Grubson

Zdjęcie powyżej: 2016 vs 2007.

Całość wzięła się oczywiście z tego, że Wentworth Miller napisał gorzki post na Facebooku:

Dzisiaj odkryłem, że stałem się tematem internetowego memu. Nie pierwszy raz.

Ten jest jednak inny niż pozostałe.

W 2010, w przerwie od aktorstwa, nie pokazywałem się w mediach z różnych powodów.

Przede wszystkim, miałem myśli samobójcze.

[…]

Pełen wstydu i bólu, uważałem się za niepełnowartościowego człowieka. I głosy w mojej głowie pchały mnie na ścieżkę do autodestrukcji. Nie po raz pierwszy.

Walczę z depresją od dzieciństwa. To bitwa, która kosztuje mnie czas, szanse, związki i tysiąc bezsennych nocy.

W 2010, w najgorszym okresie mojego dorosłego życia, wszędzie szukałem ulgi/komfortu/rozproszenia. Wybrałem jedzenie. To mogło być cokolwiek. Narkotyki. Alkohol. Seks. Ale jedzenie stało się tą jedną rzeczą, której mogłem oczekiwać. Liczyć, że pomoże mi przetrwać. W pewnych okresach najważniejszymi chwilami w moim tygodniu były ulubione posiłki i nowy odcinek „Top Chef”. Czasami wystarczało. Musiało.

I utyłem. Wielki jebany deal. Pewnego dnia, na wycieczce po Los Angeles z przyjacielem, trafiliśmy na kamerzystów kręcących reality show. Nie wiedziałem o tym, że wokół kręcą się paparazzi. Zrobili mi zdjęcie, fotografie umieszczano obok zdjęć zrobionych w innym okresie mojej kariery. „Od przystojniaka do grubasa”, „Z mięśni w tłuszcz”. Itd.

[…]

Teraz, kiedy widzę to zdjęcie w czerwonym t-shircie, rzadki uśmiech na twarzy, przypomina mi się moja batalia. Moja wytrzymałość i wytrwałość w obliczu różnych rodzajów demonów. Niektórych wewnątrz. Niektórych na zewnątrz. (oryg. „within”/”without”.)

[…]

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ten mem w mediach społecznościowych, muszę przyznać, oddychanie bolało. Ale jak ze wszystkim w życiu mogę przypisać temu znaczenie. A znaczenie, które przypisuję temu/mojemu zdjęciu to Siła. Zdrowienie. Wybaczenie.

Pełen post tutaj. A mem poniżej.

2016-03-29-1459247973-9550471-wentworth-thumb

Millera znałem wyłącznie ze zdjęć, takich, jak to po lewej. Nie zajmowało mnie specjalnie jego aktorstwo, życie, w ogóle nic. Aż dopóki nie przeczytałem tego wpisu i nie zrozumiałem, że mamy wiele wspólnego.

W 2007 mieszkałem w Amsterdamie od roku i intensywnie chodziłem na siłownię. Postawiłem sobie za cel wyrzeźbienie mięśni brzucha. Udało się. (To zdjęcie jest zrobione jakiś miesiąc przed osiągnięciem przeze mnie szczytu formy.) Jadłem piersi kurczaka na parze, brokuły na parze, brązowy ryż, łososia i tuńczyka, oliwę z oliwek, orzechy. Nic więcej. Chudłem, nabierałem mięśni i osiągnąłem swój cel. Byłem przez cały czas zmęczony, nerwowy, wszystko mnie irytowało, a na dodatek na siłowni podnosiłem coraz mniej, bo nie da się tak schudnąć i jednocześnie nabrać muskulatury. Byłem wtedy z Wikingiem, który generalnie miał moją dietę w dupie i ani nie chwalił, ani nie ganił. Po prostu siedział przed telewizorem z pizzą i piwem, a ja mamlałem swoje brokuły. Pewnego dnia stwierdziłem, że mam dość, kupiłem butelkę chardonnay i litrowe pudełko lodów i pochłonąłem wszystko, oglądając „Lost in Translation”. Nigdy więcej nie wyglądałem tak, jak na powyższym zdjęciu, ale nosiłem spodnie rozmiaru 28-30 i ważyłem między 72, a 78 kg.

Kiedy cztery lata później zaczęło się moje wypalenie zawodowe, znane również jako depresja, lekarz przepisał mi antydepresanty. W ciągu 6 miesięcy przybyło mi 16 kg. Ciągle chodziłem na siłownię, więc duża część tych kilogramów przybyła w barach i klacie (to mi się podobało), ale część jednak w pasie (to mi się nie podobało). Wcale nie jadłem więcej. Lek zmieniał przemianę materii. DJ, z którym wtedy byłem, wybierał się ze mną na imprezę. Przywdziałem odpowiedni strój, popatrzył na mnie i powiedział:

– Chcesz TAK wyjść?

– Eee – odpowiedziałem niepewnie – to są te spodnie, w których ci się tak podobałem…?

– To chyba musiało być kilka kilo temu – mruknął i wrócił do regulowania sobie brwi.

Zerwaliśmy niedługo potem, to znaczy on ze mną, bo nie byłem już świetnym kumplem do imprezowania i bankomatem do finansowania substancji rozweselających. Na kolejnych lekach tyłem, nieco chudłem, znowu tyłem. W szczycie formy osiągnąłem 103 kg. Kiedy odstawiłem na koniec zeszłego roku lit, moja waga spadła ze 103 do 96 kg w ciągu 10 dni – jak się okazało, lit zatrzymywał w ciele litry wody. Zdjęcie powyżej, część czarno-biała, pochodzi z zeszłego tygodnia. Niezależnie od tego, co jem i ile ćwiczę nie jestem w stanie zejść poniżej 96 kg. W ostatnim roku na zmianę odżywiam się cholernym kurczakiem na parze i brokułami, po kilku tygodniach lub miesiącach stwierdzam, że w dupie mam tego kurczaka i zamawiam pizzę. Waga praktycznie się nie zmienia. Z pozytywów, poniżej 100 kg przestały mnie bez przerwy boleć kolana.

Untitled-2

Powyżej ktoś, kogo darzę wielkim szacunkiem i uwielbieniem: Janet Jackson. Po lewej stronie – w przerwie między albumami i filmami. Po prawej – promocja, chyba, „Damita Jo”. Na zdjęciu po lewej wygląda na zadowoloną z życia. Na okładce VIBE, gdzie chwalono ją za niewiarygodne ciało, w jej oczach widzę beznadziejne zmęczenie i głód. Wcale nie mam wrażenia, że wygląda zdrowo i ślicznie. To zdjęcie mnie boli. Jej oczy są martwe.

Janet od dzieciństwa ma problemy ze swoim ciałem. Gdy jako dziecko występowała w sitcomie, za wcześnie – jak na potrzeby programu – zaczęły jej rosnąć piersi, więc bandażowano je ciasno. Janet wspomina, że to był pierwszy raz, kiedy dostała od otoczenia sygnał: twoje ciało jest złe. Ojciec, Joe Jackson, naśmiewał się z jej „murzyńskiego nochala” (sam wygląda jak idźstąd), więc zoperowała go w wieku 16 lat. Przez całe życie zmaga się z bulimią, co zupełnie nie wydaje mi się dziwne. Jej książka, True You, to w 1/3 autobiografia, a w 2/3 książka kucharska ze zdrowym, nietuczącym jedzeniem. Myślę, że mówi to samo za siebie.

Kiedyś tylko kobiety stawały się celem niewybrednych heheszków, gdy popełniły grzech przytycia. Jak widać po Millerze, mamy równouprawnienie i z mężczyzn też się można nabijać. „Fit To Flab”. Dawno temu stwierdziłem, że bardzo mnie cieszy fakt, że nie jestem w żadnym stopniu sławny. Omijają mnie przyjemności typu „PRZED I PO: ZOBACZ, JAK UTYŁ RAY [SLAJDY PRZED I PO]”. W świecie gejowskim Amsterdamu rządzą wyrzeźbione do perfekcji ciała, sterydy, botoks. Oczywiście nie wszyscy tak wyglądają, ale ci, którzy mają pecha – jak ja – posiadać zwyczajny brzuszek, nie zostaną nawet zaszczyceni jednym spojrzeniem Bogów Seksu. Z ich punktu widzenia ja nie istnieję, podobnie, jak dla mężczyzn hetero nie istnieją kobiety powyżej, bo ja wiem, 45 roku życia. Gdy pisze się o Madonnie, która nałogowo dba o swoje ciało, lub je katuje, jak Wam pasuje, ZAWSZE trzeba wypomnieć jej wiek. Nawet obłudne artykuły „ESCANDALO – Madonnę spotkał ejdżyzm” w pierwszym zdaniu muszą wspomnieć „Madonna (57)…” Czterdziestoletnim aktorkom mówi się, że są za stare, by grać matkę trzydziestolatka.

Victoria ze Spice Girls stała się celem tabloidów, gdy przybrała na wadze. Wiem, jesteście zaskoczeni tą informacją. Ja też byłem – nigdy nie widziałem, żeby wyglądała „lepiej”, niż zupełnie normalna chuda kobieta. Ale bolało. Aktualnie Victoria w restauracjach zamawia talerz szpinaku ze szczyptą soli, a wygląda jak poniżej:

victoria-beckham-leaves-an-office-in-new-york-02-08-2016_1

Czy jest szczęśliwa? Ciężko wyczuć. Bardzo rzadko się uśmiecha.

Staliśmy się – my, społeczeństwo, nie my, król – obrzydliwi. Sami wyglądamy, jak wyglądamy, ale z lubością i mlaskaniem przerzucamy strony brukowców (lub klikamy w linki na Pudelku) w oczekiwaniu na zbliżenie na cellulit lub fałdkę tłuszczyku. Kolejna ilustracja: Britney Spears. Podobno przed występem, z którego pochodzi zdjęcie po lewej, Britney wyrzuciła przygotowany kostium, myśląc, że musi się pokazać w bardziej seksownym stroju. Media miały używanie przez dobre kilka tygodni. A przecież daleko jej do Mamy June, czy Wojciecha Manna. Britney, jak ja, choruje na dwubiegunówkę i jest na lekach – sądząc po tym, co o niej wiem, wreszcie są dobrze dobrane, Brit jest zadowolona z życia. A na Twittera wrzuca zdjęcia takie, jak po prawej. I nie dziwię się jej, bo gdyby mi dobrano leki, na których zdołałbym odzyskać dawne kształty, też bym pewnie wrzucał fotki.

britney

Zacząłem od swojego zdjęcia, bo celebrytów łatwo odczłowieczyć – zamiast „Wentworth Miller” myśleć „ten gościu z Prison Break z zajebistym ciałem i tatuażami”. Zamiast „Britney” myśleć „panienka z cienkim głosikiem śpiewająca z playbacku”. Można się z nich bezkarnie natrząsać – dopóki, jak Miller, nie odkryją tego na własnym Twitterze. Ja – to ja. Nie wiem, co sobie o mnie myślicie, ale jeśli czytacie mnie regularnie, zapewne postrzegacie mnie raczej jako człowieka, niż Znanego Bloggera (gdzie mi tam do Znanego Bloggera…). Ale gdyby nikt nie czytał brukowców – oczywiście nie mam żadnych wątpliwości, że moi ukochani czytelnicy umarliby na sam widok „Faktu” – to by ich nie było. Najwyraźniej chcemy po coś oglądać „Fit To Flab” zdjęcia aktorów i piosenkarek. Czy czujemy się wtedy lepiej? Ładniej? Czy fakt, że Janet Jackson ma bulimię pomaga nam się lepiej czuć ze swoim ciałem? A może jednak gorzej? Media zachwycają się kobietami w pewnych rozmiarach; powyżej jest „gruba”, a poniżej jest „niebezpiecznie chuda”. I tak źle, i tak niedobrze. Aktorzy płci męskiej skarżą się, że w ostatnich latach bez przerwy muszą trenować na siłowni i jeść kurczaka z brokułami na parze, bo do KAŻDEGO filmu – nieważne, o czym – wymaga się budowy pomiędzy zawodowym pływakiem, a kulturystą. Modelki „plus size” to kobiety o ZWYCZAJNEJ figurze. Wiem, jak bardzo czasami męczy mnie spoglądanie w lustro. O tym, jak się czują kobiety – zwłaszcza w krajach typu Polska traktowane jak mięso, tłustego się nie kupuje, nawet jeśli kupujący sam wygląda jak poseł Witaszek – nie śmiem myśleć.

Pewien znajomy pan – z natury raczej pyzaty – umawiał się na randki z kulturystami. Pewnego dnia skarżył mi się, że wybranek otworzył drzwi, obrzucił go spojrzeniem, powiedział „sorry, ale jesteś za gruby” i zamknął drzwi. Nie powiedziałem nic, ale pomyślałem: wiem, ile ciężkiej i bolesnej pracy trzeba, żeby wyglądać jak kulturysta czy model; znam kilku, którzy co do jednego cierpią na problemy z obrazem własnego ciała. Znam też takich, którzy nie mogą utyć, nieważne, co jedzą, jeden z nich komplementował mnie od góry do dołu, bo mój „dadbod” był jego marzeniem. Sam składał się z żył i mięśni. Czy zamieniłbym się z nim? Pewnie tak. Czy byłbym wtedy szczęśliwy? Sądząc po jego słowach i zachowaniu, raczej nie.

Po co ta notka? Właściwie po to, żeby Wam pokazać zdjęcie na górze i wpis Millera. Po co dodatkowe fotki celebrytów? Po to, żeby uświadomić, że celebryci są ludźmi. Takimi, jak my. Tyle, że bez przerwy pilnują ich paparazzi, głodni zdjęcia, za które zapłacą im brukowce. Mnie to nie dotyczy. Ale w jakiś sposób zinternalizowałem myśl, że powinienem być chudszy. Aktualnie wcinam dziennie 600 mg seroquelu, ci, którzy wiedzą, wiedzą. Szanse na rzeźbę są raczej marne. Przynajmniej w ostatnich miesiącach nie miewam nagłych rzutów apetytu na słodycze, pod koniec brania litu zdarzało mi się kupić dwie ogromne drożdżówki z budyniem w polskim sklepie i zjeść je z wielkim kubkiem kawy. Owszem, mam półkę pełną spodni w rozmiarze 31, które jedzą mole. Ale nie stać mnie – umysłowo – na ciągłe zmęczenie, podenerwowanie i wycieńczenie, jakie wiązałoby się z dietą 500 kalorii, czy co tam jest w tej chwili najmodniejsze. Leki dbają o spowolnioną przemianę materii. Jak Wentworth Miller, wolę żyć, mieć brzuch i uśmiech, niż nie mieć ani jednej z tych rzeczy.

A jeśli ktoś ma z tym problem, serdecznie zniechęcam do dzielenia się tym ze mną.

  • Joanna

    Nie wiem czy to ma sens, to co powiem?Lub raczej, może dziwne? Jak już w te ploty to powiem, że Wentworth Miller mnie przeraża na zdjęciu po lewej. Dosłownie. Po prawej w czerwonym tshircie moim zdaniem normalny gość!Serio. Zwyczajny, w dodatku szczupły facet!No litości.
    Kolejna Janet. Po lewej- nie chuda, ale mi się przyjemnie na nią patrzy. Wygląda zajebiście moim zdaniem. Ładnie. Nie grubo. Nie modelkowo reżimowo itd, ale super.
    Victoria to coś chyba jak Angelina Jolie? Może się mylę? Dzieci w ilościach niepoliczalnych i być może taka budowa ciała 😉 ?Może nie. Co mnie to obch? 🙂
    Myślę, że media i niektóre branże np.moda, mają bardzo restrykcyjne wymagania. Tak jak piszesz. Niektórzy ludzie też. Niektórzy nie.
    Ja też wolę żyć! 🙂 Mimo iż jestem szczupła raczej to też mam takie podejście. No ludzie…
    Chudość czy grubość nie wpływa na moje szare ani empatię ani horyzonty 😉

    Co do Twojego zdjęcia i wyglądu to zajebiście się cieszę ,że się nie katujesz! Nie jesteś chudy, ale wyglądasz naprawdę spoko!
    pozdrawiam!

  • Ky

    Świetny tekst, podpisuję się pod wszystkim. A ja od samego początku zmagam się z ekstremalnie rzadką formą CAH. Zarówno samo schorzenie jak i kuracja sterydowa nie pomagały w utrzymaniu samooceny. Miałem wiele dodatkowych „atrakcji”, ale przerobiłem też ogromny przyrost masy czy nie dające żyć kolana… Ale udało się. Nie dawano mi żadnych szans, a z groteskowej parodii człowieka u której nie działało i nie wyglądało prawie nic przeszedłem do fazy „całkiem – całkiem” zdrowszej i wytrzymalszej niż większość wymuskanych fitnesowców. Ja wiem, banały, ale zawsze jest szansa, trzeba po prostu być upartym. A według mnie wyglądasz naprawdę ok, mówię to też jako bi.:) Co po perfekcyjnym ciele, jeśli na pierwszy rzut oka widać, że jest zrujnowaną wydmuszką? Nawet na zdjęciach opcja prawa przegrywa z lewą. Nie katuj się, dbaj o siebie tak jak należy, a intelektualnym rozwielitkom podziękuj i się nie przejmuj, niech dalej bawią się z innym planktonem.

  • Gatling

    Podrywałbym tego z czarno-białej fotki. A raczej zerkałbym z milczącym uwielbieniem.

  • wiecznyPoszukiwacz

    Chciałem napisać komentarz o tym, że bycie podziwianym przez tłum i bycie przez ten sam tłum wyszydzanym, to dwie strony tej samej monety. Że grając na emocjach gawiedzi, trzeba liczyć się z tym, że emocje tłumu mogą obrócić się przeciw celebrycie…

    A jednak… gawiedź to gawiedź, bezmyślny tłum ze stadnymi instynktami. Ktoś jednak tymi instynktami rozgrywa swoją grę i wykorzystuje je do osiągnięcia własnego zysku. Czy podaż może zostać usprawiedliwiona popytem? Czy to, że tłum żąda igrzysk, rozgrzesza posyłającego gladiatorów na śmierć?

    Czy możemy oczekiwać samoograniczenia (mediów) w imię godności celebrytów? Czy jako światła część społeczeństwa możemy dążyć do wprowadzenia takich ograniczeń? A może wystarczy bierny opór w postaci nie wspierania finansowego brukowców?

    Ot, takie tam przemyślenia…

  • Archiwistka

    Nawet nie bardzo wiem co powiedzieć, ale… rację masz, tak bardzo masz rację.

    U mnie rzecz odwrotnie wygląda, miałam „lekką nadwagę” większość życia, od gimnazjum do 23 roku życia. Tak mówiła moja matka, reszta rodziny ją popierała i robiłam kolejne diety dla zdrowia, chudłam, a pomiędzy wrzucałam 0.2-1kg na miesiąc. W okresie szczytowym miałam bodaj 79kg przy 1.67m wzrostu… i nadal figurę klepsydry/wiolonczeli z ratio 7:10, co kompletnie do mnie nie docierało. Do rodziny też nie, jak spodnie w sklepie na mnie nie wchodziły przez biodra albo odstawały dziesięć centymetrów od talii (rozmiarówka opiewa zazwyczaj na ratio 8.5:10 plus chude łydki), to mnie pocieszano, że kiedyś mi dupa schudnie a do tego czasu się wykosztują na porządne spodnie, mam się nie martwić i przymierzać dalej.

    Co w tym dziwnego poza szykanowaniem osobistego nastoletniego dziecka? No, to, że miałam depresję stwierdzoną na początku gimnazjum, na zmianę pod kontrolą, utajoną lub szalejącą… Czasem jadłam ćwierć kilo miodu i poprawiałam kubkiem śmietany, bo czułam się źle i dziwnie; czasami opuszczałam posiłki, bo nie czułam potrzeby, zapominałam lub głodówka dawała haj; w gorszych okresach zdarzyła się próba pasywnego samobójstwa przez niejedzenie i głodówki w formie autoagresji… Przez większość czasu było „absolutnie normalnie”, tyle że delikatnie tyłam non stop. Oprócz diet.

    A po wyjściu z depresji i wywaleniu z życia źródeł chronicznego stresu z rodziną na czele w ciągu pół roku zrzuciłam coś tak z piętnaście kilo, co zauważyłam, kiedy spódnica zjechała mi z tyłka. Jedyne, czego pilnuję, to żeby nie opuszczać posiłków, pić wodę, jeść dostatecznie dużo i regularnie jeść słodycze, bo po półtora tygodnia bez czekolady ani kakao (próba alergiczna, polecenie lekarza) rozregulowałam się psychicznie kompletnie. Ile ważę i mierzę, nie mam pojęcia, bo nie mam wagi, centymetra ani nawet linijki, plus minus figura nimfy – na modelkę już raczej nie zejdę. Kondycję mam najlepszą w życiu. Mam seks, mam przyjaciół, mam szczęśliwe życie, przy okazji mam figurę. Leków nie biorę. Jest tak już rok i możliwe, że tak już zostanie. Jak widać, póki co zupełnie odwrotnie, niż u Ciebie.

    Z tym że bez etapu „chrzanić, koniec diet, wolę być gruba i szczęśliwa” pewnie bym z tej depresji nigdy nie wyszła, nie zaczęła lać na opinię rodziny i nic by z tego nie było. A zauważenie, że modelki są niezdrowo chude, wymagało roku ciężkiej pracy nad sobą i dokształcania z anatomii i fizjologii. Ostatnio odkryłam, że realni ludzie mają fałdki jak się zginają, a to coś co mam zamiast sześciopaka na brzuchu to prawdopodobnie przepona.

    No więc ten, elaborat jak diabli. TL;DR – w innej historii wagowo-zdrowotnej Twoje wnioski też świetnie pasują.

  • Temat ciekawy (z calym wpisem sie zgadzam).

    Zaczelam sie bowiem zastanawiac nad tym, jak mozna zmienic owo zboczenie kultury zachodnioeuropejskiej. Bo tak, dotyczy to tylko tej (szeroko rozumianej) kultury.
    Anorektycznych idealow piekna nie znajdzie sie na przyklad w Bollywood – ichniejsze aktorki sa „plus size” z punktu widzenia europejskich domow mody i agencji aktorskich. To sie przeklada na postrzeganie ciala przez Hindusow – nie przykladaja takiej wagi do wagi 🙂 (jesli juz, to w druga strone – ludzie zbyt chudzi sa dla nich okazem glodowania albo choroby, podobnie jest w Afryce i Am Pd gdzie obecnie mieszkam). Moglam to na zywca zaobserwowac, pracujac z nimi przez ladnych kilka lat.

    Anyway.
    Wracajac do swiatka mody i celebrytow – to stamtad promienuje ten chory ideal ciala. Niektore kraje robia pewne posuniecia – wprowadzajac odgorne zakazy wystepowania na wybiegach modelek ponizej pewnego BMI. Za bardzo skuteczne toto nie jest, jak widac. Jeszcze wiekszy problem wystepuje w siedlisku zmij czyli swiatku Hollywoodu. Tam niczego odgornie nakazac sie nie da (temat na oddzielna dyskusje..). Problem zas zaczyna sie od producentow – bo to oni decyduja o obsadzie aktorskiej. No i co zrobisz, jak jeden z drugim wazny bonzo ma wymagania, jakie ma, i innych (czytaj: normalnych) aktorow nie zatrudni?

    Trzebaby jakas mode wylansowac i trend…to sie probuje robic, ale znow kiepsko idzie, bo trafisz na jednego twardoglowego bonzo i wszystko sie sypie…

    .. od tej strony, paradoksalnie, najwieksza robote robi…klan Kardashianow ze swoim umilowaniem dupsk i biustow. Ich reality show jest faktycznie w USA trendsetterski (niestety, bo wraz z innym obrazem ciala wciskaja ludziom do glow cala mase szkodliwych rzeczy).

    Dlaczego uwazam, ze zmiany trzeba zaczac od gory? Ano dlatego, ze zwykle spoleczenstwo stamtad wlasnie (swiat mody, filmu i celebrytow) czerpie swoje wzorce do oceny wygladu innych ludzi. Dopoki one sie nie zmienia, niewiele sie zmieni.
    Owszem, ktos moze twierdzic, ze ludzie musza zaczac „dostrzegac wewnetrzne piekno” etc. – ale powiedzmy sobie, ze to sa bajki. Jesli ktos psychicznie nie jest na odpowiednim poziomie dojrzalosci (ma emocje i swiadomosc nastolatka i tak mu zostaje do konca bezrefleksyjnego zycia), to nie zacznie bliznich oceniac inaczej. Do tego trzeba lat i dosc bolesnej wewnetrznej przemiany, ktorej ogromna wiekszosc tlumu starannie unika.

    Having said that. Mysle, ze twoj wpis moze byc dla niektorych z takich ludzi pewnym wake up call. O ile ogarna…

  • i_am_keyser_soze

    Nie palę, nie piję, odżywiam się w miarę zdrowo, raczej chodzę niż jeżdżę, jedyna słabość to cukier, ale nad nią też staram się panować. Jestem duży, ludzie którzy mnie spotykają na ulicy myślą pewnie „grubas”, przez myśl im nie przejdzie że jem mniej od nich, bo nie lubię się napychać i odziedziczyłem po ojcu problemy trawienne które raz na kilka miesięcy skazują mnie na chleb z masłem, rosół i herbatę (na szczęście przez resztę czasu mogę trochę zaszaleć) i jestem też zapewne od nich zdrowszy. Ale jestem też zdania, że większość ludzi to głupcy (IMO jestem na prostej drodze do mizantropii, nie oszukuję się w tym względzie. Kiedyś byłem pierdolniętym społecznikiem, co mi trochę zostało, ale nie bardzo), więc głowa do góry, wzrok przed siebie, uśmiech na mordzie, bo ja wiem lepiej ile jestem wart niż anonimowy kolo z internetów czy ulicy. Zmuszanie ludzi by pasowali do jakiejś powycinanej w odpowiednich miejscach foremki, tylko mnie śmieszy, bo świadczy że choć tylu dostaje szczękościsku od udowadniania swojej indywidualności i wyjątkowości to w większości są stadem, które nie potrafi się wyrwać z zaklętego kręgu. A poza tym zawsze kurde, lubiłem Millera i nie czytam gówien żerujących na poniżaniu ludzi.

  • Ray, twoja charyzma i twój wdzięk ni mają nic wspólnego z wyglądem, bo są pochodna nieprzeciętnej osobowości, masz fajnie, jak byś nie wyglądał i ile byś nie ważył będziesz postrzegany jako osoba atrakcyjna i interesująca – to raz. Na obu zdjęciach wyglądasz dobrze, obu Rayów bym uściskała – to dwa. Człowiek powinien przede wszystkim dbać o zdrowie i egoistycznie pojęte dobre czucie się w swoim ciele, nikomu nic do tego, co to dla kogo znaczy – to trzy. Jeśli dla kogoś szczupłość jest ważna i w imię tego katuje się na siłowni i stosuje diety, i daje mu to rzeczywiste zadowolenie, to super, jeśli go to nie zabija, nie niszczy, podziwiam. Ja uwielbiam jeść i jem bardzo dużo, biegam trochę, więc bilansuje się to tak,że jestem przeciętnej budowy, bywałam jednak bardzo chuda i bywałam przy kości, w obu skrajnych wersjach było mi źle i nie czułam się komfortowo, nie byłam też zdrowa. Zdrowie, życie, akceptacja siebie są jak mówisz tym, czego wszyscy powinniśmy sobie życzyć, jeśli światu się to nie podoba, jest to wewnętrzny problem świata.

  • aselniczka

    1: Ha! Mamy podobną wagę 😉 W okolicach Bożego Narodzenia ważyłam coś koło 103-105kg, zaczęło spadać, gdy zaczęły działać hormony tarczycowe (i palenie….)

    2: Od zawsze miałam problem ze swoim wyglądem. Zawsze ważyłam więcej, niż wyglądałam, ot, taka budowa ciała (ale która nastolatka w to uwierzy…) Więc kiedy koleżanki w szkole piszczały, że przekroczyły wagę 50kg, to ja ze swoimi wtedy 65kg czułam się jak potwór. Zaczęło się odmieniać jakoś przed trzydziestką, trafiłam na pewną stronę (polską!) o body shamingu, choć wtedy to się tak nie nazywało. A dużo później – Real Body Revolution, gdzie ludzie o, hm, alternatywnym wyglądzie wrzucają (-li?) swoje zdjęcia i po prostu się lubią.

    3: Prawdopodobnie wciąż ważyłabym coś koło 65kg, gdybym nie przeszła pierwszy raz na dietę. A potem drugi. Teraz mam to w głębokim. Jestem wystarczająco zajebista.

    4: Tuż przed Nowym Rokiem zainstalowałam sobie – z różnych względów – Tindera. W opis wrzuciłam m.in. zdanie: definitely not fit – YOU’VE BEEN WARNED. Od tamtej pory poznałam wielu mniej lub bardziej przyjemnych kolegów. Żaden nie jest Polakiem. Z drugiej strony: po powrocie z Hiszpanii Tinder stał się trochę smutny…

    • Grant Thorsson

      Tarczycę popsuł mi lit, za tydzień się dowiem, czy się naprawiła, czy będzie kolejna tableteczka do kompletu przez resztę życia…

      Diety nie działają – to podsumowanie WSZYSTKICH diet. To znaczy działają, dopóki nie uznamy, że wystarczy i w ciągu kilku tygodni zdobywamy z powrotem wszystkie kg i jeszcze trochę. 😛 Nie, żebym mówił z doświadczenia, skądże…

      Sądząc po tym, co słyszę od różnych znajomych osób, w Polsce nie tylko Tinder jest smutny…

      • aselniczka

        Tia, pod względem Tindera mam szczęście, że mieszkam w Warszawie – przyjeżdża tu wielu obcokrajowców ;p

  • ann_gelica

    Jako osoba bez większych problemów z wagą (olaboga, w pracy słodycze skasowali, to w końcu zjadę z 63kg do 50 z hakiem) napiszę ci, że im więcej takich wpisów tym bardziej mi się myślenie prostuje. To znaczy – leczę się z złapanej za dzieciaka obsesji na punkcie wyglądu i coraz bardziej mi zwisa jak inni wyglądają. I dobrze. 🙂