Hipomania

Według Wikipedii, głównego źródła danych Jeffreya Eugenidesa 😉 jest to „jedna z postaci epizodu maniakalnego (obok manii z i bez objawów psychotycznych), która w odróżnieniu od manii charakteryzuje się mniejszym zakłóceniem funkcjonowania psychospołecznego”. Wszystko zrozumieliście, prawda? Bo ja nie.

Hipomania to stan, w którym nasz nastrój — w odróżnieniu od depresji — jest sztucznie podkręcony do góry. Podczas gdy w depresji brak nam energii, w hipomanii mamy jej nadmiar. Gdy w depresji nie mamy ochoty nic robić, w hipomanii mamy ochotę robić wszystko naraz. W depresji nie mamy ochoty na seks, w hipomanii mamy ochotę przelecieć całe miasto. W depresji wyglądamy jak idźstądy, w hipomanii mamy w oku niezwykle pociągający błysk szaleństwa i zakładamy na siebie opięte ciuszki z przygłębokim dekoltem lub dżinsy nader mocno dopasowane w strategicznych partiach. W depresji nasza kreatywność ogranicza się do obmyślania nowych wyzwisk dla samych siebie lub sposobów zadania sobie krzywdy bez nadmiaru wysiłku, w hipomanii wpadamy na milion pomysłów i co gorsza, zaczynamy je realizować.

Najgorszą cechą tego stanu jest wyłączenie części mózgu odpowiadającej za proces decyzyjny. Gdy zwykle wpadamy na jakiś pomysł, najpierw rozważamy jego rozmaite za i przeciw, by na koniec zdecydować — tak, lub nie. W hipomanii wpadamy na pomysł i natychmiast przystępujemy do jego realizacji, przekonani, że jest to najlepsza idea ludzkości od chwili, gdy pierwszy jaskiniowiec namazał na kawałku kamienia paluchem kilka znaków i powiedział „oto pierwszy iPhone”. Na przykład na pomysł założenia firmy, wyjazdu za granicę, uprawiania seksu z najlepszą przyjaciółką naszej żony, zażywania heroiny, kupienia Ferrari… i LECIMY, już, natychmiast, kupujemy, zażywamy i zakładamy. Pieniądze, choroby weneryczne, fakt, że nie mamy paszportu, nic nie stanowi dla nas przeszkód, co więcej, reakcją na podpowiedzi „może się chwilę zastanów” albo — co gorsza — na celnika nalegającego na okazanie wizy upoważniającej nas do odwiedzenia Karaibów jest wyłącznie złość. No bo przecież my WIEMY, że robimy najlepszą rzecz na świecie, a tu jakiś byle kto (czyli ktokolwiek, oprócz mnie) ośmiela się mieć inne zdanie? Dzięki naszej niezwykłej kreatywności i energii w wielu przypadkach udaje się nam przekonać całe otoczenie, że mamy sto procent racji, rozwiać ich wątpliwości i przekabacić na naszą stronę, co oczywiście w niczym nie pomaga — oprócz realizacji naszych przerażających pomysłów.

Wypomniano mi w komentarzach do poprzedniej notki, że chwaliłem się, że jestem monogamiczny i nic mi więcej nie potrzeba — ano byłem, aż nie zaczął się majowy epizod i wiele rzeczy nie zaczęło się nagle wydawać dobrym pomysłem. Urwane dni w kuźni — bo trzęsły mi się ręce i nie mogłem się na niczym skupić; dwie randki dziennie i irytacja, że jeden wieczór w tygodniu muszę spędzić sam; pomysł na książkę, drugi pomysł na książkę, trzeci, przy kompletnym braku motywacji do pisania; wbicie rozpędzonym rowerem w bogom ducha winnego turystę, który nie szedł po chodniku tylko po jezdni, a mnie to denerwuje; aż wreszcie osiągnąłem dziwny stan emocjonalny, gdy było mi wszystko jedno. Mój kolega ze Stanów i ja określamy ten stan mianem „uczucia fuck you”. On w ramach uczucia fuck you zażył metamfetaminę, ja ograniczyłem się skromnie do ziela. Rozumiałem już wtedy, że potrzebuję pomocy i dobijałem się do lekarzy; do szpitala wzięto mnie już tydzień potem i przystąpiono do odkręcania zawijasów w umyśle. Odkręcanie tego, co nabroiłem niestety zostało dla mnie i będę się tym zajmować niedługo.

My, chorzy, krzywdzimy bliskich nam, co począć. W ramach uczucia fuck you niewątpliwie skrzywdziłem Zbrojmistrza, co gorsza — świadomie; gdy uczucie przeszło, pojawiło się poczucie winy, które niczego nie rozwiązuje, a za to krzywdzi ponownie i mnie i potencjalnie jego (bo zachęca do różnych drastycznych rzeczy). Nie mogę obiecać, że więcej różnych wyczynów nie powtórzę, bo właśnie zobaczyłem, że jeśli w mózgu znowu chrupnie, to powtórzę bez namysłu. W tej chwili żadnej głupiej rzeczy bym nie zrobił, ale w tej chwili moja kombinacja pigułek trzyma mnie mniej więcej pod kontrolą (aż za bardzo — spałem 10.5 godziny, a teraz nie mogę się odlepić od krzesła). Jedno, co pociesza, to fakt, że niczego nie kupiłem (głównie dlatego, że WIEM, że jestem ubożuchny jak skowronek i wszystkie luźne pieniądze oddaję bankowi, gdzie mam nadal 1000 euro długu), ale ja akurat tego objawu nigdy nie miewam.

Lekarze są zdania, że hipomania jest groźniejsza od depresji i należy ją zwalczać wszelkimi środkami. Aż do zeszłego miesiąca nie zgadzałem się z nimi — po części przez to, że częścią hipomanii jest czucie się doskonale (co nie pomaga w diagnozowaniu ChAD — nikt nie idzie do lekarza uskarżając się na dobry humor i domagając się, żeby pan doktór coś z tym zrobił). Jednak szkody, w sumie nieduże, których narobiłem przez parę tygodni uświadamiają mi, że nie mogę sobie pozwolić na kolejne takie epizody. W depresji zwijam się w kulkę i leżę na kanapie, cierpiąc i dając się przytulać. W hipomanii jadę walcem po głowach bliźnich, bo tędy mi akurat wygodnie.

Czy poczuwam się do winy? Nie za bardzo. Osoba w hipomanii jest moim zdaniem winna szkodom wtedy, gdy znając potencjalne ryzyko z premedytacją zrezygnowała z leczenia, odmówiła brania leków, lub robiła rzeczy, które stan hipomanii mogły przybliżyć/wzmocnić w nadziei, że się uda. Mój epizod był przypadkowy, był efektem nieudanej próby zmiany leków pod kontrolą lekarza. Owszem, kiedy już się zaczął, brnąłem w niego dalej z radością, ale czy to jeszcze była moja wina? Czy w momencie, kiedy nie mogę się skupić w swojej ukochanej kuźni można jeszcze mówić, że ponoszę winę za cokolwiek? Długo można dyskutować, jak sądzę, osoby skrzywdzone przez bipolara w stanie manii z pewnością będą tu mieć wiele do powiedzenia. Ja skupiam się na słuchaniu lekarzy, braniu leków, ćwiczeniu na siłowni i odpoczywaniu — nie chciałbym, wzorem jednej miłej pani poznanej w szpitalu, wylądować tam z powrotem, tyle, że doprowadzony nakazem sądowym.

Zdjęcie: Claire Danes w serialu „Homeland”, materiał telewizji Showtime

  • Moja perspektywa zawsze pozostaje perspektywą kogoś stojącego z boku, ale twoja wypowiedź jest bardzo cenna Ray, nawet nie tyle dla innych ludzi z ChAD, co dla tych, którzy mają z nimi kontakt, myślę, że bardzo ciężko jest próbować rozmieć i akceptować to, co się z wami dzieje, czy może raczej to wszystko, co jest tego dziania się konsekwencją, stąd mój podziw dla Zbrojmistrza, ale także dla ciebie, bez względu na wszystko masz w sobie coś, co sprawia, że ludzie cię kochają i myślę, że naprawdę się starasz okiełznać sytuację, twoja autorefleksyjność jest świetna po prostu i myślę, że należy tylko żałować, że wszyscy bipolarni nie są tacy jak ty pod tym względem. Wiem, że faza manii może zachwycać, że można jej pragnąć, kto nie chciałby dysponować boską wręcz wiarą w swoją nieomylność, totalną kreatywnością i swego rodzaju optymizmem napędzającym cię do realizacji w sumie wszystkiego, co sobie wymarzysz? Zatem podziwiam twój dystans i to, co próbujesz osiągnąć.
    Pierwszy raz spotkałam człowieka z ChAD w czasie studiów, z przyczyn które są dla mnie nadal niejasne lubił spędzać ze mną czas właśnie będąc w fazie manii (bardzo możliwe, że tylko ja się na to zgadzałam), bez przerwy mówił, miał tysiąc pomysłów na godzinę i wszystkie chciał realizować od razu i jednocześnie, irytując się przeszkodami, jakby ich istnienie było wymierzone wprost w niego. No i ciągle chodził, robiliśmy razem kilometry po mieście, szybko, dynamicznie, nawet stojąc w miejscu pozostawał w ruchu. Szczerze mówiąc jego towarzystwo mnie wykańczało. Wściekał się, kiedy próbowałam torpedować jego pomysły, od razu mnie przepraszając i przeskakując do kolejnych…. było to jak spotkanie z czołgiem i zgadzałam się wtedy na to szaleństwo chyba tylko z poczucia odpowiedzialności, bo bałam się, co wymyśli będąc poza wszelką kontrolą, w gruncie rzeczy był to bardzo sympatyczny dobry chłopak. Martwiłam się, że go ktoś skrzywdzi. W końcu wyjechał (chyba) do Peru (zupełna abstrakcja)? ja skończyłam studia, nasze drogi się rozeszły, było minęło. Nie czuję się skrzywdzona. Może mam grubą skórę. Zagadnienie poczucia winy za dokonania związane z fazą manii wydaje mi się jednak tematem szczególnie trudnym i drażliwym, ty sam piszesz o tym w dość sprzecznych słowach, a ja nie wiem, co o tym myśleć, nigdy nie oczekiwałam od żadnej osoby z ChAD, że mnie przeprosi, ale też nigdy nie byłam z żadną w związku, co stwarza inny kontekst i daje większe pole rażenia. Z drugiej strony hipomania nie może być chyba prostym klucz do usprawiedliwienia wszystkiego: „Wiesz zachowałem się źle, no ale byłem chory, więc o co ci chodzi?” to jednak nie jest tak prosto. Czy jest?

    • Ray Grant

      To właśnie jest problem pt. „czy osoba chora umysłowo automatycznie staje się święta”. Ktoś mnie kiedyś pytał, co zrobić — o ile pomnę — z żoną chorą na depresję, która cały dzień ogląda TV i nic nie robi w domu. No więc nie wiem, ponieważ jeśli akurat ma epizod depresyjny, to należy docenić, że udało jej się wyjść z łóżka i włączyć telewizor, a jeśli akurat go nie ma, to wykorzystuje sytuację i można jej to wypomnieć. Ale skąd wiedzieć, w której fazie żona akurat jest? Można ją spytać, ale jeśli wykorzystuje sytuację, to przecież nie odpowie „och, czuję się świetnie, tylko mi się nie chciało posprzątać, bom leniwa”.

      Mania na początku jest świetna (chociaż moja majowa nie była świetna w ogóle, zdaje się, że miałem to, co się nazywa mania dystymiczna, czyli wszystkie negatywy i żadnych pozytywów). Pytania są różne: skąd się wzięła? Czy można jej było zapobiec? Czy chora osoba zignorowała pierwsze objawy, z radosnym kląskiem ciesząc się na kolejne, czy też wydzwaniała do lekarza prosząc o pomoc? (To ja w maju.) Swoją winę za różne wyczyny wyceniłbym może na 10%, ale czy ja jestem aby obiektywny? Jeśli nie ja, to kto?

      Zbrojmistrz jest zdecydowanie wart swojej wagi w diamentach 🙂

  • hm, a może po prostu była to reakcja na zmianę leków, tzn. taki epizod wywołany nietolerancją nowych leków przeciwdepresyjnych? tak mi tylko przyszło do głowy… (święci są tylko na obrazkach Ray)

  • Ooo, jaki fajny wpis! Dzięki! Bardzo pożytecznie jest poczytać dla odmiany o cudzych doświadczeniach z hipomanią i to w tak wyważony sposób – no i ta bezcenna uwaga o tym, jak ten stan utrudnia zdiagnozowanie ChAD.

    Ja sobie ChAD rozpoznałem sam dopiero po wielu latach. Mój stały psychiatra – leczący mnie z depresji i stanów lękowych – po usłyszeniu dodatkowej listy objawów potwierdził moją autodiagnozę, a wtedy poszedłem do matki i opowiedziałem jej, że słuchaj, rozmawiałem z naszym lekarzem i jego zdaniem mam ChAD, bo oprócz depresji mam jeszcze takie stany, że… Zgodnie z moimi przypuszczeniami mama odparła „Ależ ja mam tak samo!” – uroki dziedziczności, tata też bipolarny – i dostała tym samym dostała trafną diagnozę po trzech dekadach włóczenia się po psychiatrach, którzy jakoś dziwnie nigdy nie potrafili jej skutecznie pomóc. Też sama nigdy nie wpadła, że dobry nastrój TEŻ może być problemem.

    Bo w niediagnozowanym ChAD – przynajmniej u mnie – problemem było jeszcze to, że nawet po przeminięciu hipomanii byłem przekonany, że te wszystkie zajebiste pomysły, o których piszesz, na pewno bym raz-dwa zrealizował, gdyby nie te cholerne nawroty depresji. I jeszcze czułem się winny, że mam ich aż tyle (u mnie one SĄ dobre, bo ja mam hipomanie w sumie bardziej hipo- niż -maniakalne, tylko równocześnie nie są realne w takich ilościach, w jakich je generuję na hipomaniakalnym speedzie), a nie umiem ich wprowadzić w życie – co tym bardziej dokarmiało depresję.

    Ach, i nie wiem czy Ty tak masz (w zasadzie wspominasz o zdenerwowaniu), ale hipomania u mnie występuje jeszcze w jednej postaci: rozdrażnienia. Wtedy wszystko bym bardzo chętnie robił, oczywiście jednocześnie, ale nie mogę się skupić, przeszkadza mi tupanie kota po dywanie, a niemożność znalezienia pliku w sekundę doprowadza do furii, przez co potem godzinami nosi mnie po pokoju i najchętniej bym kogoś rozszarpał.

    • Ray Grant

      Rozdrażnienie też, byle co mnie irytuje, turyści, komary, muchy, nierówno ułożony chleb w tosterze, wszystko tak naprawdę.

      Moje pomysły w hipomanii z 2011/2012 były w zasadzie realne, a co więcej miałem wystarczająco energii, żeby je wszystkie zrealizować, tyle, że jak depresja dupnęła, to wszystko wzięło w mordę…

  • Gronkowiec

    Po pierwsze: dzięki za pouczającą notkę. Bałem się, czy Cię nie urażę / zasmucę pytaniem pod poprzednią notką (dopiero po trzecim podejściu je opublikowałem, wcześniej kasowałem), wiec super że skończyło się ciekawą notką 🙂

    Po drugie: Dzięki komentowi Marcina widać, że każda choroba jest unikalna, więc mamy już dwa opisy hypomanii. Od siebie dodam, że można mieć też depresję i wcale nie być jakoś straszliwie smutnym lub zrozpaczonym – tylko raczej nie czuć żadnych emocji i nie mieć siły wyjść z domu (lub, co gorsza, wrócić do domu jak się już n.p. wyszło do parku).

    I po trzecie: Brońcie Bogowie, nie miałem zamiaru sugerować że ktoś kto ma atak manii / depresji jest temu sam winien, ani że odpowiada za to co się dzieje w tym stanie. Jest to, o czym pisałeś „czy może dało się szybciej pójść do lekarza? Czy przeoczyłem pierwsze objawy”, ale mnie ciekawi coś innego: na ile choroba sprawia, że w fazie bezobjawowej można zachowywać się wrednie. Wracając do Eugenidesa: jak Leonard pierwszy raz rzucił bohaterkę, wyśmiewając jej „kocham Cię” i cytując „fragmenty Dyskursu Miłosnego” Barthesa o tym, że „kocham cię” nic nie znaczy… no przecież wtedy NIE MIAŁ fazy manii ani depresji, wtedy chyba był po prostu wredny?

    A w ogóle to całe to myślenie o „winie” naszło mnie w związku z moimi wcześniejszymi doświadczeniami z kimś o osobowości „borderline”. Tutaj nie ma wyraźnych „faz” kiedy coś jest nie tak, tutaj po prostu druga osoba regularnie stara się zrobić Ci krzywdę. No i gdzie tu się kończy „to nie on, to jego choroba”, a zaczyna „z niego jest totalny chuj” ?!

    • Ray Grant

      Leonard tłumaczy potem, dlaczego to zrobił, nie?

      Z borderline jest cholernie ciężko, bo to jest naprawdę chodzenie po potłuczonym szkle, źle mrugniesz, osoba odbiera to jako wyrazy szczerej nienawiści i reaguje — w swoim przekonaniu — słusznie.

      • Gronkowiec

        Zgadza, się wyjaśnił… em.. no dobra, to był zły przykład. Ja chyba w trakcie lektury za bardzo Leonarda przepuściłem przez filtr moich wcześniejszych doświadczeń, więc miałem bardzo skrzywiony odbiór tej postaci…

    • Przy borderline warto w pierwszej kolejności zadać sobie inne pytanie: „czy ja się zgadzam na takie traktowanie mnie?”.
      Osoby z borderline bardzo często krzywdzą nie dlatego, że chcą tylko dlatego, że inaczej nie umieją i tak w zasadzie tylko bronią się przed cierpieniem, którego one doznają (nawiązując do przykładu Raya: „on mnie nienawidzi! porzuci mnie!”), ale paradoksalnie dużo, dużo łatwiej jest im nie cierpieć wtedy, gdy druga osoba postawi granice. Choćby w stylu „kocham cię i nigdzie nie chcę odejść, ale w tym momencie nie jesteś w stanie umożliwiającym rozmowę/zagrażasz mojemu bezpieczeństwu. przyjdę do ciebie za godzinę zobaczyć czy już czujesz się lepiej”.
      W sumie najgorsze, co można zrobić sobie i osobie z borderline, to ulegać tym wszystkim nastrojom, zgadzać na toksyczność i przemoc, obiecywać że się nie odejdzie, dać się pochłonąć i zniszczyć, a potem porzucić i lizać rany przez najbliższe lata.

    • Nikt nie jest winny swojej choroby, ale jest odpowiedzialny za to, co z nią robi, kiedy już o niej wie, choroby osobowości są chorobami ludzi inteligentnych, a ja serio wierzę, że inteligentny człowiek, wiedząc, że może z powodu swojej choroby szkodzić innym ludziom i sobie, podejmie leczenie, jednakże nie wszyscy to przecież robią. Co do zachowań w fazie bezobjawowej, cóż czasami ciężko jest dookreślić, kiedy ona się kończy, a kiedy zaczyna – to raz. A dwa – zarówno ludzie zdrowi, jak i chorzy bywają wredni lub wcale nie, skłonni do różnych zachowań, cechy danej osoby zawsze rzutują na przebieg choroby, którą trzeba brać pod uwagę zawsze, ale nigdy nie jest ona prostym usprawiedliwieniem. Jestem mocno przeciwna traktowani bipolarów jakby byli dziećmi specjalnej troski, to są bardzo błyskotliwi intelektualnie ludzie, są wśród nich jednostki sympatyczne i zupełnie nie, nie wiem, jak to określić, ale to jest odczuwalne nawet w fazie choroby, hipomania nie przebudowuje przecież całej osobowości, tylko dokręca śrubę na jednym z jej biegunów. Wszystko to są rzeczy mocno indywidualne i wymagające indywidualnych rozstrzygnięć w każdej relacji osobno, ale czy nie jest tak w kontaktach z ludźmi w ogóle i zawsze? Co do borderline…. to jest sprawa zupełnie osobna. Nie można zestawić dwubiegunowców i borderów. Bipolarność jest chorobą, a border to destrukcyjny typ osobowości. Oczywiście to i to można leczyć, to i to jest zaburzeniem, często dewastującym, ale o ile bipolarni mają fazy zdrowia, można im pomóc rzeczywiście terapią i lekami, to border jest stanem nieprzerwanym, to emocjonalna chwiejność przekładająca się na wszelkie sfery życia, wymagająca wyjątkowo mało przyjemnej terapii i ciągłej pracy nad sobą, która nigdy się nie kończy, choć niewątpliwie warto ją podjąć. Musze przyznać, że zdarzało mi się darzyć wielką sympatią ludzi z ChAD (albo mam takie szczęście, albo wszyscy, których spotkałam, są to barwne osobowości i jakoś tak chce się ich chronić, nawet jak im odwala), to towarzystwo borderów bywa nie do zniesienia, moja znajoma terapeutka zwykła się posługiwać porównaniem, że jak już border się leczy, to po godzinie terapii z nim terapeuta ma ochotę walić głową w ścianę i ja rozumiem to odczucie, border bywa cudowny, ale zaraz potem jest koszmarny, nie ma środka, jeśli się nie leczy naprawdę strasznie rani siebie i ludzi potencjalnie cały czas, broniąc się przed własnym lękiem stosuje emocjonalną przemoc, często ciężkiego kalibru. Nie mogę mówić za wszystkich, ale budowanie relacji z borderem wymaga ode mnie sporo wysiłku, samokontroli, także nieustającego świadomego dystansu wobec jego zachowań. Zastanów się Gronkowcu, co jest w tobie takiego, że skłania cię do związków z kimś tak mocno niezwiązkowym jak border, czytałam kiedyś o badaniach prowadzonych właśnie nie nad borderem, ale nad ich partnerami, którzy po długotrwałych związkach sami często wymagają leczenia, żeby się pozbierać.

  • Rita

    Ooooo, interesujaco!

    Czytam i czytam i sie po cichu zastanawiam nieraz, czy moja cyklofrenia jest tylko cyklofrenia czy czyms wiecej. Nigdy nie bylo u mnie az tak drastycznie, ale nieraz brzmi znajomo. Hmh, nie o to, nie o to. Skrecajac delikatnie, poprzedni koment wzmiankuje borderline, a w takim zwiazku bylam – nie mialam ostrego poczucia, ze ktos mnie ciagle krzywdzi, raczej bylam wyczerpana ciaglym zapewnianiem ze kocham, ze dobrze, ze sie uda, ze. Wymagania emocjonalnego wsparcia byly nieco ponad moje sily. Co osoba, to inne objawy jednak…. .

  • i_am_keyser_soze

    To co napisałeś przeraża mnie i to dosłownie – zauważam u siebie silną tendencję do bycia control freakiem do tego stopnia, że popadam w natręctwa z czego zdałem sobie sprawę gdzieś tak w liceum, a co ciągnie się odkąd pamiętam. Panuję nad tym, ale zastanawiam się czy nie tylko dlatego, że na ten moment mój świat jest w miarę poukładany i bezpieczny. Co będzie jak to wszystko kiedyś wybuchnie?

    • uhm, i zaraz wszyscy będą mieli objawy;)

    • Zgaduję, że wtedy po prostu nasilą Ci się natręctwa, bo ich rolą jest dawanie poczucia ładu i kontroli. Jeżeli lęki i natręctwa będą (lub już są) za trudne do zniesienia dla Ciebie lub otoczenia, polecam tabletki i psychoterapię – ułatwią Ci zdrowe zapanowanie nad problemem i w ogóle go zmniejszą.
      OCD z samej swojej natury wiąże się z lękiem i przerażeniem, ale daje się je oswoić 🙂 Wtedy i samo już nie przeraża, i otoczenie też nie jest takie nieznośne 🙂

      • i_am_keyser_soze

        Właśnie, póki co nie jest to trudne do opanowania. Nawet rodzina nie zauważyła problemu dopóki im o tym nie powiedziałem, a jesteśmy sobie bardzo bliscy. W momencie gdy zauważam, że jakieś zachowanie przeradza się w natręctwo jestem w stanie zmusić się do zaprzestania jego powtarzania, bez jakiegoś strasznego wysiłku. Pomaga mi, jak sądzę również to że jestem bardzo racjonalnie i praktycznie nastawionym do życia osobnikiem – a takie zachowania są naprawdę nieracjonalne i marnują mój czas. To mnie właśnie martwi, że o ile teraz świetnie sobie radzę, to Ray uświadamia mi że choć 30 z hakiem lat nic się nie stało, to w ułamku sekundy jednak może. Chciałbym mieć pewność że obecna świadomość tego stanu, przerodzi się w racjonalną decyzję o leczeniu gdy coś się stanie.

        • Mmm, wygląda na to, że masz sporo cech i mechanizmów, które Ci pomagają 🙂

          Tak z mojego podwórka, szczególnie ważne w bipolarze jest to, żeby osoby bardzo bliskie i równocześnie zaufane znały objawy pogorszenia – zwłaszcza te pierwsze, ostrzegawcze sygnały – na równi z chorym i reagowały na nie. Często bliski człowiek szybciej zauważy, że coś jest nie tak lub że stan się pogarsza. Akurat bipolar, podobnie jak stany psychotyczne, dość często wiąże się z ryzykiem osłabienia lub utraty kontaktu z rzeczywistością (oceniamy ją przez nasz nastrój lub w ogóle nie potrafimy jej ocenić), więc dla nas to kluczowe, żeby ktoś miał na nas oko.
          W OCD takie ryzyko jest bez porównania mniejsze, ale być może Twoje poczucie bezpieczeństwa zwiększy znalezienie jakiejś osoby, której ufasz, która byłaby świadoma Twoich obaw i problemów i w razie czego by zareagowała, pomagając podjąć decyzję, że trzeba już wspomóc się leczeniem?

          • i_am_keyser_soze

            Liczę w tym względzie na najbliższych. Opowiedziałem jakie mam najczęstsze objawy i w jakich sytuacjach należy mnie obserwować. Np. moja matka zauważyła że, im bardziej ciąży mi coś nad czym nie mam kontroli tym bardziej staję się racjonalny i poukładany we wszystkim innym. Serio, ilu znacie ludzi którzy mają na pulpicie max 5 ikon? Gdy schodzę do 2 rodzina zaczyna mi się przyglądać. Ich zdaniem to niemylny wskaźnik, że jest problem.

  • Gronkowiec

    @Jasminnoir,

    faktycznie trochę niepotrzebnie border wspomniałem, bo to jest jednak zupełnie innsza inszość niż choroba dwubiegunowa. Ale się nie moglem powstrzymać przed tą odrobiną prywaty 😛 I sam się nieraz zastanawiałem co ze mną jest nie tak, że mnie ciągnie do „chorych” ludzi, bo to się nie raz zdarzyło. Emm.. masz jakieś konkretne sugestie?

    A wracając do ogólnego tematu zaburzeń psychicznych: jest ich pełno i są częstsze niż się ludziom wydaje. Właściwie na pewno któryś z naszych przyjaciół, partnerów czy współpracowników będzie się zmagał z taką chorobą. Albo my sami. Dobrze że są okazje do porozmawiania o tym jak rozumieć chorych ludzi, jak się oni czują, jak my układamy z nimi relacje… taka rozmowa się wszystkim przyda. (dzięki Ray!)

  • Gronkowcu (śliczny nick) niewątpliwie jest to jakaś predyspozycja, kompatybilność, może w twojej rodzinie był jakiś border, który wyrobił w tobie nawyk lub nawet zapotrzebowanie na obecność tego typu osobowości w twoim otoczeniu, pomyśl też o tym, że to nie tylko twoje upodobanie, ale i ty sam musisz mieć coś takiego, co pociąga ten typ osobowości, to złożona sprawa i myślę, że tylko terapeuta, który by z tobą popracował, mógłby postawić jakieś wiarygodne hipotezy.
    Jasne, że zaburzeń jest mnóstwo, ale rzeczywiście chorych czy zaburzonych osobowości nie tak znowu dużo. W każdym człowieku zawsze istnieje ktoś zdrowy i ktoś chory, każdy ma gorsze dni, czuje się chory w sensie emocji stanu psyche, ale nie czyni go to jeszcze np. dwubiegunowcem, życie faluje, w pewnych okolicznościach zdrowy człowiek wpadnie w depresję, katatonię lub zacznie wykazywać cechy borderline, ale to jeszcze nie świadczy o zachorowaniu czy zaburzonej osobowości, więc ostrożnie, drobne natręctwa, dziwactwa, nerwice ma rzeczywiście wielu ludzi, prawie każdy, ale zwykle wystarcza dobry przyjaciel, chwila czasu dla siebie, może jakaś rozmowa czy dwie z psychologiem. Choroba ma inne natężenie i przede wszystkim trwałość, diagnozuje się właśnie w oparciu o jej trwanie, przebieg, a diagnoza bywa zmienna, Ray zdaje się leczył się długo na depresję zanim zdiagnozowano bipolarność, co zresztą jest bardzo częstym zjawiskiem. Tak czy siak rzeczywiście warto rozmawiać;)

    • Gronkowiec

      Ojej, jasminenoir, dziękuję za odpowiedź i miłe słowa 🙂 Co to się dzieje: gospodarz bloga miły i kontaktowy, inni komentatorzy życzliwi.. czy my tu mamy jakiś alternatywny internet? 🙂

      Ale uwaga: wiem że Wikipedia to nie najlepsze miejsce na szukanie wiadomości, ale w artykule „mental disorders>epidemiology” podaje że w którymś momencie życia 25% do niemal 50% (zależy według którego badania i w jakim kraju) z ludzi będzie miało jakieś zaburzenie psychiczne. Oczywiście nie zawsze będzie to spektakularna depresja albo schizofrenia, raczej najczęściej fobie i zaburzenia „społeczne”. Ale myślę ze jednak nie przesadziłem mówiąc ze temat choroby dotyka każdego z nas, bo jak nie my sami, to nasz przyjaciel, sąsiad, partner… Choć może to się w sumie sprowadza do tego co Ty piszesz tylko innymi słowami, że w każdym z nas jest ten chory i czasem on się ujawnia bardziej lub mniej… 😉

  • @Gronkowiec

    ja tylko w jednej sprawie:

    „Co to się dzieje: gospodarz bloga miły i kontaktowy, inni komentatorzy życzliwi.. czy my tu mamy jakiś alternatywny internet? 🙂

    Nom, bo blog Navairy to takie specyficzne miejsce jest, gdzie nie dość, że teksty świetne, to i dyskusje na poziomie, rzadkość nawet na dobrych blogach.