Dotarłem do końca systemu medycznego w Holandii.

Głównymi stereotypami o Holendrach są: skąpstwo, bezpośredniość granicząca z chamstwem, radosne eutanazjowanie wyabortowanych dzieci małżeństw gejowskich, oraz palenie mnóstwa ziela. Na ogół jednocześnie. O eutanazji kiedyś już pisałem i zetknięcie się z systemowymi rozwiązaniami trochę zachwiało moją pewnością, że w razie czego będę mógł jej zażądać. Z bezpośredniością zetknąłem się wiele razy, ale przyznam, że wolę to od Platformy Obywatelskiej fałszywej uprzejmości lub zwykłego łgania w żywe oczy. Znam holenderskich palaczy ziela, co mam nie znać. Dwóch. Rozwinę za to nieco temat skąpstwa.

Jak wiadomo, nie ma takiego rządu/państwa, który miałby nieskończoną ilość pieniędzy do wsypania w system medyczny, tak więc w którymś momencie muszą się pojawić utrudnienia. W Polsce na przykład wygania się lekarzy za granicę, wyznacza terminy za 20 lat i generalnie czeka, aż pacjent zejdzie. Największym zachwytem napełnia me serce przekręt, tfu! rozwiązanie polegające na tym, że lekarz przez godzinę tygodniowo przyjmuje w ramach NFZ, a 39 godzin prywatnie, używając tego samego gabinetu i sprzętu. Bez dopłaty pacjent otrzymuje termin za trzy lata, a za dopłatą – na jutro, i może sobie jeszcze wybrać odpowiadającą godzinę. Amerykański system polega na tym, że część ludzi skazuje się tak po prostu na śmierć (Republikanie pracują nad powiększeniem tej grupy), część odstrzeliwuje (Republikanie pracują nad powiększeniem tej grupy), a zdrowi chodzą ci, co mają dobrą pracę, ciężarówki pieniędzy lub – najlepiej – jedno i drugie. Zanim ktoś wyskoczy mi z zaprzeczeniami uprzejmie zauważę, że mam bardzo dużo amerykańskich znajomych.

Czytaj dalej

Poprzedni tydzień spędziłem w miejscu (niemalże) wolnym od internetu, soszjal medjów, a nawet Whatsappa. Pisałem coś w rodzaju dziennika. Po pierwsze primo po angielsku, a po drugie primo bardzo rozwlekle, więc poniżej wersja przetłumaczona i skrócona.

Poniedziałek

Jestem sam.

Trudno mi uwierzyć, że to się naprawdę dzieje. Od miesięcy, może lat chciałem uciec z miasta. Kiedyś moje wymarzone wakacje polegały na zwiedzaniu stolic krajów europejskich; Londyn – gdzie o trzeciej w nocy w środę imprezowicze zakorkowali centrum – wydawał mi się idealnym miejscem do życia. Kiedy się przeprowadzałem, miałem lat 29 i Amsterdam wydawał mi się lepszym wyborem. Może powinno mi dać do myślenia, że już wtedy Londyn wydawał mi się zbyt zatłoczony, ale nie dało.

Czytaj dalej

Od jakiegoś czasu moja terapeutka i psychiatrka dawały mi do zrozumienia, że nie zaleczę dwubiegunówki „na dobre”. Ignorowałem to, co mówiły i upierałem się, że po prostu musimy spróbować tego czy owego. Sam robiłem research i domagałem się zmiany leków na takie lub owakie. W końcu wywalono mi kawę na ławę: psychiatrka nie widzi sposobu, żeby mi pomóc bardziej, niż do tej pory zdołała. A jest tego niewiele. Tak naprawdę działały na mnie dwa leki: depakina i kwetiapina. Depakina rąbała mi wątrobę w takim tempie, że co trzy lata potrzebowałbym przeszczepu. Kwetiapina doprowadziła do niekontrolowanych drgań mięśni i szczerze mówiąc wolę mieć ciągłe skoki nastroju, niż ciągle ruszające się ramię. Na przykład kiedy siedzę obok kogoś w autobusie i moje ramię CIĄGLE porusza się w górę i w dół w tempie akurat takim, żeby osoba pomyślała, że sprawiam sobie nadmierną przyjemność.

1. Zaprzeczenie

Kiedy otrzymałem diagnozę, przeczytałem wszystkie dostępne źródła na temat dwubiegunówki. Znalazłem takie, które kończą się źle, tak sobie i dobrze (pozdrawiam profesorkę Redfield Jamison). Uznałem, że będę jedną z tych historii, które kończą się dobrze. Nie dopuściłem myśli, że może być jakkolwiek inaczej. Nie zastanawiałem się nawet nad tym, co oznacza zaleczenie (nie wyleczenie) dwubiegunówki, uznałem po prostu, że moje życie wróci dokładnie do tego, czego od niego chcę i już. W hipomanii odkryłem, jak to jest być doskonałym, spodobało mi się. To był mój punkt docelowy i postanowiłem, że do niego wrócę i już tam zostanę. Skoro dwubiegunówka ma dwa bieguny, to ja chcę ten. A skoro czegoś chcę, to z pewnością to dostanę. Wystarczy pracować nad tym wystarczająco ciężko, jak mawiał syn właściciela wielkiej firmy, który przebył długą drogę od zastępcy swojego ojca do następcy swojego ojca.Czytaj dalej