Jestem dziwnym człowiekiem

Ostatnio przeprowadziłem dwie rozmowy, które obnażyły po raz kolejny moją dziwność, jeśli chodzi o interakcje międzyludzkie. Jedna rozmowa była z Irlandczykiem, który tego nie przeczyta, ale druga nie, więc.

Jestem dziwnym człowiekiem. Przez co chcę powiedzieć – między innymi – to, że nie do końca umiem w ludzi. Przez długi czas miałem z tym straszny problem. Kiedy jestem w stanie hipomanii, co mi się w ostatnich latach rzadko zdarza, jestem ekstrowertykiem, duszą towarzystwa, uwiodę każdego, kogo się da, przekonam Cię do każdego pomysłu i tak dalej. Kiedy jestem w stanie, powiedzmy, stabilnym, jestem mniej towarzyski, a kiedy jest dołek, jest jeszcze trudniej. Ale ogólnie jeśli chcesz prowadzić ze mną interakcje w realu, najpierw polecam przeczytanie poniższego tekstu…

Po pierwsze primo: twarze i imiona.

Pewnego wieczoru Jos poznał w barze pana, rozmawiali sobie i Jos mu się przedstawił, dodając:

– Mam problemy z zapamiętywaniem twarzy i nazwisk, więc jeśli już się sobie przedstawialiśmy, to przepraszam.

– Tak – odpowiedział dżentelmen. – Mówiłeś to też poprzednie dwa razy.

TO JA. Jeśli nie znam Cię naprawdę dobrze, lub nie widzieliśmy się przez dłuższy czas, prawdopodobnie minę Cię na ulicy. Jeśli mnie zaczepisz, istnieje możliwość, że po minucie niezręcznej rozmowy spytam, kim jesteś. Co gorsza, miesiąc później ta sama sytuacja powtórzy się, a ja znowu spytam, skąd Cię znam.

Kilka miesięcy temu zaczepił mnie nieznajomy (…) człowiek. Rozmawialiśmy sobie kilka minut, po czym spytałem go obcesowo, skąd się znamy. (Najgorsze, że zaczął od „hi Ray!”) Okazało się, że był to reżyser teledysku mojego przyjaciela. W teledysku przez kilka sekund widać moje plecy. Siedziałem na planie, owszem, przez trzy godziny, ale nastąpiła mocna obsuwa czasowa, więc sobie poszedłem. Miałem wtedy zupełnie inną fryzurę i generalnie głównie rzucały się w oczy (moim zdaniem) tatuaże, ale on rozpoznał mnie w zimowych ciuchach.

Tydzień później znów zaczepił mnie nieznajomy człowiek. Jako plus policzę sobie, że tylko pięć minut zajęło mi przypomnienie sobie, że to ten sam i jak się nazywa. Za trzecim razem nawet go rozpoznałem, ale na wszelki wypadek się nie odzywałem, gdyby miało się okazać, że to jednak nie on. Rozwiązał problem, witając się ze mną.

Wniosek: jeśli mnie znasz, widzisz na ulicy, w knajpie, gdziekolwiek, a ja minę Cię bez słowa, proszę, ODEZWIJ SIĘ. Nie obrażaj, jeśli poproszę o powtórzenie imienia. Wspominałem o tym ostatnio. Jeśli zmieniłeś fryzurę, najpewniej Cię nie poznam, a kiedy już poznam, nie będę pewien, czy fryzura się na pewno zmieniła, więc prawdopodobnie nic na ten temat nie powiem.

Dodam tu, że jednym z powodów, dla których wyglądam, hm, specyficznie jest moja głęboka niewiara w to, że istnieją na świecie ludzie, którzy umieją rozpoznawać twarze. Łatwiej jest mi powiedzieć „szukaj faceta z blond warkoczem i tatuażem na głowie”, niż samemu rozpoznać osobę, którą widziałem na trzech zdjęciach zrobionych nawet w trochę innym oświetleniu.

Po drugie primo: jak się ze mną umówić.

Przede wszystkim z wyprzedzeniem. Posiadam tajemnicze uszkodzenie umysłowe, które uniemożliwia mi spotkanie „zaraz”. Wyjątków jest niewiele i są nimi generalnie bardzo mi bliskie osoby, jak na przykład Jos czy Eugenia, tudzież osoby w potrzebie – jeśli np. miałaś wypadek, będę u Ciebie tak prędko, jak doniesie mnie wybrany środek lokomocji. Jednym z powodów, dla których moje życie erotyczne jest mniej ekscytujące, niż wydaje się wielu osobom jest moja niemożność spotkania się „zaraz”, „dzisiaj” lub „za godzinę”. Nie da się. Jutro, w porządku. Za godzinę? Nie ma mowy.

Pozdrawiam tutaj kolegę, który chciał się spotkać w odpowiadającym mi miejscu i czasie, tyle, że to miało być za kilka godzin. To nie Twoja wina. Każdego potraktowałbym tak samo. Nie mogę się tak umówić, jest to dla mnie niewykonalne. W stanie hipomanii, byłbym na miejscu zanim jeszcze skończylibyśmy rozmowę i w oczekiwaniu poderwał barmana, w dowolnym innym stanie dwubiegunówki jest to dla mnie rzecz niemożliwa i nie umiem tego wytłumaczyć.

Umawiając się ze mną trzeba mieć też wiele cierpliwości, ponieważ z uwagi na ultra-ultra-rapid cycling czasami wygląda to tak, że mamy się spotkać w poniedziałek, ale nie mogę, albowiem gdyż nie umiem wyjść z domu, więc może w środę, ale w środę nie schodzę z kanapy, bo oddychanie sprawia mi problem, więc może w piątek – w piątek już mogę, ale dużo osób w międzyczasie się obraziło. Wyautowałem się jako bipolar właśnie dlatego, że odwołany trzy razy kumpel przestał się do mnie odzywać i poczułem potrzebę wytłumaczyć wszystkim znajomym hurtem, co się właściwie dzieje, zamiast wciskać kit, że jestem przeziębiony.

W tej chwili – po podniesieniu dawki lamictalu – moje „cykle” zwolniły. Z jednej strony mi się to podoba (kiedy jest dobrze), a z drugiej nie (kiedy jest źle). Bo zamiast mówić „dzisiaj nie mogę, ale może w piątek” muszę rzec „dzisiaj nie mogę, ale może w lutym”. Nie, nie czuję się z tym dobrze. Nie, nie mam na to wpływu. Nie, nie jest to Twoja wina, nie usiłuję się wymigać, gdybym nie chciał się spotkać, powiedziałbym to wprost – taki jestem (rzekł Stachursky, chyba). Znowu, część znajomych tego nie rozumie i w związku z tym się już nie widujemy.

Po trzecie primo: imprezy.

Dopiero ostatnio pozwoliłem sobie przestać się czuć winny dlatego, że nie umiem imprezować.

Zgromadzenie towarzyskie, w jakim mogę brać udział to maksymalnie cztery osoby, wliczając Josa. Pięć zaczyna mi sprawiać problem. Kiedyś zmuszałem się do chodzenia na rozmaite otwarcia, dansingi i tym podobne urodziny, spędzając czas na udawaniu, że jestem rośliną doniczkową i patrzeniu na zegarek celem sprawdzenia, czy mogę już iść. Nawiązywanie kontaktów z JEDNĄ nieznaną osobą to dla mnie żaden problem, ale na większości imprez ludzie łączą się w grupki. Nie umiem dołączyć do grupki. Kiedyś umiałem, ale mi przeszło. Umiem stać obok, udając, że dołączyłem, ale rozmawiające żywo osoby albo nie zauważają, że się wśród nich znajduję, albo – co gorsza – zapada cisza i osoby się na mnie patrzą. O patrzeniu za chwilę.

Dlatego więc nie obrażaj się, jeśli zapraszasz mnie na urodziny, wesele, tańce, hulanki lub swawole, a ja grzecznie odpowiadam, że nie przyjdę. Jest dla mnie dużym osiągnięciem uświadomienie sobie, że nie ma powodu, żebym się skazywał na autentyczne cierpienie po to, żeby wytrzymać półtora godziny w towarzystwie osób, których nie znam, spędzić z Tobą półtora minuty i uciec do domu. Zamiast tego zapewne zaproszę Cię na kawę, obiad czy inne ciastka, dzięki czemu spędzimy razem o wiele więcej czasu, a ja nie będę musiał dołączać do grupek.

Po trzecie primo B: Nie patrzcie się na mnie.

Wiem, że człowiek, który się ubiera i, powiedzmy, stylizuje jak ja prosi się, żeby na niego patrzono, ale zupełnie nie umiem sobie z tym radzić. To znaczy – jeśli idę ulicą i ludzie na mój widok gubią szczęki, uśmiechają się lub nawet krzywią, jest spoko. Natomiast w przypadku, gdy jestem np. na czyichś urodzinach i zauważam, że kilka osób po cichu rozmawia i spogląda w moim kierunku, naturalną reakcją jest ucieczka. Przy czym osoby mogą rozmawiać np. o tym, że jestem zajebiście piękny, niezwykle inteligentny, mam tyle talentów, że wylewają mi się uszami. Mogą spoglądać, śliniąc się lekko. Jednak nie potrafię na to zareagować w żaden sposób, który podobno dostępny jest „normalnym”. Jednym z powodów, dla których nie bywam w darkroomach i tym podobnych miejscach jest nieumiejętność nawiązania kontaktu wzrokowego. Jeśli na kogoś patrzę, a ten ktoś spojrzy na mnie, natychmiast spuszczam wzrok lub udaję, że w rzeczywistości przyglądam się ścianie za nim. Może jest to naturalne w metrze lub autobusie, ale w darkroomie (lub na urodzinach kumpla) poniekąd o to chodzi. Nie umiem i już. Podejdź i zagadaj. Jednoosobowo. Tylko bez macania.

Po czwarte primo: macanie.

Ostatnio ktoś wspomniał, że rzekomo nie lubię, jak się mnie dotyka, a w szczególności ściska. Bardzo lubię! Ubóstwiam uściski i tule, grupowe, pojedyncze, w ogóle jestem macantem (towar macnięty należy do macanta). TYLKO najpierw należy się ze mną zapoznać. Osoba, która dotyka mnie, zanim poznam jej imię, wzbudza we mnie natychmiastową nienawiść, nawet jeśli nie stosuje technik NLP, tylko po prostu tak ma. Ja tak nie mam. Jeśli znamy się pięć minut i porozmawialiśmy na temat dowolny, można mnie obejmować, całować w policzek, jeśli jesteś brodaczem – nawet łapać za udo. Jeśli się nie znamy, łapy z daleka. To znaczy, możemy je sobie uścisnąć. W Holandii całowanie w policzki przy poznawaniu się jest normalne i to zniosę również bez problemu. Uściski jednak zarezerwujmy na drugą randkę… chciałem powiedzieć, że możemy do nich przystąpić po pięciu minutach rozmowy. Przy czym rozmowy wirtualne też się liczą; jeśli znamy się online od sprzedwojny, zachęcam do padania mi na szyję. A osoby, z którymi się przyjaźnię, lub które kocham wiedzą, że jak zaczniemy się ściskać, to lepiej, żeby miały najbliższą godzinę wolną 😉

Po piąte primo: telefon.

Jakiś czas temu wrzuciłem na Bunia „10 cech introwertyków” i ktosia się na mnie (i nie tylko) obraziła za informację, że czasami z premedytacją nie odbieram telefonu.

Cóż. Jeśli to dla Ciebie obraźliwe, raczej się nie zaprzyjaźnimy. Na czym ucierpi nasza telefoniczna komunikacja, bo kiedy się już zaprzyjaźnimy, odbiorę zawsze. Nie umiem odbierać telefonów od nieznanych mi numerów. („Numer prywatny” muszę odbierać, bo może to być ubezpieczalnia, szpital lub urząd pracy, ale robi mi to krzywdę.) Czasami nie umiem też odbierać telefonów od kogoś, kogo znam, ale niezbyt blisko. Nie mam wytłumaczenia tego fenomenu. Na zdrowy (?) rozum wydaje mi się, że chodzi o to, że brak mi komunikacji pozawerbalnej. Ale tak naprawdę po prostu nie radzę sobie z tym i nie wiem, czemu. Tak więc osoby, które znam średnio dobrze proszę, żeby komunikowały się ze mną za pomocą Whatsappa lub SMSów. Lub maili. Lub Bunia. (Za chwilę szóste primo.) Jeśli ktoś MUSI dzwonić, to nasza znajomość się nie rozwinie. Taki jestem (Stachursky? Męczy mnie to teraz.)

Po szóste i ostatnie primo: Facebook.

Wycofałem się. Kiedyś spędzałem na Buniu godziny, wdając się w gorące dyskusje, polityczne i nie tylko. Potem zacząłem się z tych dyskusji wycofywać. Następnie – blokować. Nie do wiary, jak uprzyjemniła mi życie możliwość blokowania znajomych znajomych. Niewątpliwie wiele tracę na zawężaniu sobie poglądów wyłącznie do tych zgodnych z moimi, ale chęć tłumaczenia fanom krula, dlaczego tkwią w mylnym błędzie już mi zupełnie przeszła. „Wszystkie kobiety to dziwki” – blok. „Spierdalajcie lewagi lol” – blok. „Ci studenci protestujo bo so niedoinformowani i inspirowani prz–” blok. (Tu załączam brak pozdrowień dla posła Pawłowicz.)

Potem zamknąłem konto zupełnie i utworzyłem konto-ducha do uaktualniania funpagów. Mam na nim dosłownie kilkunastu znajomych, z którymi nie mam żadnego innego kontaktu. Nie wrzucam na walla właściwie nic. Może jedno zdjęcie (NIEprzedstawiające mnie) w tygodniu. Nie da się mnie zidentyfikować po profilu. Jednak czasami ktoś się domyśli i wyśle mi zaproszenie. Wtedy grzecznie przepraszam i zawiadamiam, że nie przyjmuję nikogo do znajomych, albowiem gdyż unikam informacji, które mogą mi zrobić krzywdę.

Zaczęło się tak naprawdę od Frumpa. Na temat prezydenta-erekta mnóstwo ludzi miało opinie, pozytywne i negatywne, wrzucali artykuły, memy i tak dalej, a od każdego robiło mi się trochę gorzej. Aż zamknąłem konto. Na nowym oglądam kotki, lodowce i brodaczy. Wróciłem do oryginalnego i wyciąłem w pień znajomych, aż zostało 100. Ale i to okazało się nadmiarem. Konto jest znów zamknięte. (Przy okazji kilka osób się na mnie obraziło, bo wydawało im się, że zostały zablokowane. W tym tempie niedługo krąg znajomych skurczy mi się do czterech osób.) Część znajomych wystraszyła się, że coś jest nie tak. Wszystko w porządku, kochani. Nie zablokowałem Was. It’s not you, it’s me.

Skoro już o sołszjal medjach: nie umiem oglądać filmików trwających powyżej 2 minut. Chyba, że jest to np. wywiad z Madonną, albo odcinek Wikingów. Wtedy już po kilku tygodniach obejrzę, alibo nie. Mój brat przysłał mi klip Louisa C.K. Jestem pewien, że to bardzo ciekawy i śmieszny występ, ale nie obejrzałem go nadal. Mam go w ważnych mailach, jest ich w tej chwili 43. Jest w nich dużo linków do filmów, które obejrzę w wolnej chwili. Znając siebie przewiduję, że wolna chwila nastąpi jakoś tak nigdy. Bardzo Was przepraszam. Taki jes…

Wersja TL;DR: jestem dziwnym człowiekiem. Na tym skończę.

A Wy bywacie dziwni?

  • Też jestem dziwna. Nie aż tak, jak dziesięć lat temu i bez porównania ze skłębionym kłębowiskiem dziwności, którym byłam siedemnaście lat temu. Ale jednak.
    Z zasady unikam zapraszania rozmaitych ludzi do domu. Chętnie odwiedzę pielesze kogoś, kogo znam od kilku godzin. Natomiast do siebie nie zabiorę go i już. Nie trzymam tu kolekcji brylantowych jaj Faberge ani psa-mordercy; zwyczajnie – myśl o pokazywaniu drugiemu człowiekowi TAK WIELE Z SIEBIE jest mi wstrętna. Moje mieszkanie od środka oglądają: aktualny partner oraz naj-najbliźsi z przyjaciół. Matka regularnie próbuje się wprosić, ale jeszcze jej się nie udało. My home is my castle. Myśl o urządzeniu imprezy (TYLU OBCYCH LUDZI W MOIM KIBLU!) budzi we mnie cofkę kulinarną.
    Telefony odbieram, gdy czekam na kuriera albo Szalenie Mi Zależy – poza tym też nie. Twarze i imiona zapamiętuję wtedy, gdy osoba szalenie mi się spodobała albo wręcz przeciwnie. Troszeczkę lepiej rozpoznaję mężczyzn niż kobiety, chyba, że noszą okulary. Ludzie w okularach wydają mi się more or less identyczni i m.in. dlatego tak nie cierpię nosić swoich.
    Najgorzej, gdy nie jestem pewna, czy rozmawiam na czacie z Kasią, czy z Asią* – przysięgłabym, że ich fotki profilowe niewiele się różnią.
    Mam też kłopot z przetłumaczeniem sobie twarzy z fotki na twarz w trzy de – ilekroć umawiam się z kimś na mieście, przeżywam mikroataczek paniki, że jej/jego nie poznam. Na szczęście osoby poznają mnie.

    Ciężko wiarygodnie wyjaśnić światu, że to wszystko nie dlatego, iż mamy go w zadzie.
    Tulę, tak poza wszystkim.

    *imiona fikcyjne.

  • Krzysztof

    Bywacie? Ciesz się, że mnie nie znasz 😉

    • Ray

      Rozwiń, trochę poznam 🙂

  • Ja z telefonami mam fazy. Z jednej strony naprawdę lubię ploteczki i zdarzało mi się wisieć na telefonie godzinami. Ba, pracowałam w callcenter* oraz jako menago, gdzie mnóstwo spotkań ustawiałam telefonicznie. Wydawałoby się, że to dla mnie najłatwiejsza sprawa na świecie.

    I wtem wchodzi ona, cała na czarno… W sensie: depresja. I zabiera ze sobą kumpli. W sensie: stany lękowe. I to jest ten moment, kiedy mogę patrzeć na telefon tak długo, aż się rozładuje, ale nie odważyć się wykręcić numeru, a o odebraniu obcego – mowy nie ma.

    ________
    * w wirtualnym callcenter, tj. z domu; dlatego nie miałam świadków, jak w połowie dnia dostałam ataku histerii pt. „boję się kliknąć *połącz*”

    • Ray

      Dzwonienie np. do banku zajmuje mi niekiedy dwa dni, ale odkryłem sposób. Pro-tip: poprosić Josa, żeby zadzwonił za mnie. 🙂

  • Sam

    Aż musiałem sprawdzić czy to nie ja pisałem ten tekst. Zbyt wiele się zgadza. 😉
    Nie jestem w stanie oglądać np. vlogerów czy filmików do nauki języków obcych, słuchania audiobooków bo nie wytrzymuję a zmuszanie mnie do tego (zwłaszcza bez pauzy) mogło by się skończyć agresją. Chyba irytuje mnie sposób w jaki ludzie mówią. Jest krucho jak nie ma transkrypcji tekstu albo jak nie mogę zapauzować i wracać co jakiś czas. Moje zeszyty ze studiów pełne są obrazków, opowiadanek, dyskusji toczonych równolegle, bo siedzenie i słuchanie wykładowcy, nawet jak mówił o interesujących mnie rzeczach było ponad moje siły. Wolę czytać.

  • 1-3: mam tak samo. 4 – podobnie. 5-6… różnie bywa, ale raczej nie.

  • Lurkerka_Borgia

    O rany! Pierwszy raz spotykam się z człowiekiem, który się przyznaje do nierozpoznawania twarzy! Oczywiście wiem, że takie zjawisko istnieje i nawet ma naukową nazwę, ale jakoś wszyscy ludzie w moim otoczeniu są w stanie zapamiętać np. nowego współpracownika od pierwszego razu. Ja nie. Momentami bardzo mi to utrudnia życie – w relacjach towarzyskich mogę uprzedzić nowo poznaną osobę, że prawdopodobnie nie rozpoznam jej przy kolejnym spotkaniu, ale w pracy tego nie zrobię. A akurat mam taką, gdzie się spotyka dużo ludzi… (żeby nie było: bardzo lubię moją pracę. Po prostu z rozpoznawaniem twarzy byłoby mi lepiej).

    I też nie lubię oglądać klipów itp., a już „ustne blogi” to coś, czego kijem nie tknę – przecież ten sam tekst napisany przeczytałabym kilka razy szybciej, zamiast słuchać jak ktoś gada i gada. O dziwo, dotyczy to tylko nagrań, a nie spotkań na żywo.

    Tak więc mamy parę punktów wspólnych, chociaż ja nigdy za osobę dziwną się nie uważałam. Ale wolę nie wiedzieć, co o mnie myślą koleżanki z pracy 😉

    • Ray

      +1 do Ciebie i @Sam. Podcasty to coś, co mi nie jest dostępne. Do słuchania to jest muzyka. Lub, dokładnie, spotkania w 3D 🙂

  • Ewa

    Skoro sporo ludzi „też tak ma”, to czemuż to wszystko nadal można wrzucić do działu dziwactw?
    Ja mam też tak i nie, że tak zwyczajnie, ja tak mam kompletnie poważnie. Też mówią, że jestem dziwna…

    Jestem w Anglii od trzech lat i mam znajomych (nie za wiele), ale przyjaciół brak. Wydaje się, że nikt nie rozumie, mimo tłumaczenia, czemu ja się tak zachowuję, bo przecież „mogłabym czasem inaczej”.
    Ok, nie poznaję ludzi, ale tę osobę przecież znam! No, może i tak, ale nie widziałam jej od kilku miesięcy… A tamtej nie poznaję już czwarty raz! No, ale ciepło się zrobiło i już nie nosi tej żółtej kurtki… Jak mogę po raz kolejny pytać o imię? Tak mam, ech…

    Umówić się ze mną…
    Czasami nawet mam jakiś wieczór, że się na ten przykład zaloguję na meetup czy cokolwiek i zapiszę się na SPOTKANIE Z LUDŹMI, rano już mi to brzmi jak chwilowe zaćmienie umysłu.
    Ja nawet na lunch z jedną osobą muszę być proszona 3 razy i wtedy mi głupio już odmówić, a niewielu jest tak cierpliwych.
    Więcej niż trzy osoby… W sumie już spotkanie trzech wygląda jakby te dwie się znały a ja tam jestem przypadkiem, albo tak sobie siedzę, żeby się pogapić.
    W 1:1 bywam bardzo gadatliwa.

    Tu się ludzie uśmiechają do siebie, ale jak się do mnie uśmiechnie dwoje ludzi na raz, to ja już jestem przekonana, że oni ze mnie drwią… Uraz z dzieciństwa pewnie, bo ani dzieci ani dorośli w polska nie ukrywają swoich ekspresji w stosunku do „innego” dziecka 🙂

    Następne masz macanie, to ja tylko powiem, że chciałabym żeby zewnętrzna warstwa mojego obszaru ochronnnego raziła prądem.
    Oczywiście z wyjątkami.

    Telefon jeśli wydaje dźwięk dłuższy niż sekundę, powoduje u mnie przyspieszony, bardzo nawet, rytm serca. Nawet nie wspominam o działaniu nieznanego numeru.

    Mój fb jest pełny sztuki i rękodzieła. Jeden lokalny portal, jedna stronka z info od autobusów i sporo psów. Niestety czasem ktoś wrzuca coś na temat jak to nieładni panowie zrobili pieskowi cośtam. No nie znalazłam tylko pozytywnych newsów o pieskach czy innych wydrach.

    Teraz, żeby nie było… Oglądam filmiki. Nawet długie 🙂 Nieraz jednak chwila jest nieodpowiednia i wrzucam do ulubionych „na potem”, przy czym lista jest już tak długa, że zajrzenie do niej jest poniekąd stresujące.

    Widzisz, nie komentowałam u Ciebie od kilku miesięcy i zobacz co się stało. Mam nadzieję, że lubisz elaboraty.
    Generalnie dążyłam do tego, że nie jesteś taki sam 🙂
    Tulu tulu!

    • Ray

      Sporo, obawiam się, w bańce tak ma. Zwykli ludzie podobno umieją rozmawiać przez telefon 🙂

      Spisałem te rzeczy po części dlatego, że wreszcie się nauczyłem je sobie wybaczać. Kiedyś miałem parcie, że „przecież muszę się wybrać na te urodziny, bo zrobię przykrość”. Teraz mi przeszło. Mam pewne granice i nie pcham się za nie, bo potem za to płacę.

      Re: uśmiechanie, kiedyś mi się ZAWSZE zdawało, że np. jeśli w autobusie ktoś się śmieje, to ze mnie. Przeszło parę lat temu. Nie wiem, skąd się wzięło, być może właśnie z dzieciństwa.

      Nieładnych panów od pieska błyskawicznie usuwam z feeda, a jeśli ktoś ma tendencje do wrzucania takich rzeczy, robię unfollow. Czasami Bunio robi numer pt. „znajomy twojej znajomej opublikował”, wtedy znajomy zostaje zablokowany, znajoma nie. A po pozytywne newsy o pieskach i wydrach zapraszam oczywiście na http://www.facebook.com/masazmuzgu 🙂

      Mam w tej chwili otwarte dwa taby z wywiadami z George’m Michaelem. Bardzo chcę je obejrzeć. Kiedyś. W przyszłości.

      Pozdro i tulu wzajemnie! A elaboraty bardzo lubię. W ogóle lubię czytać. Tylko słuchać (podcastów) nie.

  • aselniczka

    O rany…

    1: Telefony – nie mam problemu z odbieraniem, nawet anonimowych, ale zadzwonić do obcej osoby/instytucji… z tego powodu nie umówiłam się na wizytę lekarską, którą powinnam odbyć w grudniu, nie dopytałam o rozwiązanie problemu dotyczącego projektu, który prowadzę, nie załatwiłam zwrotu nadwyżki czynszu (a kasa by mi się przydała..)

    2: Ludzie – jednocześnie kocham ich i nienawidzę. Uwielbiam wręcz spotkania z ludźmi, z którymi czuję się komfortowo i swobodnie, których lubię. Cierpię, kiedy przebywam choćby w jednym pomieszczeniu z osobami, za którymi nie przepadam. Może to brzmi jakoś banalnie, ale ostatnio to cierpienie jest niemal fizyczne.. I can’t get over it. Ale nawet spotkania z ludźmi, których uwielbiam ostatnio dość mocno odchorowuję – po wejściu do piżamy w piątkowy wieczór, potrafię z niej nie wyjść do poniedziałkowego poranka.

    3: Spotkania – z powodu powyższego potrafię w ostatniej chwili odwołać spotkanie (czyt. randkę). Jeśli z kimś niekomfortowo mi się pisze, to panikuję i migam się durną wymówką. Dzisiaj SPRÓBUJĘ. Aczkolwiek siedzenie w domu, binge-oglądanie dowolnego serialu, cięcie papieru na drobne kawałeczki i przyklejanie ich na większy kawałek papieru wydaje mi się lepszym planem na ten piątkowy wieczór…

    4: Rozpoznawanie ludzi – RÓŻNIE. Ostatnio jedna dziewczyna obruszyła się, ponieważ podobno poznałyśmy się już co najmniej cztery razy. Tyle że jeśli łażę na imprezy z ludźmi, których widuję raz, dwa razy do roku, to ich nie poznaję. Muszą być w jakiś sposób charakterystyczni, żebym ich zapamiętała. Ostatnio straszliwie się sfrustrowałam przy oglądaniu The Magicians, bo niemal wszystkie bohaterki, oprócz jednej, wyglądały podobnie i miałam wrażenie, że to ta sama osoba.. Z imionami jest za to dużo gorzej… Z powodu rosnących dziur w mózgu czasem wypadają mi imiona dość bliskich znajomych -_-

    5: Dźwięki – czasem czuję się jak zwierzę (kot), jeśli chodzi o dźwięki. Żałuję, że nie mam ruchomych uszu, które mogłyby się skulić. Najgorsze, absolutnie najwstrętniejsze są dźwięki jedzenia. Konkretnie – chrupanie. A że w pracy siedzę w pokoju z dziewczynami, które się zdrowo odżywiają (czyt. świeże warzywa, wafle ryżowe etc.), to w odwodzie muszę mieć zatyczki do uszu. Nie chodzi tylko o jedzenie – czasem głośne mówienie, albo rozmowy podczas zebrania/prezentacji/przekazywania informacji w grupie – to budzi we mnie lęk i agresję.

    6: Spojrzenia – gdy ludzie przyglądają mi się na ulicy, to zawsze wydaje mi się, że mi się coś przyczepiło do twarzy. W ogóle nie rozumiem, dlaczego ludzie się na siebie patrzą – a już na mnie to w ogóle. Prawie nigdy nikomu nie patrzę w twarz. Mam też problem z patrzeniem w oczy, ale dotyczy to chyba tylko osób, z którymi nie do końca komfortowo się czuję. Często uciekam wzrokiem w bok, za plecy osoby, z którą rozmawiam – często ktoś myśli, że zobaczyłam kogoś znajomego. Mam jakieś takie poczucie, że patrzenie w oczy jest czynnością ogromnie intymną.. Hm, nie umiem tego do końca wyjaśnić.

    7: Podcasty i filmiki – nie umiem oglądać filmików na YT, ale czasem się przekonuję. Podcasty, słuchowiska, audiobooki – przydają mi się, jeśli robię pracę, która jest, powiedzmy, wizualna, a nie słowna. Przy pisaniu tekstu nie umiałabym słuchać innego tekstu/narracji. Przy rysowaniu czegokolwiek, liczeniu drzew, czy choćby gotowaniu – uwielbiam historię w tle. Moje binge-watching jest z reguły bardziej binge-listening, actually. Za to w piosenkach bardzo często – szczególnie przy pierwszych kilku przesłuchaniach – niemal w ogóle nie zwracam uwagi na tekst. Bardzo ciężko mi zrozumieć – nawet po polsku – o co chodzi w piosence. Słowa są jakimśtam elementem melodii. Tego też nie do końca umiem zrozumieć, bo niektóre piosenki mają dla mnie ogromne znaczenie właśnie ze względu na słowa. Hm.

    Iiiii to chyba większość „dziwności”. Większość mi nie przeszkadza w życiu, ale ponieważ od października zaliczam spektakularny dół, część z tych rzeczy boli mnie niemal fizycznie. I tak jak spędzenie weekendu w piżamie mnie normalnie nie boli, bo jest opcją i mogłabym robić również coś innego, tak teraz mam wrażenie, że jest jedynym możliwym wariantem, żebym mogła w miarę normalnie funkcjonować w tygodniu.

    Ściskam! (wirtualnie 😉 )

  • falka

    Ray, pomijając epizody hipomanii (ja mam tylko depresję), to jakbyś pisał o mnie. Większych grup się boję, bo nie tylko twarze (o czym poniżej), ale mam problemy z wyłuskiwaniem dźwięków przy dużym tle, czyli nie jestem w stanie nawet śledzić konwersacji w dużej grupie ludzi, nie mówiąc już w ogóle o uczestniczeniu w niej. Telefonów staram się nie odbierać, do tego stopnia, że sama przed sobą udaję, że nie zauważyłam połączenia (bo przecież mogłam, telefon daleko leży na stole, a nie w kieszeni) i po chwili piszę smsa :D.

    Natomiast jeżeli chodzi o twarze – tak jak wspomniałam pod wpisem na FB – nieumiejętność rozpoznawania twarzy to prozopagnozja. Zdaje się, że w mózgu jest konkretny ośrodek do tego, który uczy się rozpoznawania twarzy po narodzinach. To znaczy, że po pierwsze – nawet jak ten obszar jest nieuszkodzony, to i tak coś w czasie uczenia może pójść nie tak, po drugie – że ludzie znacznie lepiej sobie radzą z rozpoznawaniem swojego typu etnicznego (bo takie twarze widzi dziecko na samym początku). Stąd pewnie przekonanie, że wszyscy Chińczycy wyglądają tam samo. Co ciekawe, wydaje się, że ta zależność propaguje się nawet na programy do rozpoznawania twarzy pisane przez ludzi o określonej etniczności (rasie).

    Ja to w ogóle przez pierwsze 20-kilka lat nie wiedziałam, że mój problem polega właśnie na rozpoznawaniu, a nie na pamiętaniu, twarzy. Po prostu założyłam, że wszyscy z grubsza wyglądają tak samo i że to inni ludzie mają jakieś nadprzyrodzone zdolności w wyszukiwaniu tych różnic :D. Ale potem okazało się (bo nawet robiłam profesjonalny test na uniwersytecie), że mój wynik to jakieś 48%. Mediana (nawet nie średnia!) była 83%… I to się w sumie potwierdza – zdażyło mi się nie rozpoznać m.in. mojego młodszego brata, część trochę dalszej rodziny jest dla mnie zupełnie nie odróżnialna z wyglądu, oraz siebie (‚O, mam podobne ubranie. O, w sumie to mam takie samo ubranie. O, tak własciwie to moje odbicie’. Kurtyna). O notorycznie ignorowanych na ulicy znajomych nie mówię, już się przyzwyczaili, albo przestali być znajomymi.

    Skutkiem ubocznym tego wszystkiego jest moja średnia umiejętność rozpoznawania rasy, płci i wieku (po pomyłce o prawie 30 lat odpuściłam sobie jakiekolwiek próby). Jak ktoś coś w sobie zmieni, to albo go zupełnie nie poznam, albo nic nie zauważę. Lubię, jak ludzie się czymś wyróżniają z wyglądu, bo wtedy mogę pamiętać tatuaż na głowie, a nie jakąś tam twarz. Za to rozpoznaję ruchy (łatwiej mi rozpoznać kogoś z daleka niż z bliska) i głosy.

    Tak więc, wszystkim niezdiagnozowanym, a podejrzewającym, polecam poczytanie o prozopagnozji, wiele rzeczy staje się jasne…

  • falka

    A, i jeszcze jedno – były teorie łączące problemy z rozpoznawaniem twarzy z czytaniem. Tzn. wydaje się, że te ośrodki w mózgu są dość blisko siebie i być może w trakcie rozwoju czasami coś idzie nie tak i jeden z nich rozwija się kosztem drugiego. I faktycznie wiele znanych mi osób z tym problemem zaczęło czytać dość wcześnie. Ale z drugiej strony, to upośledzenie często też się pojawia w rodzinach (u mnie np. ma to moja babcia, jej dzieci – czyli moja matka i wujek, no i ja. Ale np. mojemu bratu się udało – ma wręcz zbyt duże umiejętności w tym zakresie), więc pewnie jest więcej niż jedna przyczyna. Oczywiście można też mieć prozopagnozję nabytą, jak w przypadku „Mężczyzny, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”.

    • Ray

      o_O Z tymi ośrodkami trafiłaś w dziesiątkę, nauczyłem się czytać samodzielnie mając 4 lata… Wieku też nie umiem rozróżniać, obwiniałem o to zawsze kobiety w mojej rodzinie, wszystkie wyglądają sporo młodziej, niż rzeczywistość skrzeczy. Moja babcia poszła kiedyś do lekarza, ten pyta, ile babcia ma lat. Ona: 75. Lekarz: Proszę pani, ja nie mam czasu na wygłupy…

    • Ray

      „These are your results from the Exposure Based Face Memory Test.

      You got 52 of 75 questions correct. The average score is 63.7. Your score is higher than 2.33% of other people who take this test.”

      Nie wiem, czy się cieszyć, skoro prozopagnozja jest od 40 w dół, a ja mam wynik wyższy niż 2.33% ludzi 😛 Ale test był o tyle łatwy, że kilka zdjęć było czarno-białych, jeden pan miał kolczyk w nosie, a parę osób straszne fryzury.

      • Sam

        Też sobie zrobiłem z ciekawości. Miałem lepszy wynik od ciebie, co nic nie zmienia, bo klikałem zdjęcia 2d na kompie w ciągu minuty, etc. A na żywo mam czasem problem z rozpoznaniem klientów, jeśli wyraźnie im się nie przypatrzę albo ktoś w międzyczasie mnie zgada. D:

  • Gatling

    Nienawidzę telefonów. Zwykle nie odbieram, niech poczta głosowa wyłapuje. Oddzwaniam tylko, kiedy nie mam wyjścia… a czasem pozwalam poczcie się przepełnić i chuj, nie ma mnie dla nikogo. Do tego nie umiem odsyłać na czas wszelkich papierów. Zleceniodawcy mnie kochają, not.
    Ludzi słabo ropoznaję, za to psy – idealnie, więc wiem, komu mówić dzień dobry na spacerze z kundlem. Dla pewności kłaniam się wszystkim spotkanym w bloku, chuj wi, czy to nie sąsiad. Wieku nawet nie próbuję zgadywać. Zwłaszcza dzieci, nie ogarniam stadiów rozwoju, a rodzice burzą się na pomyłki.
    #teamdziwnyczlowiek

  • Dziękuję za punkt 1, genialnie opisane, mam to dokładnie. plus „moja głęboka niewiara w to, że istnieją na świecie ludzie, którzy umieją rozpoznawać twarze” TAK. parę innych rzeczy z listy też mam, ale nie telefon, dzwonić umiem.

  • Mój brak pamięci do twarzy jest tematem licznych anegdot, których Wam oszczędzę, bo albo macie podobne, albo i tak nie uwierzycie. Nawet ludzie w moich snach nie mają twarzy.

  • Lurkerka_Borgia

    Wczesne czytanie a twarze… hm, nie pamiętam tego okresu w moim życiu, kiedy nie umiałam czytać, więc coś w tym jest. O, pisałeś jeszcze o unikaniu kontaktu wzrokowego – też czasami sobie myślę, że może nieco lepiej rozróżniałabym obcych ludzi, gdybym na nich patrzyła. To znaczy, tak naprawdę patrzyła, bo jak ktoś do mnie mówi, to z grzeczności patrzę na niego, ale właściwie raczej przez niego.

  • Z.

    Jesteś absolutnie kochany. Ściskam serdecznie (przy założeniu, że się znamy i że sprawi Ci to przyjemność, a nie wywoła dyskomfort ;)).

  • Jestem dziwna. I co mi zrobicie?

  • mania

    Jej, też jestem dziwna w bardzo podobny sposób (nie piszę „tak samo dziwna”, bo sądzę, że każdy z nas jest unikalny). Dawno nie zaglądałam na Twojego bloga, bo miałam dłuuugi epizod mentalnego i emocjonalnego chowania się w kącie za szafą. A Tu taki wpis jakby do mnie 😉 Dziękuję!
    Groetjes,
    Mania
    P.S. Mania to nie zdrobnienie od Marii, jak sądzi wielu, lecz nawiązanie do moich specyficznych stanów świadomości ;-))

  • ik ben een kikker

    0. Bardzo mi się podoba Twoja instrukcja obsługi człowieka. Kocham takie instrukcje. Kiedy kilka lat temu spotkałam Prawdopodobnie Miłość mojego Życia, zachwyciłam się wydawanymi przez nią konkretnymi instrukcjami, jak ją traktować (przy manii z dodatkami były raczej potrzebne), a ona – tym, że przestrzegam tych instrukcji (dla człowieka z zespołem Aspergera niezastępowalnych intuicją).
    Oczywiście, że bywam dziwna, a nawet jestem na stałe. Lista jest długa; teraz się odniosę do wybranych punktów z Twojej:
    1. Zdolność do rozpoznawania twarzy mam niższą niż charakterystyczność własną, to znaczy częściej ktoś mnie rozpozna niż ja jego. Łatwiej zapamiętuję imiona niż twarze, a na dłużej – opowieści niż wspomnienia. W kółeczkach z imionami kojarzę imię nie z twarzą, tylko z miejscem, w którymś ktoś siedział. Podpisuję się czterema łapami pod drugim akapitem komentarza Gatlinga.
    3. Imprezy najbardziej lubię chyba swoje własne, bo nie polegają na siedzeniu i cieszeniu się wzajemną obecnością, tylko na robieniu czegoś. Czegokolwiek: pieczeniu pierników, uganianiu się za cukierkami schowanymi przeze mnie w lesie poprzedniego dnia czy po prostu przemieszczaniu się w określonym kierunku przy użyciu własnych mięśni. Wtedy ludzie się chyba łatwiej, jak to się mówi, integrują. I nie ma tańców. Sporą ulgę, i to całkiem niedawno, sprawiło mi odkrycie, że nie muszę tańczyć, mimo że kiedyś próbowałam się tego nauczyć.
    3B. Brak detektora na przekaz niewerbalny, zwłaszcza bezwerbalny, w tym – spojrzenia. Z interpretacją tonu głosu radzę sobie chyba jednak ciut lepiej niż z rozumieniem wyrazu twarzy.
    4. Przytulać się do mnie mogą bez ograniczeń osoby bliskie (około jednej, może ciut więcej) oraz wszystkie psy i koty. Krowy, świnie, osły, żółwie i tak dalej prawdopodobnie również, choć nie sprawdzały. Nie mam problemu z padnięciem w ramiona na przywitanie osobie, która ukończyła powiedzmy dziesięć lat, nawet jeśli z nią rozmawiam pierwszy raz w życiu. Znacznie gorzej natomiast jest z całowaniem, czy to w policzek, czy w cokolwiek innego. Wskutek pewnych zawirowań życiowych nie całowałam się z żadnym człowiekiem przez kilka lat. Nie zmienił tego związek damsko-męski, nie zmienił ślub, po którym kolejka ludzi składających życzenia nie mogła ucałować panny młodej w makijaż. Zmieniła to dopiero parę lat później koleżanka, która powiedziała: „Od Pewnych Zawirowań Życiowych upłynęło już trochę czasu i w sumie to się zdezaktualizowały, może mogłabyś zacząć z powrotem?” Mówiła to w kontekście kogoś innego, ale ostatecznie to ona jest główną beneficjentką 🙂 Obecnie mam tak, że nie przepadam za całowaniem aseksualnym, ale jeśli na tym zależy komuś, na kim mnie zależy, to jestem w stanie się zmusić. Chyba że jesteś zwierzęciem, wtedy nie muszę się zmuszać.
    5. Dzwonić telefonem nauczyłam się w szóstej klasie podstawówki, czyli relatywnie późno, ale od tego czasu raczej nie miałam z tym większych problemów. Ale ostatnio ich trochę mam. Boję się odbierać telefon od osób bliskich, które nie popierają moich wyborów życiowych, bo niezależnie od dobrej woli obu stron mogę się poczuć źle z powodu rozmowy. I boję się zadzwonić, nawet przy okazji typu życzenia świąteczne, do ludzi, których lubię, cenię i chciałabym się do nich odezwać, ale są katolikami i nie wiem, jak na pytanie „co u ciebie” miałabym odpowiedzieć: „w porządku; straciłam wiarę, przeszłam na pedalstwo i mi z tym dobrze. A co u księdza?”.
    6. Na siedzenie na fejzbuku nie mam czasu. I mi z tym dobrze. Napisanie na przykład komentarza do Twojej notki zajmuje mi kilka dni (jak widać), a w międzyczasie napisałeś dwie nowe notki i być może jesteś myślami przy czymś innym. Nie przeszkadza Ci, jeśli ktoś do Ciebie pisze, jakby grał w szachy z sondą New Horizons?

    • Ray

      Sama widzisz, jak prędko odpowiadam 🙂

      Tańczyć bardzo lubię, tylko w Amsterdamie nie ma imprez z muzyką dostosowaną do mojego gustu. Coś jak z ciuchami. W sklepach są albo dla dwudziestolatków, albo dla pięćdziesięciolatków. Gdybym nie miał specyficznego gustu, nie wiem, w co bym się ubierał.

      Z niektórymi osobami z powodu 5) przestałem rozmawiać, bo powiedziałem im szczerze, jak jest i przestały się do mnie odzywać. Trudno.

      A myślami chwilowo jestem przy Drumpfie, więc wszystko lepsze, z wyjątkiem bólu pleców 😉