Cunningham, Eugenides, ja

Cunningham jest moim najulubieńszym autorem i mam z nim tylko jeden problem: pisze za mało, a ma już 61 lat. Jego książki ukazują się średnio co 4 lata, a ja chciałbym przeczytać ich tak ze sto. Do tej pory wydał ich raptem sześć, z czego ostatnie dwie nie zachwyciły mnie tak, jak bym chciał, ale pozostałe — w tym moje ukochane „Godziny” — to arcydzieła. Odkrycie, że w maju ukazała się w Stanach nowa książka wstrząsnęło mną i zachwyciło, kupiłem utwór drogą kindlową i wessałem w jeden dzień.

Już wiem, że wrócę do „Królowej śniegu” — i to szybko. W odróżnieniu od nieudanego eksperymentu „Specimen Lives” i dość sterylnego „By Nightfall”, nowa książka wreszcie sięga poprzeczki, ustawionej niewiarygodnie wysoko przez „Godziny” z 1998 roku. Barrett — misiowaty trzydziestoparolatek, porzucony właśnie drogą smsową; Tyler — jego brat, niedorobiony muzyk, który przekonuje samego siebie, że nałóg narkotykowy to w rzeczywistości jedynie metoda pobudzania kreatywności i Beth, umierająca na raka dziewczyna Tylera to trójka na miarę Bobby’ego, Jonathana i Clare z „Domu na krańcu świata”. Cunningham pisze zdaniami złożonymi w kostkę tak wiele razy, że sięgają księżyca — jego zdania potrafią zajmować pół strony tekstu. Tymi zdaniami pieści pięknie nieciekawą historię, używając nadzwyczaj ciekawej metody literackiej: omija mianowicie wszystkie ważne wydarzenia i pisze o tym, co wydarzyło się potem.

Eugenides w swojej „Intrydze małżeńskiej” również opisuje trójkąt mimo woli: Mitchell, chudy mistyk, zakochany jest w Madeleine, która kocha Leonarda, który cierpi na dwubiegunówkę. Niestety, autorowi „The Virgin Suicides” (przepraszam za dwujęzyczność tytułów, czytam w losowych językach i nie chce mi się sprawdzać, co z danego tytułu zrobił tłumacz) nie udało się dwubiegunówki namalować w sposób przekonujący i losy Leonarda czyta się trochę jak notkę w Wikipedii na temat typowych objawów choroby i efektów ubocznych litu. Jego metoda pisania jest w pewien sposób zbliżona do Cunninghamowej — obaj poruszają się w granicach gatunku nowoczesnej amerykańskiej powieści obyczajowej. Jednak Eugenides ma większe ambicje, przynajmniej na pierwszy rzut oka — jego bohaterowie zwiedzają świat, Mitchell zostaje wolontariuszem w hospicjum Matki Teresy, podczas gdy Cunningham ogranicza się do rzuconego mimochodem „dopiero następnego ranka okazało się, że młodzian ma na nazwisko Mars i jest dziedzicem wielkiej fortuny” — co zresztą jest dla fabuły kompletnie bez znaczenia. Akcja „Królowej Śniegu” rozgrywa się praktycznie w stu procentach w Nowym Jorku, wykochanym i wypieszczonym przez autora podobnie, jak postaci, poruszające się konkretnymi ulicami, przechodzące obok konkretnych kafejek, stacji metra. Założę się, że wybrawszy się do Hameryki byłbym w stanie wykonać podróż śladami Liz i Beth (co ciekawe, to warianty tego samego imienia — przypadeg?) i trwałaby dokładnie tyle, co opisana przez Cunninghama.

Wszystkie właściwie postaci cierpią na syndrom, który kiedyś był — i wciąż bywa — również moim udziałem: „is this it?” Mitchell rozwiązuje swoje rozterki, zostając wolontariuszem; Tyler wmawia sobie, że kokaina jest mu potrzebna jako paliwo dla talentu, a w ogóle to opiekuje się umierającą Beth; Madeleine, która w życiu chce głównie pisać o okresie wiktoriańskim, zżerana jest wątpliwościami, czy aby na pewno nie powinna robić czegoś WAŻNIEJSZEGO. Jonathan z „Domu na krańcu świata” tak długo zadaje sobie pytanie „czy to aby na pewno może być facet dla mnie?”, że kończy na tytułowym krańcu świata w braterskim związku z Bobbym. Liz, świadoma pewnej schematyczności swojego związku z młodym Andrew, pozwala mu trwać mimo to, bo dzięki temu nie musi myśleć nad szukaniem kogoś właściwszego (co, mam wrażenie, jest dokładnie tym, co Madonna robi z Baby Brahimkiem, czy jak się nazywa jej najnowszy wybranek). Ja sam spędziłem lata, przed poznaniem Zbrojmistrza, pytając siebie „is this it?”; dziś zadaję sobie to pytanie w kwestii swojej stabilności umysłowej.

Eugenidesowi nie do końca mogę wybaczyć zakończenie. Nie jest co prawda aż tak prostackie, jak się obawiałem przez ostatnie 200 stron, ale nie zachwyca jednak swoim wyrafinowaniem. Może nie jestem obiektywny, bo denerwuje mnie opis choroby Leonarda, ale trudno mi sobie poradzić z odpuszczeniem mu sposobu, w jaki pod koniec książki wydaje się miarkować: „ojej! mam kontrakt z wydawcą na 320 stron, a już napisałem 280. Trzeba to szybko zakończyć!” Ciężko jest uniknąć spoilerów i napisać cokolwiek o zakończeniu „Królowej Śniegu”, ale trzymało mnie ono w niepewności dosłownie do ostatnich zdań, a odkładając książkę (tzn. klikając przycisk „Library” w Kindlu) czułem niedosyt, w związku z którym odświeżam sobie wszystkie pozostałe książki autora.

Czasu na czytanie mam dużo, bo ostatnie tygodnie spędziłem na oddziale psychiatrycznym szpitala w Amsterdamie. Wydawało mi się do tej pory, że jedzenie szpitalne powinno być paskudne. Otóż nie. Nie przybyło mi kilka nowych kilogramów obywatela wyłącznie dlatego, że wypuszczają mnie na siłownię. Wczoraj na obiad podano dwa rodzaje ryby, cztery opcje wegetariańskie w tym dwie wegańskie, pyszny gulasz, trzy rodzaje ziemniaków, dziki ryż, dwa lub trzy rodzaje warzyw, trzy sosy i dwie surówki. Tego wszystkiego jemy, ile mamy ochotę. Holendrzy, przyzwyczajeni nie wiem do czego, kręcą nosem, ja, nawykły do polskich szpitali z ich gumowymi klopsami i barszczem z farby akwarelowej z cukrem odżywiam się trzy razy zdrowiej, niż w domu.

Współzawodnicy są zadziwiająco mało interesujący. Zdawałoby się, że psychiatryk powinien dostarczyć wielu uciech i przerażeń, tymczasem na moim oddziale — przypadków łatwych — siedzą cztery bipolary, jedno zaburzenie odżywiania, jedno wypalenie zawodowe, jedna demencja i jedno nie wiem co, bo wygląda na kompletnie zdrowe. Dostajemy metalowe sztućce i szklane szklanki. Jedyne oznaki, że jestem na oddziale psychiatrycznym, a nie np. chirurgii to nieotwierające się w ogóle okna oraz terapia zajęciowa, która wygląda dokładnie tak, jak na filmach (w odróżnieniu od elektrowstrząsów i prawie wszystkiego innego, które NIE wygląda tak, jak na filmach).

Co tu właściwie robię? Cóż, już w kwietniu, a może marcu — dopiero teraz to do mnie dociera — moja dwubiegunówka zaczęła wykonywać jakieś dziwaczne podskoki i koziołki, w maju wsiadła zaś na rollercoaster i ruszyła z kopyta. Po dużej ilości seksu, niewielkiej ilości przemocy, zerwaniu więzów z trzeźwością i nawiązaniu nowych z czymś, co najłatwiej określić uczuciem „fuck you, world” mój lekarz zaproponował mi hospitalizację, a ja — na tyle samo-świadom, żeby rozumieć, że jest źle — zgodziłem się i ostatnie dwa tygodnie spędziłem tutaj, głównie na czytaniu, cierpliwym znoszeniu efektów ubocznych, ćwiczeniu na siłce i jedzeniu.

Historie Cunninghama i Eugenidesa mają zakończenia; Cunningham, drań jeden, wykonał zakończenie otwarte, a Eugenides zamknięte. Moja historia na razie nie ma zakończenia, ma za to rozdział, którego się jako żywo nie spodziewałem i nie umiałem go sobie wyobrazić. A jednak chyba poszło nieźle, zważywszy na to, że bipolarna znajoma z oddziału nie chce mnie wypuścić, pielęgniarki i pielęgniarze lubią (choć i tu, na oddziale psychiatrycznym trafiłem na pielęgniarza, który jest zdania, że z epizodu mieszanego można się „jakoś wyciągnąć” i trzeba „po prostu się tak nie poddawać”…!), a nowe leki jak na razie wydają się działać — odpukać, rzecz jasna. Zbrojmistrz trwa dzielnie u mojego boku, choć przyznam, że w ostatnich miesiącach nie uprzyjemniałem mu życia jakoś nadmiernie. Ciąg dalszy, jak to zwykle bywa, nastąpi.

Zdjęcie: Flickr, Several Seconds

  • Absztyfikant

    Ray, trzymaj sie bracie. Zdrowia Ci zycze i czekam na ciag dalszy. Hugg

  • Marta_z_Danii

    Wychodz z tego, Ray. Trzymam kciuki.

  • oh. zastanawiałam się, gdzie zniknąłeś. dużo miłości. wracaj najszybciej jak to możliwe.

  • Gronkowiec

    Trzymam kciuki. Wygląda na to że po raz kolejny poradziłeś sobie z chorobą 🙂 Dobrze wiedzieć, że Ci się poprawia! Trzymam(y) kciuki!

    Eugenides faktycznie spartolił zakończenie, ale MOGŁO BYĆ GORSZE, bałem się że będzie gorsze. Jesli tak ma wyglądać zmartwychwstanie wiktoriańskich intryg miłosnych, to mi to pasuje 🙂 Byłem ciekaw twojej opinii o jego opisie dwubiegónówki. Ja, choć uparcie trafiam na partnerów z klinicznymi zaburzeniami psychicznymi, nie trafiłem nigdy na kogoś z dwubiegunówką, więc wyobrażałem sobie że pewnie to wygląda jak u Eugenidesa. To teraz wiem że nie wygląda 🙂

    • Ray Grant

      Oj tak, zakończenie gorsze przyszło mi do głowy około połowy książki i z mdlącym uczuciem obserwowałem, jak autor się do niego zbliża wielkimi krokami. Bardzo się cieszę, że jednak w ostatniej chwili wprowadził drobną odmianę.

      Jego opis ChAD nie jest taki do końca zły, jest tylko szablonowy. Fakt, że leki na bipolara dobiera się latami w ogóle został zignorowany, Leonard wykazuje wszystkie objawy z wikipedii (a ja nie znam nikogo ze WSZYSTKIMI wliczając w to siebie), etc. Powiedziałbym tak — Leonard jest bipolarem teoretycznie możliwym, szkodzi mu ta teoretyczność. Ale dla osoby nieobeznanej z tematem zapewne lektura jest zupełnie inna, niż dla mnie.

      • Każdy ChAd jest inny Ray, osobowość zawsze rzuca indywidualny cień, stąd trudna diagnoza, długo trwający dobór leków, czasami jak niekończąca się opowieść, zresztą na pewno to wiesz. Powieściowe wersje wszystkich dolegliwości i chorób psyche zawsze są jakimś tam szablonowym konstruktem, uproszczeniem, ale dla przeciętnego odbiorcy chyba nie jest to nieautentyczne, jeśli nie ma tego z czym porównać, pewnie to trochę jak rysowane węglem na czole z twojej perspektywy, ale w literaturze? jak to zrobić inaczej? trzeba operować jakimś schematem… (normalnie przeczytam tego Eugenidesa…) z drugiej strony są też powieści mocno autentyczne pisane przez ludzi, którym bipolar znany jest z bardzo bliska, ciekawe co byś powiedział na „Niespokojny umysł” Jamison? albo chociażby na „Poradnik pozytywnego myślenia” (chodzi mi tu o książkę głównie, w mniejszym stopniu o film). Co do autokreacji, która gdzieś tam jest w postach poniżej, każdy z nas to robi i nie jest to objaw zaburzenia tylko totalnie zwyczajny sposób bycia w świecie, więc nadal możesz zostać kim chcesz;).

        • Ray Grant

          Jamison Redfield odpracowałem w dwa dni po diagnozie 🙂 Poradnika ciągle jeszcze nie, jakoś mnie mocno recenzje filmu zniechęciły.

      • Gronkowiec

        Eugenides w którymś wywiadzie powiedział, że nie robił specjalnego researchu o ChAD do tej książki, bo interesowały go relacje w tym trójkącie bohaterów, a nie realistyczne przedstawienie choroby. Więc pewnie faktycznie wziął to z Wikipedii 😉

        Mnie w trakcie lektury prześladowało pytanie „czy Leonard to jest wredna potworna kreatura, czy jednak nie jest taki zły”. Bo jakby nie patrzeć sporo złego ludziom wyrządza. Ale z drugiej strony, to nie on, tylko jego choroba. No ale z trzeciej strony jego choroba TO JEST on, innego Leonarda nie ma… No i tak sobie rozkminiałem. I nie wiem co o tym myśleć. Ani o zmyślonym Leonardzie, ani o moich prawdziwych byłych, którzy byli chorzy i w efekcie mnie krzywdzili na całego :/

        • Ray Grant

          To jest trudne pytanie. Kiedy się kończy choroba, a zaczyna bycie dupkiem? Ja Leonarda w ogóle nie widzę jako złego, ale ja tę chorobę oglądałem od wewnątrz. W ogóle nie przyszło mi do głowy, że można go uznać za złego człowieka. #będzienotka

  • Karolina

    Ray, nie mam slow. Ale jestem i pamietam :*

  • i_am_keyser_soze

    Fajnie znów cię widzieć (czytać?) 🙂

  • Cunningham mówisz… tak, ma pięknie nieoczywisty, ale i piekielnie autentyczny sposób opowiadania o świecie. Mimo wszystko „Dom na krańcu świata” jest mi najbliższy, strasznie lubię tych bohaterów, po prostu. Pewnie jak każdy zaczęłam od „Godzin” i to tylko dla mojej ukochanej Virginii Woolf, nie żałując oczywiście. Od czasu postu o strachu zastanawiałam się, kiedy i jak mocno trafi cię twój drugi biegun, dobrze, że jest dobrze, wyrazy podziwu i sympatii dla twojego Zbrojmistrza, czasu na czytanie książek zazdroszczę, mój ulubiony depresyjny neurotyk zabrał do psychiatryka Bukowskiego, ciągle mam wątpliwości, czy był to trafny wybór, trzeba mu rzeczywiście było zasugerować Cunninghama i jego „godziny, w których życie odsłania się, dając to, co zawsze istniało w naszej wyobraźni”. Jak widać w wpisów powyżej sporo ludzi na ciebie czekało, ja też trochę :).

    • Ray Grant

      🙂 No faktycznie nie wiem, czy Bukowski to był słuszny wybór. Mi było z Cunninghamem dobrze, z Eugenidesem w sumie też OK. Cieszę się, że więcej mi nie było trzeba. Teraz z rozpędu męczę też „Flesh and Blood”, skoro Cunningham. Ten człowiek pisze tak cudowne postaci, że tylko zazdrościć.

  • Rosa

    Niektore rzeczy u Raya na blogu widac dopiero po fakcie. Nie przypuszczalabym po kwietniowo-majowych wpisach, ze nasz ulubiony autor uzywa sobie zycia w sposob niekoniecznie zdrowy, choc przypuszczalam ze znajduje sie tam, gdzie swiatlo nie dochodzi, i bylo mi egoistycznie smutno z powodu braku wpisow na blogu. Do promiskutyzmu z okresu dwa lata temu (cholera, nie wiem juz, za dlugo czytam tego bloga i datowanie mi sie myli!) takze przyznal sie duzo pozniej, we wpisach twierdzac, ze znalazl takieo calkowicie normalnego mezczyzne i jest to wszystko, czego teraz potrzebuje wiec musi sie tego trzymac. Zabawne, jak bardzo nasze slowa o nas samych sa naszymi zyczeniami, a opowiadania o naszym zyciu naszymi kreacjami…

    Ray, dobrze, ze udalo ci sie w pore zorientowac w sytuacji. Taki szpital to tez pewna odmiana. Dobrze, ze trafiles do porzadnego, bo bylam w jednym takim na Zgnilym Zachodzie w odwiedziny, i uznalam, ze od samego pobytu w tym miejscu da sie zwariowac. Pokoje sprzata sie tam chyba raz na trzy miesiace, o higiene pacjentow nie dba nikt, a co daja do jedzenia, tego nawet nie chce przypuszczac.

    • Ray Grant

      Ja na ogół jednak piszę to, co mi się w danej chwili wydaje prawdziwe, moja autokreacja nie jest świadoma. Co swoją drogą z pewnością mi szkodzi. Jak ja w tych warunkach mam nowym Kominkiem zostawać?

  • Agnieszka

    Ray – jeśli życzysz sobie być ściskanym – ściskam mocno, jeśli sobie nie życzysz – przesyłam wyrazy sympatii i szacunku dla Ciebie i Zbrojmistrza. I załączam egoistyczną prośbę – pisz więcej!
    (I, w związku ze świeżymi doświadczeniami, piekielnie zazdroszczę smacznego żarcia szpitalnego.)
    Aga

  • nika

    tęskniłam Ray! tak trochę się domyślałam, gdzie zniknąłeś, wiosna sprzyja. cieszę się, że wróciłeś. trzymaj się i dzięki za relację ze szpitala. moja branża, dobrze wiedzieć, że gdzieś to funkcjonuje inaczej. a opis barszczu epicki 🙂 aha – na wakacje kupię sobie Godziny 🙂

  • Rosa

    Hm, troche drazliwy sie Ray zroblies. To, ze monogamii Zbrozmistrzowi nie deklarowales, wiem doskonale, bo czytam bloga regularnie. Mowie o okresie po Dj-u, kiedy bardzo teskinles za ustatkowanym, poukladanym i spokojnym partnerem, wiec miales zwiazek, z… jak mu tam bylo? Drwalem, o ile dobrze pamietam. I tak, wpisy faktycznie brzmialy wtedy na tyle monogamicznie, ze zdziwilam sie, gdy przyznales sie pozniej do poliamorii.

    I moim osobistym, egoistycznym zdaniem, z tym sekszeniem to wszystko w porzadku, , a i osobiscie zazdroszcze. Zbrojmistrz pewnie byl przygotowany na taki obrot wydarzen. Na jego miejscu bardziej niepokoilabym sie twoim kontaktem z uzywkami w tym okresie.

  • Dorota

    Nic mądrego nie napiszę, ale – trzymaj się, Ray!

  • Pingback: Będąc wieloma ludźmi – miloscpo30.net()