Czy to by się już mogło skończyć?

Osoby, które uważają, że Boże Narodzenie to Cud, nad którym pochylamy się z Miłością, jednocząc się przy Stole Rodzinnym celem celebracji Dzieciątka Jezus proszone są o zamknięcie tej strony.

A poza tym triggerów jest tyle, że gdybym je liczył na palcach, musiałbym użyć dłoni, stóp i poprosić kogoś o pożyczenie protezy. Więc osoby, które triggeruje aktualny, ahem, okres kalendarzowy RÓWNIEŻ są proszone o zamknięcie tej strony.

Mówiłem, żebyście zamknęli. Naprawdę, wciąż nie jest za późno.

Dalej czytacie na własną odpowiedzialność. Uprzedzałem. Będę nieuprzejmy i urażę Wam uczucia religijne. I będzie Wam źle. I przykro.

No dobra, starczy tych ostrzeżeń. Tylko proszę bez komentarzy o tym, że Wam przykro, albo że tul, a za „po prostu nie rozumiesz/twoja własna wina pedale” etc., będę banować, a mam wyjątkowo złośliwy sposób banowania.

*

Boże Narodzenie z czasów, gdy miałem lat kilkanaście, wspominam z łezką szczęścia w oku. Możliwe, że 25 lat zaciera obraz, ale pamiętam tłum ludzi, ciotki, wujków, siostrzeńców, braci, w centrum królową – Babcię, wokół której właściwie wszystko się kręciło. Całość odbywała się w domu ciotki, bo nigdzie więcej nie było miejsca. Nieco mniej pozytywnie wspominam powroty do domu, bo położyć się tego całego tałatajstwa nie dało, ale kiedy już podrośliśmy, wracaliśmy z braćmi i kuzynami na Tarchomin, odpalaliśmy jakieś wino czy inne piwo i rżnęliśmy w planszówki, a potem rano wracaliśmy na Bemowo i trzeba było udawać, że mamy podkrążone oczy, bo, eee, nooo, ogrzewanie za mocno działało, albo coś. W każdym razie w kącie stała wielka choinka, pod nią góra prezentów, a ja jakimś cudem zawsze siedziałem tuż koło telewizora, w którym ryczały kolędy. Najpierw byłem grzeczny, potem zacząłem głośno protestować (trzeba było głośno, bo inaczej mnie nikt nie słyszał), potem zacząłem pudło po prostu wyłączać, a z czasem rodzina przywykła i przed kolacją sami wyłączali urządzenie.

Bardzo długi czas zajęło mi zrozumienie, że święta tak miło wyglądały tylko z punktu widzenia dzieciaka. W kuchni odbywały się dantejskie sceny. Pomieszczenie, generalnie niewielkie, było pełne mam, ciotek i innych osób, szalejących nad karpiami, pierogami, barszczykami, uszkami, pięcioma rodzajami pieczywa, śledzikiem i wszystkimi tymi rzeczami, które trzeba było podać do stołu w sposób Elegancki i co gorsza Uprzejmy. Babcia przynosiła ze sobą na ogół pierogi, do ich produkcji miała talent niewiarygodny, ale resztę też trzeba było zrobić, kuchenka miała tylko cztery palniki, a lodówka ograniczoną pojemność. A, bigos chyba jeszcze był. Nie pamiętam zbyt dokładnie, no, dawno to było. Aż pewnego razu przyprowadziłem ze sobą Szacownego Eks-Małżonka. W międzyczasie już powiedziałem rodzinie, że jestem gejem, nie był to prezent świąteczny. Potraktowano nas wspaniale, jak pełnoprawnych członków rodziny i idylla potrwała całe trzy tygodnie, zanim nie okazało się, że nie wolno mi go przyprowadzać na urodziny Babci, bo „ona tego nie rozumie”.

Dalsza część opowieści większości czytelników jest znana, więc ją pominę. W każdym razie rodzinne święta skończyły się, jak nożem uciął. Wyłamała się moja Mama i bracia, dzięki czemu spędzaliśmy wigilię w gronie czteroosobowym. Nie wiem, jak to możliwe, że żadne z wujków i cioć nie zaciekawiło się, jak to się stało, dopuszczam możliwość, że też nie życzyli sobie przy stole pedalstwa. Jednak nikt mi tego nigdy nie powiedział wprost, więc w sumie nie wiem. Potem Babcia zaczęła ciężko chorować. Bardzo ciężko. Kiedy widziałem ją chyba po raz ostatni, leżała na kanapie ciotki – ciotka, żeby nie wprowadzać napięć, albo po prostu mnie nie oglądać, nie wiem – wyszła z domu. Na kanapie leżała Babcia, przykryta kocem. Wyglądało to tak, jakby pod kocem nie było nic, wystawała tylko głowa, z trudem łapiąca powietrze. Tak wygląda godność bólu, który zsyła na swoich sługów Pan Bóg z miłości, żeby doświadczyć ich cierpieniem dla Jezusa, czy coś w tym stylu. Uwaga, będę urażać uczucia religijne. Jebać bóstwo, które pierdoli swoim wiernym, że kiedy cierpią straszliwy ból, to jest wyraz jego miłości.

Kiedy Babcia zmarła, co trwało bardzo długo, święta dla mnie się skończyły. Ale nie wiedziałem, że może być jeszcze gorzej. Pewnego roku okazało się, że w wigilię ciotka zostanie sama, bo jej synowie jakoś tak sobie ułożyli plan zajęć, że nie mają dla niej czasu. Moja Mama zapytała, czy może ją zaprosić. Odparłem, że proszę bardzo, tylko niech mnie nie usiłuje ściskać i udawać, że odczuwa wobec mnie jakiekolwiek uczucia. (Moja ciotka przypomina mi Galadrielę z „Władcy Pierścieni”, graną przez Cate Blanchett – uczuciowy lodowiec.) Mama zadzwoniła, powiedziała ciotce, że zaprasza serdecznie, że jestem, ale sam. Do uścisków nie dotarła, bo ciotka najpierw odpowiedziała, że jest chora i nie będzie nigdzie jechać, a potem – że jedzie na cmentarz.

Po powrocie z tych świąt zażyłem potencjalnie zabójczą kombinację substancji chemicznych, ale jakoś tak się składa, że moi Bogowie uparli się, że będę żyć. Naprawdę, powinno mi się udać już kilka razy i zawsze wydarza się coś takiego, że jednak ciągle tu jestem. Jak kogoś ciekawi, niech sobie poczyta o syndromie serotoninowym. Nie zrobiłem tego tak naprawdę z premedytacją, po prostu miałem w domu akurat taką substancję, byłem na akurat takim leku i po prostu chciałem nie czuć się tak strasznie, jak się czułem. Poniekąd się udało, bo zacząłem się czuć strasznie w nieco inny sposób.

*

Od tego czasu „wesołych” świąt unikam. Obchodzę Yule, które ma dla mnie wielkie znaczenie, bo ciemność robi mi bardzo złe rzeczy. Gdy dzień powolutku zaczyna się wydłużać, oznacza to, że przetrwałem najgorszy okres. Mama już przywykła, że na wigilię nie przybywam. Jakiś czas temu zaprosiłem sobie brata i było bardzo miło. W tym roku Jos szedł do pracy, ja miałem zostać sam i okazało się, że osoba wychowana w Polsce, z gwałtownymi skokami nastroju nie jest w stanie siedzieć sama w domu w wigilię. Fakt, że miałem barszczyk i uszka raczej mi dodatkowo zaszkodził, bo okazuje się, że perspektywa spożywania potrawy samotnie boli jeszcze bardziej.

Co Jos przeżył w pierwszej połowie dnia jest nie do opisania. Do pracy musiał iść, bo jego firma jest zorganizowana w sposób tak idiotyczny, że nie da się szybko zorganizować zastępstwa nawet w byle jaki poniedziałek, a co dopiero w wigilię. W zastępstwie przybyła Eugenia, która nie miała w zasadzie żadnych planów, bo w Holandii wigilii i tak nikt nie obchodzi, posiedziała ze mną, popukała w tablet, bo po gruntownym przedyskutowaniu tematu pt. „po co ja właściwie ciągle żyję, skoro i tak zawsze będzie najpierw lepiej, a potem gorzej” oraz „what is the fucking point of all this” zamieniłem się w roślinę doniczkową. Gdybym mógł, to bym zachlał, ale po pierwsze primo nie było czym, chyba, że perfumami, a po drugie primo Eugenia by mi nie pozwoliła. (A po trzecie primo następnego dnia rano wziąłbym odruchowo leki i potem znowu by się działy ciekawe rzeczy.) Poprzedniego dnia dała mi zadołowany seroquel, wziąłem i po raz pierwszy od października przespałem 14 godzin.

Nie pamiętam, czy wspominałem, w ogóle mało ostatnio pamiętam, ale od kiedy przestały mnie boleć plecy i zszedłem z tramalu nie udało mi się przespać powyżej 6 godzin z wyjątkiem jednej jedynej nocy, której jakimś cudem wydusiłem 7. Mam w telefonie tracker, średnio tygodniowo mam 5.5 godziny snu i po ponad dwóch miesiącach nie widać żadnych zmian. Jestem bez przerwy przemęczony. W zasadzie skrócony sen powinien powodować hipomanię, u mnie powoduje uczucie, że od tygodnia biorę speed (tzn. nie próbowałem, tak sobie to wyobrażam) i nie śpię.

Seroquel, owszem, zadziałał, wyspałem się wreszcie, tyle, że kiedy już wstałem byłem w stanie depresji z gatunku „dzisiaj się nie ruszam”. Tyle, że nie byłem zmęczony. Dzięki uzyskanej w ten sposób dodatkowej energii przeszedłem gładko do rozważania, co trzeba zrobić, zanim się zabiję, dotarłem do tego, że trzeba sformatować wszystkie dyski twarde, napisać Josowi, jak się obsługuje Macbooka, po czym jednak skończyły mi się siły, zaległem na kanapie i tak już zostałem, z Eugenią na tablecie co jakiś czas podrzucającą mi informacje w stylu „w Bangladeszu znaleziono największego mrówkojada na świecie”.

Dzisiaj, 25 grudnia – wesołych świąt, panie Zdzisiu, i pani też wesołych, pani Halinko, zdrowych i wesołych – byłem po prostu rośliną. Niewątpliwie byłem łatwiejszy w obsłudze niż wtedy, kiedy miałem siłę poszukiwać ostrych narzędzi, ale nie mogę powiedzieć, żebym w te święta okazał się jakoś niezwykle przydatny. Potem zrobiło się nieco lepiej, a potem znowu gorzej.

Myślałem, że uwolniłem się od przekleństwa „mery kristmasów”, ale jednak nie. Za każdym razem, gdy ktoś w najlepszej wierze życzy mi wesołych świąt, albo merry christmas, wstrząsa mną dreszcz bólu. A tych osób są niezliczone ilości. Jedna bliska mi dziewczyna napisała mi zupełnie bez uprzedzenia obrażonego pasywno-agresywnego maila o treści „Naprawdę? Piszesz mi o jakichś pierdołach w pierwszy dzień świąt? Merry Xmas to you too, Ray”. Pierdoły stanowiły odpowiedź na to, co mi sama napisała w wigilię. Dla niej wigilia nie znaczy nic, bo w Anglii się jej nie obchodzi. O Yule w ogóle nie wspominam, bo kogo obchodzą moje wierzenia i rytuały – Angielka wie, że nie do końca nam się zgadzają obchody. Ale to jednak ja mam obowiązek pamiętać, że jej należy powiedzieć Merry Xmas o poranku 25 grudnia. Nawet mnie zaciekawiło, czy nastąpi skok nastroju, tzn. spadek, rzecz jasna. Nastąpił.

Jest wieczór. Wesołe święta, panie Rysiu, oj pani Basiu, wesołe, może po setce? – ciągle się nie skończyły. 2016 jest najgorszym rokiem, jaki w ogóle pamiętam i średnim pocieszeniem jest dla mnie fakt, że zgadza się ze mną mnóstwo ludzi. Właściwie z rzeczy przyjemnych przychodzi mi do głowy 1) ślub, 2) podróże poślubne oraz 3) zakończenie bólu pleców, z tym, że średnia dla 2016 i tak wychodzi kiepska, bo bolało przez 10 miesięcy, a nie boli od dwóch. Ilość ważnych dla mnie ludzi, których 2016 wymordował jest przerażająca, a gdybym zaczął się czuć zbyt komfortowo, w wigilię Carrie Fisher miała atak serca. Do Carrie mam stosunek osobisty, nie będę się rozpisywać dlaczego, bo i tak tej notki jest za dużo. Zostało sześć dni. Ciekawe, czy 2016 zdąży zabić jeszcze kogoś, kto jest dla mnie ważny. Mnie w każdym razie chyba nie. Chyba. Nie chwal dnia przed zachodem słońca.

Wypisałem się z forum, które moderowałem. Z powrotem zamknąłem konto na Buniu, przetrwało chyba tydzień, zanim zasrały je wesołe święta, panie Edku, pani też wesołych, pani Basiu, rodzinnych. Postanowiłem sprawdzać maile raz w tygodniu. Telewizji nie oglądam. Nawet „Kylie Christmas” obchodzę szerokim łukiem. Ale nie da się zrobić tak, żeby pozbyć się wszystkich triggerów. Ten jest chyba najgorszy. Kiedy słyszę słowa „wesołych świąt”, mój umysł tłumaczy je na „dawaj, teraz jest ten moment, żeby sobie zrobić krzywdę”.

Nie jestem w tym jedyny. Obracam się w towarzystwie osób umysłowo interesujących, homoseksualnych i uzależnionych od różnych rzeczy. Te grupy mają pewną rzecz wspólną: bardzo wielu z nich/nas nie ma żadnych bliskich, którzy chcieliby się do nas przyznawać lub widzieć ich przy stole wigilijno-świątecznym. Sławetny pusty talerz (którego nawiasem mówiąc w moim dzieciństwie nie było, bo nie mieściły się nawet pełne) nie jest dla nich. Właściwie, patrząc na stosunek do uchodźców, bezdomnych, ubogich – chyba nie jest dla nikogo. Może gdyby znienacka przyjechała babcia-miliarderka ze Stanów. Jest oczywiście wyjątek: polscy przyjaciele, mieszkający w Amsterdamie zaprosili mnie na wigilię. Odmówiłem, dziękując jednocześnie serdecznie, z autentyczną wdzięcznością – bardzo doceniłem gest i wiem, że nie było to puste gadanie w nadziei, że powiem „nie”. (Całuję Was, Kochani, jeśli czytacie.) Wiedziałem jednak, że nie będę w stanie pozwalającym na konwersację w stylu „a jak panu smakuje śledzik” lub „a słyszeliście, co ostatnio powiedział Duda”. Nie wiedziałem, że będzie aż TAK źle. Gdybym wiedział, nie przyjąłbym zaproszenia jeszcze bardziej, bo wystarczająco cierpię przez to, że dostarczyłem wątpliwej jakości rozrywek Josowi i Eugenii. Rozszerzenie grupy osób, które oglądałyby mnie w tym stanie – zwłaszcza o nieznane mi rodziny moich przyjaciół – naprawdę by mi nie pomogło.

Jeszcze jeden dzień wesołych świąt, panie Jarku, ej kolęda, kolęęęęda. Potem Sylwester – życzcie mi, żeby nie lało, kiedy będę bez ruchu stać i gapić się na trzydziestometrowy ogień. Potem palenie choinek na Museumplein piątego stycznia – życzcie mi, żeby etc. Pod koniec stycznia lub na początku lutego zainstalują nam prawdziwy kominek. (Wcale nie jest tak, że przy życiu trzyma mnie tylko piromania! Jeszcze będę mieć nowy tatuaż!) Okres mroczno-zimowy generalnie przeżywam, kurczowo trzymając się kolejnych dat: muszę wytrzymać do 31 grudnia, potem muszę wytrwać do 5 stycznia, potem do 25 stycznia (urodziny męża), etc. Potem nadejdzie wiosna. Na początku wiosny zawsze mam straszliwą depresję, której w ogóle nie rozumiem, bo to mój najulubieńszy okres w roku, ale po dziesięciu latach powtórek przywykłem do niej o tyle, o ile to możliwe. A potem robi się lepiej. Pachnie życiem, słońcem, rozgrzaną skórą.

Jednak coraz częściej przypomina mi się fragment z filmu (i książki) The Hours:

Richard Brown: I don’t think I can make it to the party, Clarissa.
Clarissa Vaughn: You don’t have to go to the party, you don’t have to go to the ceremony, you don’t have to do anything you don’t want to do. You can do as you like.
Richard Brown: But I still have to face the hours, don’t I? I mean, the hours after the party, and the hours after that…

Sometimes I don’t know how much longer I can face the hours.

„Naprawdę? Piszesz mi o jakichś pierdołach w pierwszy dzień świąt? Merry Xmas to you too, Ray”

 

  • Jako wierna psychofanka, napisze tylko, że z okazji świąt w tym roku mam tylko nerwicę. I stanowczo odmowilam wigilli i nawet dziecko wyslalam w daleką dal. Co mnie bardzo cieszy paradoksalnie. Chwała Eugenii że z Tobą posiedziała. Wybacz chaos werbalny. Jak jutro kogos nie zamorduje, to i 25 przetrwam. No taka zbieżność, ilosc dni w roku jest ograniczona. Pozdrowienia dla męża, symboliczne uściski dla E. Tobie chce powiedzieć, ze po oswiadczeniu o zamknięciu tego bloga za kazdym razem gdy jednak sie odezwiesz iskiereczka mruga ☺

  • Lis p.

    Od lat nie biorę udziału w wigiliach i christmasach. Ateiscie to na chuj, ale nie tylko to jest powodem. To soczewka, w której skupia się odrzucenie do tego, co inne, myślące, nieodtworcze. Nie dziwię się, że nie lubisz, choć myślę, że te uszka, barszczyki i śledziki nie zaslugują na tyle uwagi. Myślę również, ze nie warto banować tych, co tulają. Ich nigdy za dużo. Kiedy czekałam na wyrok (złośliwy, czy niezlosliwy – tak, czeka sie jak na wyrok) tulania bardzo mi pomagały. Kiedy poliamoryczna rodzina mi sie rozpadła, a ja nie mogłam nikomu powiedzieć, bo żyliśmy w ukryciu- tulania pomagały. Tulania są cenne.

    • Ray

      No nie, za tulanie nie będę banować, po prostu są takie chwile, kiedy nie pomaga. Ale ogólnie to wiesz, że jestem zawodowym tulaczem <3

      Oraz: cmok i chętnie bym się w realu kiedyś.

      • Ja Ciebie zawsze i wszędzie, choć wiesz, że real jakoś nam nie idzie – Ty źle się czujesz w PL, ja poza. Powiem Ci jednak jedną optymistyczną rzecz – pod Twoją wcale niełatwą notką zebrała się grupa sympatycznych ludzi. Myślących. Ciekawych. Klaro, Archiwistko, idrin, Aurelionie – fajnie, że jesteście na świecie. Ray – super, że jesteś na świecie – taki, jak jesteś. Pełen niezgody na chujozę i zakłamanie. Bez takich typów świat byłby niestrawny.

        • Tulanie zawsze w cenie. Oferuję zarówno Rayowi jak i Lisowi. Do Raya już dawno chciałem sie przytulić, ale wiem, że źle znosisz jak obcy cie dotykają.

          Ja choć świąt nie lubię to pomimo swoich lat spędzam je co roku w stałym rodzinnym gronie, gdzie od dawna z braku miejsca na stole nie ma już pustego talerza. Talerza, przy którym chciałbym posadzić kogoś w kim jestem nieodwzajemnianie zakochany, a o kim wiem, że spędza święta sam, bo rodziny brak, bo nie obchodzi bo zje sobie pizzę. Ja obchodzę, choć co raz częściej chciałbym obchodzić szerokim łukiem, bo sens to już dawno przestało mieć.
          I nigdy „Merry Xmas to you…” Zawsze mówię, że kogoś lubię, że o kimś pomyślałem, że jest mi bliski i dla mnie ważny i przede wszystkim jakby mnie potrzebował to jestem. Chciałbym by kiedyś to ktoś do mnie zadzwonił i zamiast tego upiornego „Merry Xmas to you” czyt. „dawaj, teraz jest ten moment, żeby sobie zrobić krzywdę” powiedział tak jak ja mówię.
          I całe życie się wzajemnie oszukuję. Czemu nie miałbym i w święta.

          Ray – jestem, Lisie Powszedni – jestem.

          Chciałbym napisać dużo więcej, ale nie mam słów.

        • Ray

          Ha, a właśnie ściskam. Nie trawię wyłącznie, gdy obcy dotykają mnie BEZ POZWOLENIA. Poza tym nie jesteś mi tak w 100% obcy, bo Cię znam z komentarzy. 🙂

          Gdyby nie to, jak wielką porażką był pierwszy „zlot”, to bym kiedyś zrobił, będę w Wawie w maju i na dłużej, niż kilka dni.

          • Nie tylko z komentarzy, a nawet raz osobiście 😉 Obawiam się, że wzbudzasz we mnie takie uczucia i emocje, że bez przytulenia się nie obędzie.

  • Archiwistka

    Hi. Siedzę w Polsce, w Warszawie. Na moje szczęście, bez rodzin, którym ni cholery nie da się wyjaśnić, że jestem satanistką i moja opinia o „Bożym Narodzeniu” zaczyna się od tego, że zapierdolone urodziny Mitry ubrano w zapierdolone Yule i Gody, a kończy na tym, że ideologią sprzedawaną pod marką Jehowy gardzę głównie dlatego że nie znam mocniejszego czasownika. Miałam siedzieć z partnerem w mieszkanku, we dwoje, z lodówką pełną kupnych pierogów, ryb, mięs, słodyczy i domowej grzybowej, bez triggerów.

    Byłyby to zapewne najlepsze święta ever.

    Wczoraj, w wigilię, dostałam przez fb info od kuzynki, że jedyna spokrewniona osoba, na której mi zależy, babcia, rano miała zawał i cośtam cośtam OIOM Zgierz. Spakowaliśmy zatem żarcie na drogę, sprawdziliśmy, kiedy wpuszczają odwiedzających, i wsiedliśmy w pociąg z nadzieją, że mnie w ogóle wpuszczą, a babcia będzie przytomna. Rodzice moi, z którymi babcia spędzała święta, spisała się nawet lepiej niż przypuszczałam, bo przysłali pierwsze info o zawale i udanej operacji już 25XII o 10:30, kiedy byłam w pociągu w połowie trasy, i przeogromnie się zdziwili kiedy weszli na oddział i zobaczyli mnie i partnera zdejmujących płaszcze.

    No i 25 grudnia wyszedł mi głównie w podróży, a pośrodku siedzenie przy łóżku Babci, trzymanie jej za rękę (jakoś nikt inny na to nie wpadł), słuchanie jej historii i opowiadań (też jakoś im wychodziły rozmowy między sobą, nie do chorej), i powtarzanie, że JEST OKEJ. Nie że ze zdrowiem i sercem, bo to sprawa lekarzy, tylko że sama Babcia. Mniej więcej tak samo, jak Ona mówiła mnie, kiedy jako nastolatka zdychałam na pełzającą depresję i oby podobnie skutecznie. Rodzice w obu przypadkach tak motywowali do dbania o zdrowie i wzięcia życia w swoje ręce, że obiekt zostaje z przekonaniem że oni chcą dobrze i dbają, a to obiekt jest taki leniwy i rozlazły i nic mu nie wychodzi. Wsadziłam kij w szprychy i sprawiłam, że się uśmiechnęła. Jestem z siebie dumna.

    Wychodzi, że to w sumie bardzo dramatyczne i niefajne święta, ale o dziwo nie. Udało mi się nie ruszyć palcem dla skurwieli, którzy zamieniali moje życie w piekło. Udało mi się zrobić coś dobrego dla osoby, którą kocham. Cały czas byłam z partnerem, którego mogłam przytulić, kiedy zaczynałam się sypać. I… jest tak jakby dobrze.

    Nie wiem, czy Cię nie dobijam tą historią. Mam nadzieję, że nie. Mam w dupie świąteczne życzenia, ale Tobie życzę żadnych tam wesołych świąt takich czy śmakich, tylko dobrego życia na całe życie, dużo powodów do szczęścia, stabilności, miłości, tak jak bez przerwy od paru lat odkąd czytam MPO30. Znam depresję, nerwicę polskogenną też i życzę Ci, żebyś z pomoca Josa dojechał sukę. Jeśli wymaga to nowej generacji leków, to życzę sobie gorąco żeby to nastapiło pojutrze.

    Trzymaj się. Powodzenia. Wiem, że nas nie znasz, ale uwielbiam cię i życzę dobrze. Zawsze.

    • Ray

      Jak dziwnie by to nie brzmiało, ta opowieść jest piękna i dziękuję Ci za nią ogromnie. Oraz trzymam kciuki, palce u nóg i tak dalej za Babcię. Nie wiem, czy pozdrowienia i serdeczne życzenia od kompletnie jej nieznanego holenderskiego kowala sprawią jej przyjemność, ale jeśli tak, to przekaż.

    • idrin

      s/Mitry/Horusa/
      Tak, wiem. Przepraszam. To po prostu mój pet peeve. Najpierw zajumano urodziny Horusowi, dopiero potem Mitrze. 🙂

      Ad meritum. Ray, podczytuję Ciebie od czasów, kiedy jeszcze jako navaira rewelacyjnie komentowałeś kwiatki z życia heteroseksualistów. Na temat depresji i dwubiegunówki się nie wypowiem, ponieważ mam z nią kontakt jedynie z drugiej ręki (swoją drogą to niesamowite, ilu ludzi w dzisiejszych czasach cierpi – w obu znaczeniach – na te przypadłości), a osobiście, jakkolwiek bardzo rozchwiana emocjonalnie i przeżywająca rzeczy do ekstremum, to jednak do potraktowania medykamentami się nie kwalifikuję. Mogę jednak powiedzieć, że zawsze, kiedy piszesz smutne, szczere notki, równocześnie się przejmuję i cieszę.

      Dlaczego przejmuję? Bo z zasady życzę ludziom dobrze i odczuwam to jako, to trudne do określenia, chyba taką przykrość ze strony Wszechświata, że czujesz się nie tak dobrze i komfortowo, jak „ja osobiście bym chciała, żeby było dobrze” (jakkolwiek to może zabrzmieć 🙂 ). W takich chwilach autentycznie życzę Ci, żeby przeszło i nie wróciło już nigdy więcej.

      A dlaczego się cieszę? To znowu irracjonalne – po prostu dlatego, że jesteś. Chociaż Cię nie znam osobiście.

      Życzę Ci, żeby Twój mózg był w stanie odpuścić sobie i po prostu obojętnie zignorować wszystko, co do tej pory wpuszczało Cię w dołek. Natomiast niech nadal reaguje radością i euforią na to, co Ciebie cieszy. Czyż to nie będzie dobre?

  • Aurelion

    No i wykrakales.
    George Michael [*]

    • Ray

      Właśnie to chciałem usłyszeć dzisiaj o poranku.

      • non omnis moriar

        Wiem, powtarzam się: trzymaj się i bądź.

  • Aurelion

    Finally found his Freedom. his Faith. It was his Last Christmas 🙁

  • aselniczka

    W tym roku udało się zrobić BARDZO tradycyjną polską wigilię: dwóch moich przyjaciół gejów zaprosiło do swojego maleńkiego mieszkania swoje rodziny oraz mnie, technicznie rzecz biorąc, obcą osobę. Potem okazało się, że moja mama też chce z nami spędzać święta – jak co roku. A potem okazało się, że mój brat nie będzie spędzał świąt ze swoją żoną… Więc przy stole spotkali się m.in.: geje, rozwodnicy, przyszli rozwodnicy, rodzice nieślubnego dziecka z rzeczonym potomkiem, małżonkowie ze ślubnymi dziećmi, samotne matki, depresyjne single (kolejność przypadkowa). Było… dziwnie. Nie z powodu mieszanki ludzi, tylko z powodu napięcia między moim bratem a moją mamą. Jako osoba niestabilna emocjonalnie i przeżywająca wszystko w ekstremach, plus dość empatyczna, jakoś musiałam sobie z tym radzić.
    Kolejne dwa dni nie wyszłam z piżamy i tłukłam durne kulki na durnym fejsie, binge-oglądając mniej lub bardziej durne filmy (jak co łykend).
    To były dziwne święta. Ale już się skończyły. Rok też się kończy. Sylwestra zmierzam spędzić z ludźmi, których uwielbiam i którzy bezinteresownie przytulają. Dobrzy ludzie wokół są super ważni.

    Highlight wigilijny, dowcip:
    – Panie doktorze, wszystko kojarzy mi się z kupą.
    – Jak to?
    – Srakto.
    – Co?
    – Gówno.

    (I weź to przetłumacz jakiemukolwiek obcokrajowcowi -_-)

    (Przepraszam za chaos, ale to ostatnio stan mojego umysłu. I skąd się bierze ta irytująca melodia?..)

    Cieszę się, że jesteś.

  • magdo

    poczytuję Cię od jakichś 5-6 lat (zaczęło się od biednych heteroseksualistów). żywię do Ciebie wiele wirtualnej sympatii więc życzę wszystkiego najlepszego. sama aktualnie przeżywam jeden z gorszych rzutów depresji w swoim życiu. trzymaj się.

  • ik ben een kikker

    Miałam napisać później, gdy będzie gotowe, ale w obliczu niniejszej notki napiszę teraz trochę. A więc:
    1. Jeśli miałeś do tej pory n zdeklarowanych fanów swej twórczości, to teraz masz n+1. Narysowałam obrazek w paincie na… może nie Twoją cześć, ale na Twojego bloga. Bez Ciebie by nie powstał.
    2. Nie wgłębiając się w szczegóły, w tym roku życzę ludziom: przetrwania świąt i spokojnego Sylwestra. Tobie też życzę: przetrwania świąt (przyszłorocznych), wesołego Yule (czego się życzy na Yule? błogosławieństwa Feryra? i pewnie też już przyszłoroczne), i żeby się ładnie paliło i nie huczało bardziej niż to niezbędne do tego, żeby się ładnie paliło koło Ciebie, oraz wirtualnie dzielę się z Tobą ciastem bananowym (jeśli lubisz zakalce).
    3. Czy Jos nadal się uczy polskiego i jak mu idzie?
    4. Jeszcze do Ciebie napiszę, jeśli mogę. Prace w toku, choć zawieszone, prawdopodobnie z powodu zimy.

    • Ray

      1. Chcę zobaczyć!
      2. Nawet nie wiem, czego się życzy na Yule, osobiście czekam na maj, tak naprawdę. Dzisiaj było wyłącznie bardzo ciemno i zwyczajnie ciemno, jestem tym okropnie zmęczony. Ognia życz mi zawsze, a ciasto bananowe jest super.
      3. Uczy, uczy. Ma problemy z kolorami ostatnio, oczywiście nie zwróciłem na to uwagi, ale żaden kolor po polsku nie jest podobny do wersji w innych językach. W szczególności boli go „szary” i „czarny”, wychodzi mu „szarny” i nie wie, który to jest.
      4. Pisz!

      • ik ben een kikker

        Ad. 1 Tęczowy ślimak (een kikker, jak sama nazwa wskazuje). Mój komputer twierdzi, że go wyświetla.

        • Ray

          Wyświetla <3

      • Azot

        3. Blauw to bławy, root to rudy 🙂 (kognaty)