Główka na biegunach

Jakieś dwa tygodnie temu znajdowałem się akurat w kuźni, gdzie opływałem potem, pracując nad byczym łbem, który jest jedną z trudniejszych rzeczy, jakie do tej pory udało mi się wykonać. Jak często mi się zdarza przy kuciu, pozwoliłem rękom przejąć kontrolę i zagłębiłem się w rozważania na zupełnie inny temat — ten, czy moja dwubiegunówka jest zbawieniem, przekleństwem, czy obiema tymi rzeczami naraz. Około 15 musiałem pracę zakończyć, bo ręce trzęsły mi się tak bardzo, że zaistniało niebezpieczeństwo, że przypadkowo popsuję efekt dwudniowej pracy, albo zrobię sobie krzywdę.

Dzięki swojej chorobie jestem kowalem, mam Zbrojmistrza, mam napady niepowstrzymanej kreatywności, dzięki którym tworzę fantastyczne rzeczy w niemożliwym zdawałoby się tempie, czasami widuję się z sympatycznym dwumetrowym młodym nauczycielem, którego z pewnych powodów nazwiemy tow. Gierkiem, przeżywam napady szczęścia właściwie bez powodu. Dzięki swojej chorobie spędzam całe dni niezdolny do wyjścia z domu, przybrałem na wadze 30 kg (to nie tyle dzięki chorobie, co lekom), ręce trzęsą mi się tak, że nie mogę narysować prostej kreski na papierze, mam najwyższą grupę inwalidzką, odwołuję spotkania, zawalam terminy i nie mogę się zebrać nawet na siłownię.

Jedną z lepszych metafor depresji znalazłem niedawno — oczywiście nie pomnę, gdzie, jeśli ktoś wie, proszę o komentarz, to zalinkuję. Depresja to stan, w którym mózg ulega przekonaniu, że umieram i wysyła do ciała sygnały, że nadchodzi śmierć. W zależności od tego, czy stan depresyjny jest łagodny, czy ostry, albo funkcjonujemy nadal, tyle, że z trudem, albo nie funkcjonujemy. W najgorszych chwilach, a gdy mówię chwila mam na myśli na przykład miesiąc, jedyne, do czego jestem zdolny to leżenie i wyprawy do toalety, przed którymi zbieram siły przez pół godziny lub dłużej. Z łóżka wychodzę dlatego, że Zbrojmistrz wyciąga mnie z niego siłą i zabiera mi kołdrę, a ja nie mam energii, aby mu ją odebrać. Oczywiście kuźnia nie wchodzi w grę, ba — zakupy też nie. Ostatni tydzień spędziłem na czytaniu Marian Keyes (nowa książka w listopadzie, trzeba nadrobić wszystkie poprzednie) i leżeniu na kanapie. W nagłych przypływach energii robię rzeczy tak niebywałe, jak np. ubranie się, umycie głowy i wstawienie naczyń do zmywarki.

Doznanie, że umieramy nie jest czymś, co można logicznie zrozumieć i odstawić na bok. Agonia nie jest czymś, z czego można się otrząsnąć i „po prostu o tym nie myśleć” lub „każdy tak czasem ma, po prostu myśl pozytywnie”. Wyssany z energii zupełnie dosłownie leżę i czekam na wybawienie śmierci, która jednakowoż nie nadchodzi, bo sygnały płynące z uszkodzonego mózgu są rzecz jasna fałszywe. Wcale tak naprawdę nie umieram, po prostu czuję się jak osoba, która umiera. Moje ciało jest w doskonałym (acz tłustym) stanie, tyle, że nie posiadam siły woli wystarczającej na kierowanie nim — moja siła woli nie istnieje, zalana doznaniem umierania. Najdrobniejsze czynności wymagają rozłożenia na czynniki pierwsze: założenie skarpetek to tak wiele decyzji, a każda z nich wymaga energii: aby wstać potrzeba zgiąć nogi w kolanach (odpoczynek), opuścić jedną z łóżka (odpoczynek), opuścić drugą (odpoczynek), podnieść górną połowę ciała (długi odpoczynek), a potem zebrać w sobie tyle energii, żeby — umierając — wyprostować się. Skarpetki niestety nie czekają w łóżku, więc trzeba po nie pójść, wyjąć je z szuflady, rozprostować, założyć na nogi… każda z tych czynności wymaga energii, której nie posiadam.

Hipomania jest stanem, w którym energia zalewa mnie i rozsadza. Ja? Kiedykolwiek miałem trudności? Z czymkolwiek? Niemożliwe! Sen, jaki sen? Przecież jest tyle do zrobienia! Napiszę książkę! Nagram płytę! Zostanę modelem! (W agencji dla modeli plus size) Wykuję sobie na ścianę młot Thora wielkości 80×120 cm! Musiałbym najpierw usiąść i go rozrysować, ale USIĄŚĆ? Co za pomysł, haha, siadanie jest dla cieniasów! Przemyślę sobie projekt, sprzątając, ćwicząc na siłowni, biegając wkoło budynku, jeżdżąc na rowerze, pijąc piątą kawę (o godzinie jedenastej), ach — SEKS!!! Seks jest tak fantastycznym sposobem pozbywania się energii! Poza tym mam nowy pomysł na tatuaż! (Gdyby mój artysta tatuażu mieszkał bliżej, do tej pory skończyłaby mi się skóra.) Lekka hipomania to stan idealny — akurat tyle, żeby mieć dużo energii, dużo pomysłów i ciągle jeszcze umieć się na nich skupić — ale nadzwyczaj trudny do osiągnięcia. W tym stanie zmieniam fryzury, robię remiksy dla Znanych Artystów, gotuję, sprzątam, piszę dużo notek, cieszę się Zbrojmistrzem i tow. Gierkiem, kuję, umawiam się z przyjaciółmi. Drobne problemy ze snem rozwiązuję proszkami nasennymi.

Mania, której zawdzięczam czerwcową hospitalizację i zmianę diagnozy z ChAD II na I, jest odpowiednikiem tego, co się dzieje z akumulatorem, z którego wylał się kwas (czy co też siedzi w akumulatorach). Pomysłów jest tak wiele, że zanim zdążę je odnotować, już sypią się kolejne. Kolory są tak ostre, że oślepiają. Odwaga zamienia się w nieustraszoność i brak skrupułów. „Mmm, seks jest fajny” — w zachowania, ujmijmy to tak, społecznie nieakceptowalne (chyba, że jesteśmy polską prawicą). Skoro nie mogę się doczekać tatuażu, zawsze można kupić żyletki. I tak dalej. Jestem nieśmiertelny, niezwyciężony, nieustraszony (niestety, tylko w rojeniach skołowanego mózgu). Mam to szczęście, że — jak ujął to lekarz — mam „wysoką samoświadomość” i zanim przystąpię do realizacji planów dzwonię do niego i umawiam się na pilną wizytę, oraz informuję znajomych i Zbrojmistrza, że trzeba na mnie uważać (część z nich, nie wiadomo dlaczego, wie to bez mojej pomocy).

Dzięki lekkiej hipomanii przeniosłem się do Holandii, odważyłem się chodzić po warszawskich ulicach z blond irokezem i od stóp do głów odziany w skóry (mundury też), zostałem kowalem, poznałem Zbrojmistrza… Jestem pewien, że piszę to po raz piąty, ale ciągle nie mogę się pozbyć męczącego doznania, że bez bipolara moje życie byłoby zupełnie inne — nudne. Po swoich studiach pracowałbym w warszawskim banku, MOŻE już na stanowisku Starszego Kasjera, lub gdyby tkło mnie ogromne szczęście — jako programista aplikacji do przetwarzania baz danych. Chodziłbym w niebieskich koszulach, w które tak sprytnie ubierała mnie mama aż do chwili, gdy dorosłem i z wrzaskiem, chciałem powiedzieć — uprzejmie odmówiłem ubrania się w niebieską koszulę już kiedykolwiek do końca życia. Na wakacje jeździłbym z moim chłopakiem (o którym oczywiście nikt by nie wiedział, bo wicie rozumicie, dyskretny bez skojarzeń) nad polskie morze, a czasami w ramach bycia DINK — do Chorwacji. Moim najdzikszym, w annałach rodzinnych zapisanym wyskokiem byłoby rozlanie kieliszka czerwonego wina na świeżo wyprany obrus u cioci w Wielkanoc. (Oczywiście, na Wielkanoc przyszedłbym sam, bo ciocia nie życzy sobie homoseksualistów w swoim domu.)

Gdybym przypadkiem zdołał przenieść się do Amsterdamu i rozpocząć pracę u poprzedniego pracodawcy… załóżmy, że moja diagnoza w 2011 nigdy nie miała miejsca, depresja minęła w 2005 i nigdy nie powróciła… cóż, na pewno miałbym teraz więcej pieniędzy. Nigdy nie poznałbym DJa, bo byłbym na to za grzeczny. Miałbym elegancko przystrzyżone, siwiejące włoski (42.50 euro co 6 tygodni). Ubierałbym się w dżinsy z H&M i t-shirty zaprojektowane przez samego siebie z zabawnymi nerdowskimi dowcipami. Miałbym dwa garnitury. Pieniądze, przepuszczone na używki w okresie DJa wydałbym na remont łazienki. Nigdy nie poznałbym Zbrojmistrza, bo nie byłoby ku temu powodu — spotkaliśmy się tylko dlatego, że ja właśnie zaczynałem się ślinić na myśl o kowalstwie, a on robi kolczugi. Zapewne nadal siedziałbym przy tym samym biurku, okropnie traktowany przez tego samego szefa — lub przy innym biurku z innym szefem — i może nawet byłbym jakoś tam żałośnie szczęśliwy.

A może nie?

Ray pędzony na Aurorixie jest wesołym, nadużywającym podrywaczem, tryskającym energią, mającym problemy ze snem, skupieniem, zatrzymaniem się na czerwonym świetle, niespadaniem z hulajnóg na górskim zboczu i spędzeniem całego dnia bez seksu.

Ray pędzony na licie trzęsie się, wszystko go denerwuje, ma co prawda energię i nie ma depresji, ale co z tego, skoro nie może robić tego, na czym mu najbardziej na świecie zależy — kuć.

Ray pędzony na kwasie walproinowym owszem, nie miewa manii, nie miewa też hipomanii, ma zakres nastrojów od „straszna depresja” do „meh” i wahnięcia do trzech razy dziennie. Po dodaniu Aurorixu ilość wahnięć wzrasta do ośmiu dziennie.

Ray bez leków… nie rozmawiajmy o tym.

Kim ja właściwie jestem?

  • Ray, waham się czy to nie jest intymny wpis w rodzaju tych, których nie powinno się komentować, ale uwieńczyłeś go pytaniem, które być może nie jest retoryczne, więc no cóż, kilka słów. Masz kryzys tożsamości? czy tylko się zapętliłeś? Kim jestem? – jesteś Ray, bipolarny koleś, którego ludzie nadspodziewanie cenią, kowal, partner Zbrojmistrza…. jak każdy zmieniasz się i migoczesz zależnie od relacji i sytuacji, to nie dotyczy tylko ciebie, ale ciągle jesteś Rayem, z lekami lub bez, z depresja i hipomanią, czy nawet manią, każda z tych wersji ciebie ma wspólny mianownik, to ciągle ty, sztanca, baza, która się nie zmienia sama w sobie, tylko cieniuje. Wyobraź sobie,że jesteś katedrą z obrazów Moneta (co nie ma nic wspólnego z twoja wagą;) ), zmienia cię sposób padania światła, pory dnia i roku, ale to ciągle ty. Wiem,że pokusa roztrząsań z serii, a gdzie bym był, gdybym nie był tu, gdzie jestem, gdybym był inny, jest duża, ale daremna, twoja bipolarność jest i zapewne zawsze była częścią ciebie, była jak się okazuje zarówno diabłem, jak i aniołem twojego życia. Alternatywne rzeczywistości nie istnieją poza tobą, wiec nie połknij samego siebie szukając ich. Powodzenia.

    • Ray Grant

      Kryzys tożsamości i zapętlenie naraz, powiedziałbym. Są takie rzeczy, które stanowią wspólny mianownik niezależnie od tego, co moja choroba akurat wyczynia — kuźnia, muzyka, Zbrojmistrz. To na pewno. Ale poza tym? Ostatnio zachwiałem się w przekonaniu, że jestem dobrym i miłym gościem, bo jak się okazuje dorzucić do ognia trochę litu i robię się oschły i opryskliwy (naprawdę, nie tylko ja to zauważyłem, otoczenie również). Nie lubię siebie takiego. Za porównanie do katedry dziękuję 🙂 miło być porównanym do uznanych dzieł sztuki. Katedra — TO JA.

      • więc czasami jesteś dupkiem? i nawet zdajesz sobie z tego sprawę, gratuluję, każdy bywa, nie każdy zauważa; nie sadzisz mimo wszystko, że bycie bezgranicznie zajefajnym cyborgiem w trybie bezustannym jest równie nieprawdziwe co nierzeczywiste i podejrzane? jak mawiał poeta „nie można na okrągło płakać ani się na okrągło śmiać”, z litem czy bez, bywamy niedobrzy – w pewnych okolicznościach – wszyscy, ty przynajmniej możesz powiedzieć, że lit ci to robi, my szaraczki musimy pogodzić się z naszą małością czy nawet pospolitym skurwysyństwem, bo nie jesteśmy mili tak o, sami z siebie; jeśli masz taka refleksję w sobie,że nie lubisz siebie w pewnych zachowaniach, to paradoksalnie jest to dowód na bycie dobrym człowiekiem, jest autorefleksja, jest samokrytycyzm, poczucie winy nawet, czyż nie? odpuść sobie czasami, bardzo się starasz i nawet gdy się nie udaje, to musi światu wystarczać, a przede wszystkim musi wystarczać tobie; robisz co możesz, ale czasami nie robisz, bo już nie możesz, bywa, ludzka rzecz; Ray bądź dobry dla Raya 😉

  • Dobry wieczór Ray

    Chylę czoła przed Twą szczerością i refleksyjnością w opisie siebie w kontekście choroby. Myślę, że wszystko co opisałeś, to przejawy Ciebie, czasem stłamszone przez depresję, zaś czasem zintensyfikowane przez hipomanię (skoro tak spektakularnie przebiega Twa hipomania, to jak żyjesz podczas manii?), zaś dodatkowo kalibrowane działaniem leków i, niestety, ich skutków ubocznych. Choroba nie jest Tobą, ani Ty nie jesteś chorobą. To tylko część Ciebie i Twego życia, którą warto uwzględniać, jeśli chce się jakoś żyć nie wariując jeszcze bardziej. Poprzednie dwa zdania niekiedy powtarzam sobie, czasem innym, by wyjaśnić im istotę wpływu tej choroby na życie chorującej na nią osoby, czyli także mnie. Dręczy mnie typ II, czasem przeplatany epizodami mieszanymi przejawiającymi się szybkimi, wielokrotnymi zmianami faz w ciągu doby. Na szczęście ta forma nawrotu dawno mnie nie poniewierała. Zadawałam sobie niektóre z wymienionych przez Ciebie pytań, lecz dotąd nie miałam tyle odwagi co Ty, aby na większość z nich uczciwie sobie odpowiedzieć.

    Trzym się, przede wszystkim siebie i swych bogatych zasobów.

    Dobranoc

    • Ray Grant

      Witaj Olgo, dzięki za komentarz 🙂

      Trudno mi pisać o manii, bo to, co mnie wpędziło do szpitala w czerwcu… powiedzmy, że nie jest to doświadczenie, jakie chciałbym kiedykolwiek powtórzyć. Hipomania, zwłaszcza lekka, potrafi być przyjemna. Moje ostatnie dwa tygodnie przed szpitalem były niebezpieczne, dla mnie i dla innych.

      Pozdrawiam, ściskam i życzę nudnej stabilności 🙂

  • Akara

    Myślę, że bez choroby prawdopodobnie też byś się zbuntował i zaczął żyć inaczej niż rodzina planowała. Możliwe, że dłużej trwałoby przełamywanie. Ale tylko mam takie przeczucie. To co przeżywamy jest bezcenne i wpływa na to jacy jesteśmy. Bliźniacy jednojajowi, te same geny, a mogą się bardzo różnić i żaden z nich nie jest przez to mniej sobą. Jesteś sobą właśnie z tym co robiłeś, co przeżyłeś. Nawet jakbyś robił to wbrew sobie to zapisałoby się w twoim życiu, tyle, że inaczej. Jakiś czas temu czytałam post innej osoby, pisała właśnie o dwubiegunówce. Niedawno powróciłam, bo zauważyłam na innym blogu, że pisze pożegnanie (tytuł posta) i musiałam sprawdzić co tam się dzieje. Są sytuacje, kiedy nie należy zwracać uwagi na poglądy polityczne. Ona ma inny charakter niż ty. Ona pozostaje nieufna wobec ludzi, podejrzliwa, a ty potrafisz zaufać, wchodzić w związki, wiesz, że kochasz. Nie widziałam tutaj zwątpienia co do tego. Wspólne jest może wasze cierpienie z powodu przerostu ambicji, żal z powodu straconego innego życia, ciężar choroby. Poza tym różnicie się chyba wszystkim. I jak tutaj można powiedzieć, że to dwubiegunówka bardzo mocno kształtuje, że decydująco wpływa na to kto jaki jest? Skoro jesteście tak różni to znaczy, że nie kształtuje. Zastanawiać się co mogłoby być może każdy, kto na coś choruje, każdy, kto coś stracił. Człowiek, który np. straci nogę też wie, że jego życie wyglądałoby inaczej jakby tę nogę miał. Choroba sprawiająca ból fizyczny jest w stanie wpływać na charakter, zmieniać człowieka. Ktoś może robić coś, czego nigdy by nie zrobił będąc zdrowym. Człowiek może się też zmieniać, czy pod wpływem choroby, czy z innych powodów, ale czy można powiedzieć, że taki zmieniony człowiek nie jest sobą? Tylko w odniesieniu do tego jaki był, bo będąc kimś innym niż kiedyś można być sobą.

    • Marcin Rzeczkowski

      Ciekawy komentarz, Akara 🙂
      Dodam, że ja mam baaardzo dużo doświadczeń i refleksji podobnych do tych Raya, które mogłem przeczytać wyżej, ale wciąż jesteśmy dwoma zupełnie innymi ludźmi. Zawalanie terminów i spotkań – tak, ale umawiamy się w inne miejsca. Związki z ludźmi, których poznaliśmy dzięki ChAD – tak, ale sytuacje i poznane (oraz wybrane!) osoby są różne. Pewnie nawet skarpetki kupujemy zupełnie inne i umieramy pod innymi kołdrami 😀
      Gdzieś pod tym stylem życia od depresji do hipomanii są zainteresowania, wybory i wartości, którymi się kierujemy. I choć na pewno dwubiegunówka sporo ukształtowała, to jednak materiał wyjściowy jest inny – i efekty również.

  • Ach, Ray. raz – że TUL. dwa – że mam podobne rozkminy, no, może o rozmiar mniejsze, bo też i moja zwykła, pospolita depresja prosta aż tak nie pomiata. Ale nie mogę uwolnić się od przeświadczenia, że bez tej przypadłości – byłabym już uznaną autorką paru książek, znakomicie zarabiającą publicystką i w ogóle, bóstwem zajebistości. A – byłabym też szczuplejsza o 15 kilo (leki, dzień dobry.) I jest mi z tego powodu b. wujowo.

  • ania

    Witam,
    Podobno najgorsi są tylko ludzie,którzy nie mają wątpliwości, więc uszy w górę!Spróbuj ograniczyć myślenie do pytania czy jestem sobą.Nadmierne myślenie przeszkadza w życiu:/
    Pomagasz mi nawet nic o tym nie wiedząc,chciałabym Cię kiedyś poznać na żywo,trwaj:)
    Pozdrawiam

    • Ray Grant

      Ostatnia próba zorganizowania spotkania na żywo zakończyła się dość marnie 🙁

  • Klara

    Dziękuję za definicję depresji. Jako przypadkowy gość skierowany tu przez Pochodne Kofeiny, w temacie katedry mogę odwdzięczyć się „Galaktycznym Druciarzem” Dicka.

  • i hate being bipolar – it’s awesome

    jadę na manii od 2 miesięcy – jest pięknie. Dziesiątki projektów, kreatywność, ba! nawet proces zmiany pracy / miejsca zamieszkania i pies. Na wszystko jest siła, czas (spanie jest przereklamowane i zbyt czasochłonne, przecież można w tym czasie TWORZYĆ! Muzykę, grafiki, zdjęcia!) chęci, sposób. Założyć skarpetki? To dla cieniasów. JA sobie wydziergam! (oczywiście nieco koloryzuje – dziergam sobie rękawiczki).

    Z dwubiegunówki usunęłabym tą część w dole, po której blizny jeszcze długo pozostaną.

    „Fajnie” poczytać opis kogoś, kto ma jak ja, a jednak nie wydaje mi się być czubem 😉

  • agałamaga

    Witam,trafiłam tutaj przez przypadek,jak to zwykle bywa,wpisując w wyszukiwarkę bdsm(mam 40 lat i właśnie odkryłam razem z mężem że coś takiego istnieje)trafiłam na twój przewodnik da początkujących,który wiele rzeczy wyjaśnił i dopowiedział.A potem zaczęłam czytać inne twoje wpisy i cieszę się ze się tu znalazłam.Pierwszy raz zdarza mi się pisać cokolwiek w internecie,ale nie mogę się powstrzymać.Zgadzam się z w pełni z ostatnim zdaniem hanuki:)Co prawda myślę(ale pewna nie jestem) ze nie mam bipolara,bo nie jestem raczej osobą szczególnie kreatywną czy uzdolnioną,natomiast bardzo dobrze wiem co to jest depresja,znam ją ponad 20 lat,często jest ze mną i sprawia” że widzę świat przez brudną moskitierę”,zamykam się w domu i boję się wyjść do ludzi,czuję się chora i bez sił zupełnie,a potem mija jakiś czas miesiąc,dwa i znowu mam energię do życia która pojawia się znikąd i znika tez bez wyraźnej przyczyny.Są okresy kiedy bez problemu radzę sobie z bardzo poważnymi problemami a czasami najmniejsza porażka jest tak przytłaczająca że nie mogę się pozbierać.Mieszkam w małym mieście i nigdy nie byłam u psychologa czy psychiatry,kilka razy dostałam antydepresanty od lekarza rodzinnego,mąż mimo szczerych chęci nie bardzo rozumie co się ze mną dzieje,z natury jest bardzo pogodnym i dowcipnym człowiekiem,który jest dla mnie jakimś wsparciem,ale myślę że czasami trochę męczy Go moja huśtawka nastrojów.Dobrze wiedzieć że inni też mają podobnie,a jednak na pewno nie są czubami

    • Ray Grant

      Witam również 🙂 Notka o BDSM jest najpopularniejszym wpisem w historii bloga, muszę napisać kiedyś drugą część „dla średnio zaawansowanych”.

      Z tym talentem i kreatywnością w bipolarze to niestety mit. Owszem, istnieje korelacja, ale 1) nie jest tak, że każdy bipolar jest utalentowany, oraz 2) nie wiadomo, w którą stronę jest korelacja (tzn. czy bipolarzy mają talent, czy utalentowani mają bipolara).

      Zdecydowanie polecam wycieczkę do psychiatry. Lekarz rodzinny nie posiada kwalifikacji — przed przepisaniem antydepresantów po pierwsze trzeba zrobić badania krwi celem wykluczenia tarczycy, po drugie zaś rodzinni mają tendencję do przepisywania zbyt małych dawek leków, co skutkuje w najlepszym przypadku brakiem zmian, a w gorszych — pogorszeniem zastanego samopoczucia.

      Przykro mi z powodu męża. Może warto mu podrzucić jakieś lektury? Na temat dwubiegunówki po polsku niestety jest bardzo mało materiałów (z tego, co wiem), natomiast o depresji jest dużo — nawet artykuły w magazynach typu „To i Owo” potrafią przemycać zupełnie sensowne informacje. No i polecam oczywiście swojego bloga 🙂

      Pozdrawiam i życzę dobrego nastroju!

  • agałamaga

    to znowu ja,poszłam za ciosem i Twoją namowa i właśnie umówiłam się na wizytę u lekarza psychiatry,może będzie mi w stanie pomóc,taką mam nadzieję,a na Twojego bloga na pewno będę zaglądać.
    Pozdrawiam i dziękuję

    • Ray Grant

      Bardzo się cieszę i trzymam kciuki za powodzenie!