Dzieci Bogów – część trudna

W drugiej książce, nad którą ciągle pracuję – Children of the Gods – znajduje się scena, którą przepisałem co najmniej czterdzieści razy i zaraz wyjaśnię dlaczego. Poniższy akapit proszę przeczytać DO KOŃCA przed rozpoczęciem wyrażania opinii.

Jest to scena seksu (NIE „erotyczna”) między dorosłym mężczyzną i czternastolatkiem. Jej celem jest pokazanie, dlaczego edukacja seksualna – a nie „przysposobienie do życia w rodzinie” – jest niezbędna oraz tego, że w tym przypadku czternastolatek nie może „udzielić przyzwolenia”, bo nie wie nawet co to znaczy, nie mówiąc o możliwości odmowy. Przepisuję ją uparcie dlatego, że beta-czytelniczka jedną z pierwszych wersji określiła mianem „nawet trochę ekscytującej”. Bardzo mi zależy, żeby nawet przy bardzo złych chęciach nie dało się stwierdzić, że aprobuję to, co opisałem.

Inspiracjami były historie znajomych oraz własne, tudzież pedofilia wśród księży (i nie tylko). Triggera nie zaznaczam, bo za późno, znalazł się w powyższym wyjaśnieniu tego, jaki jest trigger, ale na wszelki wypadek reszta będzie po kliknięciu „dalej”.

*

Ostatnio mają miejsca różne miłe wydarzenia, na przykład Harvey Weinstein dostaje 23 lata pudła, kolejne świadkinie zgłaszają się, by opowiedzieć o R. Kellym, wydawnictwo Hachette zrezygnowało z publikacji memułarów Woody’ego Allena. Ale to nie znaczy, że pewne zachowania natychmiast z tego powodu znikły, zastąpione obrażonym miąchaniem „teraz to już nawet komplementu powiedzieć nie można”. Prezydent USA, wielbiony przez ewangelików jako nowe nadejście Jezusa, został oskarżony z dowodami o napastowanie seksualne przez tyle kobiet, że ostatnie oskarżenia już nawet nie pojawiają się na pierwszych stronach. I tak wszyscy wiedzą i nikogo to nie obchodzi. Bardzo wielu ludzi postrzega to jako coś w rodzaju inspiracji, a kościół ewangelicki nazywa Trumpa nowym wcieleniem Jezusa.

Children of the Gods tylko udaje fantasy. W rzeczywistości jest to powieść obyczajowo-polityczna, tylko z bóstwami i magią. Magni jest czternastoletnim synem Thora, brodaczem rozmiaru trzydrzwiowej szafy, ale Herjólf – mężczyzna, który go sobie, hm, wybrał – decyduje o jego życiu lub śmierci. Herjólf wie, z kim ma do czynienia, wie, że brodaty, niedźwiedziowaty Magni jest dzieciakiem, upewnia się nawet co do wieku. Redaktorka chciała mi to wyciąć, bo „czytelnik może się poczuć niekomfortowo”. Odpisałem jej, że taki jest cel, ma się poczuć niekomfortowo. Chcę napisać tę scenę tak, że jeśli ktoś ją uzna za niewinną i erotyczną, powinien bardzo się nad sobą zastanowić. Z wyjątkiem tego, że w roku 2020 ofiara, bo Magni jest ofiarą, nie zostałaby (najpewniej) zabita gdyby zaczęła protestować, scena jest oparta na faktach z ostatnich (i nie tylko) lat. Pewne rzeczy zmieniają się tylko powierzchownie.

Magni jest gejem. Nie mieszka w Polsce, więc nie wie, że jest obrzydliwcem i powinien się zabić, żeby w charakterze tęczowej zarazy nie zatruwać naszych dzieci ideologią LGTB. Z drugiej strony jest nie tylko prawiczkiem, ale jest też przekonany, że podobni mu nie istnieją, że jest jedynym takim odmieńcem. Kiedy ma się rozebrać w obecności innego mężczyzny, nie umie nawet nazwać swoich reakcji fizjologicznych, przerażony, że „on zobaczy to coś, co się dzieje tam poniżej”, niezdolny do oceny, co się wtedy stanie – śmiech, obrzydzenie, śmierć, odrzucenie… Usta zamyka mu wiele rodzajów wstydu naraz, a dorosły doskonale o tym wie i wykorzystuje sytuację.

(Nawiasem mówiąc, „to coś, co się dzieje tam poniżej” to najbardziej obrazowe zdanie w tej scenie.)

Na początku Magniemu wydaje się, że spełniają się marzenia, których nie umiał nawet wyrazić, rzeczy, których nie miał sobie odwagi wyobrażać. Herjólf wie, co robi. Sytuację ustawia w taki sposób, żeby chłopak miał złudzenie, że dokonuje decyzji – dwa razy pada pytanie „może mam przestać? myślałem, że ci się podoba”. Kiedy Magni waha się o moment za długo, Herjólf mruczy „zakładam, że to znaczy, że się zgadzasz”. Gdy obłudne pytanie pojawia się drugi raz, pod sam koniec, Magni jest już niezdolny do wyrażenia protestu. Rozumie jednak, że wszystko jest jego winą, bo przecież Herjólf był gotów przestać, pytał, oferował. Jeśli Magniemu coś się nie podobało, sam jest sobie winny. Gdy przyznaje się do tego, że ma czternaście lat i mężczyzna prycha śmiechem, zżerany wstydem i strachem Magni zastanawia się tylko nad tym, czy właściwszą odpowiedzią była liczba wyższa, czy niższa. Ostatnią rzeczą, którą Herjólf mówi przed powrotem do obozu jest „to był taki handel wymienny”. Poza tym, że określenie ma na celu skrzywdzenie Magniego jak najbrutalniej, sugeruje również równość stron – wymiana oznacza, że jedna strona daje i bierze, druga też. Jest fair, a innym lepiej nie mówić, bo kto wie, co sobie pomyślą?

*

Kiedy nagle zamiast delikatnych pieszczot zaczyna się dziać coś ekstremalnego i bolesnego, Magni obwinia siebie. Powinien przecież powiedzieć Herjólfowi, że boli, że nie chce, ale boi się kolejnych kpin lub zgoła obrażenia „partnera”. Sam nie wie, co ma robić, Herjólf jest doświadczony, na pewno robi to, co powinien. Magni nie mówi więc nic, również dlatego, że nie wie, jak się nazywa to, co Herjólf mu robi. Magni jest okropnie samotnym nastolatkiem, który stracił wszystko i wszystkich, których w życiu kochał i cenił. Jego wyobraźnia w temacie innych mężczyzn sięgała może tego, żeby go ktoś pocałował i przytulił. Czyli w zasadzie chciał, prawda? I nie powiedział, że mu się nie podoba, chociaż go pytano? Każdy dwudziestopierwszowieczny prawnik doprowadziłby do uwolnienia Herjólfa, a z Magniego zrobił pośmiewisko.

Magni nie rozumie, dlaczego w porządku nie jest nic, ponieważ nie powiedziano mu nigdy, że może niektórych rzeczy chcieć a innych nie, że może zmienić zdanie. Czym jest seks tak ogólnie wie, bo zdarzyło mu się zobaczyć, co ojciec robił z matką, kilka razy wpadł też na pary zajmujące się sobą w stogu siana. O seksie męsko-męskim nie wie nic, nie był świadom, że takowy w ogóle istnieje (tu kłania się „przysposobienie do życia w rodzinie”). Nie piszę, że seks odbywa się „bez przyzwolenia”, bo jest to oczywiste. Nie można wyrazić zgody jeśli się nie wie, na co się zgadza.

Po zakończeniu chłopak dostaje informację, której prawdziwości nie da się sprawdzić. Herjólf mówi mu, że cztery osoby głosowały nad tym, czy Magni ma przeżyć, rozkład głosów był 2:2 i to jego głos, jako przywódcy, zadecydował. Magni rozumie, że z pozostałych trzech osób dwie życzyły mu śmierci, ale nie wie, które dwie. Wie za to, że jego życie zależy od tego, czy Herjólf nie zmieni zdania, jest mu zatem winien wdzięczność. Jak mógłby narzekać, że coś tam boli, krzywdzi? Rozmowy z członkami grupy (tej, w której dwie z trzech osób chciały jego śmierci) wywołują w nim zupełnie prawdziwe wrażenie, że Herjólf to świetny lider. Jest inteligentny, pracowity, poświęca się dla dobra pozostałych, rozbija Magniemu buty, żeby na niego pasowały, jest gotów spędzić dwa dni idąc przez śnieg po to, żeby pozostali mieli co jeść. Dobrodziej, autorytet, przywódca. Na boku sugeruje Magniemu „kiedyś bardowie będą śpiewać o tobie i o mnie”. Kij, marchewka, wstyd, obietnica. Kiedyś będą bardowie, teraz nie mówmy o tym nikomu.

Herjólf stoi na szczycie hierarchii grupy. Magni, który sam zalicza się do bóstw, odmawia przyjęcia do wiadomości tego, że jest wyjątkowy (ma ku temu powody). Czuje się jak wielki, niezdarny dzieciak, nieprzydatny do niczego oprócz noszenia ciężkich przedmiotów. Podświadomie wie, że nie ma się komu i na co skarżyć. Im dłużej sytuacja trwa, tym bardziej Magni czuje, że Herjólfa należy bronić przed ewentualnymi oskarżeniami. Zaczyna się w nim dziwne rozbicie – jednocześnie chce i nie chce, jest szczęśliwy i nieszczęśliwy, ale przede wszystkim czuje się coraz bardziej osaczony i samotny z sekretem i uczuciem, że skoro pozwolił na coś np. trzy razy, to czwarty jest już oczywisty. Tego, że jest w stanie zrzucić „kochanka” z piedestału zupełnie dosłownie jednym palcem już nawet nie pamięta. Został złamany przez kogoś, kogo nic nie mogłoby ucieszyć bardziej, niż zdominowanie kogoś, kto jest od niego wielokrotnie silniejszy. A może pozwolił się złamać, może chciał, spytałby prawnik?

(Na temat prawniczek i prawników reprezentujących gwałcicieli i wypytujących ofiary np. o to, jakie miały na sobie majtki mam bardzo sprecyzowaną opinię.)

Kiedy następuje napad na farmę, Magni jest świadkiem gwałtu, który jest dla niego jednoznaczny (nie mam zwyczaju lub potrzeby takich scen opisywać ze szczegółami). Rozszalały mężczyzna, płacząca kobieta, wątpliwości nie ma, „prawdziwy” gwałt. Magni wypłakuje się na ramieniu elfki, która nie rozumie problemu – jeśli kobieta się nie broniła, znaczy, że sama chciała. Magni nie widzi, że jego sytuacja wcale nie jest aż tak odmienna. Nie broni się, więc sam chce, chociaż właściwie to nie chce, ale jednak trochę chce, tylko nie tego, co dostaje i czego nie chce… Herjólf nie ma dylematów moralnych. Bierze, bo może.

*

O cudzych doświadczeniach pisać nie będę. O swoich pokrótce.

Mój ojczym dokonał na mnie czegoś, co się nazywa chyba „inną czynnością seksualną”. Nie wiem, ile miałem lat, na pewno poniżej czternastu. Zrobił to w obecności innej dorosłej osoby, nieważne jakiej. Osoba nie zareagowała. Teraz domyślam się, że z czystego szoku. Sam też nie zareagowałem, bo nie wiedziałem, jak, albo że mi w ogóle wolno, poza tym skoro druga osoba nawet nie zmieniła wyrazu twarzy, to znaczyło, że było to zupełnie normalne. Przydarzyło się to raz, nigdy więcej i teraz myślę sobie, że ta osoba jednak coś powiedziała lub zrobiła, tylko mnie już przy tym nie było. Nie jest to wspomnienie przyjemne. Pojawiło się, kiedy pracowałem nad tym wpisem.

Kiedy byłem bardzo świeżutki, przy czym jak na dzisiejsze standardy byłem dziadem borowym, bo miałem chyba 22 lata, przez krótki czas widywałem się z mężczyzną o osobowości zbliżonej do Herjólfa. Z edukacji seksualnej w liceum mieliśmy wizytę pani, która pokazywała, jak się nakłada prezerwatywę na banana, resztę „lekcji” męska część klasy spędziła na nerwowych śmiechach. Reakcje Magniego spisałem nieomal jak pamiętnik. Pamiętam dokładnie takie same myśli: on chyba nie wie, że to boli, ale jeśli mu powiem, to się obrazi, albo mi powie, że to ja robię źle, a w ogóle to nie chcę, żeby zupełnie się wszystko skończyło, tylko to, co boli… Wiek legalny, czy jak to po polsku nazwać, teoretycznie przekroczyłem sporo wcześniej. Ciągle jednak nie wiedziałem, że wolno mi coś powiedzieć, odmówić, chociażby zażądać objaśnień, co się dzieje i dlaczego. Mój „partner” był tego wszystkiego doskonale świadom i brał, bo mógł. Rządzący, czyli Kościół i jego podnóżki, też korzystają ze swojej władzy ile wlezie.

Uciekłem mu, zupełnie dosłownie. Nie próbował mnie zatrzymywać. Pomóc mi w wyjściu z zamkniętego, strzeżonego osiedla też nie.

Wiek Magniego w książce zmieniałem kilkakrotnie. W przeliczeniu na czas ziemski, akcja odbywa się mniej więcej w ósmym/dziewiątym wieku. Wiadomo, że pojęcie przyzwolenia wtedy nie istniało, dziewczynki były niekiedy traktowane jak dorosłe mając lat na przykład dziewięć, służyły do zawierania sojuszy lub płacenia za coś. Czytelnicy jednakowoż żyją w wieku dwudziestym pierwszym. Czternaście lat wydało mi się najbardziej pasować do mojego zamiaru wprowadzenia osoby czytającej w stan pomiędzy niepokojem i pragnieniem, żeby scena się skończyła, a nie do rzutu książką o ścianę z obrzydzenia. Nie chciałem też jednak dopuścić do uznania, że to w sumie „całkiem ekscytujące”, wzorem 50 Odcieni – w których sytuacja tak naprawdę różni się głównie tym, że bohaterka ma wystarczająco dużo lat, żeby Christian nie został aresztowany za pedofilię. Polecam też przyjrzenie się bliżej serii Twilight oraz filmowi To właśnie miłość

*

Ludzi, którzy określają nie-heteroseksualne dzieci mianem „ideologii” tudzież „zarazy”, jednocześnie mówiąc „łapy precz od naszych dzieci” sugerują, że niepełnoletnie ideologie to jakieś pod-dzieci. Uważam, że najczęściej te frazy powtarzają pedofile, bo jest to dla nich wygodne i pomaga im w realizowaniu własnych celów. Kiedy np. biskup wybiera sobie chłopca z grupy zarazo-ideologicznej i zaprasza go na prywatną rozmowę, może mu dać do wyboru zbawienie i piekło, lub co gorsza groźbę, że dowiedzą się inni. Opłatą za zbawienie i „dyskrecję” jest, no, wiecie co jest. Dzieciak staje się dorosłym, potrzaskanym na lata, z uformowanym poglądem na to, czym jest miłość, seks, Bóg, autorytet, co wolno powiedzieć, czego nie. Czternastolatek ze wsi molestowany przez proboszcza nie poleci skarżyć się komu popadnie nie tylko dlatego, że ksiądz go nastraszy piekłem. Ile było spraw, w których dzieciak został oskarżony o kłamstwo i chęć zniszczenia niewinnego, kochanego proboszcza, a rodzina niemalże wygoniona ze wspólnoty?

(Nie sugeruję nazwisk, proszę nie wpisywać niczego w komentarzach, chyba, że jest to sprawa zakończona wyrokiem.)

Sprawa nie musi dotyczyć księdza i chłopca, który „zostaje na noc”, nie chodzi nawet o wiek. Tak samo jest oczywiście z panem od wuefu i nieśmiałą dziewczynką, której piersi zaczęły rosnąć wcześniej, niż innym. Z aktorem filmowym i statystką. Z ordynatorką i stażystą. Prezesem i sekretarką. Bogatym, sławnym piosenkarzem i młodą dziewczyną, której obiecał albo karierę, albo publikację filmiku, na którym robi jej różne rzeczy, a ona się „zgadza”. Czasami ofiary na brak zgody nie stać – finansowo, z uwagi na karierę, ze strachu i braku doświadczenia, obawy przed ostracyzmem.

Weinsteinowi długo uchodziły wszystkie wyskoki, ponieważ jego ofiary – dorosłe, często sławne – bały się, że postawienie się temu panu zakończy ich karierę i nic ponad to. (Co wynika z oskarżania Trumpa – widać.) O Jacksonie pisałem wcześniej, nadal nie mam na ten temat zdania, za dużo wątpliwości, za mało wiedzy. Jeśli jednak oskarżenia są prawdziwe, jedna strona była najsławniejszym artystą na świecie, druga dzieciakiem, którego rodzice sami go do Neverlandu wpychali, bo kto nie chciałby się chwalić znajomością z Michaelem Jacksonem?

Sam przez długi czas nieświadomie uważałem, że jeśli w związku nie ma nałogu i/lub przemocy, to znaczy, że to żadna miłość, w domu się tego nauczyłem. Trzeba mi było bardzo bolesnej lekcji, żebym umiał docenić Josa. W Magnim również budują się podświadome skojarzenia. Dużo później (w książce) Maya, osoba aseksualna i aromantyczna, z pewną zgryźliwością pyta „jeśli to, co robisz z tym panem to jest ta miłość, to co konkretnie tracę?”. Magni szuka słów, nie umie ich znaleźć, przychodzą już po rozmowie: „gdyby to nie była miłość, byłoby tylko albo całowanie, albo gryzienie, a nie oba naraz”. Nie mi oceniać, co pomyślą czytelnicy, ale moim zdaniem to najbardziej przerażające zdanie, jakie w życiu napisałem.


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga, może nawet pierwszą powieść i chcesz mi pomóc w wydaniu drugiej, będę ogromnie wdzięczny za wirtualną kawkę! #stoserc



Więcej informacji w temacie tematu