę dzieje. Od miesięcy, może lat chciałem uciec z miasta. Kiedyś moje wymarzone wakacje polegały na zwiedzaniu stolic krajów europejskich; Londyn – gdzie o trzeciej w nocy w środę imprezowicze zakorkowali centrum – wydawał mi się idealnym miejscem do życia. Kiedy się przeprowadzałem, miałem lat 29 i Amsterdam wydawał mi się lepszym wyborem. Może powinno mi dać do myślenia, że już wtedy Londyn wydawał mi się zbyt zatłoczony, ale nie dało.

Czytaj dalej

Od jakiegoś czasu moja terapeutka i psychiatrka dawały mi do zrozumienia, że nie zaleczę dwubiegunówki „na dobre”. Ignorowałem to, co mówiły i upierałem się, że po prostu musimy spróbować tego czy owego. Sam robiłem research i domagałem się zmiany leków na takie lub owakie. W końcu wywalono mi kawę na ławę: psychiatrka nie widzi sposobu, żeby mi pomóc bardziej, niż do tej pory zdołała. A jest tego niewiele. Tak naprawdę działały na mnie dwa leki: depakina i kwetiapina. Depakina rąbała mi wątrobę w takim tempie, że co trzy lata potrzebowałbym przeszczepu. Kwetiapina doprowadziła do niekontrolowanych drgań mięśni i szczerze mówiąc wolę mieć ciągłe skoki nastroju, niż ciągle ruszające się ramię. Na przykład kiedy siedzę obok kogoś w autobusie i moje ramię CIĄGLE porusza się w górę i w dół w tempie akurat takim, żeby osoba pomyślała, że sprawiam sobie nadmierną przyjemność.

1. Zaprzeczenie

Kiedy otrzymałem diagnozę, przeczytałem wszystkie dostępne źródła na temat dwubiegunówki. Znalazłem takie, które kończą się źle, tak sobie i dobrze (pozdrawiam profesorkę Redfield Jamison). Uznałem, że będę jedną z tych historii, które kończą się dobrze. Nie dopuściłem myśli, że może być jakkolwiek inaczej. Nie zastanawiałem się nawet nad tym, co oznacza zaleczenie (nie wyleczenie) dwubiegunówki, uznałem po prostu, że moje życie wróci dokładnie do tego, czego od niego chcę i już. W hipomanii odkryłem, jak to jest być doskonałym, spodobało mi się. To był mój punkt docelowy i postanowiłem, że do niego wrócę i już tam zostanę. Skoro dwubiegunówka ma dwa bieguny, to ja chcę ten. A skoro czegoś chcę, to z pewnością to dostanę. Wystarczy pracować nad tym wystarczająco ciężko, jak mawiał syn właściciela wielkiej firmy, który przebył długą drogę od zastępcy swojego ojca do następcy swojego ojca.Czytaj dalej

Długo zastanawiałem się, czy pisać tę notkę. Robię research do kolejnej książki (chyba nie nazwę jej „Uzależnienia dla początkujących”, chociaż mnie kusi) i spotykam się z bardzo dziwnymi lub zwyczajnie głupimi opiniami na temat uzależnień i osób uzależnionych. Napiszę jak ja to widzę, można się ze mną nie zgadzać, poza tym opisuję holenderskie podejście do kwestii, a nie polskie.

1. Nigdy bym się nie uzależnił(a), bo jestem na to za mądra/za silny/etc.

Słyszałem o jednym człowieku, który uzależnił się z premedytacją. Od heroiny. Miał taki fetysz. Nie, ja też tego nie rozumiem. Niemniej jednak rozmawiałem z dziesiątkami osób uzależnionych od różnych rzeczy – seksu, jedzenia, alkoholu, narkotyków, hazardu – i wyobraźcie sobie, że każda z tych osób, co do jednej, myślała, że nigdy jej się to nie przydarzy. Osoba uzależniona od narkotyków, poza jednym przypadkiem wymienionym na początku, nie myśli sobie „hej, zostanę narkomanem, będzie zajebiście!”.

Uzależnienie jest w tej chwili uznawane za chorobę. Zetknąłem się ze stwierdzeniem, że nałogowcy mają alergię na [wstaw rzecz, od której osoba jest uzależniona]. Nie do końca się z tym zgadzam, uważam za to, że jak najbardziej istnieją rodzaje osobowości sprzyjające rozwojowi uzależnień. W szczególności osoby z chorobą dwubiegunową mają w zależności od źródła między 52% a 60% szansy na rozwój uzależnienia od substancji.

Czytaj dalej