Tytuł nie jest ironiczny.

Tim Ribberink, 20-latek mieszkający we wsi Tilligte koło niemieckiej granicy, popełnił samobójstwo. Tim był ofiarą prześladowań osób homoseksualnych (tak, mowa o Holandii). Pracował w lodziarni, gdzie koleżanki dopytywały się, czy nie jest aby gejem; chłopak obracał sprawę w żart i unikał odpowiadania na pytanie. Na stronie DinnerJudge.nl pojawiły się dwie „recenzje” jego lodziarni, podpisane jego nazwiskiem, z których jeden brzmiał „jestem przegrańcem i homo”, po czym następował adres. Nic więcej na razie nie wiadomo.

Tim pozostawił po sobie liścik, który jego rodzice przekazali prasie, chcąc zwrócić uwagę na problem prześladowania. Liścik był krótki. „Kochani Mamo i Tato, całe moje życie śmiano się ze mnie, napastowano, dręczono i wykluczano. [Ale] Wy jesteście fantastyczni. Mam nadzieję, że nie jesteście na mnie źli. Do następnego spotkania, Tim.” Rodzice nie zdawali sobie sprawy, że Tim był ofiarą prześladowań aż do jego śmierci.

Pastor Marinus van den Berg odczytał we wtorek oświadczenie rodziców: „Chcemy, żeby ci, którzy dręczyli [Tima] pomyśleli o konsekwencjach swojego zachowania. Czy mieszkają w Tilligte, czy też nie. […] Chcemy, żeby naprawdę zajęto się problemem prześladowania.” Według van den Berga nowy rząd musi zająć się obiecaną ustawą o przeciwdziałaniu prześladowaniom. „Trzeba stworzyć krajowy rejestr prześladowców, włączyć w niego szkoły i drużyny sportowe i zakazać anonimowych wpisów w internecie”, powiedział pastor.

Tak się złożyło, że kilka tygodni temu Mariska de Haas, redaktorka naczelna tutejszego pisma katolickiego Katholiek Nieuwsblad, miała pecha uzewnętrznić publicznie swoje poglądy na temat homoseksualistów, a w szczególności lesbijek. „Bardzo niepokoiłabym się, gdyby mój syn był gejem, bo homoseksualni mężczyźni mają szokująco wielu partnerów […] wiele dziewcząt, które są lesbijkami, było w przeszłości napastowanych” rzekła de Haas pismu Fabulous Mama. „Wielu chłopców w wieku lat 15 lub 16 jest napastowanych przez starszych mężczyzn” dodała, po czym stwierdziła, że sama już widzi po swoich dzieciach, że nie są homoseksualne. „Gdyby były, czułabym, że jako rodzice zrobiliśmy coś złego.” Dzieci Mariski mają lat 6 (dziewczynka) i 4 (chłopiec).

Wypowiedzi de Haas wzbudziły szok w Holandii, po części dlatego, że Holendrzy zdążyli w międzyczasie przywyknąć do własnego obrazu jako narodu tolerancyjnego, w którym jedyne objawy nietolerancji pochodzą z zagranicy (np. z Maroko, Turcji lub Polski). Tymczasem de Haas jest blond Holenderką, zupełnie nie wyznaje wiary muzułmańskiej i ani trochę nie przystaje do obrazu wściekłego brodatego imama potrząsającego Koranem. Tak więc kiedy raptem kilka dni po ukazaniu się magazynu z wypowiedziami de Haas media zajęły się samobójstwem Tima, wściekły felietonista Luuk Koelman napisał „list otwarty do rodziców”.

W liście/felietonie, wzorowanym na wywiadzie z Mariską de Haas, stwierdzał, że to wszystko ich wina — „mój syn ma 4 lata, ale ja już wiem, że jest hetero — ale gdyby i tak okazał się gejem, czułabym, że jako rodzice zrobiliśmy coś złego”, przeplatając cytaty z de Haas cytatami z oświadczenia rodziców Tima. Burza, która rozpętała się po liście otwartym Koelmana, zatrzęsła krajem. Koelman wycofał swoją kolumnę, kiedy de Haas zaczęto grozić śmiercią. Metro (w którym ukazał się jego felieton) odcięło się od autora i przeprosiło. Autor przeprosił również — rodzinę Tima Ribberinka. Mariska de Haas opublikowała na Twitterze zgorszone „nie do wiary, że ktoś usiłuje wykorzystać śmierć Tima do autopromocji!”. Koelman odciął się stwierdzeniem, że de Haas wcale nie jest lepsza niż ci, którzy dręczyli chłopaka bezpośrednio.

Czy ktoś na tym wszystkim wygrał? Nie sądzę. Zdecydowanie nie Tim. Owszem, udało się zwrócić uwagę na to, że Holandia nie osiągnęła jeszcze tego stopnia tolerancji, którym chciałaby się chwalić. Ale czy cena jest tego warta? Marisce de Haas udało się pokazać, że fundamentalizm religijny mało się różni w wykonaniu uśmiechniętych blondynek i brodatych imamów. Luukowi Koelmanowi udało się pokazać, że czasami można mieć rację i posunąć się za daleko. A tymczasem nadal nie wiadomo, kto dokładnie dręczył Tima, gdzie, kiedy i po co. Ba, nie wiadomo nawet, czy chłopak był gejem. Tego szczegółu nie wyjawił nawet rodzicom.

 

O męskości pisałem już parę razy, ale dzisiaj mam dla Państwa kąsek wyjątkowy — otóż o męskości mówi nam najbardziej męski mężczyzna wśród męskich mężczyzn i najwojowniczejszy wśród najwojowniczejszych, sam Tomasz Terlikowski.

Niesamowitym przeżyciem była wczorajsza debata „Droga wojownika. Oblicza męskości”, w której wraz z Krzysztofem Ziemcem i Jerzym „Jurasem” Wrońskim miałem przyjemność uczestniczyć. Na wielkiej auli, wypełnionej niemal po brzegi, siedzieli sami mężczyźni. I rozmawiali o tym, co znaczy być mężczyzną.

Brzmi heteroseksualnie.

Wniosek, zawarty w tytule, że być mężczyzną to być wojownikiem (ale także mężem i ojcem) został dowiedziony.

W tytule nie widzę nic o mężu i ojcu, ale niech już tam Tomaszkowi będzie.

Ale jakoś nie stało czasu, żeby tam, na sali powiedzieć, o tym, jak i o co walczyć powinien współczesny wojownik.

Cóż za niezwykły przypadek, tyle czasu sięśmy brataliśmy w męskich objęciach wypełnionych niemal po brzegi, że aż nie stało czasu, żeby powiedzieć cokolwiek konkretnego.

Często przywoływaliśmy – i Krzysztof Ziemiec i Jerzy Wroński – przykład powstańców, ale przecież na szczęście współcześnie powstanie zbrojne, na szczęście nam nie grozi, wojowanie musi mieć więc nieco inny charakter. I właśnie na pytanie, jaki powinien on być, spróbuje krótko odpowiedzieć w tym tekście.

To ciekawe, jak strasznie prawica cierpi w związku z brakiem powstań, w których mogłaby bohatersko ginąć. Zapewne stąd bierze się poparcie ustawek kibiców piłkarskich przez polityków PiS — sami by chętnie „po męsku” oberwali po mordzie i dali komuś innemu, lub przynajmniej obejrzeli to w telewizji masując się po kroczu.

Wojownik zawsze walczył o swój dom, rodzinę i religię nierozerwalnie związaną z tradycją.

Oj, nie zawsze walczył o dom, nie zawsze w ogóle miał rodzinę, a jeśli akurat był rzeczywiście wojownikiem to rodzinę widywał nader rzadko. Co do religii, to już się Terlikowskiemu coś chyba zamarzyło, albo może mu się z krucjatami pomyliło. Przy czym to, co się działo podczas krucjat po stronie religijnej ciężko określić mianem walki o swój dom i rodzinę.

Obrona ojczyzny, to przecież zawsze w istocie obrona poszerzonej rodziny i tradycji, z której wyrastamy.

„Przecież zawsze w istocie” służy w tym wypadku jako synonim frazy „a teraz powiem coś kompletnie nie na temat”.

I to się nie zmienia, również obecnie musimy bronić rodziny, tradycji i ojczyzny. Z tym, że obecnie poza zagrożeniami politycznymi czy geopolitycznymi mamy też zagrożenia ideologiczne i światopoglądowe. Walka z nimi jest zatem również istotnym zadaniem wojowników, którzy bez lęku powinni walczyć z ideologią LGBT, z próbami rozmywania tożsamości seksualnej i rozróżnienia ról i zadań kobiety i mężczyzny.

O proszę! I wyszło szydło z worka. Aby być wojownikiem, należy wkładać peniska w waginkę, pilnować kobiet, żeby przypadkiem nie wylazły z kuchni oraz rzucać kamieniami w demonstracje gay pride. Tak tak owieczki moje i baranki, ciężkie i wymagające wielu poświęceń jest życie wojownika Tomaszka. Zaś osoby, które nie wkładają penisków w waginki w ogóle nie mogą być wojownikami, mieć domu, rodziny ani religii.

Wojownik nie może także obojętnie przyglądać się masowemu ludobójstwu, jakie dokonuje się w świecie (przynajmniej 53 miliony osób rocznie jest mordowanych w łonach matek)

Świetnie się składa, że Tomaszek o tym wspomniał, a ileż milionów ludzi jest corocznie mordowanych podczas polucji i męskiej masturbacji! (Dziękuję, @lenistwo :-*) A wszak wszyscy wiemy, że do zakończenia życia ludzkiego (rozpoczynającego się w momencie napoczęcia) prawo powinien mieć wyłącznie Bóg, oraz kat wykonujący karę śmierci.

i nie może zgodzić się na to, by uznać biednych czy chorych za niegodnych życia, a zabicie ich za odpowiednie rozwiązanie sprawy (co postulował choćby Kazimierz Kutz).

Na miejscu Kutza byłbym już po złożeniu pozwu.

Metody tej walki są oczywiście inne. Tu nie chodzi o miecz, ale o słowo, nie tyle o zbrojny opór, ile o odważne, i liczące się z konsekwencjami prawnymi, głoszenie prawdy.

„Prawda” w tym wypadku jest synonimem słowa „pierdolenie”.

Zgoda na to, by uważano nas za wariatów czy oszołomów, czy by ciągano nas po sądach.

No, po tym tekście o Kutzu wojownik Tomciu powinien się rychło znaleźć w sądzie, chociaż jako wariat czy oszołom (cytuję wojownika, proszę mnie nie pozywać panie wojowniku!) liczy zapewne na uniewinnienie.

W tej walce nie zginiemy, ale możemy sporo stracić. Jeśli jednak jej nie podejmiemy, jeśli spokojnie wzruszamy ramionami, to nie mówmy o sobie, że jesteśmy wojownikami.

Bo wojownicy znani są z tego, że gadają straszne głupoty, po czym lądują w sądzie. Po tym się poznaje wojownika — im więcej przeciwko niemu wyroków o kłamstwa i zniesławienia, tym bardziej męski i wojowniczy w obronie swego domu, rodziny i religii.

I nie dziwmy się, że ktoś niszczy świat, w którym się wychowaliśmy, że ktoś odbiera nam dzieci. Gdy takie rzeczy widzieli nasi dziadkowie wzniecali powstania, a nam często brakuje woli, by podnieść głos w obronie normalności…

Tomciu! Ty wznieć szybko powstanie w obronie swoich dzieci które Ci na fejspupku chciano zabrać! Niech pożoga trawi Warszawę, dzielna młodzież (wszechpolska) ginie tysiącami, posoka zalewa oczy strudzone smaganiem słowami na Frondzie wyznawców ideologii LGBT i mordowania osób w łonach matek!

*

Tak się składa, że sam ostatnio rozważałem kwestię męskości i w rezultacie rozważań wyszło mi, że powinienem aspirować do zostania… nie, nie wojownikiem. Królem.

Do bycia królem nie wystarczy posiadanie heteroseksualnego peniska i wkładanie go do waginki, tudzież pisanie felietonów na Frondzie o tym, jak zajebiście się rozmawiało o męskości w sali pełnej mężczyzn. Król posiada więcej cech, przy czym mniej mnie interesują upodobania genitalne króla, a bardziej jego charakter.

Cechą króla winna być rozwaga. Nie jest sztuką posłać sto tysięcy ludzi, aby zginęli na barykadach za moje poglądy. Sztuką jest wygrać wojnę, nie doprowadzając do zdziesiątkowania swojego ludu. Dobry król nie marzy po nocach o powstaniu, w którym mógłby się wykazać niezwykłą, męską odwagą i zostać sławnym wojownikiem. Dobry król myśli nad tym, jak najlepiej wykorzystać czas pokoju i rozbudować swe państwo — parafrazując, dobry król zastaje dom Terlika drewnianym, lecz zostawia murowanym. Rozważny król nie spędza połowy życia na zwalczaniu cudzych związków, lecz skupia się na swoim. Ryzyko podejmuje wtedy, gdy rozwaga podpowiada mu, że jest szansa wygrać; nie rzuca się na czołgi z wrzaskiem „zapolskieeeeeee…!” i drewnianym kozikiem w dłoni.

Kolejną ważną cechą króla jest wierność. Wierność swoim poglądom, lecz przede wszystkim wierność swym obietnicom. Jeśli w treści przysięgi pojawiają się słowa „na całe życie”, król dotrzymuje ich przez całe życie, lub też ich zwyczajnie nie składa. Jeśli pojawiają się trudności (typu seksi manikiurzystka Żaneta lat 24) utrudniające dotrzymania obietnic, król przezwycięża trudności i obietnic dotrzymuje. Życie króla nie jest, niestety, tak proste jak życie wojownika, który musi wyłącznie sprzeciwiać się aborcji i wtykać peniska w waginkę, dlatego też jak mniemam Terlikowski na królestwo się nie porywa.

Do kategorii „wierność” wliczam również „prawdomówność”. Król nie kłamie. Jeśli w jego życiu są rzeczy, do których wolałby się nie przyznawać, król o nich zwyczajnie nie mówi, zamiast wciskać kit, że jest dziewicą wiecznie myślącą jeno o Maryi, aż do rozwodu, podczas którego wychodzi na jaw 18 kochanek. (Nie twierdzę oczywiście, że to casus wojownika Tomasza, śmiem jeno sugerować, że nadzwyczaj wielu konserwatystów propagowanych przez siebie cnót nie uprawia osobiście.)

Król powinien cechować się odwagą. Nie — odwagą straceńczą, odwagą psychopaty, odwagą człowieka niemającego nic do stracenia. Na początek mógłby się cechować odwagą kogoś, kto nie ma nic przeciwko cudzym wyborom i związkom, ponieważ wierzy, że nie wpłyną one na jego życie. Mógłby również rozważyć odważne przyznanie się do popełnionych błędów; nie ma ludzi idealnych, są wyłącznie tacy, którzy mają wyjątkowo dobry PR. Król ma odwagę marzyć (‚I have a dream…’) i spełniać swoje marzenia; nie siedzi mamrocząc pod nosem, że byłby takim zajebistym wojownikiem, gdyby mu nie ideologia LGBT oraz rąbek u kiltu nie przeszkadzały.

Ważną cechą króla jest siła. Nie chodzi o siłę mierzoną tym, ilu kibolom się wpierdoliło na ostatniej ustawce, lecz o siłę charakteru. A ta obejmuje wszystko, o czym do tej pory napisałem, bo wcale nie jest łatwo mówić prawdę, być odważnym, rozważnym i wiernym swym obietnicom. Najtrudniej jest przyznawać się do błędów i wpadek — jeszcze trudniej, niż takowych nie popełniać.

*

Tomcio mnie niesamowicie swoimi pierdołami o wojowaniu wkurzył, bo tak się składa, że nawet my homoseksualiści niekiedy miewamy ojców. Heteroseksualnych. Mój na przykład poderwał moją mamę, bo mu się podobała, potem mnie zrobił w jak najbardziej heteroseksualny i nie-invitrualny sposób. Na koniec zaś — gdy okazało się, że mama jest w ciąży — przypomniał sobie o małym drobiazgu, tym mianowicie, że już jedną żonę ma, ma z nią dzieci, rodzina jest bardzo katolicka i żaden rozwód w grę nie wchodzi. Po czym zaoferował mojej mamie pieniądze na aborcję, w tym czasie legalną.

Wszystkie właściwie cechy wojownika wg Tomcia są tu jak najbardziej obecne. Penisek w wagince, bez gumki i hormonów; chęć obrony rodziny przed wydrą, co złośliwie w ciążę zaszła, atakując w ten sposób uświęconą komórkę społeczną; no, może ta kasa na aborcję tak nie do końca wojownicza, ale jak rozumiem nastąpił tu wybór mniejszego zła celem zapobieżenia ZŁU jakim byłby jakże niechrześcijański rozwód. W zasadzie możnaby rzec, że tatuś zachował się rycersko, wszakże chciał za aborcję sam zapłacić! (A jeszcze niemiłosiernie dołożę informację, że pracował dla wojska — męskość i wojowniczość już chyba dalej nie sięga.)

Wyznam szczerze, że swoje ideały męskości buduję w oparciu o postać swojego ojca — a mianowicie staram się wszelkimi siłami nie być do niego podobnym. Nie kłamię; nie tchórzę; nie zdradzam; nie łamię obietnic. Odwagę staram się temperować rozwagą, co czasami nie wychodzi, a wtedy się do tego przyznaję. Mam odwagę marzyć; mam rozwagę, aby marzenia dopasowywać do możliwości oferowanych przez rzeczywistość; mam siłę pracować nad ich realizacją. No, ale żaden ze mnie wojownik — kobiety traktuję jak równorzędnych partnerów, a nie obiekty seksualne, nie siadywam w gronie samych mężczyzn aby dyskutować o męskości (chyba, że liczą się wizyty w barze dla skórzaków?), popieram cywilizację śmierci i ideologię LGTB. Na domiar złego nigdy nie byłem w sądzie z wyjątkiem jednego razu, gdy roznosiłem ulotki jakiejś pizzerii i bezczelnie władowałem się do budynku sądu celem rozwieszenia ich na klamkach. Tomciu nawet by w moją stronę nie splunął, taki jestem w jego oczach niemęski.

Czas na najnowszy odcinek cyklu „Łojezu jakie emo”. Dziś emo prezentuje Katarzyna Kolenda-Zaleska.

Upłynęło już sporo czasu od wyznania pani Marii Czubaszek o dokonanych przez nią dwóch aborcjach, ale ta sprawa wciąż nie daje mi spokoju.
MUJBORZE — czy to syndrom pocudzoaborcyjny?!
Na początek dwa zastrzeżenia. Marię Czubaszek bardzo lubię za jej dowcip, błyskotliwą inteligencję i niezależność. I po drugie – nie zamierzam osądzać niczyich wyborów.
No i nie jestem rasistką, bo mam beżowych przyjaciół!
Ale coś mnie w tej sprawie uwiera. Łatwość, z jaką opowiada się o najintymniejszych sprawach, i nonszalancja, z jaką się o nich mówi. Dziś szokujące wyznania są na porządku dziennym. W mediach roztrząsa się najbardziej prywatne sprawy, aby w ten sposób zyskać popularność, bo właśnie wchodzi nowy film, wychodzi nowa książka. W końcu nieważne, jak mówią, byle po nazwisku.
O tak, jestem przekonany, że 72-letnia Maria Czubaszek, autorka mnóstwa felietonów, słuchowisk, sztuk teatralnych, piosenek postanowiła dokonać 40 lat temu aborcji, w przewidywaniu, że w 2011 roku wyjdzie jej książka z Arturem Andrusem i będzie można ją promować za pomocą roztrząsania prywatnej aborcji.
[…] Maria Czubaszek nie tylko ujawniła fragment swojego intymnego życiorysu, ale też jak nikt nigdy dotychczas zbanalizowała aborcję, wpisując ją nie w krąg dylematów moralnych, ale tabloidowych wyznań.
Gówno prawda, pani Kasiu.
Tu żadne tabu nie zostało złamane – jak natychmiast napisały panie z Feminoteki.
NATYCHMIAST — zamiast czekać, jak pani Kasia, kilka tygodni. Takie są właśnie feminazistki!11!!
Jeśli coś zostało przekroczone, to raczej granica dobrego smaku w epatowaniu własną prywatnością. Czy nie ma już żadnej tajemnicy, którą chciałoby się zachować dla siebie? Wszystko jest na sprzedaż?
Tak jest! Zła celebrytka dokonuje aborcji i zaraz po 40 latach biegnie do mediów nadawać na cały kraj o tym, jaka jest dumna z pustki swego łona stworzonego wszak do bycia Matką Polką!
W Polsce toczy się debata o tym, od którego momentu można mówić o człowieku i czy nie zezwolić na przerywanie ciąży w jej pierwszych tygodniach. W debacie uczestniczą i politycy, od których zależy stanowione prawo, i Kościół, który uznaje, że życie zaczyna się w chwili poczęcia.
Czyli osoby o wiele bardziej uprawnione do rozmowy o ciąży, życiu napoczętym i byciu matką, niż jakieś tam kobiety, w szczególności Maria Czubaszek.
Uczestniczą organizacje społeczne, zwolennicy i przeciwnicy aborcji na żądanie czy aborcji w ogóle. Debata jest czasami dramatyczna, padają argumenty wzajemnie się wykluczające. Ale jest to debata poważna, uwzględniająca wrażliwość jej uczestników.
Aha, na przykład wtedy, kiedy wiesza się billboardy ze zdjęciami zakrwawionych płodów zestawionych z masakrami w Afryce i twarzą Hitlera. To uwzględnia, jak rozumiem, wrażliwość uczestników z kręgów politycznych i kościelnych.
I nawet ci, którzy są zwolennikami liberalizacji prawa aborcyjnego w Polsce, podkreślają, że aborcja to ostateczność, zło, które odbije się na psychice kobiety.
Gówno prawda, pani Kasiu. Po prostu pani i pani podobni macie potrzebę zamiatania pewnych rzeczy pod dywan. Rozumiem to bardzo dobrze, bo mam ciotkę zupełnie do pani podobną. Nie zawsze aborcja to zło, nie zawsze odbija się na psychice kobiety, nie zawsze to ostateczność — wszak zawsze można urodzić i zostawić dziecko w piwnicy. To, pani Kasiu, jest ostateczność i temu, że taka ostateczność ma miejsce winni są „uczestnicy debaty”.
Ksiądz Adam Boniecki opowiadał mi kiedyś, że był świadkiem dramatycznych wyznań wielu starszych kobiet, które latami tłumiły w sobie poczucie winy i latami nie były w stanie uwolnić się od koszmaru wspomnień o aborcji. Nawet jeśli nie wszystkich kobiet dotyka syndrom poaborcyjny, to wiele zmaga się z nim latami.
I co za szkoda, że Marii Czubaszek nie dotknął syndrom i nie zmagała się z nim latami, prawdaż? O ile lepiej czułaby się wtedy pani Kasia, osoba najbardziej zainteresowana i dotknięta stanem łona pani Marii.
Trudno ocenić, jaki efekt przyniesie publiczne wyznanie Marii Czubaszek. Czy będzie dewastujące dla psychiki wielu kobiet, czy wręcz przeciwnie – zbuduje opór wobec łatwości podchodzenia do usunięcia niechcianego płodu. Myślę, że wypowiedzi osób publicznych, autorytetów mają swoje znaczenie w chwili, gdy podejmuje się własne wybory moralne.
Mają, i właśnie dlatego cieszy mnie wypowiedź pani Czubaszek. Dzięki której być może jedna mniej dziewczyna porzuci noworodka w piwnicy. Pani Kasiu, czasami warto myśleć podczas pisania.
W kwestii przerywania ciąży potrzebna jest delikatność, powaga, a także minimum odpowiedzialności. Pani Maria Czubaszek aborcję potraktowała trochę jak wyrwanie zęba. I chyba najbardziej szokująca jest właśnie ta nonszalancja.
Szokująca dla pani Kolendy-Zaleskiej, rzecz jasna. Pani Kasia, zwana również społeczeństwem, domaga się minimum odpowiedzialności w kwestii NIELEGALNEGO PRZESTĘPSTWA jakim w Polsce jest przerywanie ciąży. Minimum, jak rozumiem, oznacza nieuprawianie seksu celem niezajścia — piszę to oczywiście złośliwie się natrząsając, ale przecież tylko taką poradę mają dla kobiet w niechcianej ciąży prawicowcy.

A pani Czubaszek, znana celebrytka z pierwszych stron wszelkich tabloidów, nie poprzestała wszak na opowieściach o aborcjach. Uważa również, że powinna mieć prawo do eutanazji, oraz że homoseksualiści powinni móc adoptować dzieci. To nie Czubaszek! To Szatanaszek! Apage! Niech ktoś tę złą kobietę zamknie gdzieś daleko, daleko, gdzie jej wrzaski nie zaćmią spokojnego snu społeczeństwa, chciałem powiedzieć — pani Kolendy-Zaleskiej, Kościoła i polityków, gdy będą prowadzić kolejną debatę o tym, jak bardzo należy zaostrzyć ustawę antyaborcyjną i jak bardzo niewłaściwe jest in vitro.

Zgodzę się z jednym zdaniem — „Maria Czubaszek aborcję potraktowała trochę jak wyrwanie zęba”. Wyrywanie zębów jest zabiegiem bolesnym, inwazyjnym i unikanym przez dentystów. Trudno jest odtworzyć stan poprzedni, jeśli ząb zostanie wyrwany. O wiele lepiej jest unikać tej konieczności za pomocą plombowania, leczenia kanałowego, czy budowania koronki na pozostałym fragmencie oryginalnego zęba. Niestety, w Polsce „uczestnicy debaty” nie wydają się być tego świadomi, wyrywania zakazując, dostęp do leczenia ograniczając, a na koniec cynicznie głosząc, że jak nie chcieliśmy, żeby nas zęby bolały, to było nie jeść.

Łojezusicku jaki przeraz. (Wszystkie artykuły znalazłem w blogu Katarzyny Formeli.)


Grupa Tel-Aviv walcząca o prawa homoseksualistów chce wieszać w Kędzierzynie-Koźlu plakaty propagujące związki tej samej płci. Władze miasta: – No to mamy problem.

Kędzierzyn-Koźle znalazł się na liście 16 miast w Polsce, w których ma zostać przeprowadzona akcja „Miłość nie wyklucza”. […] No to mamy problem – wzdycha Artur Widłak, wiceprezydent Kędzierzyna-Koźla ds. społecznych. – Obojętnie, jaką decyzję byśmy podjęli, to wzbudzi ona wiele kontrowersji. Albo będą protestować mieszkańcy, którym się to nie spodoba, albo organizacje walczące o prawa homoseksualistów.

Widłak zaznacza, że gdyby decyzja w tej sprawie zależała tylko do niego, to nie pozwoliłby na wieszanie takich plakatów. – Nie widzę potrzeby propagowania takich związków, szczególnie w takiej formie – tłumaczy.

Ja nie widzę potrzeby propagowania religii katolickiej, wybitnej urody polskich polityków, publikowania w ogóle jakichkolwiek reklam czegokolwiek, a w szczególności produktów adresowanych do kobiet, gdyż nie jestem kobietą i mnie one nie interesują. Jednak, ku mojemu żalowi, nie jestem dyrektorem całego świata i nie zajmuję się podejmowaniem odgórnych decyzji dotyczących tego, co wolno wieszać, a co nie.


Adam Sadłowski, miejski radny Prawa i Sprawiedliwości jest w ogóle zszokowany tym pomysłem.

– Preferencje seksualne to nie jest jakiś towar, żeby go reklamować na plakatach – uważa Sadłowski. – Nie wyobrażam sobie, żeby w autobusach wisiały zdjęcia przytulających albo całujących się facetów.

Próby wyszukiwania zdjęć radnego Sadłowskiego owocują ciekawymi rezultatami, z których większości nie chciałbym oglądać w autobusach. (Nawiasem mówiąc, radny Sadłowski domaga się, żeby współpracownicy zdejmowali obrączki, aby nie epatować preferencjami seksualnymi, prawda?) Poniżej przykład ESCANDALO zboczonego plakatu z całującymi się facetami. (Czy kogoś zaskakuje to, że radny Sadłowski nie wie o czym mówi?)





Wojciech Szot tłumaczy, że szesnaście polskich miast wybrali w głosowaniu internauci. Wiceprezydent Widłak podejrzewa, że powód może być jednak inny.


– Niedawno wypowiedzią o gejach i lesbijkach podpadł poseł Robert Węgrzyn z Kędzierzyna-Koźla. Może dlatego ci działacze wzięli nas pod lupę? – zastanawia się.


Poseł Węgrzyn się odcina: – Że niby ja tym incydentem sprowadziłem na miasto taką organizację? Nie sądzę.

Nie mówi się „sprowadziłem na miasto organizację”, tylko „sprowadziłem na miasto plagę i zarazę”.

Czas na Inowrocław, gdzie roi się prezes Iwański:


Trudności zaczęły się już w Inowrocławiu, gdzie organizatorzy MNW chcieli umieścić plakaty w komunikacji miejskiej. Szef firmy zarządzającej nośnikami reklamowymi Ireneusz Iwański powiedział Gazecie Wyborczej: Społeczeństwo nie jest gotowe na oglądanie takich plakatów.




ESCANDALO — mam nadzieję, że społeczeństwo nie zajrzy na mojego bloga…


Ludzie zniszczyliby je, połamali ramki.

…bo mi przeca połamie ramki. (Wandale w tym Inowrocławiu mieszkają, u nas w Amsterdamie nikt nie łamie ramek.)


A moja firma poniosłaby straty. Wolałbym, żeby akcje uczyły młodzież ustępowania miejsca w autobusach. I nie namówi mnie pan, żebym publicznie się wypowiedział, co sądzę o treści tych plakatów.

No panie prezesie, pan się wypowie o treści, strasznie jesteśmy ciekawi i totalnie przekonani, że pan te plakaty widział.


Prezes inowrocławskiego MPK Mariusz Kuszel dodał, że „Publiczne propagowanie takich scen nie jest właściwe.”

TAKIE SCENY





Plakaty (w formie ogłoszenia) zamieściła gazeta lokalna „Kurier Inowrocławski”, nie robiąc żadnych przeszkód.

Bo tam pewnie pracuje jedyny gej w mieście.


Nie lepiej jest w Suwałkach, gdzie organizatorzy, starając się wyważyć koszty i widoczność kampanii, nastawili się na słupy ogłoszeniowe. Tymi zarządza Zakład Usług Komunalnych, a jego dyrektor Tomasz Łazarski zapowiedział: Regulamin zabrania umieszczania plakatów, których treść mogłaby naruszyć cudze uczucia. Suwalczanie to w 90 procentach katolicy. Na pewno poczuliby się dotknięci.

Poniżej, zboczone plakaty urażające uczucia Suwałczan-katolików.



Poważnie, Suwałczanie-katolicy, tak wam łatwo urazić uczucia? Wystarczy istnieć i stać w pobliżu siebie? Objąć się w pasie? Muszę wam powiedzieć w zaufaniu, że brzmicie, jakbyście cierpieli na jakiś rodzaj niezrównoważenia psychicznego, jeśli widok obejmującej się pary, w pełni ubranej w przeraźliwie nudne ciuchy, na wszelki wypadek z długimi rękawami ŻEBY NIE BYŁO GOŁEGO ŁOKCIA wam uraża uczucia.

Tylko sprawdzę dla pewności. Para objętych dziewcząt wam uraża, tak? A to poniżej wam nie uraża, robaczki? (Żeby nie było, że manipuluję, obwieszczam uroczyście i obłudnie, że te plakaty wywiesili katolicy z Poznania.)






Wiecie co, katolicy? Wy się leczcie. I miejcie nadzieję, że mnie po drodze nie spotkacie, bo ja na ogół noszę krótkie rękawy, zobaczycie homo-łokieć i trauma murowana.