Egzorcyzm

Dzisiaj znowu będzie o mojej muzyce.

W maju 2010 rozstałem się bardzo burzliwie z Wikingiem. Obaj nadal się kochaliśmy, ale nie umieliśmy być ze sobą. „It’s not enough to be in love”, jak śpiewa Suzanne Vega.

Dwa lata wcześniej, w 2008, napisałem piosenkę „Saferoads”. Słuchając własnego dzieła miałem ciarki i czułem, że to najlepsze, co kiedykolwiek stworzyłem. Po „Saferoads” przez dwa lata nie napisałem nic. Próbowałem, mam z tego okresu jakieś teksty i fragmenty utworów, ale czego bym nie zaczął dłubać, ciągle czułem, że to nie jest to, co „Saferoads”. Dwuletnia blokada twórcza zakończyła się po rozstaniu i przez kolejne pół roku napisałem i nagrałem ponad dwadzieścia piosenek. Jedenaście z nich znalazło się na albumie Exorcism.

Do promocji własnej muzyki mam niemal taki talent, jak do baletu, więc przez jakiś czas muzyka leżała sobie na dysku, aż poznałem DJa, który się dziełem zachwycił i postanowił mi pomóc z teledyskami. W ten sposób powstał mój pierwszy teledysk, w którym sam się pojawiam. Wygląda dość diabolicznie, ale ja byłem wtedy w hipomanii i w ogóle nie przyszło mi do głowy, że koledzy z pracy mogą być, eee, zaskoczeni. Więc rozpowszechniałem teledysk wszędzie, gdzie się dało, a koledzy z pracy przez pewien czas ostrożnie obchodzili mnie łukiem.

Drugi singiel, „Maybe”, wrzucam na bloga co roku z okazji Światowego Dnia AIDS. Pomysł był taki, żeby zebrać jak najwięcej osób, które w nim wystąpią i w jakiś sposób zaprezentują przekaz. Można tam zobaczyć między innymi Martinę Mars, wraz z którą tworzyliśmy Technologic, DJa i jego najlepszą przyjaciółkę, piosenkarkę Jill Jones, sławnego fotografa, którego nazwiska zapomniałem oraz wielu moich znajomych. To, że rozpowszechniając piosenkę sugeruję, że jestem HIV-pozytywny w ogóle nie przyszło mi do głowy, za to zapamiętałem rozmowę z heteroseksualną koleżanką z pracy:

– Nie chciałabyś się pojawić w teledysku do mojej piosenki?
– A o czym jest?
– O tym, że każdy może złapać HIV, czasami o tym nie wiedzieć i że warto się przetestować.
– Och nie – odpowiedziała koleżanka. – Mnie to nie dotyczy.

Pomyślałem sobie wtedy, że dotyczy to zwłaszcza osób, które myślą, że ich to nie dotyczy. Skąd wie na sto procent, że mąż jej nie zdradza? Nie powiedziałem jej tego, rzecz jasna, byłem tylko w hipomanii, a nie manii, więc nie wściekłem się i nie obrzuciłem jej stekiem obelg, przyjąłem do wiadomości i tyle. Przy okazji kręcenia teledysku dane mi było zobaczyć, jak dwaj brodaci panowie zamieniają się w drag queens (tak, rodzinka Hopelezz była w Amsterdamie znana dłuuugo, zanim usłyszano o Conchicie Wurst) i było to doświadczenie niesamowite. DJ miał swoje wady, ale miał i zalety, a wśród nich pięć milionów znajomych i siłę przebicia rozpędzonej lokomotywy. Część teledysku nagraliśmy w klubie Church, nie dość, że nie zapłaciliśmy, to dostaliśmy darmowe drinki, a na koniec drag queen elegancko mnie umalowała. Efekt nie do końca mi się podobał, ale doświadczenie było fascynujące.

Trzeci singiel, „Phantom” zainspirowany był faktem mojego podobieństwa (którego sam nie dostrzegam) do gwiazdora porno Logana McCree. Kiedy trzeci z panów umilających mi wieczory spytał, czy występowałem w filmach porno, a potem czy wiem, kim jest Logan McCree, zaciekawiłem się i sprawdziłem. No rzeczywiście, zarośnięty, wytatuowany i zbudowany tak, jak ja wtedy, ale to jednak nie do końca to samo. Piosenka w każdym razie jest czymś w rodzaju listu do Logana McCree. (Guglacie nazwisko na własne rydzyko. Logana widać zresztą w teledysku.)

Teledysk do „Phantom” nakręciłem we własnym zakresie, bo DJ i ja w międzyczasie się rozstaliśmy i w odróżnieniu od Wikinga NIE kochaliśmy się już wtedy ani trochę. Głównie byłem wściekły, bo to ja chciałem z nim zerwać w poniedziałek i zrobić to elegancko, twarzą w twarz, a tymczasem on zerwał ze mną o czwartej nad ranem esemesem pisanym po pijaku, a w niedzielę zadzwonił i objaśnił mi, że wyrzucono go z baru, bo rozpętał mordobicie, a teraz ma strasznego kaca, migrenę i to jest moja wina, bo z nim nie poszedłem. (A nie poszedłem, bo wiedziałem, że dokładnie tak to będzie wyglądało i wolałem spędzić noc na graniu w Mario Karts z przyjacielem.)

Czwarty i ostatni teledysk powstał w zasadzie najpierw. Tekst „Damage” jest jak najbardziej autobiograficzny i dotyczy rzecz jasna Wikinga. Tworząc podkład bezczelnie zrzynałem z Björk i Goldiego, a teledysk zrobił mój fan przy pomocy fragmentów filmów. Do tej pory bardzo mi się podoba.

Okładkę do singla „Damage” zaprojektował Artur Przyłucki.

Ray-Grant-Damage

Płyta jest znów dostępna we wszystkich standardowych cyfrowych kanałach z uwagi na promocję CD Baby związaną z Apple Music. Stwierdziłem, że skoro mogę wydać ponownie płytę, która jest jedną z moich dwóch najlepszych, to w sumie czemu nie. Tak więc jeśli macie ochotę po obejrzeniu teledysków zaznajomić się z resztą albumu, zapraszam:

iTunesSpotifyApple Music

Zaś wszystkie single, razem z remiksami i stronami B, można znaleźć na moim Bandcampie.

Następna notka prawdopodobnie będzie o Scissor Sisters, bo 1) czemu nie, 2) chodzi mi po głowie od miesiąca.


Cenisz dobre dziennikarstwo?

Jeśli tak, to trafiłeś w złe miejsce, ale jeśli lubisz mojego bloga i chcesz zadbać o to, żeby i mi nie zabrakło niczego do czytania, rozważ skorzystanie z poniższego przycisku. Wszystkie uzbierane w ten sposób pieniądze wydam na książki. Książkodawcom serdecznie dziękuję! #stoserc