Co właściwie robi terapia

Pytanie z tytułu, zapewne inaczej sformułowane zadała mi znajoma osoba. (Zapewne, albowiem gdyż jestem człowiekiem leniwym i nie chce mi się tego sprawdzać. Tego terapia nie leczy.) Za zezwoleniem postanowiłem zrobić z tego notkę, zakres tematów, na które jeszcze nie pisałem wydaje mi się nader ograniczony, tego chyba ostatnio nie było. Zwracam uwagę, że piszę wyłącznie o własnych doświadczeniach i nie można ich rozciągać na inne osoby, w tym Ciebie, drogi/a czytelniku/czytelniczko.

Skupiam się tu wyłącznie na pierwszym terapeucie. Powody są następujące: 1) był najlepszy (był, bo został life coachem i do tej pory nie mogę tego przeboleć); 2) na różnych rodzajach terapii z różnych powodów bywam od 10 lat i nie mam kolejnych 10 lat na napisanie notki. Poza tym tego pierwszego potrzebowałem najbardziej, a potem zajęliśmy się głównie terapią zorientowaną na akceptację ChAD.

Nie mam pojęcia, jaki to był rodzaj terapii. Są różne, CBT, DBT i dużo innych skrótów, których nawet nie pamiętam. W każdym razie rodzaj ów polegał głównie na tym, że terapeuta zadawał mi pytania, a ja na nie odpowiadałem. W pewnym momencie zauważałem, że w ciągu ostatniej minuty powiedziałem dwie rzeczy, które są ze sobą sprzeczne i NIE MOGĄ być prawdziwe jednocześnie. W tym miejscu pan (hetero, po 50, dwójka dzieci, rozwiedziony, hobby: narciarstwo) zostawiał temat i przechodził do następnego. Sesja wyglądała mniej więcej tak, że przez dwie minuty rozmawialiśmy o pogodzie i z góry ustalaliśmy termin następnej, potem przez 50 minut doprowadzał mnie do różnych skrajnych emocji, między innymi płaczu, a na koniec rozbawiał mnie i w rezultacie wychodziłem z gabinetu nieco zmęczony, uśmiechnięty, zadowolony z życia i z zagwozdkami różnego rodzaju. Moją pracę domową stanowiło rozgryzienie tych sprzeczności. BARDZO rzadko używał zdań oznajmujących i unikał dawania mi porad.

Zadaniem terapii było danie mi instrukcji obsługi życia. Po dwóch latach spędzonych na jedzeniu antydepresantów przyjechałem do Amsterdamu z silnym przekonaniem, że zmiana miejsca zamieszkania rozwiąże wszystkie moje problemy. Tak się nie stało, bo problemy przywiozłem ze sobą, w głowie. Największym z nich było coś, co nazywam terminalną wyjątkowością. W sensie: inni są WSZYSCY mądrzejsi, głupsi, szczęśliwsi, bogatsi, biedniejsi, w sumie wszystko jedno, dopóki mogłem w zdaniu umieścić słowa „zawsze”, „nigdy”, „wszyscy” i „nikt”. Rozdzielałem to na różne strefy życia, na przykład WSZYSCY inni umieli być „normalni”, a ja nie; WSZYSCY byli głupsi, a ja najmądrzejszy i tak dalej. Pierwszą sprzeczność widać chyba od razu.

Poza tym miałem ze sobą problemy wyniesione z dzieciństwa. Ojciec odrzucił mnie zanim się urodziłem, a dla mamy stanowiłem problem, z którym musiała sobie radzić. Nie było to proste w Polsce w latach 70. z nieślubnym dzieckiem, które wyglądało jak mały Arab. (Patrz zdjęcie z dzieciństwa na początku.) Jednak z pierwszych lat życia wyniosłem następujące przekonania, wpojone głęboko w podświadomość: 1) moi rodzice to wszystkowiedzący bogowie, 2) mama i ojczym uprawiali przemoc, tzn. on uprawiał przemoc, a ona się broniła, po czym trwali w związku dopóki ojczym nie zrejterował, kradnąc jej legitymację służbową i wszystkie pieniądze. Tak więc – uważała moja podświadomość – elementem miłości musi być alkoholizm, przemoc domowa, zaś wszystko, co nie udawało się w rodzinie jest moją winą, gdyż rodzice są doskonali. Tak samo było z pracą, moim własnym życiem uczuciowym itd. Jeśli coś szło źle, była to niechybnie moja wina. Terminalna wyjątkowość zakładała między innymi, że w wieku lat siedmiu byłem w stanie doprowadzić ojczyma do alkoholizmu i używania przemocy. (Wobec mnie użył jej raz, posyłając mnie ciosem pięścią we framugę drzwi. Sam się wystraszył i ustaliliśmy, tzn. on ustalił, a ja strasznie się bałem, że będzie to nasza tajemnica i nic nie powiemy mamusi.)

Na początku moim celem było nieposiadanie uczuć. Uczucia targały mną w losowych kierunkach, a ja nie mogłem zaakceptować własnego braku kontroli nad nimi. Tak więc rozpocząłem od żądania, aby terapeuta nauczył mnie, jak nie mieć uczuć. Pan objaśnił, że to nie tak działa, a ja wzniosłem oczy do nieba (wewnętrznie, bo mamusia nauczyła mnie manier) i pomyślałem – ładnie, trafiłem na jakiegoś niedouczonego oszusta. Potem zaczął mnie wypytywać o rodziców – uznałem, że naoglądał się w telewizji innych terapeutów, którzy ZAWSZE muszą pytać o to samo, zawsze o rodzicach. Spoiler alert: miał rację.

Z domu wynosimy na ogół przekonanie, iż nasza rodzina jest normalna, ponieważ nie mamy wielu własnych rodzin celem porównania. W moim przypadku dochodziła dodatkowa izolacja; rodzina generalnie trzymała się we własnym towarzystwie. Dzięki temu nie umiałem znajdować przyjaciół poza gronem rodzinnym i musiałem się tego nauczyć w Amsterdamie, gdzie nie mieszkali moi kuzyni, ciocie, wujkowie, babcie itd. Przeszkodę stanowiło silne przekonanie, że jestem niezdolny do normalnego życia – w przeciwieństwie do WSZYSTKICH innych ludzi, którzy chodzą sobie po świecie będąc normalnymi, a ja po prostu za mało się staram, jestem za głupi, co tu kryć, WYJĄTKOWO głupi i niezdolny.

Żadne osiągnięcie nie było wystarczające, ponieważ podświadomie chciałem doprowadzić do zmiany przeszłości; do tego, żeby ojciec nie odrzucił mnie przed moimi własnymi narodzinami, a mama dawała mi uczucie bezwarunkowej miłości w dzieciństwie. Jeśli np. na crosstrainerze spaliłem 560 kalorii, oznaczało to, że jestem cieniasem – ponieważ wszystko, co mogłem osiągnąć było zbyt łatwe. Jeśli spaliłem ich 558 byłem w ogóle przegrany, wszystko spierdoliłem, bo miało być 560, 558 to właściwie nic. Następnego dnia musiało być 570 i powtórzmy proces myślowy przytoczony powyżej. Praca była ciągle za kiepska, zarobki za niskie, ponieważ przeszłość nadal się nie zmieniała. W końcu dotarłem do ściany własnych możliwości, co stanowiło dowód na moją totalną beznadziejność i doprowadziło mnie do kompletnego załamania nerwowego.

Nie potrafiłem nawiązywać znajomości z mężczyznami heteroseksualnymi z jednego, jedynego powodu – zapamiętałem kolegę ze studiów, który w barze odsuwał się ode mnie, żeby nie mieć ze mną fizycznego kontaktu na ciasnej ławce dla czterech osób obsadzonej przez osób sześć. W mojej głowie kolega Piotr rozciągnął się na WSZYSTKICH mężczyzn hetero, w tym kolegów z pracy w Amsterdamie. Którzy nie mieli żadnego problemu z siedzeniem nieomal na mnie, ale tym razem to ja usiłowałem się odsuwać, przekonany, że za chwilę zaczną się mnie brzydzić. Izolowałem się i udawałem osobę, którą nie byłem, przekonany, iż prawdziwy ja jestem najgorszy, najbrzydszy, najgłupszy ze WSZYSTKICH. I tak dalej. Pan terapeuta ciężko pracował nad uświadomieniem mi faktu istnienia odcieni szarości.

Jednym z (wielu) posiadanych przeze mnie problemów była niemożność odezwania się w kontekście socjalnym, np. kiedy z kolegami szliśmy na piwo. Tkwiłem w przekonaniu, że cokolwiek powiem, będzie głupie i ktoś się na mnie obrazi – tak więc nie mówiłem nic. Terapeuta zapytał, o czym rozmawiają moi koledzy. Nie kryjmy – po czterech piwach rozmawiali głównie o pierdołach. Na ogół nikt nie pamiętał potem, co było tematem konwersacji, ale jako osoba terminalnie wyjątkowa byłem przekonany, że głupoty jakie powiem będą wyjątkowe i zostaną zapamiętane przez WSZYSTKICH. Tkwiłem w nieudanym związku, „wiedząc”, iż NIKT więcej się mną nie zainteresuje i jeśli zerwę z Szacownym Eks-Małżonkiem do końca życia będę trwać w celibacie, niekochany i niechciany przez NIKOGO. Mam wrażenie, że wytłumaczyłem wystarczająco wiele.

Podczas pierwszej sesji terapeuta powiedział mi, że sesji będzie maksymalnie dziesięć, a potem nastąpi co najmniej sześć miesięcy przerwy po to, żebym się nie uzależnił od jego opinii, pomocy i tak dalej i żył na własną rękę. Tak się stało, z tym, że sesji było dziewięć. Po pół roku wróciłem chyba na sześć. Drugi raz wróciłem na dwie, kiedy umierała moja babcia i nie umiałem sobie z tym poradzić. Trzeci raz po wypaleniu zawodowym i utracie pracy. Widywaliśmy się raz w tygodniu, czasami raz na dwa tygodnie, z dłuższymi przerwami na jego wakacje. Pewien czas zajęło mi zrozumienie, iż słuchanie cudzych problemów i próby ich rozwiązywania jest strasznie ciężkim zadaniem dla człowieka traktującego swoją pracę poważnie i terapeuta naprawdę musi jechać na wakacje 3-4 razy w roku po to, żeby się na jakiś czas odłączyć. Terminalna wyjątkowość przez krótki – na szczęście – czas wmawiała mi, że ma mnie po prostu dość.

Odkryłem również, że im bardziej się przed tym obcym człowiekiem otworzę, tym lepiej będzie mi w stanie pomóc. Posłużę się tu metaforą. Jeśli wybieramy się do warsztatu samochodowego, mechanik lepiej i szybciej naprawi urządzenie, jeśli powiemy mu „stuka mi w silniku, gdy przekroczę prędkość 50 km/h” niż „coś jest nie tak”. Wydawałoby się, że nasze życie i dobrostan są ważniejsze, niż samochód, a jednak więcej czasu spędzamy na pilnowaniu grata, wybieraniu fryzjera i przymierzaniu butów, niż ułatwianiem sobie życia za pomocą pracy nad powodami, dla których jest nam każdego dnia źle. Gdybyśmy umieli „wymyśleć się” z tego stanu – z bycia nieszczęśliwymi – nie bylibyśmy nieszczęśliwi. Gdyby nasz samochód umiał się sam naprawić, nie zaciągalibyśmy go do mechanika. I tak dalej.

W związku z tym niezbędne było znalezienie człowieka, przed którym umiałbym się otworzyć na tyle szeroko, na ile umiałem. Mam za sobą różnych terapeutów i nie każdy nadawał się nie tyle do zawodu, co do mnie osobiście; ten, który przewracał oczami słuchając moich wynurzeń prawdopodobnie miał po prostu tik nerwowy, ale zachowanie to uniemożliwiło mi rozmowę z nim na jakikolwiek temat i po jakimś czasie poprosiłem o zmianę. Mój pierwszy nie robił takich rzeczy. Słuchał mnie zawsze z uwagą, notatki robiąc po sesji, niczego nie nagrywał, utrzymywał kontakt wzrokowy. Nie leżałem na żadnej kozetce, siedziałem na krześle. Pomiędzy nami stało pudełko chusteczek, z którego obficie korzystałem – kiedy już pozbyłem się uczucia, że wolno mi zużyć tylko jedną, a najlepiej przynieść własne, bo CO ON SOBIE POMYŚLI. Terapeut(k)a, przed którym/którą nie jesteśmy w stanie rozdłubywać własnej przeszłości, uczuć i problemów jest równie przydatny/a, jak wykopanie dziury, do której będziemy wrzucać banknoty i je podpalać. Ale jeśli z góry założymy, że są rzeczy, o których nie powiemy nikomu, nigdy, zawsze, wszędzie, każdemu, rzeczywiście nikt nam nigdy nie pomoże. Jednym z powodów, dla których piszę bardzo otwarcie (tak samo zachowuję się w kontaktach bezpośrednich) jest wyuczona świadomość, że sekrety zjadają mnie od środka. Wydaje mi się, że nie mam już żadnych prawdziwych, wstydliwych tajemnic, którymi bym się z kimś nie podzielił – z terapeutą, mężem, przyjaciółmi, na blogu. Czuję się z tym o wiele lżejszy i mogę się skupić na uprzyjemnianiu sobie życia. Od kilku lat nie zdarza mi się już to potworne uczucie, kiedy mózg nagle postanawia mi przypomnieć o strasznie wstydliwym wydarzeniu sprzed lat, ponieważ wydarzenie z uciechą rozpowszechniłem. Nikt nie może mnie szantażować informacją, która jest powszechnie znana; nikt, włącznie z własnym mózgiem.

Kilka sesji zajęło mi zrozumienie, że kompletnie nie jest ważne, co terapeuta sobie pomyśli, bo jego pracą jest słuchanie mnie i udzielanie mi pomocy, a nie ocenianie mnie osobiście (znowu, innym klientom na pewno pomagał i był obiektywny, ale z uwagi na terminalną wyjątkowość mnie z pewnością oceniał, oczywiście negatywnie). Przy czym z pewnością do jakiegoś stopnia mnie oceniał, ale to nie był mój problem. Od niego nauczyłem się obsesyjnego dbania o cudzą prywatność. Owszem, czasami używał zasłyszanych gdzie indziej rzeczy w charakterze przykładów mających danie mi do zrozumienia, że są inne osoby z podobnymi problemami. Nigdy nie dał mi możliwości rozpoznania osoby, zmieniając im płeć, wiek, miejsce urodzenia i wszystkie inne szczegóły. Być może w ogóle te przykłady wymyślał. Blogując zachowuję się tak samo, a przynajmniej się staram. Kolejną wyniesioną z terapii rzeczą jest świadomość, że nigdy nie będę doskonały. Jednym z moich celów było usunięcie również tej potrzeby – najpierw oczywiście skupiłem się na doskonałym, stuprocentowym usunięciem perfekcjonizmu, co rzecz jasna jest objawem owego perfekcjonizmu. Na Facebooku mam status „recovering perfectionist”.

Moja terminalna wyjątkowość została naruszona. Nie usunięta – znów, życie tak nie działa. Skoro jednak mowa o życiu, stało się ono o wiele łatwiejsze. Przed terapią otrzymanie 99 komentarzy pozytywnych i jednego negatywnego pod notkami na blogu powodowało, że nie mogłem spać w nocy, żarty myślą, że nie wszyscy mnie kochają. Teraz komentarze negatywne powodują przemyślenia (jeśli mają sens), rozbawienie (jeśli nie mają) lub po prostu zignorowanie, bo nigdy nie zadowolę wszystkich. Pewien wyjątek stanowi jedna grupa – z premedytacją nie piszę, która, gdyż nie udało mi się znaleźć żadnego sposobu, w jaki dałoby się ją zadowolić i nie doprowadzić do fochów i zachowań pasywno-agresywnych. Nie będę marnować czasu na dławienie się łzami i zarywanie nocy. Po prostu wiem, że jest temat, na który więcej nic nie napiszę.

Czego terapia mi nie dała: 1. Nie znalazła mi chłopaka (ale nauczyła, jak i czego szukać); 2. Nie znalazła mi pracy (ale nauczyła, że moja opinia i odczucia się liczą); 3. Nie wyleczyła mnie z dwubiegunówki; 4. Nie napisała za mnie książki, bloga, nie posprzątała mieszkania (ale nauczyła, że celem mojego życia nie jest posiadanie błyszczącego mieszkania i zastanawianie się, co ludzie powiedzą, zobaczywszy nasz bałagan); 5. Nie nauczyła mnie czytania w myślach. W temacie ostatniego punktu – dowiedziałem się czegoś, co mi się teraz wydaje oczywiste; najprostszym sposobem dowiedzenia się, co ludzie myślą jest spytanie ich, co myślą ze świadomością, że mogą nie powiedzieć prawdy. Lepszy sposób nie istnieje.

Jeśli macie jakieś dodatkowe pytania, zadawajcie w komentarzach – spróbuję odpowiedzieć.

W następnej notce o najtrudniejszych rzeczach, jakich nauczyłem się w ostatnich latach – dzięki terapii i nie tylko.

  • Ewa

    Nie doczytalam do konca wpisu (a jedynie do miejsca z kaloriami) ale natychmiast musze to powiedziec: miejsce z kaloriami potwierdzilo moje podejrzenie, ze po prostu jestes mna (minus kowalstwo/skory i broda).

  • ik ben een kikker

    Dziękuję za notkę, gdyż należę do zbioru osób, które zadały pytanie. Ale gdy czytam odpowiedź, mam pewien dysonans poznawczy: z jednej strony piszesz, że terapia Ci pomogła (i nie mam powodu nie wierzyć, inaczej po co bym pytała), z drugiej strony niektóre fragmenty, gdyby je wyrwać z kontekstu, wyglądałyby jak opis wyrafinowanych tortur psychicznych. Zaznaczam, że nie jestem przeciwnikiem terapii jako takiej i że piszę tylko o swoich doświadczeniach, wrażeniach i wspomnieniach.
    Sytuacja, w której ktoś mi zadaje pytania, a ja na nie muszę odpowiedzieć i nie wolno mi zapytać wzajemnie, wywołuje we mnie poczucie dyskomfortu, a jest, jak rozumiem, jedną z zasad etyki zawodowej psychologów.
    Doprowadzanie ludzi do skrajnych emocji też mi się wydaje podejrzane. Poszłam kiedyś porozmawiać z jednym księdzem w sprawie jakichś problemów. Ksiądz zaczął od próby rozśmieszenia mnie – przychodzę z problemem, zakłopotana, w nowe miejsce, a on w tym momencie udaje, że jest kimś innym, i raczej rozśmiesza siebie moim kosztem niż mnie – a po całej rozmowie czułam się zeszmacona jak nigdy w żadnym innym momencie życia i rozhisteryzowana (tu: skrajne emocje). Później stwierdziłam, że to dlatego, że ksiądz ów zadawał pytania zamiast słuchać. Postanowiłam nigdy więcej na coś takiego nie pozwolić i od tej pory w kontaktach z szeroko rozumianymi psychologami unikałam mówienia rzeczy, o których mówić nie miałam ochoty.
    Miewałam niekiedy kontakty z psychologami, czasem dochodziło do jednego spotkania, czasem do drugiego i ostatniego. Raz byłam na terapii grupowej, trochę na skutek mody, bo dużo osób ze wspólnoty dwunastokrokowej, w której spotkaniach uczestniczyłam, chodziło na takową. Zapowiadali, że ,,to bolesna terapia’’. I taka była, ale nie ze względu na traumatyczne wydarzenia, które sobie przypominałam w trakcie spotkań, tylko ze względu za wp***l psychiczny otrzymywany od grupy, potęgowany tym, że nie mogłam okazać, że mi przykro, bo wtedy wszyscy uzyskaliby dostęp do kolejnych informacji o potencjalnych sposobach dokopania mi. Drugą w hierarchii boleścią tej terapii były smutne historie opowiadane przez innych uczestników – niekiedy budziły gniew i poczucie bezradności. Inna sprawa, że prawdopodobnie zostałam do tej grupy błędnie zakwalifikowana.
    Z domu rodzinnego wyniosłam przekonanie, że psycholodzy są za karę, a zarazem wpajano mi, że powinnam do nich chodzić. Nie umiem dobrze opisać atmosfery roztaczanej wokół psychologii przez moich rodziców, ale moim zdaniem najlepiej to podsumowuje punkt 10 ,,Listu dorosłych ze spektrum autyzmu do rodziców dzieci z autyzmem’’ (Fundacja Prodeste, http://prodeste.pl/list/): ,,Reaguj zdecydowanie na wszelkie formy przemocy w terapii (…). Żadne postępowanie budzące jego [dziecka z autyzmem] lęk, ból czy niepokój nie jest terapeutyczne. (…) Jeśli w dzieciństwie pokażesz mu, że ,,dla jego dobra’’ można mu wyrządzić każdą krzywdę – tego właśnie się nauczy’’. Tak więc psychologów się zawsze bałam (i trochę boję do dzisiaj), zarazem długo mając przekonanie, że jeśli już do któregoś trafię, mam obowiązek się przed nim otwierać w wyznaczony przez niego sposób.
    Podoba mi się, co napisałeś o ograniczeniu liczby spotkań terapeutycznych do dziesięciu; większość psychologów, z którymi miałam styczność, nie stawiała takiej granicy (wyjątkiem była terapia grupowa, siłą rzeczy zaplanowana na konkretny czas). Limity spotkań postawiły mi dwie osoby, i to były te dwie, którym udało się uzyskać moje zaufanie i otwartość na pierwszym spotkaniu. Jedną był pan psychiatra, który na początku spotkania mi powiedział, że dziś jeszcze mnie przyjmie, ale na stałe nie mogę do niego przychodzić, bo leczy kogoś z mojej rodziny. Drugą był psycholog, do którego poszłam w ogóle nie na terapię, tylko na rozmowę kwalifikacyjną dotyczącą mojego ewentualnego udziału w programie profilaktycznym dla młodzieży. Można się zastanawiać, czy do szczerości zachęciły mnie tylko cechy osobowości i sposobu bycia obu panów, czy rolę odegrał też brak strachu przed drugim spotkaniem.
    Do mnie chyba najlepiej trafia psychologia z drugiej ręki. Na przykład taka:
    http://www.ninawum.com/inni-ludzie-maja/
    Albo taka:
    http://www.miloscpo30.net/co-wlasciwie-robi-terapia/
    która bardziej budzi zaufanie i zachęca do otwartości niż wszyscy terapeuci, u których w życiu byłam, razem wzięci. Albo rozmowa z kimś znajomym, o którym mogę legalnie wiedzieć tyle co on o mnie. Lub grupa dwunastokrokowa, w której nikt mi nie ma prawa zadawać pytań, ale każdy może mi udzielić rady w formie opowieści, jak sobie sam poradził z podobnym problemem.
    Dodatkowe pytania… zapytałabym o sygnały ostrzegawcze: Jak na pierwszym spotkaniu rozpoznać, czy to będzie dobry psychoterapeuta. Jak unikać niebezpiecznych sytuacji podczas terapii, jak się ustrzec przed przemocą emocjonalną. Co robić, żeby nie czuć niesmaku do siebie po wyjściu z gabinetu. Co należy do obowiązków pacjenta wobec terapeuty (prócz wniesienia opłaty za wizytę), a co w żadnym wypadku nie należy i nie można być do tego zmuszanym.
    Jeszcze raz dziękuję za notkę i czekam na następną 🙂

    • Ray Grant

      Powtórzę się – piszę wyłącznie o własnych doświadczeniach. Nigdy nie byłem nawet na jednej sesji terapii grupowej, więc na ten temat nie mogę powiedzieć w ogóle nic.

      Podczas terapii niczego nie musisz. Możesz w ogóle nie słuchać terapeuty i wyglądać przez okno, odmawiać odpowiedzi na pytania, wstać i wyjść. Zdarzało mi się czasami pytać wzajemnie, ale relacja terapeuta-pacjent siłą rzeczy musi być jednostronna – nie macie za zadanie się zaprzyjaźnić, podobnie, jak samochód nie naprawia mechanika 😉 Oczywiście, że terapia wywołuje poczucie dyskomfortu i jest zajebiście bolesna, zwłaszcza na początku. Nosiłem w sobie niezabliźnione rany, w które nasypano mi piachu i żwiru. Wydłubywanie tego żwiru pincetą musi boleć. Ale alternatywą było czekanie, aż konieczna będzie amputacja. Generalnie im więcej pokażesz, tym więcej otrzymasz pomocy. Jeśli odpowiesz na połowę pytań, terapeuta pomoże Ci połowicznie (w najlepszym przypadku). Po latach doświadczeń mówię o WSZYSTKIM. Terapeuta jest dla mnie naprawdę czymś w rodzaju mechanika. Coś mi nie działa, proszę naprawić. Czasami się nie da, trudno, ale nie będę ukrywać, że jest zepsute, bo wtedy na pewno nie naprawi.

      (Nb. terapeuta, który Cię nie słucha to pierwsza wskazówka, że trafiłaś na niewłaściwą osobę. Te pytania nie mają być z listy i bez związku między sobą.)

      Pomysł, że do psychologa chodzi się za karę to niestety objaw stygmatyzacji problemów psychicznych i nic na to nie poradzę. Sam się czułem przez długi czas słaby, przecież „normalni ludzie” nie muszą chodzić do psychologów, ale rok spędzony z depresją i pierwsze podejście do usuwania się z padołu bardzo szybko zmieniło moje poglądy.

      Teraz co do pytań:

      1. Na pierwszym spotkaniu raczej szukaj dyskomfortu. Nie rozpoznasz na pierwszy rzut oka, czy terapeuta jest dobry, czy nie – znowu wrócę do metafory mechanika, na sam widok nie poznasz, czy dobrze Ci nareperuje samochód. Zwracaj raczej uwagę na własne odczucia. To, że będzie Ci trudno, nieprzyjemnie, boleśnie jest niestety częścią terapii i tak musi być – wydłubują Ci żwir z ran. Ale jak się czujesz z człowiekiem, który to robi? Jak na Ciebie patrzy? Czy wzbudza zaufanie? Jaki ma wyraz twarzy? Język ciała? Czy czujesz się przy tej osobie bezpiecznie? Podkreślę konieczność odróżnienia odczuć ogólnych – „to jest obcy człowiek i co on sobie o mnie pomyśli” od tych związanych z konkretną osobą. Jak się czujesz wychodząc z sesji? Gdyby nie te ostatnie pięć minut, w których terapeuta doprowadzał mnie do świetnego humoru kolejnych sesji w ogóle by nie było, bo w pamięci zostawałby mi tylko ból i płacz. Te pięć minut powodowało, że wychodziłem uśmiechnięty, jakby wzmocniony i myślałem nad kolejnymi zagwozdkami, zamiast wypełzać na kolanach, czując się jak rozjechana żaba.

      2. Nie wiem. Nigdy nic takiego mi się nie przydarzyło.

      3. Jeśli czujesz niesmak wobec siebie po wyjściu z gabinetu, jest to świetna rzecz, od której należy rozpocząć kolejną sesję. Bo ten niesmak się skądś bierze i zadaniem terapeuty jest dogrzebać się do powodu. W moim przypadku były to myśli „jestem za słaby/marny/głupi/etc. żeby być jak normalni ludzie”, a potem „czemu ja byłem WCZEŚNIEJ taki głupi i nie zauważyłem” – nie zauważyłem, bo mieszkam u siebie w głowie i nie mogę przyjrzeć się sobie z zewnątrz. Do tego właśnie jest potrzebny terapeuta.

      4. Nie przychodzi mi do głowy żaden obowiązek pacjenta wobec terapeuty. Jeśli ktoś stosuje wobec Ciebie przemoc JAKIEGOKOLWIEK rodzaju, nie jest terapeutą, tylko szarlatanem i Twoim obowiązkiem jest wtedy napluć tej osobie na buty (przynajmniej w myślach) i ostrzec znajomych, którzy mogliby się tam przypadkiem wybrać.

  • ;-;

    Przed chwilą napisałam bardzo długi komentarz w którym zawarłam całą historię swojego życia, ale wiedza o moim życiu z całą pewnością nie jest nikomu potrzebna. Chciałabym po prostu podziękować ci za tego bloga, który bardzo mi pomógł, i za przywrócenie mi wiary w terapie, które jak dotąd nie pomogły nikomu kogo znam.

  • PMJŻ

    Dwa razy byłam na pierwszych spotkaniach, dwa razy się rozpłakałam z niejasnych dla mnie powodów, podziękowałam uprzejmie i nie wróciłam. Nie potrzebowałam emocjonalnych tortur, za które w dodatku trzeba płacić. Znacznie przyjemniej i konkretniej rozmawia się z psychiatrami (choć też nie wszystkimi). Takie są moje doświadczenia.
    Ogólnie natomiast mogę powiedzieć, że porównanie z samochodem i mechanikiem, acz zgrabne, jest raczej wątpliwe. Samochody mają specyfikację. Mechanik może stwierdzić, że ma do czynienia z Audi A3 8L 1.6 101 KM, psycholog wie tylko to, co pacjent sam mu powie, plus jeszcze musi to zrozumieć (co nie jest wcale oczywiste). Mechanik może uruchomić samochód i sprawdzić, jak pracuje silnik, psycholog nie pójdzie za pacjentem do jego naturalnego środowiska itd.

  • Edyta

    Drogi Ray’u, czy jest możliwe, abyś przypomniał sobie (lub z pomocą gugiela ustalił ;)) w jakiej metodzie pracował z Tobą pierwszy pan terapeuta, ten najmilej wspominany? bo to podejście (zadawanie dużej ilości pytań, doprowadzanie ludzi do skrajnych emocji w jednej sekundzie oraz wypominanie im sprzeczności w tym, co powiedzieli, acz bez serwowania Życiowych Rad, etc.) to coś, co zdarza mi się robić z automatu zwanego ‚jestem sobą’ od kiedy tylko pamiętam i od jakiegoś czasu chodzi za mną myśl, że przydałoby się to jakoś uporządkować, opanować, douczyć i w ogóle. Nigdy nie miałam styczności z terapeutami i terapią, więc Twoja podpowiedź, za jakimi hasłami iść w dalszych poszukiwaniach, byłaby mi dużą pomocą ;).

    pozdrawiam!

    • Ray Grant

      Niestety to będzie trudne, bo 1) terapeuta nigdy nie sprecyzował, jaka to metoda, oraz 2) porzucił zawód, żeby zostać lajf kołczem 🙁 możliwe, że to bardziej opłacalne, ale tęsknię za nim bardzo, kołczowania mi nie trzeba.