How do I get to Carnegie Hall?

W moim Google Readerze pojawiły się dwie notki naraz na ten sam temat. Bohater Pozytywny napisała sama z siebie, a Kele Okereke zalinkował artykuł Annie Murphy Paul z Time.

Practice man, practice.

Chwilowo nie mam dostępu do kuźni i nie mogę praktykować, ponieważ nadal wlecze się za mną resztka cholernej grypy (oby słoneczny rydwan Boga-Słońca zmiażdżył jej zbielałe kości) toteż z czystych nudów zamiast tego teoretyzuję. Obie panie mają rację. Bohater zwraca uwagę na kwestię wychowania w dzieciństwie — „dziecko, źle kółko narysowałaś, talentu artystycznego to ty nie masz” potrafi spowodować, że przez dziesięciolecia nie weźmiemy do ręki pędzla, bo przecież nie mamy talentu. Paul zwraca uwagę na to, że nauczenie się na gitarze dwóch piosenek i granie ich w kółko nie spowoduje rozwoju artystycznego — do tego celu musimy grać dokładnie to, czego nie umiemy, mimo, że przyjemniej rzecz jasna chwalić się umiejętnościami już nabytymi i powtarzać to, co daje nam nagrodę — udaje się za każdym razem.

W moim przypadku do wyniesionego z dzieciństwa „dziecko, ty jesteś delikatny i wrażliwy” oraz do własnogłownie dokonanego odkrycia, że należy trenować rzeczy, których się nie umie, dołącza się rzecz trzecia — motywacja, lub jej brak. W kuźni motywację posiadam i z premedytacją trenuję to, co mi nie idzie, po czym biorę się za rzeczy nowe — posiadam długoterminowy plan, żelazną (…) konsekwencję oraz umiejętność skupienia się jak laser na tym, czego chcę. Nie posiadam tej motywacji na przykład w muzyce — lubię nagrywać, pisać i śpiewać, ale nie chce mi się pracować nad tym, żeby stać się lepszym, ba — nie chce mi się poprawiać błędów i fałszy.

Jest bardzo wiele rzeczy, które w zasadzie mógłbym robić. Odkryliśmy to z panią psycholożką podczas outplacementu. Mógłbym — z moją osobowością, talentami i umiejętnościami — zostać (po nauce, rzecz jasna, nie natychmiast!): architektem, fighterem MMA, budowlańcem, pirotechnikiem, producentem muzycznym, trenerem na siłowni, finansistą, coachem/psychologiem, etc. Niestety żadna z tych rzeczy nie interesuje mnie wystarczająco. Są to wszystko zawody, które mógłbym wykonywać w zasadzie. W zasadzie mnie nie nudzą, w zasadzie są interesujące, w zasadzie mi się podobają. Ale nie aż tak, żeby mi się od razu chciało.

Bohater Pozytywny pisze:

Wniosek o PRACOWITOŚCI wypływa też z książki „Talent nie istnieje” Artura Króla. W skrócie – konkretne, intensywne ćwiczenia uczynią z nas mistrza w dowolnej dziedzinie. Coś w tym jest. I niewątpliwie wiąże się to z pracowitością i konsekwencją i oczywiście po pierwsze z wyznaczeniem celu.

Zgodzę się z tym, dodając jednak dla porządku, że pracowitość i konsekwencja to są akurat pewne talenty. Nie każdy jest równo pracowity i konsekwentny. Są osoby, które sobie postanowią, że będą grały na gitarze i co dnia siedzą 2-3 godziny i trenują grę, aż się nauczą (nawet, jeśli im to nie sprawia wielkiej przyjemności). Są osoby takie, jak ja, które kupują gitarę, bawią się nią dwa dni, po czym odstawiają w kąt i co jakiś czas czują lekkie wyrzuty sumienia, że gitara się kurzy. Historia, rzecz jasna, jest autentyczna. Pomysł, że zostanę gitarzystą, sprawiał mi wiele przyjemności, ale ćwiczenia już nie do końca. Motywacji starczyło na jakieś trzy dni, po czym się skończyła i nie wróciła już nigdy.

Podobnie było z kolczugą, dzięki której poznałem Zbrojmistrza. Zbrojmistrz sprawia mi wiele przyjemności i dzięki temu od nieomal pół roku spotykamy się bardzo często, a jeśli nie widzimy się w realu, to rozmawiamy online. Dłubanie kolczugi natomiast przyjemności mi nie sprawia — jest to czynność, którą potrafię wykonywać, podobnie jak zmywanie, ale podobnie jak zmywanie nie jest to czynność, do której bym się zabierał co dnia na kilka godzin celem praktykowania i stania się w niej najlepszym. Podoba mi się rzecz jasna wizja Raya — słynnego twórcy kolczug, podobnie jak Raya — słynnego gitarzysty, ale nie pociąga mnie ta wizja aż tak, żeby od razu pracować nad jej realizacją.

Jak to jest z Wami, drodzy czytelnicy? Umiecie się skupić na wizji i praktykujecie, men, praktykujecie aż dotrzecie do Carnegie Hall? Jeśli umiecie — czy na dowolnej wizji, np. postanawiacie się nauczyć łaciny i siedzicie nad nią tak długo, aż będziecie w stanie w każdej restauracji płynnie zamawiać pięciodaniowy obiad po łacinie? Czy, jak ja, macie wizji wiele, ale tylko jedna pociąga aż tak, że rzeczywiście umiecie się postarać o jej realizację?

  • aselniczka

    Ha! No toż właśnie dlatego nie zostałam słynną architektką ogrodów: prasa branżowa mnie śmiertelnie nudzi…
    Teraz mam szansę z fotografią, bo choć opisy sprzętów są jeszcze bardziej nudne, to na szczęście nie jest to potrzebne do odniesienia sukcesu (vide – la Chapelle :)) I chyba faktycznie sprawia mi to niewypowiedzianą frajdę. I tak, chcę poznawać nowe i nowe.

  • nowokaina

    Ja mam taki problem, że jak na coś się napalę, to rzeczywistość szybko daje mi do zrozumienia, że coś jest nie tak. Chciałam pisać – kilka dni praktyk dziennikarskich i pisanie newsów o projektantach mody i celebrytach (na nic innego nie trafisz, jeśli jesteś początkujący, no, z dodatkową opcją sportową) nadwyrężyło moje chęci. Od biologii odgoniła mnie botanika (tfu, tfu), od łaciny – teksty Cezara (ten to był grafoman). Szczury, fascynujące zwierzątka, prawie pożarły mi laptopa. Szermierka wychodziła mi dobrze do czasów choroby, obecnie moja forma fizyczna stacza się po równi pochyłej. Jakby się zastanowić, nie zniechęciłam się do tej pory do szachów, trollowania w internecie i gotowania. Tyle dobrego.

    • Ray Grant

      Właśnie ja do tej pory tak miałem z 90% rzeczy. Na dłużej zostały mi brydż, projektowanie, pisanie, siłownia i kuźnia. Ale ile rzeczy w międzyczasie próbowałem robić (i rzecz jasna przestałem)…

  • arvata

    ech ja miałam wizję ostatnio i zaczęłam robić na drutach i tak jest to cos gdzie widzę konsekwencję w swoim działaniu, gdzie chcę się doskonalić i każdy moment gdy nie siedzę w domu i nie dłubię jest dla mnie stracony
    w pracy siedzę na serwisie społecznościowym dla knittersów 😉 wyszukując nowe wzory, idąc ulicą patrzę na dzianiny które ludzie noszą i myślę „to umiem, to umiem, o ciekawe, tego jeszcze nie umiem”
    jest to pewna nowość w moim życiu, bo do tej pory wszystko mnie nudziło po jakimś czasie, i tak jak u ciebie „wizja arvaty słynnej gitarzystki” była kusząca, jednak nie na tyle, żeby się nauczyć grać na gitarze 😉
    zobaczymy czy teraz będzie lepiej -ale zapał jest, efekty sa niezłe [albo mam znajomych wazeliniarz, którzy mi mówią że szybko się uczę i w ogóle niezła robota]

    • Ray Grant

      To brzmi dokładnie tak samo, jak moje kowalstwo 🙂 ponieważ jestem chory, grzebię w serwisach różnego rodzaju, oglądam filmy na youtube i obsesyjnie gapię się na zbliżenia np. krat 😉

  • Miło, że się zgadzamy w powyższym temacie 🙂
    Napisałeś „pracowitość i konsekwencja to są akurat pewne talenty. Nie każdy jest równo pracowity i konsekwentny” – i w pierwszym momencie pomyślałam „faktycznie!”. A po chwili „a właśnie, że nie” 🙂
    Przecież te dwie rzeczy to po prostu dwie umiejętności (talent to też jakaś umiejętność) – jeżeli od dziecka uczono mnie konsekwentnej pracowitości, to posiadam ten „talent”. Jeżeli mnie nie nauczono, to się teraz męczę próbując przestawiać sobie w głowie i uczyć się jakichś nowych codziennych odruchów, ale właśnie zaczynając od głowy, czyli poprzez zmianę podejścia. A konsekwencja i pracowitość, to oprócz umiejętności, przede wszystkim PODEJŚCIE.
    Motywacja i cel determinują nasze działania. Obserwując swoje życie – nie mogłam wykrzesać z siebie konsekwencji i NADMIERNEJ pracowitości jeżeli nie wiedziałam, dokąd mają mnie zaprowadzić, jeżeli nie widziałam siebie w przyszłości robiącej dalej to, co akurat robię. Jeśli nie jesteś głodny, to po co masz robić 3-daniowy posiłek? 🙂 Być może Ci wszyscy inni pracowici od zawsze wytyczali sobie po prostu jakieś cele, które były ich wodą na młyn. Były ich motywacją uruchamiającą w naturalny sposób pracowitość.
    Ja też miałam wiele talentów jako dziecko i wiele rzeczy mnie interesowało. I w tym wszystkim pewnie zabrakło mi kogoś, kto by narysował mi alternatywne wizje w przyszłości, spróbował pokazać możliwości, które mogłabym sobie przekształcić w cele. Gdyby tak się wydarzyło, to pewnie od dawna podążałabym konsekwentnie jakąś wytyczoną ścieżką, zamiast zmieniać zawód kilka razy.
    Niemniej – ostatecznie oczywiście nie żałuję 🙂

  • Ray Grant

    Tak, ale nie 😉

    Ja od dziecka byłem uczony pracowitości, ale przede wszystkim nauczono mnie podejścia „jeśli robisz, to rób porządnie”. Rezultat jest taki, że za niektóre rzeczy nie biorę się wcale, bo wiem z góry, że nie będzie mi się chciało ich robić porządnie — chociażby wspomniane przez nowokainę gotowanie, ja, generalnie, gotuję tyle, żeby nie umrzeć z głodu 😛

    Może masz rację w temacie celów, zacząłem pisać, że nie mam cechy swojej Babci, która wszystko robiła porządnie, po czym dotarło do mnie, że ona na przykład rzadko projektowała strony WWW i może po prostu miała to samo podejście, co ja, jeśli robić, to porządnie — tylko inne cele. Czyli innymi słowy chciałem się z Tobą nie zgodzić, ale mi nie wyszło 🙂 DAMN YOU!!!

    • :))) bo przecież nie chodzi o to, żeby porządnie/profesjonalnie robić wszystko, prawda? Mamy za krótkie życie i za mało rąk, żeby angażować się w 100 proc. w każdy fragment rzeczywistość. Bądź pracowity w swoim kowalstwie, wyznaczaj sobie związane z nim cele i konsekwentnie je realizuj. O to tu chodzi. Niektórzy nazywają to w skrócie – PASJA 🙂 A jeśli za pół roku się znudzisz lub zniechęcisz, to Cię osobiście kopnę w tyłek, że masz nie rezygnować 😉
      Ja sobie narzucałam – tak jak np. Ty z graniem – że chcę coś tam robić (wiele takich rzeczy było). Potem oczywiście nie miałam motywacji, bo dana rzecz nie była tak naprawdę moim celem, tylko skutkiem różnych elementów. I wychodziło, że mam słomiany zapał. Teraz słucham siebie i nie wykonuję żadnych pochopnych działań, jeżeli nie jestem pewna, że będę kontynuować przynajmniej przez jakiś czas.

      • Ach, i „rób to porządnie” to nie jest pracowitość, to jest chyba bardziej profesjonalizm 🙂

      • Ray Grant

        Myślę, że się nie znudzę. Ja się na ogół nudzę albo bardzo szybko, albo wcale 🙂 A jeszcze kowalstwo mnie motywuje do rozwoju w innych kierunkach, bo przecież ten egzamin z niderlandzkiego też zdałem nie dlatego, że to ładny język, tylko dlatego, że jako kowal będę potrzebował mówić po niderlandzku.

        W ogóle nie wiem, czy już to mówiłem, ale bardzo lubię Cię czytać, bo piszesz to samo, co ja myślę 🙂

  • arvata

    hehe ray ja sie „w pracy” nauczyłam zmieniać kolory w dzianinie, robić techniką „magic loop” i kilku jeszcze innych rzeczy – błogosławiony youtube i filmiki
    i faktycznie jak piszesz o kowalstwie to czytam i tez widze podobieństwo 😀

    • Ray Grant

      Jak to było, mieliśmy założyć Stowarzyszenie Szczęśliwych Wariatów zdaje się na początku roku… i chwalić się osiągnięciami 🙂 Na początek mogłabyś powiedzieć, co to jest technika magic loop 🙂

      • arvata

        heheh proszę bardzo – magic loop to technika pozwalająca na drutach na długiej żyłce robić małe okrągłe „kominy” jak np skarpetki, czy rękawiczki – zamiast używania 5 drutów obustronnie ostrych używa się jednej pary na żyłce 😀

        • Ray Grant

          Usiłuję sobie wyobrazić trzymanie w rękach pięciu drutów obustronnie ostrych 🙂

  • Aaaaargh, ta notka to był ZNAK. Znak, że mam wziąć dupę w troki i zabierać się za tę cholerną pisaninę, a nie czekać na Wenę przez duże Tfu.

    *mamrocząc gniewnie zbiera dupę w troki i oddala się w stronę otwartego pliku, w którym od trzech dni nie przybyło ani litery*

    • Ray Grant

      Pisać!!!!! :_

  • a-be

    A ja powiem, że mnie zawsze „rób to porządnie” demotywowało, bo denerwowało mnie zakładanie, że sama z siebie zrobię „na odwal się” i jakaś dobra dusza musi mi powiedzieć, że ma być „porządnie”.

    Co do talentu – zawsze uważałam, że istnieje. I jest tym czymś, co sprawia, że możemy oddać się całym sobą temu jednemu zajęciu, możemy poczuć prawdziwą pasję.
    A propos pasji…
    Kiedyś byłam bardzo zapaloną amazonką, ale ludzie, których spotkałam w stajni, skutecznie zniechęcili mi jazdę konną i w pewnym momencie wszystko rypło. („Bardzo zapalona” sprowadzało się do tego, że nie myślałam o niczym innym i całe życie kręciło mi się wokół koni, razem z planami aż do lat osiemdziesięciu. Tak w skrócie mówiąc.) Zostałam trochę na lodzie i bez czegoś, co nakręcało mi życie. Jednakowoż szybko uświadomiłam sobie, że to, czego mi w stajni brakowało, to możliwość pisania. Jedyne, czego mnie cała ta historia nauczyła (bo że zostawiła całe mnóstwo czegoś gorzkiego i nieprzyjemnego, to swoją drogą), to to, że nie dam się więcej pozbawić pasji.
    Ale poza tym jednym zajęciem, cały czas przychodzą mi do głowy inne, na przykład „fajnie byłoby umieć mówić po fińsku” (cały czas jeszcze próbuję w sobie rozbudzić entuzjazm na nowo, bo w końcu mam podręczniki i wszystko… zastanawiam się, gdzie się podział mój zapał, bo jednego dnia był, a drugiego nagle nie), ale większość takich, które nie wychodzą poza obszar głowy i uznaję, że w sumie, to szkoda mi czasu robić coś innego w momencie, kiedy mogę pisać.

    • Ray Grant

      Nie, ja to porządnie to mam sam z siebie, nikt mi tego nie mówi. Albo robię naprawdę dobrze, uprawiam porządny research, staram się, trenuję, próbuję różnych sposobów, etc. — albo też nie robię wcale, bo mi się nie chce i już.

      Mam wielką nadzieję, że nikt mnie nie zniechęci do kowalstwa. Chociaż spotkałem już kilku kowali, z których jeden mnie zwyczajnie oszukał (i to kilka razy), a drugi kocha kowalstwo, ale bardziej kocha zarabiać pieniądze i generalnie jeśli jest coś, na czym się da zarobić więcej, to on się tym zajmie, a kowalstwo oleje. Obie te rzeczy nauczyły mnie głównie tego, żeby się nie przejmować innymi ludźmi i skupiać na tych, którzy są fajni — np. Casper, z którym pracuję co tydzień.

      „Fajnie byłoby umieć mówić po fińsku” — ja to mam z portugalskim, ale znam już siebie na tyle, żeby wiedzieć, że to nie wyjdzie poza obszar głowy właśnie 🙂

    • arvata

      hehe to może razem będziemy się uczyć? – ja mam za sobą półroczny kurs fińskiego, kilka książek i płyt – a umiem powiedziec trzy zdania… motywacja prysła…

  • a-be, a nie uważasz, że gdy jest pasja to w zasadzie jest i talent? Że to może też iść w drugą stronę – najpierw coś bardzo lubimy, i tak często to robimy, że siłą rzeczy nabieramy w tym niezwykłej wprawy, co też inni mogą postrzegać jako talent?
    Ja od dziecka rysowałam, bo lubiłam. Dopiero potem słyszałam, że mam talent, no ale jakby nie było od 3 r.ż. ćwiczyłam etc.

    • Ray Grant

      Wtrącę się — ja jednak wierzę, że talent TEŻ istnieje. Gdyby nie to, nie byłoby żadnej różnicy między, bo ja wiem, Britney Spears i śpiewaczką operową. Obie przecież dużo śpiewają. A mimo wszystko nie wierzę, że gdyby Britney się bardzo starała, to by się nauczyła śpiewu operowego — tzn. może by się i nauczyła techniki, ale słuchanie tego byłoby nadal bolesne.

  • Informuję, że zjadło mi odpowiedź na twoją odpowiedź, jeśli się więc nagle gdzieś pojawi moje pojedyncze zdanie zawarte także w tym komentarzu, to ja nic o tym nie wiem.
    Zdanie które zwiało (odnośnie utożsamiania się z treściami wpisów) – Tak, Ray, mówiłeś 🙂 i ja też się powtórzę – nawzajem 😀
    Po drugie – strasznie podoba mi się, że przy każdym wejściu na Twoją stronę/odświeżeniu pojawia się u góry inne zdjęcie. Przed chwilą zafascynowało mnie to przy kratach w białej masce!
    A wracając do tematu – zabiłeś mnie tą Britney, po tym przykładzie jestem w stanie kiwać głową „tak, tak, tak, talent istnieje” 😉 Ja się chyba nie do końca upieram, że talentu nie ma. U mnie w komentarzach Televel napisała, że talent to 7 proc., reszta to pracowitość itd. Ja bym się jeszcze zastanowiła po prostu nad predyspozycjami, one mają tu chyba jednak spore znaczenie.

    • Ray Grant

      A czym różni się talent od predyspozycji?

  • a-be

    Ray, a propos zniechęcania (życzę ci jak najlepiej, bardzo inspirujesz tym kowalstwem) – wyobraź sobie, że przychodzisz do kuźni, a tam wszyscy tacy uczciwi inaczej i w dodatku hipokryci gardzący wszystkim z wysokości swej zajebistości. Not rili najs. Za to książki nigdy nie stwarzały mi takich problemów.

    Pewną ilość predyspozycji i uzdolnień, a także chęci (albo wszystkiego razem) można nazwać talentem.
    Ale nie każdy, jak się uprze, to zostanie kimkolwiek zechce. Bo innym po prostu wyjdzie lepiej to, co on sobie wyćwiczy, bo… bo mają talent. Ewentualnie więcej uporu.
    Ciężka praca to nie wszystko, tak uważam. Czasem przyda się jeszcze „to coś”.

    • Ray Grant

      No cóż, jak wspomniałem, uczciwych inaczej też już spotkałem. Natomiast kuźni w samym Amsterdamie jest 9, stadnin być może jest nieco mniej…

      Myślę, że ciężka praca musi się łączyć z motywacjami. Dwa lata temu pracowałem ciężko na kursie niderlandzkiego, ale nie miałem motywacji i mi się nie chciało, w rezultacie ledwie zdałem egzamin po czwartej części kursu i odpuściłem sobie dwie ostatnie. Teraz zaś zdałem egzamin państwowy bez większych trudności, przygotowując się do niego za pomocą używania języka BO CHCĘ. Pracowałem na to o wiele mniej niż dwa lata temu, ale za to z zupełnie innym nastawieniem.

      A dzisiaj obejrzałem wiadomości w TV (niderlandzkiej) i mam teraz doła, ale to inna historia…

  • „To coś” jest imho konieczne i widać to doskonale właśnie na przykładzie pisania (ale nie tylko, oczywiście). Co sprawia, że czytając jedną książkę, zapadamy w nią jak w ocean, wynurzając się tylko na chwilę, by zaczerpnąć oddechu i zapaść znowu; po czym przez długie tygodnie chodzimy jak oczadziali – a inną czytamy na luzie, fajnie, miło, ale po tygodniu nic nie pamiętamy? Przy czym ta druga też może być bardzo sprawnie, zgrabnie i bezbłędnie napisana – no ale nie ma „tego czegoś”.

    • Ray Grant

      Dokładnie. Chociażby trylogia Larssona. Książki napisane sztywnym językiem człowieka na pograniczu autyzmu, ale niesamowicie wciągające. Michael Cunningham, mój ukochany autor, pisze jedną książkę 4-5 lat, wydaje te 200 marnych stroniczek, a ja się oderwać nie mogę. Tymczasem taka Danielle Steel produkuje sześć książek rocznie, a mi jej dzieła przydają się wyłącznie na podpałkę… A przecież chociażby przez porównanie ilości stron widać, że ona ma więcej praktyki 😉

  • Jiima Arunsone

    @Ray
    Co do tego, czy talent istnieje, #samaniewiem. Ja niby od dzieciństwa dłubię przy komputerach, a teraz wciąż mam dość siły i samozaparcia, by pisać swoje prywatne projekty (dokończonych: 0, ale sporo się przy tym nauczyłom), pomimo iż moja praca generalnie polega na tym samym… jakoś pomimo wcześniejszych deklaracji nie potrafię tego znienawidzić. Jednak jakoś nie mam siły i samozaparcia by którykolwiek z projektów doprowadzić do końca, na gruncie zawodowym idzie mi w tej materii o wiele lepiej, głównie z powodu upierdliwości klientów, którzy chcieliby dostać to co zamówili, w miarę możliwości w terminie lub niedługo po nim. Innymi słowy, najwyraźniej potrzebny mi jest jakiś bat bym doprowadziło sprawę do końca…

    Z innymi pasjami jest podobnie, a miałom ich w życiu kilka. Mówię o tych „produktywnych”, bo lubię również łazić po górach (czego nie robiłom od jakiś 10 lat), ale tu ciężko wyznaczyć jakieś osiągnięcie. Próbowałom niedawno pisać, ale skończyło się na czterech wersjach pierwszego rozdziału. Ilość doprowadzonych do jakiegoś sensownego zakończenia kampanii RPG też można policzyć na palcach pracownika tartaku, choć w tym wypadku muszę przyznać, że nie zawsze była to moja wina. Generalnie nie jestem najmocniejsze w zakończeniach…

    Pomysłów na to, co by tu jeszcze, mam miliony. Podejrzewam, że nie zrealizuję nawet promila z nich… Tym bardziej podziwiam ciebie, że potrafisz… Ja nie potrafię i raczej się już nie nauczę, zaraz będę #po40, a to nie jest wiek na rozwijanie w sobie zalet…

    • Ray Grant

      Ale ja też mam pomysłów miliony i nie zrealizuję nawet promila — nikt nie ma tyle czasu 🙂 A co do wieku, to #mamwdupie — świat wciska mi, że tylko młodzi dwudziestoletni mają na cokolwiek szansę, a ja światu odpowiadam „tu mnie cmokaj” i robię swoje.

  • saigteoir

    Uff, bloga znalazłem i na dwa dni wsiąknąłem, żeby pochłonąć go w całości. Zdaje się, że zostanę na dłużej, bo trafia w moje… poczucie estetyki? W każdym razie coś musi być w tym Twoim pisaniu, że wolę go poczytać, niż spędzić wieczór ze stroną XXX.
    A żeby było chociaż trochę na temat posta – pomysłów i zapału mam ogromnie dużo. Ale tylko do pewnych projektów i to zazwyczaj nie do końca. Jeśli inspirujący ludzie są zaangażowani – prawdopodobieństwo dotrwania do końca wzrasta o 500%. Gorzej z „zajęciami”. Czyli własnie np. nauką języka, albo czymś bez wyraźnie zaznaczonego końca. Takich zajęć mam kilka. I jakoś dopiero ostatnio myślę, żeby to wśród nich szukać sposobów zarobkowania, a nie napalać się na projekty i życie z czegoś przy czym nie potrafię spędzić więcej czasu.

    • Ray Grant

      Tylko dwa dni? Muszę pisać szybciej!!!! 😉

      Co do stron XXX, to muszę dokończyć zaczętą podczas grypy notkę o BDSM… A co do projektów vs zajęć, doskonale rozumiem — kowalstwo ma tę zaletę, że nie zajmują się nim raczej ludzie, dla których to jest zajęcie jak każde inne, więc jeśli już na kogoś wpadam, to ten ktoś z dużym prawdopodobieństwem kocha to, co robi. Ale jak dużo jest tak naprawdę ludzi, którzy kochają uczyć się języków?

  • Ja osobiście zajmuję się rysowaniem, robieniem biżuterii, ubrań, szkatułek, itd, itd, no i próbuję też swoich sił w pisarstwie. Co mogę z tego wywnioskować? Na pewno łatwiej przychodzi mi rysowanie butelek, których nauczyłam się już na pamięć, albo postaci w niezmiennie tej samej pozycji, ale jakoś tak skutecznie od roku zmuszam się do robienia właśnie tego, co mnie nie kręci. (Na zeszłych zajęciach była to modelka z profilu, ugh, profile są okropne). Wiem za to, że z pisaniem jest mi trudniej zmusić się do skończenia czegoś, ale z drugiej strony, jeśli mam wyznaczony deadline i czuję wewnętrzny przymus, żeby coś zrobić porządnie i do końca, to jestem w stanie sobie z tym poradzić. I tutaj też staram się chociażby pisać o rzeczach, które mnie nie kręcą – czyli na przykład robię z bohatera sportowca i zgłębiam się nieco bardziej w temat, żeby stworzyć z niego pełnokrwistą postać; albo piszę opowiadanie obyczajowe, podczas gdy moim ulubionym gatunkiem jest fantastyka. Ale muszę przyznać, że mam naprawdę dwa razy większą satysfakcję ze zrobienia czegoś „wbrew” sobie, niż po raz kolejny zrobienia czegoś fajnie, ale nie odkrywczo 🙂

    • Ray Grant

      Dlatego ja się też zmuszam do rysowania twarzy, bo resztę już umiem, a twarze mi wychodzą, powiedzmy delikatnie, niepodobne… Wolałbym całymi dniami rysować ręce, bo się tego nauczyłem i sprawia mi wielką przyjemność, ale, no właśnie, what’s the point.

      • O rany, w takim razie zazdroszczę Ci strasznie, dla mnie ręce to jest jakiś kompletny koszmar, wolałabym przyzywać zombie za pomocą Necronomiconu, niż rysować dłonie i palce 😀 Za to z twarzami radzę sobie nienajgorzej. Może powinniśmy rysować po pół obrazka i dokańczać nawzajem? 😀

        • Ray Grant

          Korzystam z książki pt. „Drawing with the right side of the brain” i w moim przypadku jak najbardziej sprawdza się to, co tam piszą — na sam widok twarzy mój mózg radośnie woła „o! oko! ja wiem jak wygląda oko!” i zamiast tego, co widzę, rysuje takie oczko z drutami zamiast rzęs a la przedszkolak :/

  • Jiima Arunsone

    @Ray
    Nie mówiłom, że jestem za stare by coś zrobić, tylko raczej za stare by zmienić podejście do życia. W sumie to nawet dobrze, w końcu czterdziestolatek pci dowolnej grający w RPG i oglądający kreskówki dla dzieci to chyba nie jest zgodne z definicją „powagi wieku”. Ale też nastawiam się na to, że nie zrobię w tym życiu nic twórczego, no chyba że zostanę do tego zmuszone, albo przynajmniej solidnie zmotywowane.

    Co do rysowania, to weście ludzie i nie marudźcie, ja tam zazdroszczę każdemu kto potrafi narysować coś więcej niż stickmana (mój poziom). Mam jakiś cholerny defekt mózgu, który nie pozwala mi prawidłowo uchwycić proporcji, ma to nawet jakąś mądrą nazwę. Jak przez jakiś czas mazałom jeden rysunek dziennie w wieku 14 lat, to udawało mi się osiągnąć jako-tako poziom niewiele niższy niż rówieśników, jednak wystarczyło przerwać ten ciąg i znów jestem na poziomie stickmana. A tyle razy marzyłom o zrobieniu komiksu…

  • Ray, predyspozycje a talent? Hmm kobieta zbyt duża i z ciężkimi kośćmi nie zostanie baletnicą – ma predyspozycje do tańczenia wszystkiego innego, ale nie baletu. Mężczyzna o wzroście 2m raczej nie zostanie dżokejem. Umysł humanistyczny czy ścisły też zaliczyłabym do działu „predyspozycje” co skutkuje tym, że ja – jako umysł humanistyczny – mogę swobodnie posługiwać się słowem, ale już cyferki kojarzą mi się z traumą.
    Talent to jakaś szczególnie rozwinięta umiejętność – albo natura nam w tym rozwinięciu pomogła, albo sami rozwinęliśmy ją dzięki ćwiczeniom.

    • Ray Grant

      Rozumiem i dziękuję, pytanie zadałem poważnie.

  • Jiima Arunsone

    @bohaterpozytywny
    Budowa fizyczna budową fizyczną, IQ też ponoć jest nam dane na etapie produkcji (aczkolwiek tu zdania są podzielone, osobiście uważam, że tu wyjątkowo prawda jest gdzieś po środku), ale akurat z tym umysłem ścisłym i humanistycznym będę z tobą polemizować do padłego. Aby walnąć własne anecdata, posłużę się własnym przykładem osoby, która jest „umysłem ścisłym” – skończyłom matematykę, zarabiam na życie programowaniem i to nie robieniem jakiśtam skrypcików na strony, tylko grzebaniem w bebechach systemów operacyjnych. Ale zdradzę ci sekret – ja też mam potworny problem z cyferkami, nie wchodzą mi i już. Choć muszę średnio raz na trzy miechy podawać swój NIP, wciąż go nie pamiętam. Pin do komórki zapamiętuję na ogół za pomocą jakiejś matematycznej formuły, pin do drzwi wejściowych utrwalił mi się w pamięci ruchu (innymi słowy nie mam pojęcia jak brzmi ten kod, ale drzwi potrafię otworzyć, nawet z zamkniętymi oczami). Daty urodzenia, numery telefonów? – bogowie, błogosławcie Mikrysoft, Gugla i Ejpla za smartfony (pobłogosławiłobym Cukierberga za mordoksiążkę ale nie używam). Wymiary? Co za różnica 30 metrów czy 300?
    Powaga.
    Nie jest to ogólna cecha mojej pamięci, cytatami z ulubionych książek potrafię strzelać bez problemów, z mniej ulubionych też, choć czasem coś przekręcę. Zanucę ci każdą lubianą melodię i mogę przysiąc, że nie rozpoznasz jej nie z powodu mojej pamięci, tylko z powodu wątpliwej jakości talentów wokalnych.
    Nie wiem czym się charakteryzuje umysł humanistyczny, ale pewnie znalazłobym sporo takich cech u siebie. Niestety, towarzystwo w którym przebywam (głównie w pracy) potrafi tylko rzucać definicje negatywne (głównie: nie łapie matematyki i przedmiotów ścisłych…), do których oczywiście nie pasuję.
    Tak więc śmiało stawiam tezę, że zdolny nauczyciel z ciebie też by zrobił matematyka, a przynajmniej programistę…

    • Ray Grant

      Myślałem, że wszyscy wiedzą, że matematycy wyróżniają się głównie nieumiejętnością liczenia i zapamiętywania liczb 🙂 (ja umiem liczyć, ale zapamiętywać nie)

  • Ewa

    Co pewien czas pojawia się u mnie „chęć” spróbowania się w jakiejś twórczości, że tak to określę. Taka artystyczna dusza (bez duszy) ze mnie. Zwykle okazuje się, że umiem i na tym się kończy. Rozleniwiam się, bo przecież umiem. Pewne dziedziny można by rozwijać i zająć się sprawą na poważnie, ale jak się mam przekonać, czy warto, czy to jest właśnie to, czy będzie fajnie? Trzeba by się podszkolić, popracować nad sobą, zakupić co nieco. I tu jest pies pogrzebany (nie, psy lubię, grzebać nie lubię), a raczej lenistwo wygrzebane, leży na wierzchu i się rozprzestrzenia, i zakrywa wszystko skutecznie. Dodać do tego trzeba tę dziurę w moim jestestwie, gdzie wsadzić trzeba „zajęcie”. Musi być to coś ciekawego, dochodowego i rozwijającego, coś czym mogę się zająć w życiu, bo ja stabilizację jednak lubię, chociaż się bronię. Leci tak życie przed siebie, a ja siedzę i się w sobie zbieram, obym się ocknęła i oby nie było za późno… Tak to u mnie jest.

    • Ray Grant

      No właśnie ja mam sześć różnych rzeczy rozgrzebanych, którymi bym się mógł W ZASADZIE zająć… kowalstwo było o tyle inne, że ja nie mogę tego nie robić. Nie ma pytania „czy warto” — warto. Czy to właśnie to? — tak. Czy będzie fajnie? — jest. Tak się jeszcze nigdy nie czułem. I dochodowość w tym momencie mało się liczy (na razie to ja płacę za możliwość korzystania z kuźni). Może i u Ciebie chodzi o znalezienie tego jednego zajęcia, w którego przypadku wątpliwości i rozważań nie będzie?

  • Ewa

    Teraz i komentarze doczytałam, więc coś podopisuję 🙂

    Pojawiło się pytanie o różnicę między talentem a predyspozycjami. Wytłumaczę jak to jest wg mnie, na przykładzie malarza (nie pokojowego). Utalentowanego widzę jaki siedzi (od dziecka już) i maluje akwarelami pejzaże, ołówkiem portrety i pastelami budynki. Robi to zachwycająco pięknie i przychodzi mu to z łatwością. Nikt nie tłumaczy mu zasad proporcji, mieszania kolorów i zastosowanie pędzli. Nie śmiać się, taką mam wizję 🙂 Teraz ten z predyspozycjami – rysuje kredkami w szkole i ktoś zauważa, że całkiem ładnie to robi, jak na dziecko. Opiekunowie go posyłają na zajęcia, aby się rozwijał, poznał techniki, itp. Na koniec, w wieku powiedzmy 50 lat, obaj malują wyjątkowo, porównywalnie pięknie lub przerażająco – zależy jak kto odbiera sztukę 🙂 Ale ten z predyspozycjami, chociaż to umie, musiał się natrudzić. Uff… się rozpisałam.

    Trylogia Larssona też mnie pochłonęła i chociaż była prezentem dla mojego partnera, to go wyprzedziłam w czytaniu 🙂

    A propos zmuszania się, to nasunęło mi się coś innego. Ja się „szykuję”. Przygotowuję w głowie, zbieram w sobie, itp. Idzie strasznie wolno, ale taki jest widać u mnie proces. Ale jest coś przerażającego w tym. To, że jedno słowo potrafi mnie momentalnie całkowicie zdemotywować. Przykład (trywialny dla zrozumienia): Ewa wpadła na pomysł! Poprzekłada półki w szafie, wieszak pójdzie na dół, półkę dodatkową się dołoży. Rozgaduje wokoło, że ma wenę na przeróbki. Proces trwa. Mija tydzień, już prawie, już niemal się wzięła. I bum! Przyłazi ktoś i mówi: Miałaś coś z szafą zrobić, a tu ciuchy na krześle porozkładane, coś Ci chyba nie wychodzi. …i tyle, kilka ciuszków z krzesła ląduje w postaci kulki w dolnej szufladzie szafy, a cała inwencja odfruwa spotkać się z horyzontem, bye!

    W życiu nie czytałam książki o rysowaniu oO

    Przeczytałam w życiu od groma książek, patrząc na statystycznego Polaka, to przeczytałam zatrważające ilości książek 😉 Za cholerę nie umiem podać tytułów czy autorów. Masterton na ten przykład, albo King, Mistrz i Małgorzata, Wiedźmin, to znane powszechnie i mnóstwo osób to czytało, więc mi się nasuwa. Ale muszę się grubo zastanowić co tam jeszcze było, z 20 bym ogarnęła… Hasła do kont w serwisach pamiętam (a mam wszędzie inne), PIN, numery telefonów, nie mam autouzupełniania w przeglądarce. To jaki ja mam ten typ umysłu? 🙂

    • Ray Grant

      Wydaje mi się, że bardziej mnie przekonuje tłumaczenie bohaterpozytywnej — z tym, że w jej ujęciu nie ma chyba czegoś takiego jak predyspozycje do rysowania, bo niby jakie, palce z większą ilością stawów? 😉

      Samego siebie postrzegam talent-wise tak, jak to opisała Erika Jong — „dabbles brilliantly in half a dozen talents/and thus embellishes, but does not change our lives”. Nie mam żadnego WIELKIEGO talentu, tylko kilka małych (predyspozycji?) — nie umiałem od dziecka malować, rysować, grać, etc. na niesamowitym poziomie, za to byłem posyłany na zajęcia celem rozwijania się 🙂

      Szykowanie u mnie absolutnie funkcjonuje tak samo! Ja to mam z pisaniem. Już w szkole, kiedy mieliśmy klasówki z polskiego, z dwóch godzin pierwsze 40 minut spędzałem gapiąc się w ścianę i „szykując”, po czym brałem pióro i pisałem, aż mi się inspiracja kończyła, dodawałem zakończenie pracy i dostawałem trójkę. Chciałem powiedzieć, piątkę… 😉