Głosik

Będąc młodym (?) blogerem, przyszedł do mnie e-mail po gumnie od czytelniczki, która walczy z depresją. Wyłożyłem jej swoje postrzeganie paskudy: otóż dla mnie depresja to demon, który wprowadził nam się do głowy, rozsiadł wygodnie, rozłożył odnóża i zaczął srać czarnym atramentem. Od atramentu jest nam źle i nas boli, a tym bólem żywi się demon. I tak będzie siedział, póki go nie wykurzymy, sam sobie na pewno nie pójdzie i nie ma co o tym marzyć.

Czytelniczka przyznała, że brzmi to znajomo, ale ona swojego demona nazywa „głosik”. I przyznam, że bardzo mi się spodobało. Bo demon brzmi przerażająco, a głosik niezbyt. A tak naprawdę w dużym stopniu od nas zależy, czy pozwolimy głosikowi urosnąć do demona, ja w 2004 pozwoliłem i w rezultacie o mało się nie usunąłem z padołu, bo demon przekonał mnie, że to już dno dna, lepiej nie będzie nigdy, żaden lekarz mi nie pomoże… i wtedy głosik, którym była pozostała część mnie, pisnął „lekarz! może jednak lekarza!” i dzięki temu (oraz Radkowi, który zabrał mnie na zakupy do 24-godzinnego hipermarketu) jestem na świecie w roku 2016.

Głosik mówi na przykład tak:

„Jesteś słaby i żałosny i po prostu powinieneś się starać, ale ci się nie chce”.

„Popatrz, inni mają prawdziwe problemy i sobie radzą, a ty masz wydumane i leżysz cały dzień na kanapie, leń, egoista, drama queen”

„Choroba sroroba, po prostu ci się nie chce i tyle, leżysz sobie i to wszystko twoja wina”

(Warto tu zauważyć, że te myśli pojawiają się mimo strasznego, rozwalającego nam trzewia bólu, a głosik przy okazji dopowiada, że nic nas nie boli, my zaś mamy dylemat rodem z musicalu Chicago – „wierzysz w to, co widzisz, czy w to, co ja ci mówię?”.)

No i najgorsze, co głosik może powiedzieć:

„Jesteś wyjątkowy”

Mój głosik przez rok mi wmawiał, że lekarz, psycholog, pigułki to marnowanie czasu, ponieważ jestem Wyjątkowy i na mnie nie zadziałają. Opinia ta bazowała na absolutnie niczym, ponieważ nigdy żadnej pigułki nie widziałem na oczy i z żadnym psychologiem nie rozmawiałem. Tylko tak sobie czasem leżałem na podłodze przez cztery godziny i zbierałem siły, żeby usiąść zamiast tego na krześle i patrzeć w ścianę, podczas gdy głosik miał używanie: „kto wygląda żenująco leżąc na podłodze? popatrz, jak dobrze, że nikogo nie ma, by wszedł i byś miał wstyd i porutę! a na dodatek taki z ciebie idiota, że się wygłupiasz i sobie leżysz a nawet nikogo nie ma w domu i drama się marnuje!” To, że gadanie głosiku było wewnętrznie sprzeczne było dla mnie niezauważalne, bo umysł w depresji jest otępiały z bólu i naprawdę nie ma siły na logiczne dyskusje z głosikiem, który sra z upodobaniem tekstami „po prostu powinieneś się postarać, słaby śmieciu”.

A potem w końcu zbieramy się, żeby porozmawiać z człowiekiem, na przykład współlokatorem, albo znajomym, wywalamy ten wielki jątrzący wrzód na biurko i jest nam strasznie wstyd, a znajomy mówi dokładnie tak samo, jak głosik:

– Po prostu się nie starasz.

– A może byś spróbowała nie mieć tej depresji?

– Na depresję najlepiej pomaga ciężka praca.

– Ja kiedyś miałem depresję przez trzy dni jak mnie dziewczyna rzuciła, ale się zebrałem i przeszło. Ty też się musisz zebrać.

Znajomy vs głosik daje rezultat 1:1. Głosika nie możemy kopnąć w dupę i zabronić mu kontaktu z naszą osobą. Znajomego jednak trudniej zignorować, bo głosik mówi nam różne rzeczy, ale jednak mieszka w naszej głowie, ale kiedy druga istota ludzka powtarza nam te pierdoły, zaczynamy w nie wierzyć stuprocentowo. Przecież nasz dobry kolega Ildefons by nas nie oszukiwał, on to mówi dla naszego dobra, Ildefons stary kumpel, z którym wypiliśmy tysiąc i jedno piwo i przegadaliśmy sto nocy o dupach. On na pewno wie lepiej. Tylko czemu nas tak zajebiście potwornie okropnie boli każdy fragment ciała i duszy?

…aha, przypomniałem sobie, lub raczej głosik mi przypomniał: bo jestem słaby, jestem śmieciem, jestem nic niewart, a poza tym wszystko sobie wyobrażam i po prostu się nie staram.

 

Drodzy.

Jeśli słyszycie głosik, to kopnijcie go w DUPĘ tak, żeby leciał do księżyca, niekoniecznie ziemskiego, może być dowolny inny, byle daleko. Przeczytajcie notkę Niny – depresja depresją, ale w niebo naprawdę warto spojrzeć, źle będzie nam tak, czy owak, ale niebo jest ładniejsze od błota. A potem idźcie do lekarza, albo dajcie się niemrawo zaciągnąć. Bo tego głosiku NAPRAWDĘ można się pozbyć. Zaręczam.

W ostatnim czasie przeżyłem ciężki kryzys, związany z wydarzeniami z przeszłości. Pierwszą reakcją była ucieczka w depresję, nawrót głosiku, ba – demona, zachwyconego, że nagle znów może się wprowadzić. Kryzys trwał dni cztery. Potem demon dostał kopa w dupę, głosik zabrał się razem z nim, a ja – jak niuejdżowo by to nie brzmiało – jestem silniejszy, mądrzejszy i więcej wiem o samym sobie. Bo umiem, nauczyłem się na terapii i pomogli mi lekarze ustawiając leki. Po czterech dniach kryzysu wróciłem do życia w stu procentach. Wygrałem. Żyję. Powiedziałbym głosikowi, żeby się pierdolił, ale na przyjemność trzeba zasłużyć, a on jako żywo nie zasłużył.

  • Lasair

    Kudos. Cieszę się, że bajorko nie wydaje się już atrakcyjną destynacją (a przynajmniej nie na długo).

  • juutalainen

    Mam nadzieję, że gospodarz wybaczy, że wpieprzam się z radami i dowodami anegdotycznymi. Może się to komuś jednak przyda.

    Mnie jeszcze głosik męczy, ale jakieś 3/4 słabiej niż kiedyś. Bardzo pomogły mi te dziwne ćwiczenia CBT typu „opisz nieracjonalne myśli, które cię dołują, wraz z powodowanymi przez nie uczuciami; wypisz, jakie błędy poznawcze te myśli zawierają; stwórz bardziej racjonalną wersję tych myśli, oczyszczoną z błędów”. Koniecznie wykonywać na papierze lub kompie, nie w myślach. Jest ich sporo wersji online, ja korzystałem z tych zawartych w całkiem niezłej książce „Feeling Good: The New Mood Therapy” Burnsa (da się ściągnąć spiracone pdf-y). Te ćwiczenia dalece nie rozwiązują wszystkich problemów, ale znacząco łagodzą Weltschmerz, który sami sobie zadajemy dołującymi myślami.

    I oczywiście disclaimery – są one zalecane w depresji najwyżej umiarkowanej, no i ogólnie your experience may vary, skonsultuj się z terapeutą lub farmaceutą itp.

  • e.

    Dziękuję bardzo za ten post i uświadomienie, że depresja to nie tylko „anhedonia” czy podwyższona drażliwość. Mimo kilku lat terapii & kontaktów z psychiatrią & wujkiem Góglem nie było to dla mnie jasne. Co również być może oznacza, że nie jestem taka beznadziejna, leniwa i nieadekwatna:) jak mi się wydaje.

    Pozdrowienia bardzo-starej-czytelniczki (jeszcze z czasów Brata Anzelma, śp). Z podziękowaniami za całokształt. etc etc

    • Grant Thorsson

      Może ja w końcu usiądę na tyłku na dłużej niż godzinę i zacznę pisać tę drugą książkę o depresji…

      Ściskam i miło, że ktoś pamięta brata Anzelma :)))

  • Pandora

    Dziwną sprawą jest tylko to, że można mieć taki głosik całe życie i nie mieć depresji. Aaaalbo spotykałam jedynie niekoniecznie ogarniętych psychologów, wykluczyć nie mogę. Choć wydaje mi się, że to jest możliwe, po prostu mieć niską samoocenę, próby samobójcze na koncie i nie mieć jednak depresji. W sensie, głosik zostaje, dzika chęć odebrania sobie życia zostaje, ale nie pojawia się nigdy ahedonia i tak dalej.

    • Grant Thorsson

      Zamiast psychologa poleciłbym psychiatrę. Jest dużo chorób, które mają zbliżone objawy, a dodatkowo nadczynność tarczycy może generować objawy bardzo podobne do depresji lub dwubiegunówki. Psycholog przydaje się moim zdaniem raczej po diagnozie.

      Pozdrawiam i życzę siły!

      • Pandora

        Tak, z tarczycą to potrafią być jazdy, już to widziałam na własne oczy. Z moją co prawda też ostatnio zaczęło coś nie grać, ale dostanie się do endokrynologa zajmie czas. Natomiast nie łączyłabym, do niedawna wszystko było w porządku, a niską samoocenę i próby samobójcze mam… hm, od małego. W sensie naprawdę małego bachora. Szczerze, to pójście do psychoła po roku oczekiwania na przyjęcie (z NFZ) bardzo mnie zniechęcił. Nie tylko powiedziała mi, że gdybym była zdecydowana to może terapia w ośrodku? To jeszcze padło tradycyjne, że za mało chcę się zmienić, bo zamiast mówić wciąż „ja, mnie, mi, ja, ja, ja, ja, mnie, mi, mną, ja, ja, ja” znowu mówiłam raczej o osobach dla mnie ważnych. Że chcę, owszem, ale nie zależy mi na zmianie „dla siebie” tak niesamowicie i bardzo mocno, jak na zmianie, żeby innym było ze mną przyjemniej. Strasznie to deprymujące, bo głosik od razu mówi „No i widzisz, wszystko jasne, NIE DOŚĆ SIĘ STARASZ, JESTEŚ LENIWYM ŚMIECIEM i tyle, nawet specjaliści to potwierdzają, gnoju!”.

  • Ray. Idealnie wstrzeliłeś się z postem dzień po tym, jak niemal dałem się utopić w czarnym atramencie. Wciąż jednak uważam, że umysł ludzki jest na tyle silny i rozwinięty, że powinien sobie poradzić z demonami bez pigułek i doktorów… I tego się trzymam, i chyba to mnie gubi.

    • Grant Thorsson

      A myślisz, że umysł ludzki jest na tyle silny i rozwinięty, że powinien sobie poradzić z cukrzycą bez pigułek i doktorów?

      • Nie. Ale wg mnie demony wychodzą z głowy i zawsze myślałem, że to głowa powinna je pokonać, taki prosty tok myślenia – zwłaszcza, że moje nigdy nie powstrzymały mnie fizycznie i spektakularnie przed wstaniem z łóżka, tylko przygniatają na codzień i niemal niezauważalnie utrudniają ruchy.
        Bardzo powoli dojrzewam do ewentualności, że tabletki mogą być nieuniknione. Ba, nawet tata mi poleca swoje.

        • Grant Thorsson

          NIE BRAĆ TABLETEK TATY. Możesz mieć to samo, możesz mieć co innego, a dodatkowo każdy reaguje inaczej.

          Ja czekałem rok, aż głowa pokona demona, równie dobrze mógłbym czekać, aż mi odrośnie stopa po amputacji dzięki sile woli. Choroba jest chorobą, trzeba ją leczyć i nie ma w tym żadnego wstydu. Od nikogo nie oczekujemy, że się sam wyleczy z raka. (Sprawdzić, czy nie scjentolog.)

        • Marcin

          Gdyby tak było, to moglibyśmy otrzeźwić swoje myślenie po wypiciu kilku piw – w końcu to tylko myśli, nie? Na szczęście tak nie jest – to nie jest kwestia tego, że coś źle myślisz, tylko kwestia zmian w organizmie.

    • P.

      Zdrowy ludzki umysł, zazwyczaj sobie poradzi, tylko że w przypadku depresji nie mam mowy o zdrowym umyśle. Bardzo podoba mi się analogia, którą przytoczę: często komputer można naprawić, restartując system, korzystając ze specjalistycznego oprogramowania do zwalczania robaków itp. (tak działa zdrowy ludzki organizm, odpala mechanizmy obronne i zazwyczaj to pomaga), ale gdy padnie nam fizycznie jakiś element sprzętowy (coś się przepali, coś zwietrzeje, zalaliśmy coś kawą lub stuknęliśmy w to młotkiem), to bez wymiany uszkodzonej części, żadne restarty ani programy nie pomogą i to jest depresja. Depresja, to uszkodzenie naszego hardware: jakiś element naszego organizmu, lub nawet ich kilka, przestaje działać, system nie naprawi się samoczynnie, bo padła właśnie część z łańcucha napraw lub taka, której system nie potrafi samoistnie naprawić i nie ma innego wyjścia jak zastąpić jej funkcjonowanie dostarczeniem produkowanego przez nią specyfiku z zewnątrz (lekarstwa).

      Ja też długo myślałem, że dam sobie radę sam, bo żebra się zrosły, anginę wystarczyło wygrzać, to i problemy z głową przejdą same, bo trzeba tylko poprawić dietę, więcej się ruszać i na powrót uwierzyć w siebie. Dobrze że zdałem sobie sprawę, że to jednak nie działa, zanim nie było za późno i podreptałem do lekarza.

      • falka

        W książce Jenny Lawson jest ładny opis tego błędnego koła: utnij osobie ręce, a potem powiedz, żeby sobie te ręce podniosła i zaniosła je do szpitala, to ktoś je przyszyje na miejsce. Ona akurat sugeruje to jako odpowiedź na ponawiające się sugestie pt. ”weź się za siebie (i przestań mieć depresję)”, ale moim zdaniem to ogólnie prosta i trafna analogia – depresja uderza właśnie w ten narząd, który powinien służyć do naprawy.

  • F.

    Kiedy sobie pomyślę, jaka ironia tkwi w tym, że dziś jest dzień walki z depresją, sama nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.
    Ja głosik mam. Od lat, tak właściwie. Czasem, w przypływach walki o siebie, próbuję się leczyć, ale dlaczego to do tej pory nie wyszło, to nieistotne. Ważne, że miało wyjść dzisiaj. Miałam umówioną wizytę u lekarza – nie, żebym sama się zarejestrowała, nie było szans. Ale dotarłam. Pierwszy szok – przede mną w kolejce dziesięć osób. Dziesięć! A to nie byli wszyscy zapisani na ten dzień. Drugi szok – pani doktor nie pojawiła się przez kolejne czterdzieści pięć minut, więc zaczęła przyjmować dopiero kwadrans przed czwartą, choć miała od trzeciej. Trzeci szok – do czwartej piętnaście przyjęła pięć osób. Średnio po sześć minut na osobę. Miałam ochotę uciec.
    Potem wizyty stały się dłuższe i trochę mnie to uspokoiło. Nie wyobrażam sobie iść do lekarza, który ogarnie mnie i mój zwichrowany umysł w sześć minut. Gorzej, że z nudów zajrzałam w opinie w internecie na temat lekarki. I jak słowo daję, gorszych nie czytałam nigdy. Choć jeszcze wciąż łudziłam się, że może nie będzie źle.
    A potem, kiedy minęły już grubo ponad dwie godziny mojego czekania, z gabinetu wyszła starsza pani, cała roztrzęsiona. Dosiadła się do jednej dziewczyny, czekającej w kolejce i drżącym głosem opowiadała, że nigdy nie została tak potraktowana przez żadnego lekarza. Że pani doktor negowała wszystko, co ona mówiła, przerywała, podnosiła głos, odebrała telefon w trakcie rozmowy. Nie słuchała, co się do niej mówiło, a jak już coś docierało, to mówiła, że to głupie i bez znaczenia. Zarzutów padło więcej. I bardzo pokrywały się z tym, co przeczytałam w internecie godzinę wcześniej.
    Miałam wejść chwilę później, ale spanikowałam i uciekłam. Bo może to stałoby się ostatecznym kopem od życia. I teraz znowu długo nie będę w stanie szukać pomocy – pewnie prywatnie byłoby łatwiej, ale kogo na to stać.
    Dzień walki z depresją. Może to nawet dobrze – te wszystkie notki pojawiające się z tej okazji pewnie pomogą bardziej, niż gdybym nie uciekła spod gabinetu. Ale ironia potrafi dobić.
    Tak się tylko chciałam wygadać.

    • Grant Thorsson

      KONIECZNIE zmienić lekarza. Koniecznie na sto procent jak bum cyk cyk. Jeśli można (finansowo) iść prywatnie, mogę polecić e-mailowo lekarza w Warszawie, który mnie ustawił. Lekarze są jak wszyscy ludzie, niektórzy fajni, niektórzy to dupki, niektórzy zwyczajnie nie wiedzą, co robią, ale pacjenci się nie skarżą, więc nikt o tym nie wie. Ja miałem lekarza, w Holandii, który wznosił oczy do góry i wymownie wzdychał, kiedy cokolwiek próbowałem sugerować. Idź do lekarza, proszę, ale do innego.

      Nie wiedziałem, że jest dzień walki z depresją, proszę, jak trafiłem przypadkowo.

  • grzes

    Hm, tez mam wrazenie, ze mozna slyszec ten glos (ja jednak nie napisze glosik, bo to nic nie zmieni, bede go slyszal dalej), nie majac depresji, predzej dystymie.
    Albo melancholie albo po prostu takim bedac
    Dla mnie moje stany depresyjne okreslibym tak, ze wszystko co jest, jest za szyba.
    Brudna i brzydka.
    Ta szyba zaslania wszystko i wszystko to co jest brudne i brzydkie i nie da sie do tego siegnac.
    nie ma uczuc, nic nie odczuwam, jest pustka i jest ta szyba, ktorej sie nie da rozbic, za ktora jest swiat i ktora znieksztalca postrzeganie.
    Czaseem szyba staje sie czystsza i jasna i widze za nia piekne rzeczy, staje sie cienka, ale jednak jest.
    Czasem udaje sie o niej zapomniec.
    Nigdy nie ma odwagi, by ja rozbic (da sie w ogole?), bo jest lek, ze przeciez sie pokalecze, zranie, bede krwawic itd

    • Grant Thorsson

      To była moja depresja z 2004, Sylvia Plath z metaforą szklanego klosza utrafiła idealnie. Wszystko było przez szybę, w tym smaki i zapachy, jedyne, co czułem, to fizyczny ból. I alkohol, morze alkoholu zmieniające depresję w euforię (NIE POLECAM).

  • grzes

    Ooooo, to jest to:

    „– zwłaszcza, że moje nigdy nie powstrzymały mnie fizycznie i spektakularnie przed wstaniem z łóżka, tylko przygniatają na codzień i niemal niezauważalnie utrudniają ruchy.”

    Co zrobic z takim czyms?
    Zawsze wstaje sie, zawsze sie mobilizuje, zawsze sie idzie do pracy, spotyka z ludzmi, ba, nawet usmiecha czy smieje, ale ciagle (;bo przez wiekszosc czasu) jest to cos.
    i to wiele lat.

    • Grant Thorsson

      Nie jestem lekarzem, oczywiście, ale nazwałbym to dystymią. Na mojej skali nastroju od +3 do -3 celem jest oczywiście zero, to, co napisałeś brzmi jak ciągłe -1.

      Edit: o, sam napisałeś to samo w innym komentarzu, nie zauważyłem.

    • Marcin

      Ja poszedłem na terapię. Mnie to BARDZO pomaga – rozumiem, czemu tak się dzieje, a po roku widzę, że w niektórych rejonach życia szyba czasem znika. Acz cały czas się zastanawiam, czy nie skorzystać z tabletek.

      • Grant Thorsson

        W moim przypadku tabletki były na początku niezbędne, bo byłem w tak złym stanie, że nie nadawałem się do terapii. A w depresji jednobiegunowej terapia jest moim prywatnym zdaniem niezbędna. Teraz zaś zmieniono mi diagnozę na dwubiegunówkę, w której jest jakby odwrotnie, tabletki są niezbędne, bo chemia mózgu popsuta, a terapia skupia się na przyjęciu do wiadomości, że choroba jest nieuleczalna. Generalnie psychiatria ciągle jest w powijakach i o tym, czy leki są potrzebne, czy nie decyduje lekarz, który może być omylny.

        Moje prywatne podejście jest takie, że zasługuję na najlepszą możliwą jakość życia, a jeśli do tego potrzebne są proszki, to będę je łykać. (Nie mylić z „zabawnymi pigułkami”)

  • treq

    1. ja sie nie znam a probuje zroumiec. czyli TO http://9gag.com/gag/aW64K4d jest dosc precyzyjny obrazem tego co piszesz?
    2. czemu ten znak zapytanai w „Będąc młodym (?) blogerem”
    po literkowach poznasz kto to, wlasciwie nie muse sie podpisywac ;P

    • Grant Thorsson

      1. Yup, also poszukaj sobie w google „hyperbole and a half depression” i przeczytaj obie części (wolno się śmiać)
      2. Bo stara dupa ze mnie 🙂

  • eM

    strasznie dobre ujete.

    trzymaj sie tam.

  • Gammon No.82

    *usunięte na prośbę autora*

    • Gammon No.82

      Uprzejmie proszę o usunięcie powyższego wpisu jako OT oraz ogólnie niestosownego. Przepraszam.

      • Grant Thorsson

        Usunięte, dzięki czemu uniknąłeś mojej odpowiedzi.

        • Gammon No.82

          Pięknie dziękuję. Chyba jeszcze się nie obudziłem i pisałem bzdury.

    • P.

      W pewnym sensie masz rację: trudno samemu stwierdzić, w którym momencie przekraczamy granicę, czyli na ile to chwilowe przygnębienie wynikłe z problemów, złej diety, braku słońca lub ruchy, a w którym momencie już nic samo się nie naprawi. Bez spojrzenia z zewnątrz i fachowej wiedzy nie można jednoznacznie stwierdzić co się tak naprawdę z nami dzieje, bo tak się ukształtowaliśmy ewolucyjnie, że sami siebie oszukujemy. Czasem sprawa jest tak skomplikowana, że nawet doświadczeni specjaliści mogą mieć problem z jednoznaczną diagnozą, więc nie warto próbować stawiać jej samoistnie, bo ryzykuje się własne zdrowie i życie, a wyższej stawki już w tej grze nie ma.

  • Ania

    Dzieki kazdemu dowolnemu bostwu za znajomych, ktorzy wiedza, co to jest depresja. Ktorzy nie powtarzaja pierdoletow, tylko zadaja konkretne pytania. Takie jak np. „wzielas leki?”, „jak tam ostatnio u Ciebie ze snem? moze chcesz, zebym poszedl z dzieckiem na spacer, to odespisz”, „wpasc do Ciebie, mam wolna chwile i sie nudze, moge Ci jakos pomoc” oraz „ochujalas? To ze zapomnialas przykryc wozka i go zmoczylo nie czyni z Ciebie zlej matki, kazdemu sie zdarzaja wpadki. Mnie tez. A widzisz jakie mam udane dzieci.”
    Jak mi przechodzi, a dzieki temu, ze biore leki, pilnuje regularnego trybu zycia, snu, posilkow, sportu i odpoczynku w stresie, przechodzi mi zazwyczaj dosc sprawnie, to sie odwdzieczam i tez kontrolnie dzwonie, przywoze jedzenie, zabieram na zakupy i robie mnostwo innych drobnych rzeczy, ktore maja przypominac, ze jest sie tak wartosciowym czlowiekiem, ze przyjaciele sie nim przejmuja.

    • Ania

      Aha, tego, ze jak sie ma depresje (lub sklonnosci do niej) trzeba pilnowac tzw. higienicznego trybu zycia i sie nie przeciazac, a w razie czego poprosic o pomoc, nauczylam sie wlasnie od przyjaciol. No, tego ostatniego to sie nadal ucze, bo oczywiscie zostalam wychowana jak typowa polska kobieta, co sie zarznie, ale o pomoc nie poprosi i takie rzeczy, jak zaproszenie przyjaciolki, zeby poukladac w kuchni, to w ogole mi do glowy nie przychodzily, ale jest coraz lepiej.

  • A ja mam dokładnie na odwrót – nigdy nie chciałam czuć się Wyjątkowa. Uświadomiłam sobie, że jestem chora, że jest źle (zakrzepnięta krew na nadgarstku pomogła w tej obserwacji), że potrzebuję leczenia. Poszłam do psychiatry, dostałam prochy, wierzyłam, że pomogą. Trochę ponad dwa lata od tego momentu słyszę od psychiatry, że zasadniczo tymi lekami we mnie to jak łbem o ścianę, trochę pomagają, ale nigdy tak naprawdę nie było dobrze i jakąś oporną mam tę depresję…
    I człowiek ma ochotę się pochlastać, że na innych działa, ale tu oczywiście coś musiało się zjebać i ni chuja.