Cześć Wilma. Zdycham. Co na obiad?

Wróciłem z kuźni, zmęczony tak, jak kiedyś dawno temu po pierwszych treningach na siłowni. Do domu dotarłem pchany wyłącznie siłą woli i nową piosenką Saint Etienne. Padłem na krzesło naprzeciw biurka i wpatrzyłem się tępo w monitor.

Łobosze, pomyślałem. Niech mi ktoś zrobi jeść. I zje za mnie, to też zbyt męczące. I potem posprząta. I pozmywa. I zrobi zakupy. I mnie rozbierze i umyje…

*

Niektórzy z czytelników pamiętają być może, że jakiś czas temu miałem depresję.

Od sześciu tygodni objawy depresyjne nie wróciły ani na minutę. Co więcej, wróciły problemy ze snem. Odnoszę silne wrażenie, że jedno i drugie jest ze sobą związane i jest sposobem mojego organizmu na danie mi do zrozumienia, że należy powoli zmniejszać dawkę leku.

Generalnie rzecz biorąc, wykazuję coś w rodzaju odwrotności depresji (łagodna mania?) — mianowicie jestem na zmianę szczęśliwy, bardzo szczęśliwy i strasznie szczęśliwy. Czasami, gdy mam okropnego doła, jestem tylko zadowolony z życia i jest mi dobrze. Nic poniżej właściwie się nie trafia, bo i niespecjalnie ma powód. Zdaję sobie sprawę, że pisanie tego na blogu to proszenie się, aby jutro spadł deszcz dżdżownic, po nim nastąpił pożar, a na koniec półpasiec, ale co ja poradzę, jest mi dobrze.

*

Moje życie uległo wskutek depresji zmianom, których jako żywo nie przewidywałem, kiedy raptem dziesięć miesięcy temu spędzałem całe dnie w domu, niezdolny do wyjścia po zakupy. Kiedy dzień składał się wyłącznie z opierania się myślom samobójczym, gapienia się w ścianę i czekania, aż nadejdzie wieczór i będzie można iść spać. Kiedy właziłem pod prysznic, siadałem na podłodze i siedziałem tak 45 minut, bo tyle mi zajmowało zmotywowanie się do wyjścia (przy czym umyć się nie byłem w stanie, wyłącznie namoczyć). Kiedy 45 minut zajmowało zakładanie skarpetek — konkretnie, pierwsza skarpetka 30 sekund, 44 minuty leżenia na kanapie i gapienia się w sufit, na koniec druga skarpetka. Kiedy ukochany mężczyzna oznajmiał mi sucho, że wychodzi, bo jak na mnie patrzy, to dostaje migreny, a przecież z pewnością bym tego nie chciał. Kiedy nie byłem w stanie projektować, a nic innego nie przychodziło mi do głowy. Kiedy przed zrobieniem sobie krzywdy powstrzymywało mnie głównie to, że nie mógłbym wtedy chodzić na siłownię — a to było ostatnie pozostałe mi zajęcie, które mi sprawiało przyjemność. Z wyjątkiem rzecz jasna faktu, że na siłowni byli inni ludzie, a ja nie byłem w stanie przebywać w niczyim towarzystwie.

Kiedy DJ ze mną zerwał, drogą sms-ową, powiedziałem sam sobie — dość spokojnie — że nigdy więcej. Żadnych związków, żadnego zakochiwania, ja tego nie umiem i już. Podrywanie wychodzi mi świetnie, seks bez zobowiązań też, doskonale radzę sobie jako singiel i na tym poprzestańmy. Nie spodziewałem się, że spotkam Drwala, a co dopiero Zbrojmistrza. Nie spodziewałem się, że zakocham się w tym drugim, mimo, że w zasadzie będę zajęty próbowaniem z pierwszym. I na pewno nie spodziewałem się, że będę wracać z kuźni, złachany jak kiepsko rozmrożona śmierć, po dniu ciężkiej roboty wykonywanej prawie bez pomocy. Jest to ciągle robota żenująco kiepska, ale MOJA.

*

O kuźni miałem pisać na blogu kowalskim, ale tutaj piszemy o miłości po 30, prawdaż?

Doszedłem do drugiego etapu rozwoju zawodowego. Pierwszy — nieuświadomiona ignorancja — za mną. Drugi to ignorancja świadoma. Tu właśnie się znajduję. Oglądanie kowala, u którego pracuję, doprowadza mnie niekiedy do wściekłości. Moje ręce TAK NIE ROBIĄ. Nie umiem tak uderzać, nie umiem tak celować, nie umiem w głowie rozłożyć na części zamka zapadkowego i bez dokonywania żadnych pomiarów, rysunków i w ogóle niczego tak po prostu go sobie zrobić (co dzisiaj oglądałem na własne oczy). I WIEM O TYM.

A jednak… dzisiaj wróciłem tak potwornie zmęczony dlatego, że pracowałem cały dzień niemalże bez pomocy. Nad konkretnymi przedmiotami z konkretnej stali. Przy użyciu wykonanego przez siebie młota kowalskiego, oraz wykonanych przez siebie kleszczy (które się nieco rozlatują po dwóch miesiącach, ale nadal są najlepsze do niektórych prac).

*

A teraz jest już jutro, wyspałem się, zjadłem kilka posiłków, dokończyłem notkę, pojechałem na egzamin państwowy z niderlandzkiego i właśnie zeń wróciłem. W ciągu trzech tygodni dowiemy się, jak poszło.


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga i chcesz zadbać o to, żeby i mi nie zabrakło niczego do czytania, rozważ skorzystanie z poniższego przycisku. Wszystkie uzbierane w ten sposób pieniądze wydam na książki. Książkodawcom serdecznie dziękuję! #stoserc



Więcej informacji, spis zakupionych dotychczas książek i lista książkodawców