Droga Kasiu, mam stresa

Dzisiaj porozmawiajmy o odstresowywaniu się.

Jakoś tak się złożyło, że zarówno DJ, jak i ja mamy potworne stresy. Rodzinne, pracowe i związkowe. Związkowe, mam wrażenie, nie bez związku (SEE WHAT I DID HERE) z rodzinnymi i pracowymi. Toteż tydzień spędzamy na stresowaniu się pracą i rodziną, a weekend na żarciu się nawzajem i stresowaniu dla odmiany tym.

Schemat kłótni między Navairą, a DJem wygląda tak. Na początek zażywamy jakieś substancje rozweselająco-odstresowujące celem odstresowania się pracowo i rodzinnie, przy czym ten rodzaj zażywania na ogół potrafi nie skończyć się po dwóch kielonkach, tylko pojechać nieco dalej, po czym odstresowujemy się następująco:


1. DJ jest złośliwy ciut bardziej niż zwykle
2. Navaira się irytuje
3. DJ się irytuje tym, że Navaira jest zirytowany
4. Navaira strzela focha
5. DJ strzela większego focha pt. „nie będzie mi tu byle kto strzelał focha”
6. Wściekły Navaira wyłącza telefon i oddala się w nieustalonym kierunku
7. DJ przez pierwsze 2 minuty chce przepraszać, ale nie ma kogo, bo telefon wyłączony, a kierunek nieustalony, po czym się wkurwia brakiem odzewu i zaczyna lać na odlew, poniżej pasa i bez filtra, ponieważ ogólnie filtra nie posiada
8. Navaira po kilku godzinach włącza telefon, odkrywa 4 wiadomości na poczcie głosowej i 12 smsów, z czego ostatnie 10 w tonie „ty obrażalska divo bez krzty samokrytyki”, odpowiada na to lodowato „przyganiał kocioł garnkowi”.
9. DJ reaguje wyrazami niepublikowanymi w słownikach
10. Navaira z nim zrywa

Tu następuje chwila przerwy, od 5 minut, do 2 dni, po którym to czasie zauważamy, że wszystko fajnie, ale niestety nie umiemy żyć bez siebie, poza tym w ramach odstresowywania jeden gwałtownie łysieje, a drugi ma palpitacje serca.


11. DJ odzywa się do Navairy tonem napuszonej makolągwy
12. Navaira odpowiada tonem chłodno uprzejmej jaszczurki
13. DJ wypuszcza z siebie coś w stylu „ty cholerny egoisto”
14. Navaira odpowiada coś a la „wal się, draniu bez krzty wychowania”

Tu następuje kolejna chwila przerwy, około pół godziny na ogół, po którym to czasie jeden niechcący drugiego przytula, albo mu kładzie rączkę na ramieniu, albo cóś w tym stylu.


15. Tu następuje pogodzenie się po długim burczeniu w stylu „no bo ty to coś tam i ja wtedy coś tam innego i ja pomyślałem, że ty coś tam coś tam”, przeprosinach, całusach na zgodę i tym podobnych.

Niestety w tym punkcie na ogół jest niedziela wieczór, a my zmarnowaliśmy cały weekend na żarcie się bez ładu i składu, co gorsza o jakąś pierdołę, bo na ważne tematy mamy to samo zdanie i o ważne się nie żremy.

Uchylę rąbka tajemnicy i wyznam, że ja jestem ten z palpitacjami. Masakryczny zapierdol w pracy pięć tygodni z rzędu, połączony z trzema weekendami kłótni w tym samym okresie, problemami zdrowotnymi w rodzinie i wśród przyjaciół i paroma innymi przyjemnościami zaowocował tym, że jak na ogół potrafię bez problemu kontrolować poziom stresu, tak w tej chwili, niestety, nie potrafię. Odstresowywanie się za pomocą udawania na imprezy i spożywania dużych ilości piwa postanowiliśmy chwilowo zawiesić, bo nie mamy obaj siły na kolejny weekend nieodzywania się do siebie, poza tym nie mam wrażenia, żeby mój organizm akurat tego potrzebował. Wyjazd na dwa tygodnie w tereny zielone nie wchodzi w rachubę, bo, jak wspomniałem, zapierdol. Na siłownię nie mam zwyczajnie siły. Co zrobić, droga Kasiu? I jak przestać kłócić się o pierdoły?

(A może zapytam o to na Forum Kobieta i potem napiszę notkę na heteroblogaska korzystając z otrzymanych odpowiedzi?)

*

PS. W ramach przeszłości, która się co jakiś czas odzywa, jeden taki misiu napisał mi smsa, prosząc uprzejmie o poradę w temacie najlepszych świec do polewania się woskiem podczas seksu. Jako znany ekspert do spraw S/M odpowiadam uprzejmie: duże tealighty z IKEA. (Nie małe, duże, te wielkości 8 cm.) Nie ma za co.

  • ja wiem! ja wiem! (chocia’żem nie Kasia)

    bo sie drogi Navairko (stała lurkaczka jestem, to i Cię jako drogiego w duchu zwę) w pracy na szefa/innego zlecacza zapierdolu obrazić nie możesz, to sobie w weekendy urządzacie ogólną hulankę bez trzymanki. Więc Jung z Freudem i wróżką Marzeną radzą co następuje: kupno MassEffect2/Quacke/Doom czy inne cholerstwo z krwią bryzgającą po ścianach – instalacja – 5h w piątek na urywaniu łbów złym&paskudnym – popadnięcie w gorące ramiona stęsknionego DJ’a!

    Siedem pindziesiont się należy. :*

  • Najlepsza byłaby jednak ta siłownia. Albo dowolny sport w którym można wyładować złość.

  • A ja nawet Kasia, więc mogę.

    No więc sobie myślę, że jak człowiek się spina OMG WEEKEND WEEKEND WE WE WE SO EXCITED to o kłótnie o pierdoły nietrudno.

  • Ja w okresach stresu nie piję raczej. Źle to na mnie wpływa (o związku nawet nie mówiąc). Ogólnie rzecz biorąc mam taką magiczną granicę w okolicach trzeciego piwa (z winem trudniej wyczuć – mniej więcej butelka), kiedy jestem radosna i napalona. Przelatywać mnie wtedy trzeba, bo jak przegapi się moment i nie daj borzu wypiję jeszcze pół butelki – to umarł w butach, prędzej na karczemną awanturę mnie weźmie niż czułości. I w czasach podniesionej drażliwości, stresu ogólnożyciowego, niewyspania i temu podobnych alkoholu nie należy mi w ogóle dawać, bo granica drażliwości przesuwa się na pierwsze trzy łyki. Rozmawiać też w takich okresach ze mną nie należy. Pogłaskać bez słów, podać herbatę i zostawić w kącie, w końcu mi się znudzi i zatęsknię do czułości.

    Oczywiście jeśli napięcie sięga już ostatecznych granic jestem w stanie obrazić się także za pogłaskanie i podaną herbatę 😀 Na szczęście ostatni raz tak miałam coś ze cztery lata temu.

  • @janna Żaden z nas nie jest grywiasty niestety. A może powinniśmy. Pourywałbym co nieco. 😉

    @isabell1976 Są chwile, kiedy żałuję, że nie trenuję boksu. Z drugiej strony, zdaje się, że treningi boksu nie polegają na napierdzielaniu przeciwnika aż się przewróci i nie wstanie, więc może by mi się aż tak nie podobało.

    @szprota A to możliwe. „Mamy tylko jeden wieczór żeby się odprężyć, MUSIMY się odprężyć JAK NAJBARDZIEJ i żadnego wracania wcześniej do domu ani oszczędzania napojów”…

  • „Mamy tylko jeden wieczór żeby się odprężyć, MUSIMY się odprężyć JAK NAJBARDZIEJ i żadnego wracania wcześniej do domu ani oszczędzania napojów”

    Przypomina mi stary tekst o łowieniu ryb: „k… mać, jakby to łowienie nie odstresowywało, to bym dawno to w cholerę rzucił!”. Czyli, nic na siłę, wszystko młotkiem. Ja się próbuję odstresować, albo nawet zwyczajnie odpocząć w każdy kolejny weekend i jak dotąd zawsze wypadło coś po drodze.

    Co do przywalenia celem rozładowania, może na niektórych ludziów to działa, ale ja nigdy nie rozumiałom, dlaczego od nakręcania się do większego wnerwu (gdy uczciwie walisz z wściekłością) albo od zwyczajnego zmachania się bez sensu (gdy boksujesz hobbystycznie) miałby stres przejść? Podobnie od strzelania do Potworowi Spaghetti ducha winnych pikselowych ludków?

    A co na mnie działa? Nicnierobienie, chyba najlepiej. Jedyna wada tej odstresowującej czynności jest taka, że też nie mieszkam samo, a Mojej Najważniejszej Osobie w Życiu nie potrafi się w głowie zmieścić takie marnowanie czasu. Co niestety prowadzi nierzadko do kontynuacji w stylu opisanym przez ciebie…

  • @chakravant Na mnie wysiłek fizyczny działa o tyle dobrze, że jeżeli zachowam odpowiednie tempo i poziom owego wysiłku przestaję myśleć. A to czasami bardzo pomaga. Zwłaszcza jeśli należymy do osób, które nigdy nie przestają myśleć 😛

    Nicnierobienie na mnie też doskonale działa, ale dostaję od niego poczucia winy 😛 „mam nieposprzątane w kuchni, a mimo to pozwalam sobie siedzieć na kanapie!!!!1!!!”

  • Kuchnia, phi, nowa notka nie napisana, a Ty na kanapie!!!!!

    Też czasem żałuję, że nie trenuję może nie boksu, ale chociaż karate:)

  • @navaira
    Jak się cieszę, że jestem Inne. Rzadko mam poczucie winy, a już na pewno nie z powodu nicnierobienia. Ale to ponoć jakieś mikrouszkodzenie mózgu czy cuś, więc nie polecam. I nie potrafię nic nie myśleć, jakoś tak zawsze chociaż jakaś muzyczka leci w tle…
    Zazdroszczę temu bacy z dowcipu, co jak coś robił, to leżał i myślał, a jak nic nie robił to tylko leżał…

  • Navairo, wy z DJ-em mieszkacie w normalnym kraju, więc może da się zastosować Dobrom Rade z Życia Wzientom. Na kurs tańca idźcie. Razem. Półtorej godziny kontrolowanej wzajemnej furii pt. „Ja ci głowę urwę niedojdo ruchowa, dlaczego znowu nie pamiętasz kroku, to jest LEWA noga gźdrffff” do jakiegoś brutalnego tanga, czy innej salsy or łotewera rozładowuje tak cudownie, że przez resztę tygodnia drugą osobę kocha się namiętnie, zaś jej pipsztoły i muchi w nosie znosi się bezproblemowo. Same zyski: furia trwa półtorej godziny a nie półtora dnia, przy okazji uruchamia się parę mięśni, a jak jeszcze taniec zacznie wychodzić…. To już jest zupełnie bosko.